Owocujące stągwie

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa.
Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło
wina, Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej
odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie
nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie
wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych
przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić
dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I
napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz
i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta
weselny skosztował wody, która stała się winem – nie wiedział bowiem,
skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli –
przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia
najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś
dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie
Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.
Następnie On, Jego Matka, bracia i uczniowie Jego udali się do
Kafarnaum, gdzie pozostali kilka dni. (J 2,1-12)

W zeszłym tygodniu pisałem o Janie Chrzcicielu i cudzie, kiedy Bóg Ojciec wskazuje w momencie chrztu na Jezusa jako wybranego i umiłowanego Syna. Napomknąłem też o tym tekście – uważanym za pierwszy cud Jezusa przemienieniu wody w wino podczas wesela w Kanie – mówisz, masz: Kościół w swojej mądrości właśnie tym fragmentem w ramach II niedzieli zwykłej otwiera okres zwykły AD 2013.

Nie powiem nic odkrywczego stwierdzając, że kluczowa rola należy tu do Maryi. Obserwuje, widzi, reaguje – uderza do Syna. Nie ma wina – zaraz będzie draka. Wielu duchownych na wiele sposobów tłumaczyło te słowa, które padły w odpowiedzi ze strony Pana – droczył się? Chyba bardziej nie chciał działać spektakularnie, robić show. Stąd to jakby „temperowanie” Matki. Ona jednak w głębi serca wiedziała – Jezus zadziała, gdy przyjdzie pora. Stąd polecenie do sług – którzy jednak specjalnie pewnie nie mieli powodu do zdziwienia: skoro stągwie miały służyć do oczyszczeń, to logicznym było, iż powinna się w nich znajdować woda. Co innego – gdyby ktoś później zauważył, że ze stągwi pełnych wody nalewa się gościom weselnym wino… Oczywiście, wino – ten specyficzny prezent weselny Jezusa – okazało się o wiele lepsze od uprzednio przygotowanego. Cud? Pewnie tak. Być może nie głośno opiewany, ale słudzy na pewno podali dalej informację o tym, że wino prawie dosłownie „spadło z nieba”.

Tak naprawdę dla człowieka wierzącego, poza ciekawym tłem, wątkiem i zbożną opowieścią, kluczowe wydaje się jedno proste zdanie, i to nawet nie Jezusa, a Maryi. Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Kościół przytacza je nie inaczej, a właśnie dlatego, że to dobra rada dla każdego z nas. Mamy w życiu wybór. Możemy stać jak te kruche naczynia gliniane (o których mowa w jednym z listów Pawła), albo możemy współpracować z łaską i pozwolić się wykorzystać jak te masywne stągwie kamienne, napełnione przez Boga – czym? Łaską właśnie, błogosławieństwem – tutaj przybrało ono postać wina, bo w chwili niewątpliwej radości było ono być może jedynym, czego brakowało. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale co może być lepsze nad niesienie Boga innym? W Jego bezpośredniej bliskości, dotykając Go na ile to możliwe – iść, nieść i głosić.

Bardzo dobrym uzupełnieniem jest tutaj II czytanie (1 Kor 12,4-11), gdzie Paweł mówi o różnych darach łaski właśnie, ale o jednym motorze napędowym tego wszystkiego – o Duchu. Czytanie, które można by streścić słowem – piękno w różnorodności. Po prostu nasze, ludzkie powołanie. Nie do mierzenia się nawzajem, porównywania, oceniania – ale możliwość, siły i umiejętności do bycia wyjątkowym będąc po prostu sobą i robiąc użytek z tego, co On mi dał. Nie lepszym, nie gorszym od tego czy tamtego – normalnym, własnym, wyjątkowym. I tą właśnie drogą, będąc na swój wyjątkowy sposób stągwią kamienną wypełnioną po brzegi Bogiem, owocować.

>>>

Wczoraj wieczorem Pan odwołał do siebie kard. Józefa Glempa, wieloletniego Prymasa Polski i metropolitę warszawsko-gnieźnieńskiego, wcześniej biskupa warmińskiego. Kiedy teraz o tym myślę – pewnie dochodził do kresu życia mniej więcej wtedy, kiedy w mediach były podane informacje o pogorszeniu się jego stanu zdrowia i prośbie e strony następcy – kard. Kazimierza Nycza – o modlitwę za chorego.

Mój sposób postrzegania zmarłego ewoluował. Dziś myślę, że to był człowiek, który lepiej niż to się na pierwszy rzut oka wydaje odegrał swoją rolę, bądź co bądź, w bardzo trudnych dla Polski i polskiego Kościoła latach. Miał prawo być przytłoczony poprzednikiem – Prymasem Tysiąclecia i jego przeszło 30-letnią posługą, a równocześnie czuł wsparcie z Watykanu, dzisiaj błogosławionego już, Jana Pawła II. A jednocześnie – musiał sprostać nowej rzeczywistości, kiedy po obaleniu komunizmu siły wrogie Kościołowi nie dały się już tak jednoznacznie wskazać i nazwać, kiedy człowiek miał coraz większe problemy z mądrym zagospodarowaniem wolności. Do tego – z pewnością trauma i rana związana z historią, również błogosławionego dziś, ks. Jerzego Popiełuszki, księdza z jego diecezji. Kiedyś można mu było zarzucić zbytni konserwatyzm – czy jednak słusznie?

Dzisiaj odpoczywa w Bogu.

>>>

Jakoś mnie wzięło – czytam od początku trylogię Grosera. Najnowszą, czwartą książkę „Jezus z Judenfeldu” już przeczytałem. Normalnie jak Gwiezdne Wojny – najwcześniejsza część pojawia się ostatnia. I pięknie wpisuje się w całość – tylko że doświadczenia tym razem niemieckie, dość ekumeniczne. Nie znoszę tylko tych grzegorczykowych zakończeń. Bardziej wieloznaczne by być nie mogły.

Przedstawienie. Albo prezentacja

Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. (Łk 3,15-16.21-22)

Zawsze mnie to zastanawiało – czemu, skoro ten Jezusek dopiero co się urodził, Kościół świętowanie właśnie Jego narodzenia zamyka świętem, będącym wspomnieniem chrztu, który dokonał się przecież, lekko licząc, 30 lat później?
Jednak, ma to uzasadnienie nie tylko w Bożej, ale także ludzkiej logice. Chrzest to nie tylko początek przygody z Bogiem każdego chrześcijanina, katolika, przymierze zawierane od teraz na zawsze – ale w kontekście historii zbawienia i historii Syna Bożego to moment zwrotny i przełomowy, bowiem moment stanowiący jakby ujawnienie się Pana jako Mesjasza; obok wesela w Kanie Galilejskiej, gdzie dokonał się pierwszy i tak lubiany przez ludzi cud przemienienia wody w wino. 
Dochodzi także do sytuacji bez precedensu – kuzyn Jezusa, Jan, ostatni prorok, prorok przełomu Testasmentów i czasów, bo stanowiący przejście z tego Starego ku Nowemu, dosłownie palcem wskazuje – ludzie, zostawcie mnie w spokoju, Tego szukacie! On przychodzi w mocy Boga Ojca i Ducha Świętego, aby z siłą ognia dokonać dzieła odkupienia. I do tego ten, jakże wymowny, obrazek – porównanie do służebnej roli wiązania sandałów u nóg. Skoro Jana traktowali jak proroka – kto miałby być tym większym od niego, wobec którego Jan tak bardzo się uniża? Czyżby…?
Po co Jezus przystąpił do chrztu? Nie wiemy. W tym opisie nie ma przytoczonego dialogu, w którym Jan wyraźnie oponował ochrzczeniu Mesjasza, uległ wobec Jego wyraźnego życzenia. Może aby podkreślić swoją ludzką naturę? A jednak przecież On był bez grzechu. 
A mnie się wydaje, że tutaj dochodzi do pierwszego cudu – cudu, w którym sam Bóg Ojciec w Duchu Świętym zstępuje i przedstawia ludziom Tego, którego posłał. Aby nie mieli wątpliwości, aby nie wahali się, aby wiedzieli z kim mają do czynienia, aby zrozumieli, że Jego wola jako Syna jest tożsama z wolą Ojca i Ducha, że On jest tym, na którego oczekiwali. Można by powiedzieć – żeby uniknąć tego wszystkiego, co stało się przez 3 lata publicznej działalności Jezusowym kielichem goryczy, szyderstw, niedowiarstwa, prób podjudzania przeciwko Niemu, poddawania próbom, szukania haka – aż do ukoronowania (dosłownie) tych działań w pamiętny krwawy piątek… Bóg mówi wprost – człowiek w swojej wolności Go olewa, a On nadal kocha i Jezus idzie dalej, aż na krzyż, i ostatecznie do pustego grobu. Co my wtedy zrobimy? Pewnie nic. Dopiero w drodze do Emaus On sam raz jeszcze wszystko będzie musiał wyjaśnić. Dopiero wtedy zapałają serca. 
>>>
Nie dają mi spokoju słowa o. Jacka Krzysztofowicza OP, z linka do nagrania z jego pożegnania. Ta zmodyfikowana przypowieść o synu marnotrawnym, słowa o dojrzewaniu i Bogu dorosłości, czy to końcowe jakby dramatyczne – bierzecie…

Czytanie i odchodzenie

Od przeszło tygodnia – powiedzmy, nowego roku, nadrabiam zaległości czytelnicze. Dotychczas mogę polecić. Linki są z boku na blogu. 
Jan Grzegorczyk, „Pieśń słoneczna Róży Bluszcz” (W drodze)

Zbiorek kilku opowiadań, bardzo grzegorczykowych, o ile mogę tak powiedzieć – czyli…? „Kolczyki”, „Kapliczka”, „Szczerbate stopy”, „Piekło i niebo”, „Pieśń słoneczna Róży Bluszcz”, „Posłaniec”. Tytuł – przypadkowy, czy jakiś wybór autora? Dla mnie najlepsze – dwa pierwsze. Tak bardzo właśnie grzegorczykowe – nasze, polskie, ludzkie, z problemem, realne, zwyczajne, z dylematem wiary nawet nie koniecznie na pierwszym planie. Sięgnąłem po niego przy trylogii (ha! już nie, mam czwartą część – o tym kiedy indziej, kiedy przeczytam) Grosera, i ani razu się nie zawiodłem jeszcze. 
Te słowa można znaleźć na okładce: „Charles Péguy pisał, że grzesznik stoi w samym centrum chrześcijaństwa i nikt tak jak on nie rozumie, czym chrześcijaństwo jest — chyba że święty. Te słowa zawsze mnie fascynowały. I dlatego z pasją tropię jednych i drugich. Niektórzy nazywają mnie skandalistą i gorszycielem. No cóż, dla mnie świętość to nie pielęgnacja cnót heroicznych, ale sokole oczy, które potrafią rozpoznać Boga przebranego w najbardziej liche i słabe istoty. Człowiek uwierzył w Boga, dotykając Jego ran. Bóg także pragnie dotknąć naszych okaleczeń, choć pewnie nie jest Mu to potrzebne, by w nas uwierzyć„. 
Dominik Duka OP, Tomasz Dostatni OP i Jaroslav Šubrt, „Tradycja jest wyzwaniem” (W drodze)

Powiem tak – liczyłem na coś innego. Myślałem, że to bęzdzie więcej o wierze, a mniej o historii, kulturze i także wierze w kontekście Czechów, Słowaków, Moraw i tych pięknych terenów, z których praski kardynał pochodzi, w których pracował. Można się np. dowiedzieć o tym, czym było państwowe pozwolenie na oficjalne pełnienie posługi kapłańskiej, jak trudno było je dostać, a także w masie przypisów (co jeszcze bardziej, wydaje mi się, podkreśla historyczny i naukowy wymiar książki, choć pisanej w formie dialogów, wywiadu-rzeki) odnaleźć np. informacje o podziemnych czeskich biskupach, konsekrowanych w wieku lat dosłownie 30, albo takich, którzy lwią część życia posługiwali w ukryciu, aby być oficjalnie uznanymi u kresu życia. Niesamowita historia naszych przecież sąsiadów, w pewnym sensie tragicznie podobna do polskiej w czasach najnowszych. W mojej ocenie – warto. 
Krzysztof Pałys OP, „Ludzie 8 dnia. Autostopem do Matki Teresy”

Bardzo… dominikańska. Świetnie trafiający do mnie lekki i prosty sposób pisania, zarazem przeplatany wieloma złotymi myślami i spostrzeżeniami z wędrówki, cytatami. Dwóch ojców wyrusza w ośmiodniową wyprawę do Skopje w Bułgarii jako miejsca urodzenia bł. Matki Teresy z Kalkuty, i nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wyruszają autostopem. Spotykają przeróżnych ludzi, niekoniecznie katolików, różnie nastawionych – i odkrywają piękno zdania się na Opatrzność, która im właśnie podsyłała tak różnych kierowców i ludzi stawiała na drodze tej podróży. No i smaczek – na jednej z okładek wtręcik mały, ot, w ramach przepychanek dominikańsko-jezuickich 🙂 Heh, długo się zastanawiałem – skąd ten tytuł. A to o 8 dni podróży chodziło. 
>>>
I do tego sprawa zdecydowanie przykra. Jedn z gdańskich dominikanów, dr Jacek Krzysztofowicz OP, mylnie nazywany przeorem gdańskiego klasztoru (którym nie jest od 2008 r.) poinformował wczoraj publicznie o fakcie porzucenia zakonu i kapłaństwa. Fakt, postąpił fair wobec współbraci i ludzi, którzy w św. Mikołaju dość chętnie go słuchali, informując o tym wprost i pozostawiając swego rodzaju pożegnalny list… Ale jednak. 
Urywki do poczytania w Wyborczej (tu i tu) – ale nagranie z całości słów o. Jacka widzę jest tutaj
Przyczyny? Można się domyślać. Tylko czy to jest ważne? Załamywać ręce czy złorzeczyć? Ani to, ani to. Po prostu pamiętać i modlić się za człowieka. 

Mędrcom dziwacznie objawiony

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon. Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. (Mt 2, 1-12)

Spóźniony, jak zwykle, bo o tydzień – to o Objawieniu Pańskim.
W tym tekście bardzo łatwo pominąć to, co najważniejsze, skupiając się na typowo historycznych rozważaniach. Magowie? Królowie? Czarodzieje? Co to za gwiazda? Kometa Halleya? Supernowa? Sprawy teoretycznie dzisiaj możliwe – z punktu widzenia astronomii – do wyjaśnienia z bardzo dużym prawdopodobieństwem (ze 2 tygodnie temu w GN był m.in. świetny wywiad z jezuitą, który przez lata był szefem watykańskiego obserwatorium astronomicznego w Castel Gandolfo). Wiemy, że datowanie jest błędne – i że Jezus urodził się… na kilka lat przez narodzeniem Chrystusa, jak to dzisiaj mówimy. Detal. A to, co widzieli mędrcy (to określenie najbardziej mi odpowiada) na niebie? Bez znaczenia – jedno jest pewne: po ludzku było to zjawisko, jakiego ówcześni wcześniej nie doświadczyli, zwracające uwagę, wyjątkowe. Zwiastujące coś niesamowitego – radość wielką?
Nie ma też znaczenia, co oni przynieśli Jezusowi. Wędrowali, zabierając z rodzinnych stron – jak podaje tradycja – kadzidło, mirrę i złoto. Dzisiaj można by powiedzieć – to, co najcenniejsze. Wiarę? To chyba za daleko, jej jeszcze wtedy nie było – wiedzieli, że nadchodzi Wielki Król, ale czy już wierzyli? Na pewno nadzieję, która uskrzydla i pozwala pokonać to, co wydaje się mnie w danej chwili przerastać. Na pewno miłość, która uzdalnia człowieka do rzeczy niesamowitych, wypełnia pustkę i łączy. A ten trzeci? Hmm, może pokój? Ten, którego tak bardzo dzisiaj – w naszych sercach, podzielonych kłótniami, ale także po prostu na świecie, choćby na Bliskim Wschodzie, tak straszliwie brakuje w niewyobrażalnych dotąd rozmiarach? Nieśli to, co było dla nich najważniejsze, czym najbardziej chcieli uhonorować Nowonarodzonego. To wyzwanie dla nas – co my Mu ofiarowaliśmy? Nowe drzewko, obwieszone błyskotkami, lametami i toną lampek, plus jakieś gadżety w oknach i przegiętą dekorację świetlną na balkonie czy w ogrodzie (bo sąsiad przecież nie może mieć lepszej…)? Pamiętaliśmy o opłatku w ogóle? Przeczytaliśmy Pismo Święte? Życzyliśmy sobie – w ogóle czy szczerze – czegokolwiek poza tym, co tak paskudnie materialne? Wykorzystaliśmy te kilka wolnych dni na cokolwiek poza maraton telewizyjny i obżarstwo, poszliśmy w ogóle do kościoła? Wielkość mędrców polegała na tym, że poznali w Jezusie Boga – skoro, jak wskazuje pismo, otrzymali Boże polecenie i usłuchali go, aby nie wracać do Heroda i nie ułatwiać mu eksterminacji konkurenta. Uznali, że oto powitali na świecie po prostu Pana. 
Prawda o betlejemskim przełomie przytłacza dzisiaj niesamowicie, wręcz w ogóle nie pasuje do obecnego postrzegania świata. Król królów i Pan panów – w żłóbku, biednie, byle jak? Co to w ogóle miałby być za król – bo chyba nie ludzi sukcesu, takich jak ja… Niektórym się to w głowie nie mieści. Niektórzy, w myśl jakiejś chorej poprawności, gotowi są – jak Herod – zrobić wszystko, żeby – paradoksalnie – świętując, nie wymawiać w ogóle i unikać wizerunku Tego, którego świętują (wystarczy posłuchać o sytuacji bodajże z Brukseli). I odwrotnie – są tacy, którzy w świętowaniu Narodzenia zapominają, że to dopiero początek drogi, do gorzkiej prawdy krzyża i zbawczego poranka pustego grobu – bez których świętowanie betlejemskiej nocy nie miało by żadnego sensu. 
A Jezus? On po prostu jest. Przyszedł i czeka, czasami z trochę przesadzonym tandetnie uśmiechem i ekstatycznymi oczkami wzniesionymi w niebo (nic nie poradzę, niektóre jezuski w żłóbkach są straszne…). Właśnie, po prostu jest. I w tym swoim byciu pragnie stać się częścią twojego życia, twojego bycia – dać się poznać tobie – żeby to bożonarodzeniowe świętowanie nie było jakimś dziwacznym oddawaniem hołdu nie wiadomo w sumie komu i po co – ale autentycznym świętowaniem z Bogiem i przyjacielem zarazem. Stąd ta pełna nazwa – Objawienie Pańskie – co mało kto kojarzy z potocznym Trzech Króli. Bóg się objawia, przychodzi, zaprasza do siebie – co dalej? Twój ruch. 

Pasterski cud przemiany

Kilka noworocznych życzeń ode mnie. 
Żeby ten 2013 nie był gorszy, a najlepiej – lepszy. Żeby szczęście odbijało się w naszych oczach jak najczęściej, a wszelkie zło i problemy stanowiły szybko zapominane epizody. Pomysłów, wiary w siebie i nie tylko w siebie, pozytywnego nastawienia do tego, co przed nami. Umiejętności budowania, tworzenia, a nie niszczenia. I bycia po prostu szczęśliwym, będąc zwyczajnie sobą. 
>>>

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i
Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im
zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli,
dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała
wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili,
wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im
to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać
Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło
w łonie Matki. (Łk 2,16-21)

To tylko kawałek (noworoczny) Łukaszowego opisu Narodzenia Pana. Jednak ukazuje to, co najważniejsze – wytrwali ludzie odnajdują Boga, choć w zupełnie niespodziewanych i dziwacznych jak na Króla okolicznościach. Kiedy usłyszeli anielskie zwiastowanie narodzenia Mesjasza – mogli je olać, po prostu zignorować i dalej robić swoje, doglądając stada. Ale ich serca już wtedy pałały, wiedząc, że zupełnie przypadkiem oni, prości pasterze, stają przed czymś, co jest większe i o wiele bardziej niesamowite niż cokolwiek, co było czy będzie ich udziałem kiedykolwiek, że stają się świadkami wydarzenia „od patriarchów wyczekiwanego”, jak śpiewamy w jednej z kolęd.

Bóg przychodzi do człowieka jako człowiek, i tak naprawdę jedyne, co człowiek musi zrobić, aby ten dar docenić, wykorzystać i na niego odpowiedzieć – to zrobić krok w kierunku Boga, zbliżyć się do Niego, odpowiedzieć na zaproszenie do betlejemskiej stajenki, i nie zatrzymać się w zachwycie, ale wejść dalej, i oddać hołd Królowi królów. To może być dziwne – jak było dziwnym dla tych, którzy słuchali tego, co pasterze im opowiadali o objawieniu, którego doznali, i które zaprowadziło ich do Jezusa – tak samo, jak przez pół ówczesnego świata prowadziło trzech mędrców.

Tak naprawdę w życiu tych prostych ludzi nie zmieniło się nic – nadal byli tym, kim byli, z faktu, że byli jednymi z pierwszych, którzy widzieli Pana nie wypłynęła na nich żadna nobilitacja, bogactwo czy wywyższenie, dalej paśli swoje stada. A jednak – w sercu zmieniło się wiele, bo odtąd zamieszkał tam Bóg-Człowiek, zostali napełnieni łaską Boga jako świadkowie Tego, który przyszedł wybawić wszystkich. Maleńka Miłość położona w żłobie dokonała pierwszego cudu, tego, którego dokonywać będzie najczęściej – cudu przemiany ludzkich serc. 

Niech ta moc będzie z wami

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali – łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył. (J 1,1-18)

Prolog ostatniej, jakże innej od pozostałych ewangelii Jana. Słowa, które w tych dniach jest okazja usłyszeć dwukrotnie – najpierw ci, którzy w dniu Narodzenia Pańskiego byli na Mszy w ciągu dnia lub wieczorem (nie na pasterce ani o świcie), ale też każdy, kto wybierze się na Mszę jutro, w ostatnim dniu kalendarzowym roku. Pozorna gra słów, o jakże głębokim znaczeniu. Chrystus jako Słowo wcielone, będące od początku z Boga i będące jednocześnie tym samym Bogiem. Praprzyczyna, siła sprawcza, życie wszystkiego, jedyna światłość. 
Nic dziwnego, że Jan odnosi się do… swojego imiennika, a Jezusowego kuzyna – Chrzciciela. Przecież współcześni im to właśnie Jana Chrzciciela uznali za Mesjasza, czemu ten musiał zaprzeczać, co uczynił wprost, nazywając się „głosem wołającego na pustyni” (Mt 3, 2), powołując się na „większego od siebie, któremu nie jest godzien zawiązać sandałów u nóg” (Mt 3, 11). Tutaj mamy podane wprost – nie Światłość czyli Mesjasz, ale posłany, aby Go wprost zapowiedzieć, wybrany spośród proroków do spięcia klamrą Starego i Nowego Przymierza, do wskazania ludziom Tego, na którego czekają – Światłość oświecającą, co prawda, wszystkich, ale mogącą oświecić naprawdę dopiero tego, który tego oświecenia szuka i pragnie, a z tym – jak wiemy –  już gorzej. 
Właśnie paradoks stajni betlejemskiej najlepiej opisują słowa – Bóg przychodzi do swojej własności, która Jego boskość skrytą pod postacią noworodka po prostu odrzuca, nie przyjmuje. Słowo stało się ciałem, można by powiedzieć, jakby na darmo, w ubóstwie, skrajnej nędzy, między pospólstwem i bydłem, na dodatek z żądnym krwi Herodem na karku. A jednak – to, że Słowo zamieszkało między nami nie umknęło uwadze wszystkich – są mędrcy, są pasterze, są chóry anielskie. Ci, którzy Boga chcą odnaleźć i zauważyć, nie zważając na pozory, dostępują tej wielkiej łaski powitania Króla Królów w Jego ziemskiej ludzkiej postaci. Chwała (na wysokości) Bogu – a na ziemi pokój ludziom dobrej woli; im właśnie. 
Ks. Artur Stopka udostępnił w tych dniach świetny obrazek. Nawiązanie do sagi Georga Lucasa jest bardzo na miejscu w kontekście użytego przez ewangelistę sformułowania – bardziej niż powszechnego. „Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi” – zatem i ja przyłączam się do życzeń, aby moc była z nami wszystkimi; nie żadna inna, żadna gwiezdna, z żadnej bajki – po prostu ta moc, którą przyniósł nam w darze, w prezencie na swoje urodziny, Syn Boży. Niech ta moc będzie z wami
>>>
Warto przytoczyć, tym bardziej że to słowa anglikańskiego zwierzchnika tejże wspólnoty, abp. Rowana Williamsa, z tegorocznej liturgii bożonarodzeniowej w katedrze w Canterbury:>

Jesus does not come just to answer the questions we think important … he does not come to give us a set of techniques for keeping God happy; and he certainly doesn’t come to create a harmlessly eccentric hobby for speculative minds. He comes to make humanity itself new, to create fresh possibilities for being at peace with God.

>>>

I kilka świetnych zdań (końcówka w zasadzie) z „Bieganiny za miłością” ks. prof. Jana Kracika z świątecznego TP (dziwne, nie znalazłem na www tej części, tylko dość pocięte cytaty). Cały numer polecam – np. także świetny dialog Turnaua z Mancewiczem, albo opowieść o Jerozolimie jako mieście wiecznego adwentu. Ale do rzeczy:

W liturgii drugiego dnia świąt współistnieją słodkie kolędy i wspomnienie załtuczonego Szczepana. Także duchowe narodziny Chrystusa w ludzkim życiu – czyli rozpoznanie i przyjęcie Boga przychodzącego w sposób często nieoczekiwany, betlejemski – miewają miejsce o dowolnej porze roku. Przeżywanie bożonarodzeniowego wydarzenia w kościelnej wspólnocie sprzyja przyjęciu Jego przesłania, ale nie zastąpi przecież osobistej decyzji uczestniczenia w misterium spotkania z Nowonarodzonym.

Przeszłości nie zmienimy, przyszłości nie znamy. To dziejąca się nieustannie teraźniejszość woła o betlejemskie światło, o wytrwałe nawroty ku dobru, o ludzi cierpliwej przemiany. Jest w tym wołaniu i krzyk tęsknoty za listonoszem nadziei. Niesie ją innym ten, kto zaczyna od siebie. Chrześcijanin myśli o przemianie własnego serca nie w kategoriach osobistego wyczynu, lecz współdziałania z Tym, który – choć dawno już przyszedł – jest ciągle nie dość intensywnie obecny w szopie ludzkich myśli, mowy i uczynków.

To właśnie tam odbyć się ma raz jeszcze Boże Narodzenie. Ciągle na nowo potrzebne i prawdziwe – mimo pakowania go przez wielu w sentymentalizm, folklor czy kicz.  

Czego, za autorem, wszystkim nam życzę – na to po-świętach i nadchodzący pojutrze nowy 2013 rok.

I – mała prośba w imieniu całej naszej trójki – o zdrowie, bo z tym krucho (ja na zwolnieniu od 10 grudnia…), bo reszta nam naprawdę niepotrzebna, a póki co wszyscy chorujemy :/

Sezamie, otwórz się!

Oby Bóg nie przeleżał naszego życia w szopie – żebyśmy nie zatrzymali się na progu tej szopki betlejemskiej, znanej wszystkim, ale weszli dalej i pozwolili Jemu samemu wejść we własne życie. Gdy Bóg przychodzi, nie wystarczy czekać – trzeba Mu wyjść na spotkanie. Tak jak magom/królom przybyłym ze Wschodu, a później apostołom wędrującym ścieżkami Galilei, tak jak uczniom idącym do Emaus – Jezus objawia się ludziom, którzy wyruszyli w drogę.
Owocnych świąt!
A do posłuchania – bynajmniej nie tylko dla zmęczonych:

Dekalog Turowicza

Postać historycznego Jerzego Turowicza (1912-1999), legendarnego twórcy i wieloletniego redaktora naczelnego Tygodnika Powszechnego, dopiero powoli odkrywam, choć nazwisko nie jest mi nieznane. Niewątpliwie jest to postać bardzo ciekawa, której spuścizna godna i warta jest propagowania, a jednocześnie mocno niedoceniana, której pamięć, mam wrażenie, kultywowana jest jedynie przez środowisko TP i Znaku. 
Dokładnie dzisiaj, 10 grudnia 2012 r., przypada 100-lecie urodzin Turowicza. Grupa posłów Platformy Obywatelskiej chce, by Sejm podjął uchwałę w sprawie uczczenia 100. rocznicy urodzin Jerzego Turowicza, działacza katolickiego, długoletniego redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Mam nadzieję, że do tego dojdzie. W uzasadnieniu tego projektu wskazano go jako redaktora, który na łamy „Tygodnika Powszechnego” nie wahał się zapraszać autorów, dla których inne tytuły, z racji różnic światopoglądowych, były zamknięte”. Jako publicysta Turowicz „nie pomijał żadnej z ważnych mu współcześnie spraw”, poruszał tematy „gdzie indziej nieobecne i trudne, bo dotykające bolesnych stron polskiej historii. (…) Od lat przedwojennych przekonywał, że nie sposób pogodzić chrześcijaństwa – religii, której najważniejszym przykazaniem jest miłość Boga i ludzi – z antysemityzmem. W latach istnienia PRL-owskiej cenzury mierzył się z tematami najtrudniejszymi: obroną Kościoła przed represjami władzy politycznej, dialogiem z niewierzącymi, zasypywaniem rowów podziału między różnymi odłamami polskiej inteligencji. (…) Odsuwając się od bieżącej polityki, był autorem tekstów zajmujących się kwestiami konstytutywnymi dla Polski lat transformacji: miejscem Kościoła w porządku państwa demokratycznego, rozliczeniem z komunistyczną przeszłością, nieustannym monitorowaniem przestrzegania praw i wolności obywatelskich. Uczył swoich czytelników niezależności myślenia i odwagi działania. (…) Jerzy Turowicz od czasów przedwojennej działalności w Stowarzyszeniu Katolickiej Młodzieży Akademickiej 'Odrodzenie’ był zwolennikiem otwarcia Kościoła na współczesny świat i zmierzenia się z nurtującymi go problemami. Aktywny uczestnik dzieła odnowy Kościoła, które rozpoczęło się podczas obrad Soboru Watykańskiego II. Temu powołaniu był wierny całe życie – jako człowiek Kościoła, ale przede wszystkim jako świecki chrześcijanin, który sensu swego aktywnego i bogatego życia upatrywał w istnieniu tego, co niezmienne”.
Nie czytałem tekstu w całości, posiłkuję się wpisem w portalu natemat.pl. Nie wiem, czy trafna jest diagnoza mówiąca o „ratowaniu” polskiego Kościoła, czy nie są to słowa jednak zbyt mocne, natomiast z pewnością Jego (polskiego Kościoła) stan nie jest tak hurraoptymistyczny, jak by to chcieli widzieć niektórzy, duchowni czy świeccy, o czym najlepiej świadczy choćby ostatni wybryk Stanisława Michalkiewicza w kościele w Zielonej Górze. Wydaje się, że można tutaj podpisać się pod słowami autora z GW, który wskazał, iż „Brakuje katolików, którzy mieliby na tyle odwagi, by z otwartą przyłbicą stanąć po stronie katolicyzmu otwartego, przyjaznego, gościnnego, pełnego miłości i wiernego Ewangelii”. Z jednej strony kwitnie wiele pięknych i miłych Bogu inicjatyw, które pokazują Kościół otwarty i zapraszający ludzi – z drugiej pojawiają się nie raz wypowiedzi i gesty sugerujące, jako by Kościół w ogóle zapomniał o Soborze Watykańskim II. 
W tym kontekście zaproponowane „10 przykazań Turowicza” jawią się jako prosta i bardzo klarowna wskazówka, jak być dobrym chrześcijaninem, otwartym na Boga i innych.
1. Nie rodzisz się katolikiem. Katolikiem się stajesz – tylko w zgodzie z tą zasadą katolicyzm może być autentycznie przeżywany.
 
2. Naszą ojczyzną jest sobór – Kościół powinien pamiętać o tym, by być blisko człowieka.

3. Rozmawiaj, nie potępiaj – dialog musi być niezbędnym elementem wiary.

4. Jeśli Kościół kochasz, krytykujesz – konstruktywna krytyka tego, co w Kościele złe, nie musi być od razu uważana za zdradę.

5. Więcej Boga, mniej seksu – Kościół nadmierną uwagę poświęca zagrożeniom związanym z ludzką seksualnością. Wyzbycie się powszechnej w nim “seksofobii” byłoby więcej niż pożądane.

6. Świadectwo – siła bezsilnych – ewangeliczny radykalizm i świadectwo własnego życia to najlepszy sposób, by zachęcić innych do podążania drogą wiary.

7. Kościół ubogich, nie bogatych – Kościół zawsze powinien stawać po stronie “maluczkich”, a nie solidaryzować się z możnymi i władcami.

8. Państwo obywateli, nie katolików – powszechność wiary katolickiej nie oznacza konieczności życia w państwie wyznaniowym.

9. Żydzi, starsi bracia w wierze – w zgodzie z naukami Jana Pawła II katolik nie może być antysemitą.

10. Katoliku, Kultura! – współczesna kultura nie powinna być przez księży i świeckich odbierana jako zagrożenie, lecz sposób na lepsze zrozumienie świata.

Pojawiło się, bodajże w Znaku, kilka pozycji książkowych na temat Turowicza. Dobry pomysł na adwentową lekturę. 
>>>
A ja? Zamiast siedzieć w pracy i pisać – mam tydzień „wolnego”, bo dostałem dzisiaj rano zwolnienie lekarskie. Niestety, od piątku z gardłem lepiej, ale fizycznie ogólnie gorzej + wysoka gorączka. Proszę o modlitwę – nie tyle za siebie, co za żonkę i malutkiego, żeby się nie pochorowali (obydwoje dopiero wychodzą ze swoich przeziębień).

Zabiegana gotowość

Spóźnione, zeszłotygodniowe…

Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym. (Łk 21,25-28.34-36)>

Jezus nigdy człowieka nie straszy – choć ktoś może tak uważać, czytając pobieżnie te słowa. Tak naprawdę, zarówno pierwotni słuchacze tych słów wtedy, jak i my dzisiaj możemy powiedzieć śmiało – noo, sprawdza się. Bo tak jest. Tu nie chodzi o to, czy potrafimy sobie pewne zjawiska wytłumaczyć, że dzisiaj jest w tym zakresie lepiej – bo wiemy, co to zaćmienie księżyca, potrafimy je co do sekundy przewidzieć, rozumiemy na czym polegają komety, jak funkcjonują ciała niebieskie, staramy się zapobiegać powodziom czy tsunami albo huraganom. Choć, tak naprawdę, z tej wiedzy niewiele wynika – i tak, przy całej swojej technice i postępie, co chwilę jakby Bóg pokazywał palcem: za bardzo wierzycie w siebie i swoje możliwości. 
Stąd tak konkretne i dosadne słowa – uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Można być człowiekiem bardziej niż bardzo zajętym, a równocześnie tracić czas na sprawy jedynie doczesne. W których, rzecz jasna, nie ma nic złego samego w sobie – mam rodzinę, pracuję, muszę zapewnić sobie i bliskim dach nad głową, pożywienie, pokarm itp. Ale w tym wszystkim nie mogę utracić Bożej optyki, nie mogę zapomnieć o Bogu i sprawach o wiele dalej niż do następnej wypłaty czy raty kredytu sięgających. 
Chrześcijanin to człowiek chodzący z podniesioną głową i także o tym Jezus nam dzisiaj przypomina. Ale nie ze względu na zarozumiałość czy wyjątkowo wysokie o sobie mniemanie, przerośnięte ego – nic z tych rzeczy. Człowiek chodzący z głową prawie że w chmurach – właśnie dlatego, że świadomy swojej małości, słabości i grzeszności, a zarazem nie chcący za nic przegapić Najważniejszego Gościa, który zmierza ku nam – z jednej strony, aby ponownie narodzić się w betlejemskiej stajni, a z drugiej strony od wieków z każdym dniem zbliża się, aby dokonać ostatecznego Sądu nad tym, co było, jest i kiedykolwiek będzie. Te nasze głowy w górze mają być po prostu uniesione Bożym Duchem, nie inaczej jak tylko z radości spowodowanej bliskością tego, czego wyczekujemy – przyjścia Pana. I nie ma tu żadnego znaczenia, czy On przyjdzie faktycznie za mojego życia, czy dopiero gdy moje kości zmienią się znowu w popiół po wielu latach czy wiekach spędzonych w grobie – liczy się to, czy i jak na Niego czekałem, co z tym swoim danym i zadanym życiem zrobiłem. 
Co więcej – adwent to czas podejmowania pracy nad sobą i wyrzeczeń, zatem Bóg prosi, abym – poza pracą i czasem dla Niego (to dopiero wyczyn…) – znalazł też w sobie chęć i umiejętność do podzielenia się z innymi, wsparcia ich. Wigilijne Dzieło Pomocy w postaci świec czy Szlachetna Paczka ks. Jacka Stryczka i jego Stowarzyszenia Wiosna to pewnie najbardziej rozpoznawalne pobożne inicjatywy – przy czym nie jedyne, więc warto popatrzeć, co się dzieje naokoło, w parafii, albo po prostu samemu spróbować pomóc, ot, choćby sąsiadowi w potrzebie, o którym mało kto wie. Twórczo i dobrze wykorzystać ten czas, a przede wszystkim nie zmarnować go na sobie jedynie. A może w tym wszystkim znaleźć inspirację i sposób na działanie dla innych nie tylko adwentowe? Paradoksalnie, człowiek bardzo w ten sposób zajęty z pewnością Boga nie przegapi, ani dnia Jego przyjścia. Po prostu będzie na niego gotowy – w tym, czym będzie się zajmował. Taka zabiegana gotowość. 
>>>
>Nie chwaliłem się dotąd, bo trochę zarobiony byłem po sesji, nadrabiając najpilniejsze zaległości – zakończona pozytywnie, wszystko pozdawane w pierwszych terminach ze średnią powyżej 4 🙂 Tak więc za wszelkie wsparcie niezmiernie dziękuję – biorąc pod uwagę np. przebieg kolokwium ustnego czy układ pytań testowych, nie wątpię, że Ktoś mi pomagał 🙂
>>>
Pewnie wielu ma takiego pecha, jak ja, ponieważ pracuje w godzinach, w których nijak się nie da brać udziału w roratach. Niestety. Paradoksalnie, sam byłem kilka lat wstecz w rodzinnej parafii przeciwnikiem „wieczornych” mszy roratnich.  
Trzeba sobie radzić – a ja polecam Langustę na palmie, czyli internetowe rekolekcje adwentowe o. Adama Szustaka OP pt. „Nocny złodziej” (linki do poszczególnych nagrań są na profilu o. Adama na FB). Nowe części w niedziele, wtorki i czwartki adwentu.
>>>
Bardzo dużo się dzieje. Nasz dotychczasowy sufragan odbył wczoraj ingres do katedry pelplińskiej, jego dotychczasowa stolica tytularna przypadła już, o ile pamiętam, nowemu sufraganowi białostockiemu, zresztą nie jedynemu polskiemu biskupowi mianowanemu w tych dniach (także za granicą). Papieski sekretarz ks. prałat Georg Gaenswein od wczoraj jest Prefektem Domu Papieskiego w randze arcybiskupa – ciekawe łączenie stanowisk, mnie martwi to, że może sugerować brak zaufania Benedykta XVI do innych osób i podejrzliwość w kontekście ledwo co zamkniętej (pytanie, czy do końca rozwiązanej w zakresie mocodawców?) afery z jego kamerdynerem. A z zakonnego podwórka – suspensa nałożona na dniach przez prowincjała na o. Fabiana Błaszkiewicza SI, znanego i charyzmatycznego kaznodziei, trenera rozwoju osobistego, który (nazwijmy to po imieniu) porzucił swój dom zakonny… po czym, po podaniu powyższego do wiadomości, odmówił komentarza, zdając się na wolę przełożonych. 

Król jakich mało

Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? Piłat odparł: Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił? Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? Odpowiedział Jezus: Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. (J 18,33b-37)

Ciekawość ludzka jest niesamowita. Piłata – może i niezbyt szlachetnie urodzonego, ale wżenionego w potężną rodzinę, człowieka władzy – także zainteresował ten dziwny Żyd. Nic osobistego – nie miał nic przeciwko Jezusowi. Nawet mówi się, że Mu współczuł, że chciał Mu pomóc, i tylko pod wpływem rozwrzeszczałego tłumu uległ. No tak, uwielbiamy usprawiedliwiać, bo on „tylko”… A może aż? Skoro nic nie zrobił – to dlaczego Piłat Go wydaje Żydom, wiedząc, jaki los Jezusa czeka? Ile jestem w stanie zrobić dla swojego przysłowiowego „świętego spokoju”? 
Jednak trzeba Piłatowi przyznać – dobrze, że był ciekawy. Tutaj nie liczą się środki, a cel – człowiek spotyka Boga, mały słabeusz odkrywa, że jest Ktoś większy, potężniejszy, odwieczny, będący sam w sobie niezgłębioną Tajemnicą, a równocześnie bardzo prostą i prawie że uniwersalną odpowiedzią na to, co tłamszę i z czym się szarpię w swoim wnętrzu. Nie ma nic piękniejszego nad sytuację, gdy pępek świata uświadamia sobie, że jest praktycznie nikim, a Ten który jest wszystkim, po prostu Go kocha i nic za to nie chce. 
Taki spektakl jak z Piłatem to się w tłumie z pewnością fajnie i komfortowo ogląda. Błoga anonimowość, można pokrzyczeć, powymachiwać rękami, a może i jakimś kamieniem rzucić – co tam, raz się żyje. Niczym nie ryzykujesz, jesteś silny ciemną i bezmyślną masą (czy tylko mnie w tym momencie kojarzy się to z niedawnymi i już – niestety – prawie tradycyjnymi rozróbami na okoliczność rocznicy odzyskania niepodległości?). Gorzej, jak taki Jezus spojrzy właśnie tobie w oczy. W tym cały wielkim tłumie, cholera, jakoś właśnie mnie wypatrzył. Jak On to zrobił? Po co? Bo widzi, co jest we mnie, z czym sobie nie radzę, co mnie przerasta, co zawstydza, przed czym się chowam sam przed sobą, co mnie w jakiś sposób więzi – i po prostu Go to nie obchodzi. Nie potępia, nie krzyczy, nie wymachuje rękami – po prostu jest i widzi mnie, a w tym wszystkim nie mogę pozbyć się uczucia, że to spojrzenie pełne jest po prostu bezinteresownej miłości.
Tak, On jest Królem. I nie był by nim ani o jotę mniej, gdyby tych słów wprost sam nie wypowiedział. Zrobił to właśnie dla takiej bandy niedowiarków – mnie, ciebie, nas. Żeby człowiek nie miał żadnych wątpliwości. Tylko że to Jego Królowanie z naszym rozumieniem władzy niewiele ma wspólnego – co widać po tym, że chyba żaden władca nie umywa nóg obywatelom, nie przejmuje się zbytnio jednostkami, nie troszczy się o każdego z osobna (no chyba że przed wyborami). Tu nie ma kadencji, kampanii – On jest, był i będzie. I pragnie jak niczego innego na świecie tego, abyś zaprosił Go, uczynił swoim Królem. Nie o korony, berła i błyskotki chodzi, ani też – jak to niektórzy postulują – formalne zmienianie ustroju RP. Chodzi o otwarte oczy serca, którymi pozwolisz, aby inni w tobie widzieli Boga, i żeby On sam mógł przez ciebie docierać do innych. 

Króluj nad nami, władaj nad sercami
Niech wszędzie płonie znicz wiary,
Niech zew miłości, wiary, ufności
Świat wiedzie pod Twe sztandary.