Co by tu w tym poście…

Ameryki nie odkryję – Wielki Post się zaczął, i w życiu człowieka wierzącego powinno to skutkować pewnymi zmianami, założeniami, pomysłami na ulepszenie siebie. 
Mądry nie jestem, więc oddaję głos autorom natchnionym, ba, nawet starotestamentalnym:

 „Czemu pościliśmy, a Ty nie wejrzałeś? Umartwialiśmy siebie, a Tyś tego nie uznał?” Otóż w dzień waszego postu wy znajdujecie sobie zajęcie i uciskacie wszystkich waszych robotników. Otóż pościcie wśród waśni i sporów, i wśród bicia niegodziwą pięścią. Nie pośćcie tak, jak dziś czynicie, żeby się rozlegał zgiełk wasz na wysokości. Czyż to jest post, jaki Ja uznaję, dzień, w którym się człowiek umartwia? Czy zwieszanie głowy jak sitowie i użycie woru z popiołem za posłanie – czyż to nazwiesz postem i dniem miłym Panu? Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On [rzeknie]: „Oto jestem!” Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem. (Iz 58, 3-10)

Nawróćcie się! Odstąpcie od wszystkich waszych grzechów, aby wam już więcej nie były sposobnością do przewiny. Odrzućcie od siebie wszystkie grzechy, któreście popełniali przeciwko Mnie, i utwórzcie sobie nowe serce i nowego ducha. Dlaczego mielibyście umrzeć, domu Izraela? Ja nie mam żadnego upodobania w śmierci – wyrocznia Pana Boga. Zatem nawróćcie się, a żyć będziecie. (Ez 18, 30b-32)

To z kilku tych pierwszych dni adwentu – Izajasz z liturgii słowa (a także z godziny czytań), a Ezechiel z któregoś czytań brewiarzowych.

Nie czuję się kompetentny, aby pouczać czy mówić, co trzeba, a czego nie trzeba – tym bardziej, że jakimś tytanem pracy wielkopostnej niewątpliwie nazwać mnie nie można. Michał Lewandowski vel Teolog na manowcach zaproponował na swoim blogu bardzo ciekawą sprawę – nie mówić o Bogu przez ten czas, ale w tym sensie, żeby przestać gadać, a posłuchać Go naprawdę mocno. Kuszące. Tym bardziej, że ja teraz w ogóle niewiele mówię – siedzę, staram się coś wchłaniać z wiedzy, uczyć. Jest inaczej i na swój sposób fajnie.

Ten okres to post, modlitwa i jałmużna. Postem jako wyrzeczeniem – a nie tylko czymś fajnym, bo to trendy, zdrowe, robi się popularne. Z własnej nieprzymuszonej woli i nie dla siebie – ale ku Bogu i dla Niego (a jeśli to komuś dobrze zrobi, to tym lepiej). U mnie, niestety, nie bardzo, bo żeby mieć trochę siły i zmusić szare komórki do pracy, to raczej jem więcej niż mniej, i to nie do końca najzdrowiej. Modlitwą jako czymś, czego ma być… No właśnie. Więcej? Pewnie dobrze by było. Czyli jak się nie modlę, to żebym zaczął. A jak się coś tam modlę, to żebym spróbował, żeby to było sensowniejsze, może bardziej systematyczne, żeby przemodlić może więcej sytuacji życia, nawet najprostszych (mój mały sukces – ostatnio, gdzie nie idę, jakoś tak chwytam za różaniec – i to jest już mimowolne, z czego się cieszę). Jałmużną przede wszystkim nie jako formą zabicia czy uciszenia wyrzutów sumienia, skonsumowaniem nadwyżki, tego z czego mi zbywa. To nie jest jałmużna – bo jałmużna to dar serca, odjęcie sobie czegoś i świadoma rezygnacja po to, aby ofiarować to Jemu w jakiejś intencji. Nie musisz tego wrzucić do skarbonki w kościele – daj potrzebującemu, o ile znasz i wiesz, że możesz pomóc.

Ruszamy. Żeby za te 40 dni – a właściwie już mniej – nie westchnąć z poczuciem pewnej normalności i jakby już tradycji: cóż, chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle… To jest czas dla mnie – Bóg go nie potrzebuje. To ja mam go wykorzystać dobrze.

To dobry moment na postanowienia i wyrzeczenia – a nuż, uda się coś zmienić. Ja codziennie modlę się za tych, którzy cokolwiek postanowili, żeby wytrwali i trwali w tym nie dla siebie, ale dla Boga. Dobra rada – nie warto się rzucać od razu na heroizm, jak człowiek ma problemy z rzeczami najprostszymi; powoli, po mału. Aby była progresja.  

Nie kumają

Uczniowie Jezusa zapomnieli wziąć chlebów i tylko jeden mieli z sobą w łodzi. Wtedy im przykazał: Uważajcie, strzeżcie się kwasu faryzeuszów i kwasu Heroda. Oni zaczęli rozprawiać między sobą o tym, że nie mają chleba. Jezus zauważył to i rzekł im: Czemu rozprawiacie o tym, że nie macie chleba? Jeszcze nie pojmujecie i nie rozumiecie, tak otępiały macie umysł? Macie oczy, a nie widzicie; macie uszy, a nie słyszycie? Nie pamiętacie, ile zebraliście koszów pełnych ułomków, kiedy połamałem pięć chlebów dla pięciu tysięcy? Odpowiedzieli Mu: Dwanaście. A kiedy połamałem siedem chlebów dla czterech tysięcy, ile zebraliście koszów pełnych ułomków? Odpowiedzieli: Siedem. I rzekł im: Jeszcze nie rozumiecie? (Mk 8,14-21)

Piękny tekst! Krótki i bardzo wymowny, dosadny.

Bazując tylko na Ewangelii Marka, widzimy dwa rozmnożenia chleba. Najpierw, kiedy zamiast odpoczynku, zlecieli się do nich ludzie z całej okolicy, słynne „Wy dajcie im jeść” i sytuacja, kiedy z 5 chlebów i 2 ryb Jezus wykarmia (skrupulatnie odnotowane) 5000 chłopa, z czego zostaje i tak 12 koszy ułomków (Mk 6, 30-44). Potem, w tym samym co dzisiaj rozdziale, na początku, kiedy po uzdrowieniu głuchoniemego znowu zrobiło się o Nim głośno, i tym razem 4000 ludzi nakarmiono kilkoma rybkami i 7 chlebami. Żadne czary – „odmówił modlitwę dziękczynną, połamał i dawał swoim uczniom” (Mk 8, 1-10). 
Uczniowie nie pamiętali tego. Można się domyśleć, że to wszystko wydarzenia na przestrzeni dość krótkiego okresu czasu – a jednak. Jak wynika z tekstu, tym razem nie zabrali nawet pożywienia dla siebie – nie chodziło już o osoby z zewnątrz, tych, którzy szli za Jezusem czy zbierali się w danym miejscu. Mnie nie dziwi reakcja Jezusa – pewnego rodzaju zniecierpliwienie, zawód, zmęczenie. Tyle cudów – jeśli by liczyć, ok. 9000 ludzi wykarmionych łącznie z 12 chlebów i paru ryb, a z tego wszystkie razem 19 koszy samych tylko ułomków, nie licząc wykarmionych!
Bóg na ich oczach dokonał, raz po razie, bardzo namacalne i widoczne cuda – zaspokoił głód wielkich mas. To nic nie dało. Uczniowie – pewnie Dwunastu – i tak mieli największy problem, że zapomnieli chleba dla siebie. Byli świadkami rozwiązania problemu dalece większych rozmiarów – ale to nic nie dało. Sytuacja jakby się powtórzyła – oni znowu myśleli brzuchami. 
Czemu wciąż nie rozumienie i nie pojmujecie? Jeszcze nie rozumiecie? Z nami jest tak samo – ile razy bardziej na twarz się nie da czegoś wyjaśnić, Bóg czytelnie coś pokazuje – a my nic, albo swoje. 
A u mnie – a’propos rozumienia w kontekście nauki – również: jakby im dalej, tym gorzej… 

Against all odds

Z cyklu – piękna muzyka.

Poza tym, że kawałek po prostu uwielbiam i to od dawna (bo i do najnowszych nie należy), to ostatnio zastanawiałem się nad jego tekstem. I wychodzi mi, że bardzo pasuje do… modlitwy człowieka, który uświadamia sobie, że się pogubił – odszedł od Boga, pogubił Jego ślady, a tak naprawdę tylko On jest tym: „the only one who really knew me at all”. Do którego tak często trudno jest wrócić, do którego się płacze, któremu tyle jest do powiedzenia. Kłania się św. Augustyn i jego prawda o tym, że dopóki człowiek nie odnajdzie się w Bogu, nie ma prawdziwego pokoju w sercu. 

I bonus – sprawa świeża, tegoroczny cover w/w kawałka, w wykonaniu LemOn i Agnieszki Chylińskiej. Z mojej strony – pozytywne zaskoczenie :)
Take a look at me now, ‚cos there’s just an empty space
But to wait for you, is all I can do and that’s what I’ve got to face…

Promienie w Bożej tęczy

Dzisiaj – wybór świetnych myśli z książeczki, właściwie wywiadu-rzeki, jaki Artur Sporniak przeprowadził z o. Leonem Knabitem OSB (najsłynniejszym chyba polskim zakonnikiem w ogóle, a na pewno benedyktynem) pt. Tajemnice zakonu.
Książka raczej niewielka, ale… hmm, piękna na swój sposób. Siłą rzeczy pewne w niej poruszane kwestie – skoro mowa o zakonie i jego „zasadach gry” (a raczej może „zasadach gry w zakonie”) – odnoszą się tylko do benedyktynów. Ja jednak odniosłem wrażenie, że bardzo dużo kwestii można i wręcz warto stosować we własnym, żeby nie było: świeckim, życiu.
Poniżej subiektywny wybór najciekawszych myśli:

>>>

Często okazuje się, że dopiero po spróbowaniu zaczynamy się do czegoś przekonywać i czerpać z tego dużo radości i zadowolenia. Zakosztuj Boga, a stanie się w twoim życiu oczywisty! Chodzi o to, by wartości stały się dla mnie zwyczajnością. Tak jak oddech. Wdycham Słowo Boże, czytam dobre książki. Żyję rytmem modlitwy. Pan Bóg staje się codziennością. Co nie znaczy, że wszystkie problemy znikają.

Trzeba odnaleźć się w tej tęczy, którą jest Chrystus, gdyż Chrystus jest jak promień światła, rozszczepiony na miliardy kolorów. Każdy człowiek powinien odnaleźć swoją własną barwę.


Mimo nagości zobaczył w nim człowieka! I tak właśnie należy patrzeć na ciało. Trzeba człowieka przyjmować takim, jakim jest. Ciało jest piękne. To diabeł – małpa – z wszystkiego, co piękne, próbuje zrobić nie wiadomo co.

Mnisi traktują opata jak pana i władcę, a opat traktuje siebie jako sługę. I na tym polega paradoks życia mniszego – gdy tak żyjemy, wtedy wszystko układa się dobrze.

W trudnych sytuacjach człowiek kłóci się z Panem Bogiem. Ale jest też druga strona medalu – siostry to odebrały jako świadectwo pokory i posłuszeństwa. Były bardzo zbudowane. Gdy nakazują ci coś słusznego, to posłuszeństwo nie jest żadnym trudem. Niełatwo jest być posłusznym w rzeczy, która wydaje się nam bezwartościowa.

Początkiem miłości jest bojaźń Boża – przynajmniej się lękaj. To przestroga dla tych, których jeszcze nie stać na miłość. Nie należy tracić wiary w miłosierdzie Boże, ale też jest powiedziane: uważaj, bo twoje postępowanie może doprowadzić cię tam, gdzie na pewno nie chciałbyś trafić.

Najważniejsze wskazówki: wczytuj się w Pismo Święte,m rozmawiaj z Bogiem, wpatruj się w miłującego Ojca. I dopiero na końcu: nie zmuszaj Boga do tego, żeby cię musiał karać.

Gniew jako emocja nie jest zły sam w sobie. Jezus też się gniewał na ludzi, których zbawił. Trująca jest dopiero zaciekłość – taka zatwardziałość w gniewie: poczekaj, ja ci jutro pokażę!

Porównuj się z Panem Bogiem, z którym zawsze przegrasz, bo jesteś od Niego niższy, i zawsze wygrasz, bo wiesz, że jesteś przygarniany i kochany.


Bóg patrzy z miłością. Jestem „pod miłującym okiem Ojca”, który mnie rozumie, powala nawet na grzech, by móc przebaczyć. 


Jezus, jako Syn Boży, nie musiał cierpień, a jednak chciał być z nami do końca. Bóg Stwórca zgodził się na to, by ludzie i aniołowie mieli wolną wolę. Skutek jest taki, że świat jest nieustającym dramatem. Ale nie zostawił na samych sobie. Jezus wszedł w samo centrum i głębię tego ludzkiego dramatu, by go przemienić na chwałę i wieczne szczęście – z miłości. To jest tajemnica wiary, musimy pochylić głowy, bo jej do końca nie zrozumiemy, ale na pewno daje nam ona siły do zmagania się z życiem.

>>>

Książeczka u wydawcy chyba niedostępna, ale tu i ówdzie w internecie widziałem. Ja czytany egzemplarz wynalazłem w bibliotece publicznej :) Może mała praca domowa – dowiedzieć się czegoś o jakiś zakonach, skoro mamy de facto „rok zakonników”? 

Błogosławiona monotonia

Kiedy człowiek podejmie pewną samodyscyplinę, po jakimś czasie zaczynie odkrywać, że nic nie daje tak niesłychanej świeżości, jak proste przeżywanie życia. (Krzysztof Pałys OP)

Doświadczanie tej prostej prawdy powyżej jest bardzo przyjemne. 
Nie monotonia, rutyna, ale pewna prawidłowość, systematyka, trzymanie się schematu, planu dnia – żeby nie marnować czasu, który jest potrzebny na sprawy ważne (nauka) i ważniejsze (czas dla Boga). 
Powoli. Codziennie prawie tak samo, a jednak inaczej. Obserwując w chwilach przerwy świat za szybą. 
To daje ukojenie. 
A i siostrzyczki, poproszone o duchowe wsparcie, obiecały: „Pozdrawiam bardzo serdecznie i życzę mocy Ducha Świętego na czas nauki i egzaminów. Za chwilę pójdę na drugą Mszę św. i złożę wszystkie prośby na ołtarzu. Poza tym wspólnie poprosimy naszą Ukochaną Matuchnę Trzykroć Przedziwną, aby podziałała przedziwnie czyli cudownie. Dużo spokoju i dobrych pytań!!!” :)

Quasi-katolickie zacietrzewienie z gromnicą w tle

Czy ja jestem jakiś zacofany, czy dzisiaj w modzie jest hejtowanie?
Co więcej – czy hejtowanie musi mieć miejsce w sprawach wiary (to jeszcze da się zrozumieć, aaale..) i to ze strony osób, które w sposób dorozumiany uważają się za osoby wierzące, a jednak hejtują tekst pisany przez osobę równie wierzącą?
Nie muszę się ze wszystkim zgadzać. Bo np. nie uważam, żeby przyniesienie do poświęcenia w w/w dzień do kościoła świecy tzw. gromnicy było folklorem – raczej wyrazem wiary i chęci, aby taki poświęcony przedmiot, sakramentalium, mieć w domu na wypadek jakiejś trudnej sytuacji losowej. Jeśli to działanie wypływa z wiary – to jest według mnie ok. Jeśli to tylko puste przyzwyczajenie, „bo tak się zawsze robiło” – to raczej bez sensu. 
Co jest złego w tym, że człowiekowi – praktykującemu – świece i lampiony kojarzą się z Adwentem? Nic. Mam wrażenie, że gdyby pobawić się w (świętą) statystykę – okazało by się, że ludzie odpowiadali by właśnie o Adwencie, a nie o Matki Bożej Gromnicznej (której to prawidłowej nazwy, czyli święto Ofiarowania Pańskiego, pewnie w ogóle by nie znali). Co jest złego w tym, że człowiek się przyznaje, że nie znał takiego zwyczaju, takiej tradycji katolickiej? Tego już w ogóle nie wiem – w kontekście tekstu chyba trzeba się cieszyć, że Jola mogła się o tym dowiedzieć, i że teraz już wie – jest progresja, coś nowego. Co więcej, Jola pisze o tym i dodatkowo krótko przytacza, skąd pomysł z tą świecą, do jakiego biblijnego zdarzenia zwyczaj nawiązuje. 
Mało kto chyba zauważył, że to jest jakby główna myśl tekstu – nie wiemy wiele o tradycji katolickiej, nie interesuje nas to, bo nam się nie chce, bo jesteśmy leniwi – a takich tradycji i zwyczajów jest bardzo wiele (ot choćby dzień później, 03 lutego, błogosławieństwo [także świecami] gardeł we wspomnienie liturgiczne św. Błażeja). Tymczasem warto się zainteresować, warto wiedzieć – skoro to mój Kościół, należę do Niego i z założenia chyba chciałbym być Jego członkiem jak najbardziej świadomie, prawda? Takie założenie autorki wynika, w mojej ocenie, wprost z ostatniego zdania tekstu: „Przykładowo, wystarczy trochę poczytać i już się wie, że 2 lutego mamy Święto Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej”. A to, że pisze ona w dość ciekawym stylu, trochę prowokując – cóż, tym lepiej, zresztą styl wpisuje się ładnie w cały pomysł deon.pl jako medium, które tworzone jest z myślą o młodych, żeby ich zachęcić – więc czasami trzeba podejść, zaciekawić (mistrzem w tym rzemiośle jest dla mnie Szymon Hołownia). Szkoda, że ludzie nie rozumieją. 
Mimo wszystko to, że się czegoś nie rozumie, nie uprawnia w żadnym wypadku do oceniania (co samo w sobie jest bez sensu – nie wiem, nie rozumiem, ale ocenię…), a już tym bardziej z wybitnie kretyńskimi i niegrzecznymi wnioskami.
A co można wyczytać w komentarzach? „Żenujący ignorant” (w sensie – autorka), „obciachowy tekst” i inne. „Ale jak mama Panią wychowywała (a podobno dobrze), że przez całe dotychczasow życie nie trafiła Pani w Święto Ofiarowania  Pańskiego do kościoła?” – czyli po prostu obraźliwy i chamski zarzut wobec Mamy autorski, co w ogóle nie przystoi. Stwierdzenie, że z gromnicami tego dnia idą „wszyscy, którzy uważają się za praktykujących katolików” – zatem piękna i na pewno bardzo zasadna ocena, że np. nie tylko Jola, ale i ja (bo ja nie szedłem z gromnicą) w ocenie autora do Kościoła nie należę; dzięki. Krótką historię życia autorki – „pani Jolanta wychowywała sie wjednym z poprawnych krajów zachodniej Europy gdzie ze względu na obrazanie uczuć innych zaniechano  bądź zakazano wszelkich takich „pokazówk” jak procesje, gromnice, czy wilkanocne palenie ognia” – ciekawe, co na to Jola? :) I moje ulubione: „Kto ma oczy ten widzi, że artykuł jest paskudną próbą zdegradowania czcigodnej tradycji Kościoła do rangi wiejskiego folkloru, wegetującego jeszcze w miastach za sprawą nielicznych „starszych pań”, ale już zupełnie nieznanego „młodym, wykształconym, z wielkich miast” – bez komentarza. 
Jak się człowiek bierze za czytanie czegoś – a twierdzi, że jest wierzący, praktykujący i w ogóle – to potrzeba przede wszystkim dobrej woli. To chyba zrozumiałe, że nią właśnie (i miłością, i jeszcze wieloma innymi) winien się kierować dobry katolik, prawda? Bez względu na to, o czym się wypowiada. Więc skąd te komentarze? Skąd tyle złości, negatywnych słów, krzywdzących ocen? 
Nie rozumiem.  
Żal mi tych wszystkich ludzi – zarówno tych, którzy takie głupoty nawypisywali, jak i innych, którzy nie napisali, ale w ten sposób myślą. Po pierwsze – dlatego, że nie zrozumieli sensu i celu powstania tekstu. A po drugie – dlatego, że w swoim zacietrzewieniu uzurpują sobie prawo do rozdzielania ludzi na „dobrych katolików” (oni!) i… „złych (?) katolików” (tym razem np. Jola jako autorka tekstu, ale pewnie wiele innych osób też). Szkoda czasu na dyskusję z takimi, niestety. Nawiązując do, słynnej swego czasu na Youtubie, rozmowy Szymona Hołowni z Wojciechem Cejrowskim, powtórzę pytanie Szymona: a czy w tym kościele [celowo małe „k”] jest miejsce dla kogokolwiek innego poza tym, który z niego wyklucza wszystkich naokoło?
Jola – nie przejmuj się :)

Męczennicy naszych czasów

994527_MiZ5B15D2020Kopia_7
Kilka dni temu pojawiła się informacja, że papież Franciszek wyraził zgodę na beatyfikację polskich franciszkanów konwentualnych (OFMConv.): o. Zbigniewa Strzałkowskiego i o. Michała Tomaszka. Formalnie rzecz biorąc, Ojciec Święty w dniu 04 lutego 2015 r. promulgował dekrety męczeństwa w/w zakonników, zamordowanych za wiarę w Peru w 1991 w wieku 33 i 31 lat. 
Pracowali – jako pierwsi polscy franciszkanie w andyjskiej misji – w 72 miejscowościach w ramach misji – nie tylko duszpastersko, ale i charytatywnie. 09 sierpnia 1991 r. terroryści z Sendero Luminoso uprowadzili obu franciszkanów z misji w peruwiańskim Pariacoto. Zakonnicy zostali na leżąco zabici strzałami w głowę, czego powodem miał być zarzut szerzenia religii, „prowadzenie działalności usypiającej świadomość rewolucyjną Indian”. Obydwaj zamordowani ojcowie zostali pochowani w Pariacoto. Ich działalność znalazła uznanie w oczach tamtejszych władz – rząd Peru uhonorował pośmiertnie obydwu zabitych najwyższym odznaczeniem państwowym – Wielkim Oficerskim Orderem „El Sol del Peru” (Słońce Peru).
Ciekawostka – w procesie beatyfikacyjnym przesłuchano jako świadka m.in. Abimaelea Guzmana, przywódce i ideologa Świetlistego Szlaku (Sendero Luminoso), zatem organizacji, która zakonników porwała i następnie zamordowała. 
Można się domyślać, iż ceremonia beatyfikacji odbędzie się w peruwiańskiej diecezji Chimbote. W przygotowania do uroczystości zaangażowany jest m.in. o. Jarosław Wysoczański OFMConv., sekretarz generalny zakonu ds. animacji misyjnej, który był przełożonym obydwu męczenników w klasztorze w Pariacoto. 
Co godzi się podkreślić, w tym samym momencie ogłoszono dekrety o męczeństwie dwóch innych osób: ks. Alessandro Dordi, księdza z włoskiego Bergamo, również zabitego przez bojowników Świetlistego Szlaku w 1991 r., ale także abp. Oscara Arnolfo Romero Galdámeza (1917-1980), metropolitę San Salwador, zabitego w trakcie odprawiania Mszy Świętej w szpitalnej kaplicy (przy której zresztą, bardzo skromnie, mieszkał). 
Jest to postać wybitna i niejako w Kościele, mam wrażenie, do tej pory marginalizowana – czego najlepszym dowodem był fakt, iż proces diecezjalny (od 1990 r.) ukończono w roku 1997 r. i od tamtej pory „utknął” on w Watykanie do 2013 r., czyli na kilkanaście lat. Wynikało to z faktu, iż – co jest zupełnie nieuprawnionym skrótem myślowym – wrzucono abp. Romero do worka pt. „teologia wyzwolenia”, starając się omijać niewygodny, a na pewno dyskusyjny, za Jana Pawła II i Benedykta XVI temat. Kwestionowano, czy Romero miał zostać zabity z powodu nienawiści do wiary – zatem czy może zostać uznany za męczennika (co pozwala na beatyfikację bez potwierdzenia cudu dokonanego za jego wstawiennictwem). Tymczasem człowiek ten dokonał bardzo wiele, walcząc z salwadorską juntą wojskową, i upominając się o sprawiedliwość społeczną: bronił wyzyskiwanych pracowników, walczył o prawa człowieka, przeciwstawiał się terrorowi wojska i policji. W 1979 r. nominowano go do Pokojowej Nagrody Nobla. „Został zamordowany człowiek, który dołączył do już zbyt licznego szeregu niewinnych ofiar; zamordowany został biskup Kościoła Bożego, w czasie pełnienia swojej uświęcającej misji, w czasie sprawowania Eucharystii. (…) Cały Kościół cierpi przez tego rodzaju niegodziwą przemoc” – mówił Jan Paweł II dwa dni po śmierci abp. Romero. Papież nazwał zabójstwo arcybiskupa „odrażającą zbrodnią”. Dwukrotnie później (1983, 1996) modlił się przy jego grobie – co najlepiej świadczy o tym, iż papież z Polski nie miał wątpliwości do do męczeńskiego charakteru śmierci Romero. Co ciekawe, czczą go również… anglikanie (wspomnienie liturgiczne – 24 marca). 
Dlaczego o nich piszę? O polskich franciszkanach – bo tak jakoś się złożyło, że kiedy zacząłem się może bardziej zajmować sprawami wiary, interesować, czytać (pewnie druga połowa lat 90.), to zastanawiałem się, jak to jest z tymi męczennikami w naszych czasach; i trafiłem właśnie na oo. Strzałkowskiego i Tomaszka. To było coś – zmarli teraz, kiedy ja już byłem na świecie. Wtedy sprawa byłą świeża, liczono, że może uda się ich beatyfikować za życia Jana Pawła II. Piękny znak – polski Kościół wydaje owoce męczeństwa na drugim końcu świata, w peruwiańskiej andyjskiej głuszy. A o abp. Romero? Bo uważam, że zdziałał bardzo wiele – był takim salwadorskim w pewnym sensie, po naszemu, księdzem Popiełuszko. I powinno mu się oddać sprawiedliwość, a z punktu widzenia prawa kanonicznego uznać męczeństwo. 

Tylko

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto się dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść. (Mk 5,21-43)

Bóg widzi, jak bardzo człowiek potrzebuje Jego miłosierdzia, Jego uzdrawiającej miłości – która działa i czyni cuda w tej sytuacji także jakby przypadkowo, jak z tą kobietą. Czy jednak był to przypadek? Nie. Tak samo jak to, że Jezus dobrze wiedział, kogo Jego moc uzdrowiła – pewnie chciał zobaczyć, co powie uzdrowiona kobieta. Powiedziała prawdę – i zstąpił na nią Jego pokój, ten jedyny i prawdziwy, drugi dar obok uzdrowienia z krwotoku. 
Trudna była sytuacja drugiej osoby z tego obrazka, Jaira. Szedł po Jezusa z wiarą – córka choruje, ale On może ją uleczyć. W drodze jednak dowiedział się, że zmarła. Co dalej? Rozpacz? Pocieszenie przynosi sam Zbawiciel – nie bój się, wierz tylko! Dlatego idą dalej, z sercami przepełnionymi… no właśnie, czym? Chyba jednak wiarą, że On może to poskładać i zaradzić sytuacji, z nadzieją. Nie robi show z ludzkiego dramatu, spektaklu dla rodziny i przybyłych do domu Jaira. Cud dokonuje się w skrytości, w obecności najbliższych – i apostołów. Śmierć nie ma władzy nad tym, komu rozkazuje Pan Zastępów. Tak, jak później każe Łazarzowi wyjść z grobu po kilku dniach od złożenia go tam, tak i tutaj każe dziecku wstać – i dziecko wstaje. Łaska Boża tryumfuje, a w sercu ludzkim kiełkuje kolejne nasionko wiary. 
Dlatego dzisiaj pod koniec Mszy Świętej – ku zdziwieniu niektórych – zaśpiewaliśmy „Zwycięzcę śmierci”. Pasuje, jak rzadko. 
Bóg działa i to bardzo mocno – jeżeli tylko człowiek chce tego działania i o Jego pomoc prosi. Nie bój się, wierz tylko!

Podziękuj

Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostawała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta – Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim. (Łk 2,22-40)

Króciutko. Lubię ten tekst, bo znajduje się w nim (pogrubiona) tzw. Pieśń Symeona, czyli jedna z modlitw Liturgii Godzin, odmawiana każdego dnia – obok Magnificatu (nieszpory) i kantyku Zachariasza (jutrznia) – w tym wypadku w ramach komplety, czyli ostatniej godziny kanonicznej, odmawianej z założenia tuż przed udaniem się na spoczynek. 
Symeon wypowiedział po raz pierwszy te słowa jako człowiek u kresu życia, po ludzku stary, któremu ziściła się Boża obietnica – zobaczył Zbawiciela, choć malutkiego, pewnie obślinionego i z pieluchą. My – wiele osób w kościele, księży i zakonników (dziś ich dzień – Dzień Życia Konsekrowanego!) – odmawiamy tę modlitwę jego słowami często każdego dnia, dziękując Bogu za dobro w nim otrzymane, ale w nieco innym kontekście: prosząc o Jego błogosławieństwo na odpoczynek nocny. Z tym jest problem – potrafimy prosić, a w ogóle nie widzimy potrzeby i nie umiemy dziękować. A jest za co, to po pierwsze, a poza tym nie wiemy, czy dane nam będzie przeżyć i podziękować za kolejny dzień – to jest poza nami. 
Ostatnio często mam wrażenie, że tak skutecznie Boga zagłuszam, że nie słyszę Jego obietnic. Za dużo gadam, za mało słucham. A potem robię wielkie oczy, kiedy coś się dzieje – niekoniecznie negatywnie. On działa, oj, i to bardzo. 

Laurka Złego

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej. (Mk 1,21-28)

Wczorajsza homilia niedzielna – dotycząca tego tekstu – nie zaskoczyła mnie (a szkoda). Kręciło się to bowiem wszystko wokół cudu wypędzenia Złego, nauczania Jezusa itp. 
A mnie w tym tekście urzekło inne zdanie – pogrubiłem je u góry. Zły wie, że jest bez szans przed Bogiem i nie może się z Nim mierzyć. Jak kiedyś przegrał, tak przegra za każdym razem znowu w bezpośredniej konfrontacji. I źle trafił, bo nauczał w synagodze nie kto inny, ale Syn Boży, który po prostu wiedział, z kim ma do czynienia, z jakim pomiotem. 
Jezus nie dał się zwieść tym jakby laurkom, słowom uznania. Te słowa „wiem, kto jesteś: Święty Boży” (u paulistów: „Święty Boga”) to tylko, z góry skazana na porażkę, próba schlebienia. Bo zło lubi schlebiać. Bo wie, że człowiek jest słaby, często zakompleksiony, czasami stłamszony, a nierzadko zwyczajnie sam siebie nie akceptujący. I jak się go dowartościuje, połechce – to od razu łatwiej na coś złego naciągnąć. Ale nie Boga. 
Jezusowi nie jest potrzebne uznanie boskości przez Złego. On tak samo będzie jedynym prawdziwym Bogiem – czy ten duch wypowie takie słowa, czy tylko by Mu złorzeczył. Stąd taka gwałtowna reakcja: milcz i wyjdź, a co więcej: natychmiastowe wypełnienie polecenia przez ducha. Dlatego Jezus głosił nie działając właśnie jako ten, który ma władzę – ale tę władzę po prostu faktycznie dzierżąc i używając jej, choćby w tym u góry obrazku. 
Jedno trzeba wyjaśnić. To nie była żadna „nowa nauka z mocą”, jak to zapisał ewangelista. Żydzi to tak traktowali, owszem – ale byli w błędzie, skoro Jezus po prostu odczytywał i nauczał to, co znajdowało się w Starym Testamencie (z niczego nie wynika, aby powiedział coś nowego – ewangelista w tym zakresie nic nie zapisał). Ale nawet dla tamtych prostych ludzi było to widoczne – On nie był zwykłym kaznodzieją, nauczycielem. Tu mieli do czynienia z Kimś o wiele większym.