Ubolewanie pogardzanego

Jezus powiedział: Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno by się nawróciły, siedząc w worze pokutnym i w popiele. Toteż Tyrowi i Sydonowi lżej będzie na sądzie niżeli wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do otchłani zejdziesz! Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10,13-16)
Wiesz, jaki jest najczęstszy błąd popełniany w kontekście tego tekstu? Traktowanie tych słów, powtarzanych biada jako groźby. Błąd kardynalny. Bo to nic innego, jak słowa przestrogi, ubolewania nad tymi konkretnymi miastami. Zresztą jakakolwiek groźba nie miała by tu sensu ani racji bytu. Bóg nie miał z tym nic do czynienia – swojego Syna posłał także tam, i to ludzie sami, w przenośni autora utożsamiani z miastami jako takimi, dokonali wyboru. Niestety, błędnego. 
Fakt, w tamtych czasach można było mówić o znakach. W końcu sam Jezus wędrował wtedy drogami Ziemi Świętej, nauczając, uzdrawiając, karmiąc głodnych, przynosząc nadzieję poniżonym, wskazując że jest świat piękniejszy i lepszy od tego, do którego to życie nas prowadzi, bez względu na nasz status materialny, wykształcenie czy perspektywy rozumiane w sposób czysto ludzki. Wielu tę okazję wykorzystywało, dosłownie łapiąc Boga za nogi – z czego pewnie nie zawsze zdawali sobie sprawę. Mieszkańcy Korozain i Betsaidy pozostawali jednak głusi na nauczanie Rabbiego z Nazaretu. Jakby ślepi na czyny, których dokonał – bo przecież same tylko one mogły przekonać największego niedowiarka. 
Na czym polega dramat ludzi, którzy pogardzają tak czytelnymi znakami Bożej łaski? Na tym, że to po prostu grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Podobno niewybaczalny. Świadome działanie wbrew Bogu, przy jednoczesnej świadomości Jego istnienia. Przeciąganie struny, testowanie Jego Miłosierdzia. Skoro wiesz, że słuchasz Boga, że to Jego – a nie jakiegoś oszołoma, uzurpatora czy fałszywego proroka – słowa, to kto dał ci prawo do kwestionowania ich, zbywania czy lekceważenia, przechodzenia nad nimi do porządku dziennego, nic w sobie nie zmieniając? 
Bóg nie gardzi człowiekiem. Współczuje jednak i przestrzega – stąd to biada – tych wszystkich, którzy, najczęściej zupełnie nieświadomi, złażą bezwolnie do otchłani. On nikogo tam nie chce widzieć. Tylko my w swojej głupocie się tam pakujemy. Może czas najwyższy, żeby wziąć sobie to biada do serca?

Ciągle jest czas na opamiętanie się

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć. (Mt 21,28-32)

Niedzielnie, jak zwykle jestem do tyłu.

Jesteśmy pozorantami. Można to nazwać różnie – pozorami, kłamstwem, deklaracjami bez pokrycia, pustymi obiecankami, demagogią, lizusostwem, nadużywaniem zaufania. Tak, chyba kłamstwo najbardziej jednak pasuje. Nie chodzi o siłę sformułowania – ale o dokładność, precyzyjność. To w końcu tylko słowo, a jednak – rodzi za sobą zobowiązanie do pewnego zachowania, zadośćuczynienia temu, co zostało zadeklarowane, obiecane. 
Pierwszy z tych synów zachował się właśnie tak. Zbył ojca tym, co proste i nie wymagało w sumie niczego – słowami. Po czym postąpił po swojemu, olewając po prostu wolę ojca, i słowo obietnicy poddania się tej woli. Można się domyślać, co było dalej – pewnie, gdy przyszło do spotkania w domu wieczorem, ojciec zapytał, czemu się w tej winnicy nie pojawił, pewnie były tłumaczenia i wykręty. To takie dzisiejsze – zawsze znajdzie się, najbardziej nawet pokrętny, sposób na zwalenie winy za zaistniałą sytuację, na wszystko/wszystkich – tylko nie na siebie. Nawet, a może przede wszystkim, gdy jedynym winnym jestem ja sam, moje lenistwo. 
Drugi pozornie też postąpił niewłaściwie. Tyle, że miał odwagę, aby tę niesubordynację, brak chęci spełnienia woli ojca wyrazić wprost – ojciec prosi, ten odmawia. Nie ma co wnikać w przyczyny, dla których akurat tak postąpił. Bo szybko przyszło mu opamiętanie. Zrobił to, co zrobić był powinien – czynami naprawiając błąd słów. To było takie uniwersalne i najbardziej wymowne przyznanie się do błędu. Wystarczające. Przecież przyznać się do winy przychodzi bardzo ciężko, szczególnie gdy trzeba je wyrazić słowami. Tu nie miało to znaczenia. On tym, co zrobił, jak faktycznie i gdzie – bo w winnicy – spędził ten dzień, wyraził wszystko. 
Co ciekawe, sytuacja tak prosta i jednoznaczna, że nawet zapytani o nią faryzeusze – z natury dość wybiórczy jeśli chodzi o zasady i wymogi – musieli wskazać, że wolę ojca spełnił dobrze ten drugi. Nie ten, który deklarował i na deklaracjach skończył, ale ten, który odmówił, ale w końcu wolę ojca spełnił czynami. Można powiedzieć, że to Jezusowe podsumowanie było zbędne. Myślę, że oni sami to czuli – ile przecież razy sami oceniali innych na podstawie tego, co pozorne, zewnętrzne, zamykając się i odmawiając prawdy ludziom prostym i autentycznym, którzy głosili prawdę. Jan Chrzciciel to przykład pierwszy z brzegu. 
Morał tej historii prosty jak drut. Ciągle jest czas na opamiętanie się. Ojciec czeka i codziennie o coś prosi. O nic nadzwyczajnego. Nigdy o coś, co mnie przerasta. Tak, czasami o coś, co jest trudne, wymagające. I na pewno sensowniejsze niż to, na co zamierzam ten dzień zmarnować. 

Weźcie sobie dobrze do serca

Gdy tak wszyscy pełni byli podziwu dla wszystkich Jego czynów, Jezus powiedział do swoich uczniów: Weźcie wy sobie dobrze do serca te właśnie słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Lecz oni nie rozumieli tego powiedzenia; było ono zakryte przed nimi, tak że go nie pojęli, a bali się zapytać Go o nie. (Łk 9,43b-45)
To z soboty ostatniej. Tuż przed egzaminem poszedłem na mszę, raniutko. Słońce wstawało, ludzi garstka, msza bez organisty (choć w większości śpiewana). Piękna sprawa.

Niby krótkie, ale i treści. Bo my – czy to dzisiaj, żyjący tutaj, czy tamci, którzy szli za Jezusem – mamy tendencję do ekspresji i rozmachu w tym, co powierzchowne, zewnętrzne, zauważalne. Nie wiem – dla siebie, czy dla innych? Ale tak to jest. Żeby było jasne – nie widzę nic złego w tym, że ludzie zachwycali się nad tym co i jak czynił Jezus, bo czynił rzeczy wielkie i po ludzku niewytłumaczalne – uzdrawiał, leczył, wypędzał złe duchy, rozmnażał pokarm, a nawet wskrzeszał. 
Problem pojawiał się dalej – co dla poszczególnych ludzi z tego wynikało? Jakie konsekwencje to rodziło. Wtedy pewnie więcej osób przejrzało na oczy, zastanawiało się nad tym, jak odnieść się do słów głoszonych przez Tego Człowieka. Więcej było tam w ludziach refleksji i świadomości życia w obecności Boga. Dlatego tak wielu szło za Nim – czy to dosłownie, jak Dwunastu, potem Siedemdziesięciu Dwóch czy kobiety, porzucając wszystko, czym się zajmowali; czy to wyruszało w drogę życia Bożymi przykazaniami zinterpretowanymi przez Jezusa tak odmiennie niż przez faryzeuszy – w swoim własnym życiu, teraz jednak inaczej przeżywanym. 
To jest także nasz problem. Na czym polega? Na tym tytułowym braniu sobie do serca Bożych spraw. Pójdziemy do kościoła, zasłuchamy się, nawet czasem zachwyt nad krasomówstwem kaznodziei (a przecież nie o to chodzi!) – po czym wracamy do domu i dalej swoje. W bardzo dużym skrócie. Oczywiście, jeśli komuś udaje się z Mszy wynieść więcej i zastosować coś z tego, co usłyszał, do siebie i tego, co robi – to świetnie. Po sobie wiem – słomiany zapał, jak sama nazwa wskazuje, wystarczy na krótko i bardzo często za jakiś czas, jak się człowiek zastanowi, okazuje się, że sam jest gorszy niż wcześniej, a nauka, nad którą się tak zachwycał pod wpływem tego czy innego kazania – poszła, dosłownie w las. Jednym uchem weszło, drugim wyszło. Jak się masz? Świetnie. 
Do tamtych Jezus mówił w kontekście zapowiedzi tego, co miało się stać. W kontekście tej okrutnej męki, która nie była żadnym strasznym Bożym żartem czy widzimisię – ale przyjętą w duchu pokory i z otwartym sercem misją i sposobem przez Boga wybranym na odkupienie nas, ludzi. Jak wiemy, i co można dalej w – tej czy innej – ewangelii wyczytać, niewiele zrozumieli. Potrzeba było czasu, widoku męki na krzyżu, opłakiwania zwłok, i dopiero przed pustym grobem, w drodze do Emaus i tylu innych miejscach zaczęły się otwierać oczy ich serc. Wtedy zrozumieli. Wtedy zaczęli sobie te sprawy brać głęboko do serca. 
W tym właśnie tkwi nasza nadzieja. My także, tutaj w życiu, możemy (i mamy!) zmartwychwstawać z tego, małe, słabe i kruche. Mamy na to okazję, czas – i Boże ku temu zaproszenie. Weź to sobie w końcu do serca – ale nie kończ na tym. Zrób coś z tym. Za ciebie nikt tego nie zrobi.

>>>

(dopisane 12:55) Właśnie się dowiedziałem, że udało mi się zdać egzamin! Niezmierne dzięki wszystkim, którzy szturmowali Niebo w tej intencji :)

Kolejny mały aniołek

Siedzę i ryję. Ale już tylko 2 dni. 
Prawie zapomniałem, że dzisiaj mam imieniny.
A piszę tylko dlatego, żeby prosić o modlitwę. Nie za siebie. Za koleżankę z pracy, która na dniach straciła nienarodzone dziecko, maleństwo na które z wielką nadzieją i miłością z mężem i córką czekali.

Oby Bóg sam był dla nich teraz pociechą – tą jedyną sensowną, nie tylko mniej lub bardziej pustym załamywaniem rąk czy poklepywaniem po plecach. A to ich maleństwo, którego nie było im dane zobaczyć, oby było już z Nim tam, dokąd wszyscy zmierzamy.

Tobie mówię

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz! Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, stanęli – i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie. (Łk 7,11-17)

Jeden z wielu cudów największego z cudotwórców, i przede wszystkim – żadnego iluzjonisty. Boga samego. Cudu z jednej strony wyjątkowo spektakularnego, bo przecież nie tylko uzdrowił, ale wręcz wskrzesił z martwych, łamiąc (a może – naginając?) prawa tego świata; ale cudu z innej strony tak zwyczajnego, bo dokonanego na pewno po prostu po drodze, przemieszczając się w toku nauczania. 
Warto także zwrócić uwagę na coś innego. Znowu wybitnie ludzkie i kochające oblicze Jezusa. To samo, jakie widzimy, gdy Kościół wspomina scenę wskrzeszenia osoby na pewno Mu bliższej, niż ten dzisiejszy młodzieniec, Łazarza. I tu, i tam  Jezus okazał po prostu wzruszenie, smutek i żal nad faktem odejścia z tego świata tej czy innej osoby. On, Pan życia i śmierci, lituje się nad człowiekiem, którego czas nadszedł, i przywraca go  światu.
Wystarczyło kilka słów, proste polecenie – i zmarły powstaje. Ktoś patrząc na sytuację z boku mógłby powiedzieć – no jak to, po prostu rozkaże, i trup ożyje? Nic, tylko popukać się w głowę. A tu – bez czarów, zaklęć, nimbu tajemniczości czy nadprzyrodzoności. Moc w słabości się doskonali, Bóg-Człowiek, który ma w ręku władzę nad życiem i śmiercią, po prostu każe temu młodzieńcowi. Wróć do tego świata, wracaj do swojej matki, opiekuj się nią. 
Do nas Jezus też bardzo często się tak zwraca. Pewnie nie pomylę się, gdy powiem, że żadne z nas, choćby nie wiem ilu czytało te słowa, nie doświadczyło wskrzeszenia z martwych w taki sposób, jak Łazarz czy dzisiejszy bohater, ów młodzieniec. Do nas Pan mówi inaczej. Wzywa nas do powrotu w sposób bardziej subtelny, do powrotu w ramach tej rzeczywistości, tej egzystencji, tego życia. Wzywa do powrotu do tego, co święte, piękne, dobre, bezinteresowne, z miłości, z miłością, do autentycznego życia wiarą. Wzywa do powrotu do bycia takim, jakim człowiek był na początku i jakim być powinien; jakim być musi, jeśli Boga i wszystek Jego nauczania traktuje serio. 
Mamy wybór. Możemy się na Boga, za przeproszeniem, wypiąć. Jezus wtedy, widząc rozpacz matki, ulitował się nad nią i zwrócił jej syna. Nas dzisiaj nie zmusi do powrotu do bycia autentycznym chrześcijaninem, bo szanuje naszą wolną wolę. Ale nie traci nadziei, i raz po raz na naszej drodze życia przystaje, zaczepia, drąży. Młodzieńcze, tobie mówię… Może warto posłuchać, a nie wykręcać się uniwersalnym pośpiechem i brakiem czasu? 
>>>
Od dzisiaj jestem na urlopie, i tak do końca przyszłego tygodnia. Może coś napiszę, może nie. Intensywnie staram się przygotować do bardzo ważnego egzaminu. O siły, skupienie i dobre wykorzystanie tego czasu, czy wreszcie o powodzenie 24 września sam proszę – i będę wdzięczny bardzo za modlitwę w tej intencji.

Przebaczenie z dwóch stron

Czasu nie było, a chciałem o tym napisać. W tygodniu zmarł pierwszy proboszcz parafii, w której od niedawna mieszkam. Człowiek w sumie wcale nie jakoś specjalnie stary – pod siedemdziesiątką. W parafii był od początku (wczesne lata 80.), zbudował kaplicę, plebanię i kościół. Proboszczował do 2001 r., jednak pozostał w parafii do końca, jako rezydent. 
Postać co najmniej niejednoznaczna. Dlaczego? Bo nie bez powodu przestał być proboszczem. Nikt nie negował jego zasług w parafii na polu wnoszenia czy to kościoła (osobna historia – nie było tajemnicą, że „ścigał się” z innym księdzem z okolicy w zakresie tej budowy, czego efekty widać do dzisiaj, niestety, bo kościół jest ze 2 razy za duży, przez koszty jego eksploatacji są ogromne, bez szans na ogrzanie, dach przecieka, dzwon działa 1 na 3, instalacje co chwile nie działają – generalnie do zmniejszenia [boczne nawy do zamknięcia i zamienienia w osobne kaplice] i remontu prawie generalnego), kaplicy, zaplecza (w plebanii co sezon coś jest do wymiany – a to całe instalacje, a to podłoga, a to dach…). Problem polegał na charakterze. Jedyna parafia w diecezji, gdzie co roku była wymiana wikariusza prawie. A czasami nie jednego. Żaden nie był dość dobry. Każdemu zarzucał najprzeróżniejsze, wyimaginowane przewinienia, włącznie z podtekstami odnośnie nieprawidłowych relacji z parafiankami. Snuł przeróżne intrygi, oczerniając współpracowników – wikariuszy, ale i świeckich – w oczach innych parafian. Ja rozumiem – mógł trafić raz na jakiegoś wikarego lenia, ale przez naście lat każdy? Coś musiało być nie tak. Stąd też kuria zaczęła się przyglądać i jemu, i parafii – bo nie brakowało skarg, zarówno ze strony księży, jak i parafian, na proboszcza. Były rozmowy, prośby. Nic to nie dało.

Kościół konsekrowano, nic się nie zmieniało, więc w końcu został usunięty ze stanowiska. Też wyglądało to dziwnie – na gwałt przebudowywał spory kawał plebanii, gdzie zamiast 2 salek urządził sobie mieszkanie (o wiele większe niż pozostałych księży). Co ciekawsze, ludziom wpierał, że buduje pomieszczenie dla gości. Po czym absolutnie odciął się od parafii. Mieszkał na jej terenie, podłączone od parafii miał media, i nie brał udziału w niczym. W tygodniu czasem odprawiał Msze, zawsze sam, czasem nie. W niedzielę na 5 Mszy odprawił jedną, spowiadał prawie wcale. Zaznaczam – przechodząc na emeryturę w wieku lat niewiele ponad 50, nie będąc wcale obłożnie nijak chorym. Mógł się zaangażować, wspierać nowego proboszcza (i kolejnego, obecnego), gdyby chciał. Ale nie chciał. Nienawidził, niestety, pierwszego proboszcza – tego „uzurpatora”, przez którego (…) usunięto go ze stanowiska. Powróciło obmawianie, oczernianie, wymyślane oszczerstwa (na proboszcza, księży, na współpracowników parafii którzy [zamiast na znak „solidarności” z nim odejść] „śmieli” działać dalej w parafii…) – włącznie z donosami do kurii, jako by nie miał z czego żyć, bo proboszcz mu nie płaci. Ciekawe – bo równocześnie miał nowy samochód dość wysokiej klasy, który – rzekomo przymierając głodem – wymieniał będąc już na emeryturze. Uroczystości – pasterka, Triduum Paschalne, bierzmowania, komunie, wizytacje – zawsze go nie było. Zawsze był gdzieś, wyjeżdżał, albo symulował chorobę. Powtórzę – jak na człowieka w tym wieku nie był może siłaczem, ale nie chorował na nic. Dochodziło do tego, że biskup na wizytacji czy bierzmowaniu musiał zwracać uwagę na temat jego nieobecność. Ostentacyjnie, na znak protestu, zawsze obok.

Dlatego bardzo mnie ciekawiło, jak będzie wyglądało niedzielne kazanie. Obecny proboszcz także miał przez niego wiele krwi napsute, zupełnie niesłusznie. Natomiast „po dzielnicy” już chodziły plotki tego typu, że zmarły zażyczył sobie pochowania w kościele, a w ogóle to on… ziemię kupił za własne pieniądze i za swoje większość kościoła postawił. Co, delikatnie mówiąc, całkowicie się mijało z prawdą (ziemia od miasta i w darowiźnie kawałek od prywatnego właściciela, budowa systemem gospodarczym ze środków zbieranych na bieżąco – co  jest powszechnie wiadome). Zostałem mile zaskoczony – bo kwestia śmierci byłego proboszcza była wątkiem pobocznym. Bez oceniania, z naciskiem na to, że teraz on już sam nic dla siebie nie zrobi, i wszystko jest w naszych rękach, teraz można się za niego tylko modlić. Co bardzo ładnie wpasowało się w temat wczorajszej niedzielnej ewangelii:

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu. (Mt 18,21-35)

Bo przebaczać trzeba zawsze. Tu nie chodzi o liczby – to tylko przenośnia. 7 miało znaczyć niewiele, kilka razy – a 77 wiele razy. W tym sensie – tak, 77 razy. A tak naprawdę, to i 78, 79, ile wlezie. Uraz, jaki masz do drugiego człowieka, zatruwa cię od środka. To tak naprawdę zniewala, nie ta krzywda, jeśli została ci uczyniona. To ten brak przebaczenia jątrzy, boli, piecze i prowadzi do nienawiści. Nie bez powodu mówi się – zło dobrem zwyciężaj. Prawdziwa wolność, pozbycie się, wyrzucenie się tego, że było źle, że ktoś mi zaszkodził, skrzywdził – może nastąpić dopiero, gdy z mojej strony nie będzie urazy, gdy znajdę siłę na przebaczenie. Bo czy ja sam jestem bez winy? Może w tej sprawie tak, może tutaj zawalił ten drugi. A tak w ogóle, szerzej? Oj, jest pewnie sporo rzeczy, które ludzie naokoło musieli by mi przebaczyć.

Chyba nikt z nas by nie chciał, aby ktokolwiek postąpił z nim tak, jak zdenerwowany król z niewdzięcznym sługą, który nie umiał docenić darowania długu? Nam pewnie nie raz się zdarzyła taka postawa, jak tamtego niewdzięcznika. Bo jak ktoś wobec mnie uczyni gest bezinteresowny, niespodziewany i nieoczekiwany – jest fajnie, jest euforia, ale bardzo szybko przechodzi się nad tym do porządku dziennego. A potem prawie – „bo mi się przecież należy”, na pozycję roszczeniową. Przy czym samemu – a po co? Taka mentalność Kalego, z innej strony ugryziona. Mnie niech przebaczają – ale ja innym? No bez przesady. Przecież mi się należy! Ma dług? Ma. To niech płaci! A że mnie darowali? No chciał, to darował. Przecież ja nie muszę.

Umiejętność przebaczania to wielki dar. Dar zarówno dla tego, który umie przebaczyć, ale i dla tego, czyim udziałem to przebaczenie się staje, do kogo jest skierowane. Dla kogo jest to ważniejsze? Nie wiem. Komu więcej daje – przebaczającemu, czy temu, któremu zostaje przebaczone? Nie wiem. Ale każdemu życzę, aby miał okazję się przekonać. W obie strony.

I polecam zmarłego księdza modlitwom tych, którzy te słowa czytają. Modlitwy nigdy za wiele, a ten człowiek na pewno jej potrzebuje.

Wskrzeszenie ku Bogu

Jak przejęliście naukę o Chrystusie Jezusie jako Panu, tak w Nim postępujcie: zapuśćcie w Niego korzenie i na Nim dalej się budujcie, i umacniajcie się w wierze, jak was nauczono, pełni wdzięczności. Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie. W Nim bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała, bo zostaliście napełnieni w Nim, który jest Głową wszelkiej Zwierzchności i Władzy. I w Nim też otrzymaliście obrzezanie, nie z ręki ludzkiej, lecz Chrystusowe obrzezanie, polegające na zupełnym wyzuciu się z ciała grzesznego, jako razem z Nim pogrzebani w chrzcie, w którym też razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił. I was, umarłych na skutek występków i nieobrzezania waszego grzesznego ciała, razem z Nim przywrócił do życia. Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny obciążający nas nakazami. To właśnie, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża. Po rozbrojeniu Zwierzchności i Władz, jawnie wystawił je na widowisko, powiódłszy je dzięki Niemu w triumfie. (Kol 2,6-15)
Dziś, dla odmiany, czytanie – wczorajsze. Nota bene, co dowiedziałem się po fakcie dopiero, gdy wypadało liturgiczne wspomnienie współczesnej nam apostołki ubogich, bł. matki Teresy z Kalkuty. Ciekawa zbieżność, biorąc pod uwagę to, o czym mówi tekst.
O czym są te słowa? O drzewie, którym tak naprawdę jest każdy z nas. Drzewie, które przez sakrament chrztu zostaje wszczepione, zasadzone w Chrystusa i Jego Kościół. O drzewie, które – wbrew temu, co można usłyszeć czy wyczytać w mediach – rozwija się dobrze, harmonijnie i perspektywicznie dopiero wtedy, gdy wrośnie w Boga. Owszem, można żyć bez Niego, pozostając w przekonaniu własnej wielkości, uzdolnień, możliwości i że to wszystko zawdzięcza się samemu sobie – natomiast pozostaje to niczym innym jak tylko złudzeniem. Każdy sam wybiera, jak chce żyć.
Żywioły świata – kapitalne sformułowanie. To wszystko, co mamy wokół, i co samo w sobie złym nie jest, jednakże staje się złe, gdy przesłania całą resztę. Praca, sława, pieniądze, tytuły, światowość, blichtr. Nie ma nic złego w tym, gdy człowiek ma dobrą pracę, jest z powodu czegoś co zasługuje na uznanie sławny i rozpoznawalny, zarabia przez to godziwie dobre pieniądze. Zło zaczyna się wtedy, gdy przestajesz widzieć cokolwiek innego – rodzinę, przyjaciół, tych których kochasz. Wtedy zaczyna się niewola, równia pochyła. 
Cały przysłowiowy dowcip polega na uświadomieniu sobie, kim ja jestem, kim my jako ludzie jesteśmy – słabymi i kruchymi naczyniami, ale napełnionymi tym właśnie bóstwem Jezusa. Napełnionymi nie inaczej, jak właśnie przez chrzest, który jest preludium do życia sakramentalnego, które to preludium poszczególne późniejsze etapy podróży z Bogiem mają uzupełniać – sakrament pokuty i pojednania, Eucharystia, małżeństwo czy święcenia/śluby zakonne. Chrzest, paradoksalnie – co uświadamia nam autor natchniony – jest jednocześnie pogrzebaniem starego człowieka i wskrzeszeniem człowieka nowego, żyjącego już w sposób doskonalszy, bo ku Bogu. Nasz dług, ciągnący się przez grzech pierworodny, został unicestwiony na krzyżu – jak również i ten, który jest źródłem i siłą sprawczą złego, czyli sam Zły.
Nic, tylko korzystać, i zapuścić te korzenie.

Boże donosicielstwo

Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich. (Mt 18,15-20)
Trudne to słowa, ale bardzo dzisiaj potrzebne. Jak tak się rozejrzeć naokoło – po prostu wolna amerykanka przysłowiowa, i niestety wdziera się także w sprawy wiary, do Kościoła. Skąd to, z polityki? Pewnie też. Przecież wszędzie, w każdej sferze życia liczy się to, kto mówi/krzyczy głośniej, kto bardziej się rzuca w oczy, kto lepiej przyciągnie – choćby czymś chamskim, niesmacznym czy wulgarnym – uwagę. Tak wygląda świat – wystarczy zobaczyć jeden czy drugi program, przyjrzeć się ramówce wiadomości, poczytać gazety. Albo po prostu poobserwować. Nikt nie rozlicza treści, a nawet jeśli ktoś próbuje – jest zagłuszany pod pretekstem „uprzedzeń”, „braku tolerancji”, „zaściankowości”. 

Jezus mówi jasno – w Kościele jest inaczej. W sprawach wiary – które powinny być punktem odniesienia także jako kryterium oceny innych sfer – nie można pozwolić sobie na lekkomyślność czy po prostu samolubstwo. Nie ma znaczenia, czy chodzi o to, że ktoś zgrzeszył przeciwko mnie czy komuś innemu, zrobił coś nagannego publicznie czy też bardziej kameralnie. Wskazówka jest prosta – idź i upomnij. Nie rób afery, nie nakręcaj sensacji. Dyskretnie, ale zdecydowanie – w cztery oczy. Jeśli się uda – świetnie. Gdy się nie uda – powtórz to samo z tymi 2 choćby innymi osobami, aby napominany miał świadomość, że nie o czyjeś subiektywne odczucia chodzi, że to opinia większej grupy. Dopiero jeśli to nic nie da – kary kościelne. 
Ktoś może powiedzieć – strasznie to może trwać. No tak, ale tak działa Kościół – ostateczność to ostateczność, należy próbować rozmawiać, prosić, szukać porozumienia. Tak uczył Jezus. Być może jakby pośrednio przez to niektóre ruchy, które w ramach Kościoła powstały, a później same postawiły się poza Nim, mogły się rozwinąć sporo zanim Kościół jednoznacznie się od nich odciął, wskazując błędne postępowanie i przyczynę tego odcięcia. To cena, jaką zapłacił za dobrą wolę i próbę szukania kompromisu, ratowania jedności. Czy to przez setki lat, właściwie od początku historii chrześcijaństwa, przez apogeum reformacji, czy to na przykładzie lefebrystów, czy to – opisywanego szeroko (i dobrze, bo dokładnie wyjaśnione) – pewnego polskiego księdza z jednej z diecezji na południu, powołującego się na objawienia (m.in. o możliwości „telefonu do Jezusa”) i wypaczającego naukę Kościoła choćby w kwestii oficjalnej intronizacji Jezusa na Króla Polski, otwarcie wypowiadającego posłuszeństwo swojemu biskupowi, mimo próśb. Tak, o ks. Piotra Natanka chodzi – pewnie i tak każdy to wie. 
Duchowni są tu w trudniejszej sytuacji – dane mają w pewnym sensie więcej, ale i za więcej odpowiadają. Bo to do nich przychodzą ludzie, u nich szukają odpowiedzi, drogowskazów, wyjaśnienia wątpliwości, wskazania – jak dalej postępować. To wielka odpowiedzialność, z której trzeba rozważnie korzystać. A jednocześnie, niestety, duże pole do nadużyć – taki jeden ks. Natanek może – i, niestety, jak widać z powodzeniem mu się to udaje – pociągnąć za sobą wielu, Bogu ducha winnych, ludzi, których zwiódł i nadal zwodzi. Tutaj trzeba działać. Tutaj jest pole do popisu – nie dla swojej chwały, nie żadnego donosicielstwa. A jeśli już, to tylko Bożego.
Jedno trzeba powiedzieć jasno. Nie ma znaczenia, ilu jeszcze wystąpi Natanków, Lutrów, Kalwinów, Lefebrów czy innych ludzi, którzy głównie w imię swojej chwały i własnej sławy uznają się za jedynych słusznych interpretatorów woli Bożej, Ewangelii i będą twierdzili, że posiadają wyłączność na prawdę, wskazywanie dobra i zła, ocenianie ludzi. Kościół wytrzymał 2000 lat z takimi, raz było ich więcej, raz mniej. Dlaczego? Dzięki czemu? Dzięki temu, że tutaj ludzie ciągle modlą się do tego Jezusa Chrystusa, do tego jedynego prawdziwego Boga, skupiając się na tym, czego On sam nauczał, a nie np. na formalnym obwoływaniu Go Królem Polski (może by ustrój zmienić, Konstytucję). Bo ciągle proszą w Jego imię o jedność Kościoła, cały czas tak bardzo zagrożoną. Na szczęście, to nie ma znaczenia – Duch Święty jest między nimi i czuwa.
>>>
Dopiero wczoraj dowiedziałem się, że w sobotę odszedł człowiek wielkiego formatu, jeden z polskich książąt Kościoła – kard. Andrzej Maria Deskur. 
Rocznik 1924 (ciekawostka – 29 lutego, czyli obchodził urodziny co 4 lata), 4 lata młodszy od Karola Wojtyły. Prawnik, później seminarzysta. Doktorat z teologii moralnej we Francji (wysłany tam przez kard. Adama Sapiehę, analogicznie jak Karol Wojtyła – podczas którego święceń kapłańskich przyjął tonsurę), gdzie wyświęcony w 1950 przez kard. Pierre’a Gerliera (metropolitę Lyonu). Nie mogąc wrócić do Polski, pracował w Szwajcarii. Od 1952 do śmierci (59 lat!) w służbie Stolicy Apostolskiej. Najpierw w Papieskiej Komisji ds. Kinematografii, Radia i Telewizji – był jej wicesekretarzem (1955-59), podsekretarzem (1959-70), sekretarzem (1970-73) a od 1973 – przewodniczącym. Tworzył filipińskie radio Veritas – największą rozgłośnię katolicką w Azji. Od zwołania II Soboru Watykańskiego specjalista, pracownik kilku komisji, wniósł znaczny wkład w przygotowanie soborowych dokumentów: konstytucji o Kościele „Gaudium et Spes” i deklaracji o środkach społecznego przekazu „Inter mirifica”. W uznaniu jego zasług i wkładu w prace Vaticanum II Paweł VI zaprosił go – jeszcze nie biskupa – do koncelebry Mszy św. na zakończenie Soboru w grudniu 1965 w bazylice św. Piotra. W latach 1996-1974 był członkiem delegacji Stolicy Apostolskiej pod przewodnictwem abp. Agostino Casarolego, która odwiedzała Polskę w ramach pierwszych kontaktów między obu stronami. 
Rok od objęcia funkcji przewodniczącego Papieskiej Komisji ds. Środków Przekazu, w 1974, otrzymał z rąk Pawła VI sakrę biskupią, jako biskupią dewizę przyjmując słowa „Veritas vos liberabit” (Prawda was wyzwoli). Uczestnik kilku zgromadzeń Synodu Biskupów. 13 października 1978 doznał paraliżu lewej części ciała po wcześniejszym zawale serca, po którym poruszał się do śmierci na wózku inwalidzkim – cały świat patrzył, jak tuż  po swoim wyborze Jan Paweł II 17 października 1978 odwiedzał go w poliklinice Gemelli. Od 1980 arcybiskup, w dniu moich urodzin kreowany kardynałem (otrzymał tytuł kościoła rzymskiego, jaki wcześniej dzierżył kard. Karol Wojtyła – św. Cezarego na Palatynie). Papieską Radą ds. Środków Społecznego Przekazu kierował do 1984. Od 1987 do śmierci stał na czele Papieskiej Akademii Maryi Niepokalanej.
Prywatnie – zapalony brydżysta (od jednego z przyjaciół Jana Pawła II otrzymał, po wylewie, zestaw do gry dla osób poruszających się na wózku inwalidzkim), znany ze swojego humoru. Nie raz wypowiadał się, że pozostał w Rzymie jako spłata świętopietrza, którego Polska za czasów komunizmu płacić nie mogła. Nie bez powodu (zbieżność dat i nie tylko) wielu dopatruje się związku pomiędzy jego chorobą a wyborem Polaka na Stolicę Piotrową.  
Nie tylko Polska, ale i cały świat straciły wielkiego człowieka. Mam nadzieję, że teraz ktoś może podejmie się spisania jego biografii?

Duch Święty nie wrona

Duch Święty nie wrona – nie siada na byle jakim płocie.
Ciekawa myśl, prawda? Usłyszałem ją dzisiaj na porannej Mszy, tzw. inaugurującej nowy rok szkolny. No tak, 1 września w końcu. Ostatni raz zaczynałem tego dnia rok szkolny… jakieś 8 lat temu, więc zapominam. Poza intencją i tym, co celebrans powiedział, niewiele na taką okoliczność wskazywało. W ławkach – może 20 uczniów, kilku rodziców, na oko kilku nauczycieli. Młodzież zajęta, o ile widziałem, niestety bardziej dyskusjami i ploteczkami, niż tym, co na ołtarzu… Znak czasu?
Wracając do sedna – ksiądz mówił o tym w kontekście nauki i tego, że szkoła to nie wc (jak to się mówi) i chodzi się tam nie tylko dlatego, że się musi. Ciekawie opowiedział na swoim przykładzie – ile człowiek musi się narobić, aby być pozytywnie ocenionym. O tym, że trzeba się starać, nie dla świętego spokoju rodziców (czyli – własnego), ale po to, aby nie zamykać przed sobą kolejnych drzwi i kolejnych możliwości. Czy to w podstawówce, gimnazjum, liceum, czy na studiach. Po prostu warto się uczyć, warto zdobywać wiedzę. Dla własnej przyszłości, aby kiedyś móc wybierać, a nie być skazanym na byle co. Właśnie po to, aby nie liczyć później i nie zwierzać się księdzu – przez ważnym sprawdzianem, egzaminem czy dyplomem – że się liczy na Ducha Świętego. Z pustego i Salomon nie naleje. Trzeba dać coś z siebie – wtedy, gdy prosisz, Bóg wesprze i Duch Święty zrobi swoje.
Szkoda, że tak mało ludzi było. Choć dobrze, że nie zmuszają do chodzenia na takie Msze całych klas i szkół – to bez sensu, większość przymuszana tylko przeszkadzała tym, którzy szli, bo chcieli. Teraz widać, kto – chyba – sam chciał, bo ten przyszedł. Jakość, nie ilość. Ale nawet w tak kameralnym gronie miło było, siłą rzeczy, powspominać swoje 11 lat szkolnych. W tle – wspomnienie tych, którzy za niepodległość i suwerenność Polski walczyli i ginęli, nie tylko na frontach II wojny światowej, której 72. rocznica wybuchu dziś przypada; o wieczną nagrodę dla tych, co odeszli, i dar mądrości, byśmy z tej wolności – danej, ale i zadanej – umieli dobrze korzystać. I prośba za wszystkich, dla których 1 września to początek nowego roku – uczniów, rodziców, nauczycieli i wychowawców – o światło Ducha Świętego i opiekę Matki Bożej Stolicy Mądrości na kolejny czas wytężonej pracy i nauki. A także o niebo dla tych, którzy nas uczyli, a już odeszli.