Radosne świętowanie

(refleksja nagrana na komórce, gdy wychodziłem kilka dni temu z cmentarza)
Najlepszym punktem wyjścia, początkiem świętowania dnia jutrzejszego – uroczystości Wszystkich Świętych – jest uświadomienie sobie, kogo świętujemy, kogo wspominamy. 
Nie zmarłych. Żadne święto zmarłych! 1 listopada wspomina się i świętuje (masło maślane) wszystkich świętych. Czyli tych, którzy we współpracy z Bogiem przeżyli swoje życie. Tych, których życie po ludzku się skończyło, a jednak, które ma swój ciąg dalszy. Swoją lepszą część, która trwa nadal. I nigdy się nie skończy. Jak takie punkty na osi czasu, dążącej ku nieskończoności. Mają swój punkt powstania, moment narodzin, ale się nie kończą. 
Życie trwa dalej. Zmienia się, ale się nie kończy, jak mówi jedna z prefacji na msze za zmarłych. Nie wiemy, jak to jest, nie wiemy, jak to wygląda. I pewnie się dowiemy. Kościół pozostawia to jako tajemnicę. Tajemnicę świętych obcowania. Świętych, którzy duchowo są tutaj z nami, ale tak naprawdę są już tam, z Bogiem. Zakorzenieni w Bogu w taki sposób, że nic nie jest już w stanie ich od Niego rozdzielić. Nie tak jak my, którzy mamy swoje problemy, grzechy, brudy, upadki – ale w Bogu tak naprawdę, na maxa, do końca. 
I choć ten dzień dla wielu, siłą rzeczy, jest trudny, bo wspominamy – niektórzy pradziadków, niektórzy dziadków, ale wielu z nas też rodziców, rodzeństwo, ciotki, wujów, niektórzy przeżywają dramat tego, że kiedyś pochowali i w tych dniach stają nad grobem czy to współmałżonka, czy nawet dziecka. Ale to jest piękny czas. Bo głęboko wierzymy, że nie tyle pamiętamy o nich jako tych, którzy wiernie żyli i zmarli – ale jako tych cichych i często anonimowych świętych z naszych podwórek, z naszych rodzin i środowisk. Anonimowych świętych, ale przez to w żaden sposób mniej świętych. Świętych – więc dlatego wspominamy ich już jutro. Sam nie wiem, dlaczego, ale ja zawsze, kiedy wchodzę na cmentarz, nie czuję strachu, tylko ogarnia mnie taki niesamowity spokój. Spokój, jakby ci wszyscy, których doczesne szczątki kiedyś zostały tam złożone, byli takim niemym, ale bardzo mocnym potwierdzeniem. To wszystko ma sens. To wszystko, w co wierzysz, to prawda, a my jesteśmy tego najlepszym dowodem.
Bywa, że łza się w oku zakręci, za tą czy tamtą osobą, na wspomnienie wspólnych chwil, ale to przecież normalne. Tym większe przed nami zadanie. Uwierzyć w to obcowanie świętych. Uwierzyć i świętować to, tak naprawdę. Niech tern jutrzejszy dzień, ani Dzień Zaduszny, nie będą smutnym rozpamiętywaniem tych, którzy kiedyś byli, a teraz już odeszli – ale radosnym wspomnieniem tego, co było w nich dobre, radosne i piękne, za co ich kochaliśmy, za co nam ich tak bardzo brakuje. I też takim radosnym oczekiwaniem. Na spotkanie w wieczności. My ze sobą, my między sobą, my z nimi – ale przede wszystkim: my z Bogiem. Wtedy już święci tak, jak On tego pragnie.

Jezusowa kontra – teoria a praktyka

Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. (Mt 23,1-12) 

Absolutny majstersztyk w zakresie punktowania faryzeuszów, coś, czym Jezus podpadł im bardziej niż czymkolwiek innym. Jakby taka Jego kontra. Dość czekania na kolejne zaczepki, próby podpuszczania i złapania za słowo. Teraz ja wam kilka słów powiem do rozumu. O żadną zemstę czy cokolwiek w tym guście tutaj nie chodzi, Boże broń. Ale o prawdę. Prawdę o ludziach, którzy – zupełnie niesłusznie – uzurpowali sobie prawo do bycia wyrocznią w sprawach wiary, jedynymi słusznymi interpretatorami bożych praw i nakazów. 
Jedno Jezus mówi wprost – rozgranicza, odróżnia 2 kwestie. Jedno to słowa Prawa, jakiego faryzeusze i uczeni w Piśmie nauczają. Tu należy dać im posłuch. Drugie to ich sposób bycia, czyli (w teorii przynajmniej) odzwierciedlenie osobiste realizacji tego Prawa. Jedno mówią, co innego robią. Innych, moralizując,  obciążają – sami od siebie nic nie wymagając. Odgrywają, pozorują role pobożnych i prawych – niby to w imię Boga, który przecież nade wszystko miłuje prawdę, autentyczność. Lubują się w dywagacjach nad Pismem – a jednocześnie nic nie rozumieją z tego, o czym ono mówi, z jego ducha, zamysłu i celu. Chełpią się posłuchem i uznaniem, z zadowoleniem przyjmując nienależące im się pierwszeństwo, czy to na modlitwie, czy przy stole. 
Proste, prawda? Bardzo. Jednoznacznie niewłaściwe, co pewnie każdy wie. Dobrze im tak, można by sobie pomyśleć, niech mają. Brzmi znajomo? Jakby nie. A jednak, faryzeuszy współczesnych nie brakuje naokoło. Spójrz w lustro. Nie widzisz niczego niepokojącego w tym odbiciu? Nic z tego, w co dzisiaj Jezus bije, nie odnajdujesz w swoim obliczu? W końcu tak naprawdę takie kryształowe to ono nie jest, co? Nic się przez te wieki nie zmieniło, więcej, dzisiaj takie odgrywanie ról to swego rodzaju sztuka, i jakby się tak rozejrzeć, to wielu opanowało ją do perfekcji – w życiu prywatnym, w domu, w relacjach, w sprawach zawodowych, a nierzadko w tym wszystkim naraz – i nawet są z tego dumni. Problem polega na tym, że coraz więcej osób tego nie widzi. To znaczy widzi, ale nie rozumie – widzi postawę, ale nie potrafi zrozumieć, że jest to tylko poza, która z autentycznością ma wspólnego tyle, co faryzeusz z wierzącym. 
Jeśli do tego dodać polityczną poprawność, w imię której nawet ludzie, których człowiek szanował, opowiadają takie głupoty, że włos się jeży na głowie, stając na tejże samej (tylko swojej) głowie, żeby udowodnić coś, co po chwili zastanowienia jest po prostu absurdalne… Jedyne, co się zmieniło, to może to, że o ile tamci faryzeusze odstawiali cyrki pod płaszczykiem wiary wszem i wobec celebrowanej – to dzisiaj można odnieść wrażenie, że większość ludzi na jakiekolwiek hasło: wiara, Bóg, Kościół, godność człowieka, jakby albo z niesmakiem kręciła nosem, albo patrzyła z politowaniem. 
Trzeba, niestety, powiedzieć też jasno. Problem faryzeizmu może też dotykać Kościoła – diecezji, parafii. Nie ma to nic wspólnego ani nie stanowi podstawy do poddawania w wątpliwość Jego misji, Jego zbawczej roli, oczywiście. Ale może mieć miejsce także w Kościele. Biskup, ksiądz – też człowiek, pobłądzić może tak samo, a i okazji ku temu niekiedy może mieć dużo więcej od świeckiego, bo na wiele pokus jest wystawiony. Co wtedy? To samo. Słuchaj głosu Kościoła – jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości co do tego, co wypowiada konkretny Jego przedstawiciel, gdy tym co robi szokuje czy wręcz bulwersuje, gdy się zagubił. Słuchaj w Kościele Tego, do którego ten Kościół należy. 
Mało to wszystko optymistyczne? Nikt nie mówił, że będzie łatwo. A rozwiązanie całkiem proste. Ostatnie zdania niedzielnej Ewangelii. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Gdy nie zabraknie ducha służby z jednej strony, a z drugiej pamięci o tym, kogo jaki los czeka – będzie dobrze. Bóg zadba o resztę. 

Uzdrowienie, ale we właściwej kolejności

W tym czasie Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja; Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy; Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich. (Łk 6,12-19)
Już sam kontekst sytuacyjny, niby dyskretny, tylko tło, jest bardzo ważny. Bóg-Człowiek pokazuje, co jest najlepszym wstępem, preludium i przygotowaniem do podejmowania w życiu ważnych, kluczowych decyzji. On sam za chwilę miał wskazać tych, którzy w Jego imieniu będą kontynuowali misję, jaką rozpoczął, i poprowadzą ten raczkujący, nieporadny i jak bardzo jeszcze zagubiony malutki Kościół, który w przyszłości rozrośnie się i zjednoczy ludzi wszystkich ras, narodowości i języków. 

Modlitwa. Może dlatego tak wiele rzeczy mi nie wychodzi? Pewnie, trzeba się wysilić, dać coś z siebie, żeby były rezultaty. Ale ludzki wysiłek to nic, bez Bożego błogosławieństwa. A w każdym razie – to za mało. To może być zwykła ludzka pycha – taki jestem, udało mi się, zrobiłem to sam, bez niczyjej pomocy, to tylko moja zasługa. Zgoda, to mój wysiłek i sukces – ale także łaska Boga, który moje działania wspiera. Ważne jest, żeby nie wpaść też w odwrotną skrajność – co ja się będę, przecież Bóg może wszystko, niech za mnie zrobi. Bo to grzech, i to niejeden – rozpoczynając od lenistwa. Pewnie, w swoim człowieczeństwie jestem ograniczony, sam siebie nie przeskoczę, ale Bóg wie o tym lepiej ode mnie i nie stawia przede mną zadań nie do wykonania. To tylko ja sam często gęsto staram się sam przed sobą wytłumaczyć własną niechęć, lenistwo i bylejakość. A tu potrzebna jest współpraca, współgranie – On i ja. Ja działam, On wspiera łaską. 
Może ktoś się zdziwi – ale chyba powołaniu uczniów nie poświęcę w ogóle uwagi, co wydaje się zdarzeniem centralnym tego fragmentu. Zwrócę za to uwagę na inny szczegół. Po co szli za Nim ludzie – przyszli apostołowie, ale i ten cały tłum? To nie był przypadek, czary, hipnoza. O ile można założyć, że nie każdy z nich widział i rozpoznał w tym momencie w Jezusie obiecanego Zbawiciela, to każdy z nich wiedział, czemu za Nim podąża. Aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Aby uwolnić się od dręczących demonów. 
Dla niektórych to uzdrowienie oznaczało koniec fizycznych dolegliwości czy wręcz kalectwa uniemożliwiającego normalne funkcjonowanie. Dla innych uzdrowienie miało dotknąć ich wnętrza. I pewnie tych drugich było więcej – nie każdy musiał być kaleką, ale każdy był świadomy swojej grzeszności i słabości, wiedział, że potrzebuje uzdrowienia niekoniecznie ciała, ale ducha. Co zresztą Jezus podkreślił w innym miejscu (Łk 5,17-26), gdy przynieśli do Niego paralityka – oczekując uzdrowienia ciała. I co zrobił Jezus? Najpierw odpuścił grzechy – oczyścił duszę, to, co najważniejsze. Dopiero wtedy uzdrowił ciało. 
Nie bój się przyjść do Jezusa. To nie przypadek, że od wieków ludzie, mniej lub bardziej świadomie, czasami po całym życiu tułania się w poszukiwaniu celu, pozornego szczęścia i sukcesów, docierają właśnie do Niego. Czasami ktoś podpowie, wskaże drogę – czasami sami to zrozumieją. Jeśli nie możesz się odnaleźć, czegoś ci brakuje, czujesz pustkę czy niedosyt – nie bój się, stań przed Nim, otwórz swoje serce. Zasłuchaj się w Niego. Może nie usłyszysz tego, na co liczyłeś czy czego oczekiwałeś. Ale usłyszysz prawdę. Odnajdziesz uzdrowienie i pokój. Ten prawdziwy.

Asyż po 25 latach

933562_GN42_s18_34
To wielki dzień. Na dzisiaj papież Benedykt XVI zwołał kolejne (po 1986 i 2002) międzynarodowe spotkanie wyznawców najróżniejszych religii do Asyżu, miasta św. Franciszka, i miejsca, gdzie do pierwszego tego rodzaju spotkania doszło w 1986 r. z inicjatywy, dzisiaj błogosławionego, Jana Pawła II. 
To zdjęcie zadziwiło wielu. Jan Paweł II stojący pomiędzy prawosławnymi, protestantami, ale także buddystami, animistami, sikhami i innymi – w sumie przedstawicielami 28 wspólnot chrześcijańskich oraz 32 wspólnot niechrześcijańskich. To nie miało być żadne forum przedstawicieli pewnie większości świata, mające rozwiązać światowe problemy czy konflikty – miało być okazją do wspólnoty. Formuła, jaką zaproponował papież, była czytelna –  „być razem, aby się modlić”, a nie „modlić się razem”. Co bardzo często było mylone, kiedy mówiono o „wspólnej modlitwie wyznawców różnych religii w Asyżu”. 

Kard. Josephowi Ratzingerowi, obecnemu papieżowi Benedyktowi XVI, niesłusznie zarzuca się wówczas (ale także kilka lat wstecz w stosunku do dzisiaj) negatywny stosunek do tej inicjatywy. I jest to kolejny błąd, a raczej nieporozumienie. Nigdy nie sprzeciwiał się temu pomysłowi jako takiemu, ale zwracał uwagę na możliwość błędnej interpretacji takiego zgromadzenia. W 2002 r. pytał: „Czy można tak postępować? Czy w ogromnym stopniu nie była to upozorowana wspólnota, której tak naprawdę nie ma? Czy w ten sposób nie propagujemy relatywizmu – opinii, że w gruncie rzeczy różnice między religiami są tylko drugorzędne? I czy w ten sposób nie osłabiamy powagi wiary i ostatecznie nie oddalamy się od Boga, a tym samym nie potęgujemy naszej samotności?”. Postawa bardzo słuszna. Podkreślał on też zawsze istotną rolę, jaką takie spotkania odgrywają – jako przeciwstawienia się duchowi przemocy, nadużywaniu religii jako pretekstu do przemocy i propagowania szacunku do wiary człowieka. 

Dzisiaj w Asyżu wieczorem spotkać ma się przeszło 300 delegatów z 31 Kościołów chrześcijańskich i 12 religii świata. Niestety, nie wszyscy odpowiedzieli na papieskie zaproszenie. Odmówił przybycia wielki imam uniwersytetu islamskiego Al-Azhar w Kairze (którego orzeczenia teologiczno-prawne (fatwa) są uznawane wśród sunnickich muzułmanów za obowiązujące)… zasłaniając się tym zamrożeniem dialogu islamu z Watykanem, zarzucając jednocześnie papieżowi „niesprawiedliwe twierdzenie, że Koptowie w Egipcie i chrześcijanie na Bliskim Wschodzie są prześladowani”. 
Spotkanie odbędzie się w takiej formie, aby uniknąć błędnych interpretacji tego wydarzenia. Nie przewidziano żadnej wspólnej modlitwy ani żadnych religijnych czy też parareligijnych gestów. Po obiedzie w klasztorze MB Anielskiej każdy uczestnik otrzyma własny pokój, na czas ciszy, osobistej refleksji i modlitwy. Procesja pokoju ulicami Asyżu odbędzie się w milczeniu. Hasłem tegorocznego spotkania będą słowa „Pielgrzymi prawdy, pielgrzymi pokoju”. 

W tym duchu, każdy w ciszy własnego serca, warto wesprzeć to spotkanie, tę cichą modlitwę przedstawicieli całego świata. Proponuję znane słowa modlitwy najprostszej Biedaczyny z Asyżu:
O Panie, uczyń z nas narzędzia Twojego pokoju,
Abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
Wybaczenie tam, gdzie panuje krzywda;
Jedność tam, gdzie panuje zwątpienie;
Nadzieję tam, gdzie panuje rozpacz;
Światło tam, gdzie panuje mrok;
Radość tam, gdzie panuje smutek.

Spraw abyśmy mogli,
Nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
Nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
Nie tyle szukać miłości, co kochać;

Albowiem dając, otrzymujemy;
Wybaczając, zyskujemy przebaczenie,
A umierając, rodzimy się do wiecznego życia.
Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

Kolejna nadinterpretacja

Jezus nauczał w szabat w jednej z synagog. A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy. Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. Lecz przełożony synagogi, oburzony tym, że Jezus w szabat uzdrowił, rzekł do ludu: Jest sześć dni, w których należy pracować. W te więc przychodźcie i leczcie się, a nie w dzień szabatu! Pan mu odpowiedział: Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić? A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu? Na te słowa wstyd ogarnął wszystkich Jego przeciwników, a lud cały cieszył się ze wszystkich wspaniałych czynów, dokonywanych przez Niego. (Łk 13,10-17)
Tylko człowiek naprawdę bez serca podejdzie do opisywanej sytuacji tak, jak tamten przełożony synagogi. Bo to nawet nie jest restrykcyjne przestrzeganie prawa – a nadinterpretacja prawa, w duchu złej woli, celem tylko i zdyskredytowania Jezusa. Który przecież uczynił coś dobrego – chory człowiek odzyskał dzięki Jego cudowi zdrowie. Nie patrząc na to, że powinno się – Jemu i Bogu – dziękować za cud uleczenia, zamiast piętnować za moment, w którym uleczył.
Prawo żydowskie, do dzisiaj przecież obowiązujące, nakazuje czcić Boga w dniu szabatu i zakazuje w tym dniu (od wieczora dnia poprzedzającego do wieczora szabatu) podejmowania jakichkolwiek prac, nawet lekkich. Cel takiego zapisu? Taki sam, jak dzisiejsze przykazanie Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Przypomnieć człowiekowi, że 6 dni w tygodniu to w zupełności wystarczająco, aby zarobić na życie, napracować się. Ostatni dzień to czas dla Boga, aby podziękować Mu za ten tydzień, za dobro, które stało się moim udziałem, za dobro które mogłem czynić, przeprosić za wszelkie zło – i moment na powierzenie Bogu nadchodzących, kolejnych dni, następnego tygodnia. 
Nic więc dziwnego, że Jezus posługuje się tak prostym przykładem. Dobrze, skoro do mnie masz pretensje, że uzdrowiłem chorą – to czemu nie reagujesz, kiedy tak wiele osób wykonuje prozaiczne, a jednak rozumiane (w ten sposób) jako praca, czynności typu właśnie napojenie bydła. Fakt, krowa nie zrozumie, że jest szabat, i z powodu szabatu nie przestanie jej się chcieć pić czy jeść. Karmicie więc zwierzęta – czyli jakby wykonujecie pracę, prowadząc je do wodopoju. Jednorazowe i to cudowne uleczenie przeszkadza, a regularne prowadzenie zwierząt do wodopoju już nie? W najlepszym razie – brak konsekwencji. Żeby nie powiedzieć, że zwykłe szukanie dziury w całym. 
Bóg jest Bogiem miłości, Bogiem miłosiernym. Uwierzysz, że przeszkadzało Mu uleczenie człowieka w dniu szabatu, że naruszyło to spoczynek szabatu? Ja – nie.

Gotowość i wytrwałość

Jezus powiedział do swoich uczniów: To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,39-48)
To tekst z wczoraj. Niby zwykły dzień, a jednak ważna rocznica – 27 lat od męczeńskiej śmierci bł. Jerzego Popiełuszki, prezbitera. 
Okazuje się, że ta ewangelia bardzo pięknie wpisuje się w życie błogosławionego – bo mówi o gotowości. W obrazku ewangelicznym – o potrzebie gotowości na przyjście Pana, czy to metaforycznie jako tego powracającego gospodarza, czy to dosłownie Pana jako przychodzącego powtórnie Chrystusa. Co pozwoliło ks. Jerzemu na taką a nie inną postawę w życiu? Zdeterminowany, wytrwał szykany także na etapie służby wojskowej w czasie seminarium. Już jako kapłan, wiedział, co musi zrobić, aby postępować zgodnie z sumieniem. Owszem, mógł zachowywać się inaczej – nie narażać się systemowi totalitarnemu, nie szukać z nim konfrontacji, posługiwać się nieco mniej dosadnymi i prawdziwymi sformułowaniami.

On jednak był gotowy. Wiedział, że mówienie prawdy, wzywanie do prawdy, do poszanowania godności człowieka, poszanowania swobód obywatelskich i praw pracowniczych, będzie go wiele kosztowało. Niebezpieczeństwo, na jakie był narażony, znali jego przełożeni – nie bez powodu ówczesny metropolita warszawski kard. Józef Glemp sugerował mu wyjazd na studia do Rzymu, chcąc uchronić go przed represjami władzy. Ale ks. Jerzy odmówił. Nie mógł w połowie pozostawić swojej pracy, wiedział, że ludzie mogli odebrać to jako ucieczkę – a on chciał być z nimi i był gotowy na wszystko w imię bronienia wartości dla niego ważnych.

I choć umarł w strasznych okolicznościach, w męczarniach, sponiewierany i pobity, to Bóg nagrodził jego życie i poświęcenie. Jego gotowość. Jego wytrwałość. I to jest wyzwanie dla nas. Nie chodzi o męczeństwo, ale o gotowość poświęcenia różnych spraw i kwestii w imię rzeczy najważniejszych. A więc w wypadku wierzących – o hierarchię wartości i umiejętność kierowania się nią, gdy przychodzi do dokonania wyboru. To wyzwanie. Wyzwanie do nieustannej gotowości i wierności, także za cenę szykan i przykrości. I choć sam żył, w nie tak odległych, a jednak zdecydowanie w innych czasach – bł. Jerzy to ciągle aktualny wzór dla nas, w tak dziwnym i niejednoznacznym świecie, w jakim dzisiaj żyjemy, w świecie, gdzie czasami wydaje się, że hierarchia wartości po prostu stanęła na głowie. 

Niewidzialne światło

Skończyłem właśnie czytać, pierwszą od dłuższego czasu, religijną książkę – wywiad-rzekę Jarosława Gowina i Doroty Zańko z śp. abp. Józefem Życińskim pt. „Niewidzialne światło” (co ciekawe, wg informacji wydawcy, książka niedostępna). Dziwi, ponieważ na okładce jest data wydania 2011, jednakże z treści wynika jednoznacznie, że rozmowy prowadzone były dużo wcześniej, za pontyfikatu jeszcze (dzisiaj już błogosławionego) Jana Pawła II. Można się doliczyć – pewnie 2003 rok. Książka momentami dłużąca się – cóż, w końcu rozmówcy to filozofowie – ale w której znalazłem kilka, fakt – długich – ale naprawdę ciekawych myśli, którymi niniejszym się podzielę.
W Kościele zawsze były różnice. Jedni w Bogu widzieli Boga grozy, a w religii mysterium tremendum, drudzy szukali Boga miłości, a religia była dla nich mysterium fascinosum. Dopóki są to podejścia komplementarne, takich różnice nie trzeba się obawiać. Natomiast kiedy jakaś grupa zaczyna twierdzić, że jedynymi prawdziwymi katolikami są tropiciele liberałów i masonów, oraz uważa, że ma monopol na katolicyzm i nie musi zważać na głos biskupów, to sytuacja staje się wysoce niepokojąca. (…) W epoce PRL ten świat był względnie uporządkowany, ci, którzy bronili uczciwości i przeciwstawiali się indoktrynacji, przemawiali mniej więcej takim samym językiem. Ale w sytuacji pluralizmu niektórzy gubią swoją tożsamość chrześcijańską i nadrabiają to krzykiem. Zaczynają się domagać, by Kościół „mówił jednym głosem”. Mówienie jednym głosem szczególnie lubią kaprale i przedszkolanki; efektem tego może być albo militaryzacja społeczeństwa, albo jego zdziecinnienie. Natomiast w Kościele zawsze była wielość. To ona stanowiła bogactwo, dzięki któremu mógł się rozwijać: byłą duchowość dominikańska, karmelitańska czy franciszkańska, były odmienne tradycje uniwersyteckie, byli św. Tomasz i św. Bonawentura oraz ich odmienne drogi filozoficzne. Ci, którzy bezmyślnie chcą niszczyć to bogactwo Kościoła, sugerując przyjęcie jedynego słusznego modelu chrześcijaństwa, ulegają raczej ideologicznym wpływom PRLu, tak różnym od Ewangelii.
Czy w kategoriach pragmatycznych Chrystus Pan miał wielkie osiągnięcia? Swoich współczesnych nie nawrócił. Podzielili się na zwalczające Go partie. W Wielki Piątek nie było ich na Golgocie, zgromadzili się tam ci, którzy chcieli sobie pokpić albo pogapić się. 
Na początku fascynował mnie Chrystus z Taboru – Chrystus wielkich uniesień, których świadectwa odnajdywałem w tekstach mistyków, Chrystus z Kazania na górze. Natomiast gdybym mia teraz wybrać jakąś scenę, w której postawa Chrystusa przemawia do mnie najmocniej, to była by to scena Ogrójca. Bo kiedy Go pojmano i poprowadzono, wszystko zaczęło się toczyć niezależnie od Niego, bieg wydarzeń został Mu narzucony. Wystarczyło zachować osiągalne minimum spokoju i poddać się logice oprawców. Natomiast Ogrójec z tym straszliwym napięciem, krwawym potem, oczekiwaniem na to, co ma nadejść, był miejsce Jego najważniejszej decyzji: „Niech się spełni wola Twoja, ale jeśli to możliwe, oddal ode mnie ten kielich”. Ten Chrystus z Ogrójca jest mi po latach najbliższy…
Najważniejsze zdanie, do którego powracam zawsze w trudnych doświadczeniach życiowych, pochodzi z Ewangelii Łukasz (4, 30). To zdanie zamykające opis zdarzenia w nazaretańskiej synagodze, gdzie Chrystus powiedział słuchającym Go ludziom, że to On jest zapowiedzianym Mesjaszem, na którym spełniają się słowa Izajasza, a oni wywlekli Go za miasto i chcieli strącić w przepaść. Łukasz komentuje to lakonicznie: „On jednak przeszedłszy pośród nich, oddalił się”. Trzeba umieć „przechodzić pośród” i oddalać się z miejsc, w których rządzi logika agresji. Jeśli możliwa jest konstruktywna rozmowa, należy zostać i podjąć ją. W przeciwnym razie lepiej odejść.

Nie sztuka jest mieć rację, trzeba jeszcze umieć ją mieć. Wokół Chrystusa wielokrotnie rozgrywały się wydarzenia, w których, po ludzku rzecz biorąc, powinien był dowodzić swojej racji. Nie robił tego. 

Pisać na piasku, wiedząc, że słowa zaraz zatrze wiatr, to też naśladowanie Chrystusa. My chcielibyśmy każde nasze słowo wykuć w spiżu i utrwalić dla przyszłych pokoleń. 
Długą tradycję ma u nas model „katolika Zagłoby”, w którego wierze głębokie było jedynie przekonanie, iż „wśród wszystkich nacji naszą sobie szczególnie Pan Bóg umiłował”. Według znanej opinii Lechonia, w modelu tym brak ducha modlitwy szedł w parze z niechlujstwem duchowym, a wiara religijna ponadczasowego Zagłoby „ograniczała się do tego, że ‚lubił zjeść święcone’, węszył (…) wszędzie niewiarę, masonerię, żydostwo, miał wciąż na ustach Boga i Kościół”. Zagłoba w wersji Sienkiewiczowskiej miał przynajmniej poczucie humoru. Iluż my natomiast mamy współczesnych Zagłobów, którzy rezerwują dla siebie funkcje jedynych obrońców wiary i demonstrują agresję wobec reszty świata. 
Jakkolwiek potoczyłyby się losy XXI wieku, jakiekolwiek zaszłyby zmiany cywilizacyjne, nie wolno nam gorszyć się światem ani potępiać go. Uczestnicząc w Chrystusowym dziele zbawczym, mamy przynosić ze sobą powiew innej rzeczywistości, która w tym często nieludzkim świecie będzie jak żywe róże na tle betonowego miasta. Bez Boga róże nie zakwitają. Po to, byśmy mogli prowadzić długie rozmowy, szukać ideałów rozwoju osobowości, pytać, w imię czego należy być uczciwym i jaki jest najgłębszy sens cierpienia, potrzeba nam odniesienia do tego fundamentu, jakim jest Bóg, do tego najbardziej konkretnego przykładu, jaki ukazuje Jezus Chrystus w swoim cierpieniu i zmartwychwstaniu, jawiąc się w mrokach naszego życia jak niewidzialne światło – ukryte, ale obecne i dające nadzieję na ujrzenie rzeczy w ich właściwych wymiarach. 
Kiedy myślę o Hipponie czasów św. Augustyna, o jego oddziaływaniu na północną Afrykę, którą potem zalał islam, stawiam sobie pytanie: w którym momencie katolicy zaniedbali współpracę z łaską Ducha Świętego, tak, że pewne terytoria znalazły się poza wpływem chrześcijaństwa? Takie fakty przypominają nam o naszej odpowiedzialności. Nie można składać wszystkiego na oddziaływanie Ducha Świętego. Nie można akceptować eklezjologii kwietystycznej, która zapomina, że człowiek jest twórczym współpracownikiem Pana Boga w dziele zbawienia. Ale z drugiej strony, jeszcze bardziej przeraża mnie eklezjologia samozwańczych obrońców Kościoła, którzy utwierdzają się nawzajem w przeświadczeniu, że tylko oni są prawdziwymi katolikami, że reszta świata ich nie rozumie, że trzeba wreszcie zrobić porządek w Kościele, usuwając z niego ukrytych wrogów… W ten sposób zawsze pojawiały się sekty. Dzisiaj mentalność ta pobrzmiewa między innymi w Radiu Maryja. 

Na pewno nie wolno zła tolerować, tłumacząc się chęcią uniknięcia zgorszenia czy jakimkolwiek innym szlachetnym celem. Cel nie uświęca środków. Pierwotne chrześcijaństwo potrafiło zdobyć się na poinformowanie potomnych o szokującym fakcie zdrady Judasza. Na kartach ewangelii nie przemilczano zaparcia się Szymona Piotra. Z drugiej strony, nie prowadzono wtedy szczegółowych analiz, w jakich ratach wypłacano Judaszowi srebrniki ani jakie były ukryte motywy słabości u św. Piotra. Mamy tu więc jasne świadectwo prawdy, odwagę w podejmowaniu odpowiedzialności za Kościół, ale również świadomość, że nie da się do końca zwerbalizować tajemnicy zła w jego łonie.

Jeśli już dochodzi do takich [skandale pedofilskie w Kościele] sytuacji w Kościele, reakcja może być tylko jedna. Chrystus wyraził ją słowami” „Prawda was wyzwoli” (J 8, 32). Prawda, która ostatecznie uosobiona jest w Chrystusie, musi być w takich przypadkach wartością podstawową. Jeśli nie reaguje się na zło, jest to formą współuczestniczenia w nim. Natomiast pytanie, jak świadectwo prawdzie łączyć zarówno z roztropnością, jak i z miłością bliźniego, jest przykładem kwadratury koła, której w życiu nie rozwiąże się na poziomie ogólnym. W każdym indywidualnym przypadku trzeba w sposób niepowtarzalny konstruować triadę: prawda – roztropność – miłość.
To tylko kilka, wybranych przeze mnie fragmentów. Wielka wiara autora, podparta także ogromną wiedzą i doświadczeniem wybrzmiewa w bardzo wielu miejscach tej książki. Do której przeczytania zachęcam. 

Twarda świętość bł. Jana Pawła II

Jutro kolejna, 33. już rocznica wyboru metropolity krakowskiego kard. Karola Wojtyły na papieża, początkowej daty pontyfikatu, który tak wiele zmienił – w Kościele, ale i w Polsce. 
Zamiast wielu pustych słów – kilka prostych myśli Jana Turnaua, jak zwykle bezbłędnego:
33 lata temu zaistniał papież Jan Paweł II. Zaczęło się wiele nowego w historii Kościoła rzymskokatolickiego, w historii Polski, w dziejach całej ludzkości. Nie napiszę jednak o pontyfikacie, tylko o samym człowieku. 
Był naprawdę święty. Oczywiste to dla wielu, ale nie dla wszystkich. Nawet i wśród katolików zagranicznych nie ma takiego uwielbienia dla niego, jakie jest u nas. Dla mnie to jednak aksjomat. Świętość to, mówiąc po świecku, bardzo wielka dobroć. Twarda walka z własnym egocentryzmem, twarda troska o innych ludzi. Był w tym twardy. A do tego delikatny. Nie lubił robić bliźnim przykrości, wolał ich radować nieustannymi żartami. Był pokorny, nie znosił zadzierania nosa. 
Co nie znaczy, że był nieomylny. Ze nie mylił się w swoich decyzjach personalnych ani w swoich poglądach. Nie zawsze przekraczał swój czas. Zawsze jednak przekraczał siebie. 
Czy i kiedy ostatnio mi udało się zwalczyć w sobie, przekroczyć, cokolwiek?

Znowu biada

Jezus powiedział do faryzeuszów i uczonych w Prawie: Biada wam, faryzeuszom, bo dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, i z wszelkiego rodzaju jarzyny, a pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Tymczasem to należało czynić, i tamtego nie opuszczać. Biada wam, faryzeuszom, bo lubicie pierwsze miejsce w synagogach i pozdrowienia na rynku. Biada wam, bo jesteście jak groby niewidoczne, po których ludzie bezwiednie przechodzą. Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: Nauczycielu, tymi słowami nam też ubliżasz. On odparł: I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo wkładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie. Biada wam, ponieważ budujecie grobowce prorokom, a wasi ojcowie ich zamordowali. A tak jesteście świadkami i przytakujecie uczynkom waszych ojców, gdyż oni ich pomordowali, a wy im wznosicie grobowce. Dlatego też powiedziała Mądrość Boża: Poślę do nich proroków i apostołów, a z nich niektórych zabiją i prześladować będą. Tak na tym plemieniu będzie pomszczona krew wszystkich proroków, która została przelana od stworzenia świata, od krwi Abla aż do krwi Zachariasza, który zginął między ołtarzem a przybytkiem. Tak, mówię wam, na tym plemieniu będzie pomszczona. Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania; samiście nie weszli, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli. Gdy wyszedł stamtąd, uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli gwałtownie nastawać na Niego i wypytywać Go o wiele rzeczy. Czyhali przy tym, żeby go podchwycić na jakimś słowie. (Łk 11,42-54)

Taka zbitka, z wczoraj i dzisiaj – bo jedno jest kontynuacją drugiego.

Dla mnie to bardzo wymowny przykład przeciwieństwa słynnego kazania na górze, ośmiu błogosławieństw. Tam drogowskazy – jak żyć, jak postępować, aby być błogosławiony, pełnym Boga. Tutaj – przeciwieństwo – słowa przestrogi i jakby ostrzeżenia. Co więcej – nie tylko do faryzeuszów i uczonych w Piśmie kierowane. Oni byli bezpośrednimi odbiorcami, im się oberwało wprost. Jezus nigdy jednak nie potępia człowieka, a postępowanie i czyny. Te słowa pozostają aktualne także dzisiaj, w stosunku do wszystkich, którzy tak postępują. 
Biada tym, którzy czyniąc rygorystycznie zadość przepisom – pomijają sprawiedliwość Bożą i miłość. Bóg mówi wprost – to ważniejsze, nie tamto. Biada tym, którzy puszą się swoją pozycją, domagają się czci i szacunku – podczas gdy na żadne z powyższych nie zasługują. Biada tym, którzy innych pouczają, wymagając rzeczy przekraczających ludzkie możliwości, równocześnie siebie samych traktując z przymrużeniem oka, z każdą możliwą taryfą ulgową, po najmniejszej linii oporu. Biada tym, którzy wnoszą grobowce prorokom – których ich właśni ojcowie pozabijali. Biada wszystkim, którzy sobie uzurpują prawo do wskazywania, kto postępuje sprawiedliwie i zmierza do zbawienia – a jednocześnie sami siebie potępiają i z właściwej drogi zawracają innych.
Szczególnie pobrzmiewać te przestrogi powinny w uszach autorytetów moralnych, a przede wszystkim – osób duchownych. Spadkobierców tej wielkiej misji, jaką wtedy zapoczątkował Jezus. Posłanych, aby prostować to, co kręte i połamane; przynosić nadzieję tam, gdzie króluje rozpacz, ukojenie tym, których serca dręczą problemy i dramaty. 
Faryzeusz w tym ewangelicznym obrazku to tylko synonim człowieka o pewnej postawie, albo pewnych postaw człowieka. Oby żaden z nas nie odnalazł ich w sobie.

Przyjdźcie na ucztę

Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę! Lecz oni zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy ich, pozabijali. Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić. Wtedy rzekł swoim sługom: Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka, nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego? Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych. (Mt 22,1-14)
Piękny tekst i piękny w swojej wymowie dowód na to, że Bóg daje nam wolną wolę (co wiele osób głośno i mocno kontestuje). Bóg mówi w przypowieściach, ale jak bardzo mówi do nas. Czy dlatego, że jesteśmy współczesnymi faryzeuszami? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sam; mam nadzieję, że nie. Z drugiej strony – jak bardzo to podobne do, zeszłotygodniowo-niedzielnej, opowieści o winnicy?
Różnica polega na tym, że w przypowieści król zaprasza dwukrotnie (a może to tylko przenośnia?), zaś Bóg… Bóg nie stawia żadnych granic, poza tymi ramami czasowymi, w jakich dane jest nam przejść przez życie. Niestety jednak – a może to jest właśnie największy, poza zbawieniem, Boży dar? – jest nasza wolność, z której korzystać tak często nie potrafimy, a która prowadzi do tak głupich posunięć, jak zabójstwo na wysłanych po raz drugi królewskich posłańcach. Przecież wydawać się może, że takie królewskie zaproszenie to powinno być marzenie każdego człowieka, wyróżnienie i nobilitacja. Król nie dał za wygraną, mimo już za pierwszym razem okazanego sługom – a więc i jemu – lekceważenia, posyła po zaproszonych ponownie. 
Dochodzi do dramatu, gdy człowiek w sposób skrajnie negatywny, najgorszy z możliwych, ową ofiarowaną mu wolność wykorzystuje do przemocy, a nawet zabójstwa przeciwko drugiemu. Kara królewska jest wielka, giną zabójcy, ale i całe ich miasto. Co ciekawe – taki los spotyka tylko tych, którzy podnieśli ręce na królewskie sługi. Pozostali, którzy wymawiali się tylko i po prostu olali króla, nie spotkała chyba żadna konsekwencja. Co więcej – nie wykluczone, że mieli kiedyś jeszcze szansę odpowiedzenia na podobne zaproszenie. Mieli szczęście, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. 
Kiedy tak czytam te słowa dalsze – Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie – mam nieodparte wrażenie, że to czytelna aluzja do tego, jak działał na ziemi Jezus. Najpierw Dobrą Nowinę komu proponował? Narodowi Wybranemu. Który, delikatnie rzecz biorąc – tak, jak zaproszeni króla – olał Go. Wtedy poszedł dalej, znajdując słuchaczy i ludzi chętnych do wcielenia w życie Jego ideałów pośród tak wielu innych, często przez Żydów pogardzanych. A jednak, ich serca były o tyle bardziej podatne. Mimo, że to właśnie Żydzi wyczekiwali Mesjasza, który przeszedł wielu z nich dosłownie koło nosa. 
Bóg (jak tamten król) nie patrzy na ludzkie podziały – dobry, zły – i swoje zaproszenie kieruje do każdego. Zaprasza na ucztę, która spełnia się bez końca. Na ołtarzach całego świata, w Eucharystii. Zaprasza na misterium, które daje możliwość przyjmowania – dosłownie, w żadnej przenośni – Jego samego, który chce każdego umocnić w podróży między ziemskimi ucztami, do tej ostatecznej, wiecznej uczty w Jego Królestwie. 
Jedyny problem polega na tym, do której grupy będziemy należeć. O to, że do powołanych – pewnie tak, skoro jesteśmy ochrzczeni, przyjmujemy sakramenty. Tu jednak o coś więcej chodzi – o wybranie, Boże wybranie. Bóg nas wybrał – teraz wszystko zależy, czy i jak na to wybranie odpowiemy. Droga jest prosta. Przychodząc na Ucztę Eucharystyczną, dajemy wyraz naszemu do Niego przywiązaniu. Tą drogą zmierzamy ku tej uczcie ostatecznej.