Co to za Słowo?

Jezus udał się do Kafarnaum, miasta w Galilei, i tam nauczał w szabat. Zdumiewali się Jego nauką, gdyż słowo Jego było pełne mocy. A był w synagodze człowiek, który miał w sobie ducha nieczystego. Zaczął on krzyczeć wniebogłosy; Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić? Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego! Wtedy zły duch rzucił go na środek i wyszedł z niego nie wyrządzając mu żadnej szkody. Wprawiło to wszystkich w zdumienie i mówili między sobą: Cóż to za słowo? Z władzą i mocą rozkazuje nawet duchom nieczystym, i wychodzą. I wieść o Nim rozchodziła się wszędzie po okolicy. (Łk 4,31-37)
Zdumienie to dobre słowo, pasuje do tej sytuacji. Przychodzi prosty człowiek, wstaje w synagodze i zaczyna nauczać tak, że nie sposób Go nie słuchać. Owszem, pewnie jakaś tam sława już Go poprzedzała, może i nimb cudotwórcy czy proroka. Ale to co innego, gdy człowiek staje twarzą w twarz, a może raczej – ucho w ucho z taką osobą, gdy jakby mimochodem, zupełnie niespodziewanie odkrywa, że się zasłuchał w słowa tej osoby. 

Może to zabrzmi ostro – ale zachowanie tego złego ducha, z obrazka ewangelicznego, to wg mnie nic innego jak zachowanie każdego z nas, gdy zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy wobec Boga nie w porządku, nie fair. Czyli – dość często, o ile człowiek jako tako pamięta o czymś choćby na kształt rachunku sumienia. Zastanawiałem się, czy nie akcentuję tego zbyt często – jednak powtórzę, bo i nie ma się czego wstydzić. Jesteśmy słabi, jesteśmy grzesznikami, upadamy raz po raz. Kto tego nie widzi, albo to neguje – oszukuje nie tylko innych, ale przede wszystkim siebie. I w końcu kiedyś sobie z tego zdajemy sprawę, zaczynamy najczęściej złorzeczyć Bogu. 
Nie, nie dlatego, że On coś zrobił nie tak. Nie możemy znieść, że On zawsze jest w porządku w stosunku do mnie, czego bym nie zrobił, jak bardzo bym czegoś nie zepsuł – podczas gdy ja raz po raz daję przysłowiowego ciała, raz w takiej, a raz w innej sferze. Przy czym, zupełnie niepotrzebnie i bez sensu, dużą ilość wysiłku wkładam w usprawiedliwianie samego siebie, dorabianie ideologii, żeby samego siebie we własnych oczach wybielić. Po co to? Nie wiem. Żeby uciszyć swoje sumienie? Pewnie tak. Bo zakładam, że Boga jako idiotę nikt nie chce traktować celowo – nie raz i nie dwa razy już pokazał, że On widzi i wie o wiele więcej, niż nam się wydaje, i tylko nieskończony bezmiar miłości i miłosierdzia ratuje nas przed unicestwieniem.

Innymi słowy – zamiast się wziąć za siebie, stracić trochę czasu i siły na pracy nad sobą, marnotrawimy ten czas i energię na tworzenie iluzji, wykonanie sobie pięknej maski człowieka prawie idealnego, który jeśli już cokolwiek źle zrobił (jak się nie da wykręcić zupełnie), to na pewno z winy każdego i wszystkich, tylko nie swojej własnej. To też jest grzech. Zgrzeszyć można, i Bóg czeka z otwartymi ramionami, jak ten ojciec syna marnotrawnego, o ile tylko uznajesz swoją grzeszność i przychodzisz z żalem, wolą i zamiarem poprawy, chęcią bycia lepszym. Jaki to ma sens? Nie ma. Grzech się zdarza – tylko wtedy do spowiedzi, a nie do dobudowywania naciąganego usprawiedliwienia. Skoro sam wiem, że jest ono nic nie warte, to co – Bóg miałby się na nie nabrać? 
Jezus, idąc w imię Boże, nikogo z ludzi nie przyszedł zgubić. Przyszedł za to na pewno uświadomić nam, że sami siebie zgubić potrafimy, i możemy – a zatem, przestrzec nas przed takim końcem, wskazać alternatywę, zmobilizować i zaprosić do wykorzystania życia w celu bardziej kreatywnym. To jest to Słowo. Słowo, które Ciałem się stało i zamieszkało między nami. To jest Słowo, które dzisiaj wypędziło ducha z opętanego człowieka. To jest jedyne Słowo, którego stanięcie się Ciałem w nas może przemienić, skutecznie. Zdumienie i zaciekawienie to dobry początek.

Zaparcie? A może po prostu wzięcie na serio? Odpowiedzialność? Konsekwencja?

Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania. (Mt 16,21-27)
Zdarzyło mi się usłyszeć kiedyś taki opis tego fragmentu – a, tam, gdzie Jezus opiep… strofuje Piotra. Trudno się z nim w sumie nie zgodzić. Może o tyle, że to nie samo strofowanie, a po prostu – naprowadzanie, kierowanie we właściwą stronę. 
Tak naprawdę, to reakcji Piotra trudno się dziwić. Po ludzku. Od 3 lat chodzi za Jezusem, jest jednym z pierwszych, którzy za Nim poszli, widzi wzrost zainteresowania Ewangelią, osobą Mistrza, rysuje się pewnie przed nim mniej lub bardziej obiecująca przyszłość. Nie wiem, czy w kontekście rewolucji, niepodległości Izraela, wyzwolenia spod panowania Rzymu. On na pewno w Jezusa wierzył i widział, jak wiele dobrego czyni, a jednocześnie – jak szybko rozrasta się liczba tych, którzy decydują się zasłuchać w to, czego Pan naucza. A tu – nagle (bo człowiek z założenia wypiera, nie zauważa tego, co niewygodne i nie pasuje do jego postrzegania sytuacji) dowiaduje się, że właściwie to ten Mesjasz idzie w znanym sobie kierunku, do Jerozolimy, aby… umrzeć? Już nawet nie dochodzi do tego magicznego na końcu „zmartwychwstanie”. Pewnie nie rozumiał. Wystarczy, że Jezus powiedział, że idzie, aby umrzeć. Zareagował bardzo po ludzku, z właściwym dla siebie wzburzeniem, ale kierując się przede wszystkim troską. Nigdy! To nigdy nie nastąpi! 
Jezus zdawał sobie sprawę z tego, że czeka Go rzeczywistość bardziej, niż trudna – wielki ból, męka i cierpienie. Rzeczywistość, jakiej nawet ci najwytrwalsi w tej chwili sobie nie wyobrażali – i, jak się miało okazać, nie umieli we właściwym momencie sprostać, bo pouciekali. To było jednak konieczne. Jezus musiał dojść pod krzyż i na nim oddać życie, aby dopiero móc zmartwychwstać. Żyjący, nie mógł by tego zrobić. Nie jest powiedziane, że musiało by dokładnie tak, że Bóg nie dał by sobie rady ze zbawieniem człowieka w inny sposób, w innej formie. Miało się to jednak wykonać właśnie tak. Dlatego tak gwałtowna Jego reakcja i tak ostre słowa. A właściwie – nic innego, jak nazwanie po imieniu stanu faktycznego – tego, że Piotr jeszcze nie potrafił patrzeć i rozumieć w perspektywie szerszej, niż tylko tutaj, dzisiaj, teraz, życie. Zapominał o tym, że sens całego nauczania Jezusa, ostateczna nagroda i cel – jest gdzie indziej, dalej, po śmierci. 
Łatwo było iść za Jezusem, gdy było pięknie, kolorowo, cudownie. Uzdrawiał, nauczał, przywracał nadzieję, wskrzeszał zmarłych, rozmnażał pokarm, odwiedzał tych najmniejszych i najsłabszych. Piotrowi łatwo przyszło wyznanie wiary w Jezusa – niestety, później równie łatwo się jej tyle samo razy zaparł. Łatwo iść do kościoła w niedzielę – ot, żeby tego wyjątkowego dnia tygodnia nie przeleżeć przed telewizorem czy komputerem. Łatwo pośpiewać Serce moje weź czy inny wzniosły tekst. Trudniej, gdy trzeba faktycznie coś z siebie dać. Schody zaczynają się, gdy człowiek zdaje sobie sprawę z rzeczywistości krzyża. Tak, zmartwychwstanie później jest ważniejsze i większe – ale do niego prowadzi droga własnego krzyża, tego samego, który niósł na Golgocie Jezus. Tego mojego. 
Jeśli jestem zbyt ślepy, zbyt zaprawiony w usprawiedliwianiu samego siebie – nic prostszego, w konfesjonale, o ile szczerze opowiem, co i jak, dowiem się, gdzie jest szczególne pole do popisu dla tego mojego zapierania się samego siebie. Przestań kraść. Porzuć tę kobietę/mężczyznę – to konkubinat – albo przysięgnijcie przed Bogiem, ślubujcie. Walcz z nałogiem – nie pal, nie ćpaj, nie onanizuj się. Co wtedy? Wtedy okazuje się, czym ma być moje pójście za Jezusem. A ma być walką, bo Jezus nie szuka bylejakości, usprawiedliwiania samego siebie, beznadziejności i braku motywacji. On sam zainspiruje cię – o ile ty zdecydujesz się na konkretne kroki. I tu nie ma innej drogi. Jeśli ktoś chce iść za Mną – to nie jest jedna z dróg, jakimi człowiek może zmierzać do Królestwa. To ta jedyna – choć dla każdego inna. 
To, że jest trudno, jest zrozumiałe. W końcu – nie będąc z tego świata, posłani z innego i do innego zmierzający – żyjemy tutaj, właśnie w nim, w żadnym innym. To jest klucz – ta optyka: nie to, co ludzkie, ale to, co Boże. Bo, czy chcemy, czy nie, stajemy się bardziej światowi. Nie musi to oznaczać od razu jakiejś tragedii – ale ten świat ze swoimi trendami, przyzwyczajeniami i sposobem bycia po prostu pociąga. Przestajemy myśleć, jak tego uczy Bóg; zaczynamy skupiać się na realizowaniu typowo ludzkich, namacalnych i materialnych pragnień; szczytem marzeń okazuje się ta czy inna zachcianka, tamten czy inny ciuch, a perspektywa kończy się nagle tutaj, w doczesności. Nie, nie chodzi o to, żeby świat zanegować, stanąć do niego bokiem, albo starać się być poza nim. Tak się nie da. Chodzi jednak o to, aby pamiętać – jesteśmy tu po drodze, przejazdem jakby, i nic stąd nie zabierzemy, poza tymi niewidocznymi owocami naszego wędrowania. 
Co ze sobą począć? Świetną radę daje Jeremiasz, z pierwszego czytania: 
Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś. (Jr 20,7-9)

Pozwól się Bogu uwieźć. Daj się Bogu ujarzmić. On niczego ci nie zabierze, w żaden sposób nie uczyni cię gorszym – On tylko ubogaca. A gdy Mu pozwolisz, pokaże ci świat pełen prawdziwych możliwości. Tak, ten nasz ludzki, czasami tak obrzydliwy i brudny świat, w którym w piękny sposób można się realizować. Nie jest to, co prawda, życie w formie jednych wielkich wakacji i imprezy – ale życie w ciągłej świadomości krzyża. A jednak – na pewno będzie sensowniejsze. Zresztą – na chłopski rozum – po wakacjach zawsze czeka powrót do brutalnej rzeczywistości. Gdy jednak ta rzeczywistość będzie oswojona, bo i przemodlona, gdy będzie takim, gdy tego potrzeba, traceniem życia dla/z Jezusem, może się okazać – wzięta tak na poważnie, odpowiedzialnie – wcale nie taka straszna. A dobrze przeżyta – na pewno bardziej owocna.

Jasnogórska mistrzyni drugiego planu

O tym, że dzisiaj jest uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, dowiedziałem się dzisiaj rano… z Metra, z tekstu Jana Turnaua. Kto by pomyślał. Jeszcze kilka lat temu sam byłem jakby chodzącym kalendarzem liturgicznym. Dzisiaj celowo kupuję co roku książkowy z Edycji, żeby być na bieżąco. 
Częstochowa. Miejsca dla mnie bardzo ważne, z którym wiąże się wiele wspomnieć, myśli i odczuć. Nie mam pojęcia, kiedy pierwszy raz tam trafiłem – pewnie ok. 20 lat wstecz. Pomiędzy 10 a 20 rokiem życia bywałem tam pewnie raz w roku, a nawet i częściej (jak choćby na dwóch różnych pielgrzymkach maturalnych). Wracałem tam z chęcią, żeby nabrać powietrza, odpocząć. Spacer czy modlitwa (różaniec, droga krzyżowa) na wałach. Cisza majestatycznej bazyliki, gdzie można w spokoju usiąść, pomodlić się czy pomyśleć, wpatrując się w łańcuszek penitentów do wielu konfesjonałów. Zaduma w wieczerniku. Ulubiona, odkryta nie tak szybko, kaplica wieczystej adoracji, po schodach koło zakrystii do góry, jakby zawieszona nad kaplicą Cudownego Obrazu – cisza, wielka prostota wystroju, i On – obecny w Chlebie Życia. Tak, kaplicę wymieniam na końcu… Bo jakoś nigdy tłumy walące tam mnie nie pociągały. Nowa (nawet nie świecka) tradycja pt. za wszelką cenę być na odsłonięciu Obrazu – niecałe 2 minuty, i potem Msza po Mszy przez cały Boży dzień. Apel Jasnogórski – rozumiem, ale to mnie nie przekonało.

Częstochowa, Jasna Góra, jako miejsce, gdzie w pewnym momencie, dokładnie już nie pamiętam, kiedy, uświadomiłem sobie bardzo dobitnie, że moja droga to kapłaństwo. Jak życie pokazało – a ja nie narzekam – poczucie to, którego realizacji poświęciłem kilka lat, było błędne. Jasna Góra, a konkretnie kapłańska kaplica w Domu Pielgrzyma, gdzie późną pewnie wiosną AD 2004 odbyłem wieczorem bardzo ważną rozmowę na temat powołania, planów z ówczesnym katechetą, księdzem nie dość, że młodym, to bardzo mądrym i rozważnym. 
Tyle emocji, wspomnień, myśli i odczuć. Skąd to? Pewnie dzięki Maryi. Tej, która dzisiaj – w tym pierwszym momencie, kiedy Jezus dokonał (zresztą na jej prośbę) cudu – dyskretnie, ale troszczy się, w ewangelicznym obrazku konkretnie za nowożeńców z Kany Galilejskiej. Z odpowiedzi Jezusa, lekko strofującej wręcz, można wywnioskować, iż trochę zganił matkę za to, że oczekiwała od Niego działania w tej sprawie. Nie zmieniło to faktu, że pomógł, stał się cud, woda stała się winem. Chyba trudno by w dniu poświęconym właśnie jej – Jasnogórskiej Królowej Polski, Czarnej Madonnie – o bardziej pasujący obrazek ewangeliczny. 

Matka Boża jako ta, która zawsze jest obok, czuwa i ma rękę na przysłowiowym pulsie. I wie, że Syn zawsze wysłucha, gdy przez jej ręce ten czy tamten nieszczęśnik powierzać będzie swoje sprawy, prosić, błagać, czy dziękować.Taka modlitwa i wiara w pośrednictwo Maryi nie jest czymś niewłaściwym, sprzecznym z nauką Kościoła. Odkupiciel jest jeden, a Maryja tylko kieruje – nasze oczy ku Niemu, i nasze modlitwy do Jego serca. Może to i „tylko” – ale jak wielu doprowadza do Niego? Przecież Maryja, ani na kartach ewangelii (obecna, ale jakby na drugim planie), ani w tradycji Kościoła, nigdy nie stawia sama siebie w centrum. To także drogowskaz – doskonałość można osiągać nie tylko na pierwszym planie.

Dopadnięty pod drzewem figowym

Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy – Jezusa, syna Józefa z Nazaretu. Rzekł do niego Natanael: Czyż może być co dobrego z Nazaretu? Odpowiedział mu Filip: Chodź i zobacz. Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Powiedział do Niego Natanael: Skąd mnie znasz? Odrzekł mu Jezus: Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym. Odpowiedział Mu Natanael: Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela! Odparł mu Jezus: Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: Widziałem cię pod drzewem figowym? Zobaczysz jeszcze więcej niż to. Potem powiedział do niego: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego. (J 1,45-51)
Ten obrazek nie zaczyna się jakoś hurra-optymistycznie. Jego bohater, a zarazem patron dzisiejszego dnia, Natanael vel Bartłomiej, w odpowiedzi na radosną i pewnie pełną ekspresji nowinę ze strony Filipia… reaguje niesłusznym i mocno zużytym stereotypem odnośnie nazarejczyków jako ostatnich z najgorszych. Tu jednak zaczyna działać coś, czego nam – rzekomo wierzącym – dzisiaj tak bardzo brakuje w sprawach wiary. Wytrwałość, upór i zapał w sprawach najważniejszych. Filip się nie poddaje, można sobie wyobrazić, że pewnie prawie ciągnął przyjaciela do Jezusa – chodź, zobacz sam.
No i poszli. Filip z sercem rozradowanyn odnalezieniem wyczekiwanego od pokoleń Mesjasza, Bartłomiej pewnie zdziwiony czy nawet podenerwowany podejściem przyjaciela, jego niezrozumiałymi jeszcze emocjami. Może dlatego z ust Jezusa padają pod jego adresem takie, a nie inne słowa? Jezus jest tak bardzo ludzki i jak nikt, będąc człowiekiem, rozumiał ludzkie obawy, nieufność i ostrożność. W końcu – mało to osób w jego czasach podawało się za zbawicieli, proroków, przed którymi On sam nie raz przestrzegał? Ale widział jednocześnie, że pod ostrożnością Bartłomieja kryje się człowiek dobry, prawy i uczciwy. Stąd komplement pod jego adresem. 
I to jest piękne. Bóg nie potrzebuje wiele, aby dotrzeć i wejść do serce człowieka, który szczerze Go szuka i pragnie. Wystarczyło jedno krótkie zdanie, dowód na to, że Jezus wiedział coś, co stało się chwilę wcześniej, i czego po ludzku wiedzieć nie mógł. Po raz kolejny w Ewangelii pojawia się w drugoplanowej roli drzewo figowe. Symbolicznie, choć marginalnie – to dla Bartłomieja miejsce wyjątkowe i przełomowe, bo tam „dopadł” Go Bóg w swoim Synu. Tam, podświadomie, odnalazł Dobrą Nowinę, która chwilę później, gdy stanął face to face z Jezusem, napełniła go. Słowa Filipa to nic innego jak zaproszenie – na które on, choć na chłodno i ostrożnie, ale odpowiedział. 
Znamienne jest także to, co mówi Jezus na końcu. Nie chodzi o łatwy i płytki zachwyt nad czymś takim, jak to, że Syn Boży wiedział o rozmowie, która działa się gdzie indziej, czego człowiek wiedzieć nie mógł. To tylko naprawdę malutki przejaw Bożej mocy. To naprawdę nic. A wiara człowieka, który nie tylko wiarę deklaruje, ale chce, aby była prawdziwa i żywa, nie może powstać, ani tym bardziej utrzymać się na zachwytem nad czymś tak małym. Owszem, dla Bartłomieja ten dialog w cieniu drzewa figowego stał się momentem zwrotnym w życiu – ale Bóg wiele więcej chce pokazać człowiekowi, który postanawia Mu zaufać. 
Właśnie. Jest tylko jeden mały problem. Trzeba na początku zaufać. Umieć wykorzystać swoją szansę, dać się poprowadzić do Boga temu, kogo on posyła do mnie – tak jak Bartłomiejowi posłał Filipa. Druga okazja może się nie nadarzyć.  
>>>
Od kilku dni, jak na razie z powodzeniem codziennie, służę do Mszy w innym kościele. Poza pięknymi witrażami i drewnianym balkonem, co w sumie daje piękny klimat, zauważyłem bardzo ciekawą rzecz. Otóż symbol wyryty na konfesjonałach. Nie, nie krzyż. Klucze – symbol władzy odpuszczania grzechów, wiązania i rozwiązywania mocą Bożą. Ciekawe.

Rozważania Drogi Krzyżowej podczas ŚDM w Madrycie

Teksty rozważań przygotowały Siostry od Krzyża, które zajmują się troską o najuboższych.
Stacja 1
Ostatnia Wieczerza Jezusa ze swymi uczniami

– Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie połamał go i podał mówiąc: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę!” Tak samo i kielich po wieczerzy, mówiąc: „Ten kielich to Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana” (Łk 22, 19-20).

Jezus, zanim weźmie chleb w swoje ręce, przygarnia z miłością wszystkich zasiadających przy Jego stole. Nie wyklucza nikogo: ani zdrajcy, ani tego, który się Go zaprze, ani tych, którzy uciekną. Wybrał ich jako nowy lud Boży, Kościół, wezwany do bycia jednością.

Jezus umiera, aby rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno (J 11, 52). Nie tylko za Nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno (J 17, 20-21). Miłość umacnia jedność. Przeto mówi im: Abyście się wzajemnie miłowali (J 13, 34).

Miłość wierna jest pokorna. I wy powinniście sobie nawzajem umywać nogi (J 13, 14).

Zjednoczeni w modlitwie Chrystusa prośmy, aby Kościół w Ziemi Świętej żył w jedności i pokoju, aby ustały wszelkie prześladowania i dyskryminacja z powodu wiary, a wszyscy, którzy wierzą w jednego Boga żyli w braterskiej sprawiedliwości aż do czasu, kiedy Pan pozwoli nam wspólnie zasiąść przy swoim jednym stole.

Stacja 2
Pocałunek Judasz

– Umoczywszy więc kawałek chleba, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty. A po spożyciu kawałka chleba wszedł w niego szatan (J 13, 26-27).
– Zaraz też przystąpił do Jezusa… i pocałował Go. A Jezus rzekł do niego: „Przyjacielu, po coś przyszedł?” (Mt 26, 49-50).

Podczas wieczerzy wyczuwa się atmosferę świętego Misterium. Chrystus jest spokojny, zamyślony, cierpiący. Mówi: Gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami, zanim będę cierpiał (Łk 22, 15).

I właśnie teraz, dogłębnie wzruszony, półgłosem oświadcza: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie wyda (J 13, 21).

Judasz czuje się źle, cel jego dotychczasowych pragnień za „cenę zdrady” zmienia się z Boga Miłości na bożka pieniędzy. Jezus patrzy na niego lecz on ucieka od tego spojrzenia. Odrywając wzrok Jezus podaje mu chleb umoczony w sosie i mówi: Co chcesz czynić, czyń prędzej! (J 13, 27). Serce Judasza zamyka się, i wychodzi, aby przeliczyć swoje pieniądze, a następnie wydać Jezusa przez pocałunek. A Chrystus, odczuwając chłód pocałunku zdrajcy, nie upomina go, lecz mówi: Przyjacielu.

Jeśli czujesz na swojej twarzy zimny pocałunek zdrady albo cierpisz z powodu podziałów między braćmi czy walk toczonych między nimi, pójdź za Chrystusem, który przez pocałunek Judasza uczynił swoimi wszystkie bolesne zdrady.

 
 Rozważania Drogi Krzyżowej podczas ŚDM   Roman Koszowski/Agencja GN Poszczególne stacje zostały zobrazowane za pomocą charakterystycznych dla Hiszpanii pasos – figur-scen przedstawiających Mękę Chrystusa.

Stacja 3
Zaparcie się Piotra

– Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz (J 13, 38).
– I wyszedłszy na zewnątrz, gorzko zapłakał (Łk 22, 62).

Chrześcijanin musi być mężny. A być mężnym nie oznacza nie bać się, ale umieć przezwyciężać strach. Chrześcijanin mężny ni wstydzi się publicznie zamanifestować swojej wiary. Jezus ostrzegał Piotra: Oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę, ale Ja prosiłem za Tobą (Łk 22, 31-32). Powiadam ci, Piotrze, nie zapieje kogut, a ty trzy razy wyprzesz się tego, że Mnie znasz (Łk 22, 34). I apostoł, bojąc się kilku służących, powiedział im: Nie znam Go (Łk 22, 57). Jezus przechodząc obok Piotra, spojrzał na niego… on zadrżał, bo przypomniał sobie Jego słowa i gorzko zapłakał z powodu swojej zdrady. Spojrzenie Boga zmienia serce. Tylko trzeba Mu pozwolić na siebie spojrzeć.

Patrząc na Piotra Jezus kieruje swój wzrok na chrześcijan, którzy wstydzą się swojej wiary, którzy nie przestrzegają praw człowieka, którym brakuje odwagi, by bronić życie od poczęcia aż do naturalnej śmierci oraz na tych, którzy nie żyją według ewangelicznych kryteriów… aby, jak Piotr, napełnili się odwagą i byli świadkami utwierdzonymi w wierze.

Stacja 4
Jezus na śmierć skazany

– Winien jest śmierci (Mt 26, 66)
– Wtedy więc wydał Go im, aby Go ukrzyżowano (J 19, 16).

Największą niesprawiedliwością, jest skazać niewinnego i bezbronnego. I pewnego dnia złość oskarżyła i skazała na śmierć niewinność. Dlaczego skazali Jezusa? Ponieważ Jezus wziął na siebie cały ból świata.

Stając się jednym z nas, wziął nasz człowieczeństwo, a razem z nim bolesne rany grzechu. Ich nieprawości On sam dźwigać będzie (Iz 53, 11), aby uzdrowić nas przez ofiarę krzyża. Mąż boleści oswojony z cierpieniem (Iz 53, 3). Siebie na śmierć ofiarował (Iz 53, 12). To, co najbardziej zadziwia, to milczenie Jezusa. Nie tłumaczy się, On jest Barankiem Bożym, który gładzi grzechy świata (J 1, 29). Chłostany, umęczony, cierpiący, nawet nie otworzył ust swoich (Iz 53, 7).

W milczeniu Boga są obecne wszystkie niewinne ofiary wojen, które wyniszczają miasta i narody, zaszczepiając nienawiść trudną do uleczenia. Jezus milczy w sercach wielu osób, które w milczeniu czekają na Boże zbawienie.

 
Stacja 5
Jezus bierze krzyż

– A gdy Go wyszydzili, zdjęli z Niego purpurę i włożyli na Niego własne Jego szaty. Następnie wyprowadzili Go, aby Go ukrzyżować (Mk 15, 20).
– Wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki (J 19, 17).

Krzyż to nie tylko kawałek drewna. Krzyżem jest wszystko to, co czyni życie trudnym. Spośród krzyży, najbardziej głęboki i bolesny jest ten, który zakorzeni się we wnętrzu człowieka. To grzech sprawia, że serce staje się zatwardziałe, a relacje między ludźmi wrogie. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czynie nierządne, kradzieże, fałszywe świadectwa, przekleństwa (Mt 15, 19).

Krzyż, który Jezus wziął na swoje ramiona, aby na nim umrzeć, to ciężar wszystkich grzechów wszystkich ludzi. Także i moich. On sam, w swoim ciele, poniósł nasze grzechy (1P 2, 24). Jezus umiera, aby pojednać ludzi z Bogiem. Krzyż staje się :Odkupicielem”. Ale sam krzyż nas nie zbawi. Zbawia nas „Ukrzyżowany”.

On swoim uczynił zmęczenie, wyczerpanie, zniechęcenie tych wszystkich, którzy nie znajdują pracy, imigrantów przyjmujących niegodne i nieludzkie oferty pracy, cierpiących prześladowania z powodu swojej rasy czy umierających w drodze do osiągnięcia życia bardziej sprawiedliwego i ludzkiego.

Stacja 6
Jezus upada pod ciężarem krzyża

 

– Zdruzgotany za nasze winy (Iz 53, 5).
– Jezus wielokrotnie upadł pod ciężarem Krzyża na kalwaryjskiej drodze (Tradycja Kościoła Jerozolimskiego).

Pismo Święte nic nie wspomina o upadkach Jezusa, ale oczywistym jest, że tracił równowagę wielokrotnie. Utrata krwi od ran po biczowaniu, nieludzkie bóle mięśni. Cierpienie spowodowane koroną cierniową, ciężar krzyża… nie ma na to słów! Wszyscy na pewno doświadczyliśmy jakichś potknięć i upadków na ziemię. Jak szybko się podnosiliśmy, aby nie stać się powodem do żartów! Pochyl się nad Jezusem na ziemi; wokół Niego tłum pełen sarkazmu popycha Go, żeby się nie podniósł. Co za ośmieszenie, cóż za upokorzenie, mój Boże! Psalm mówi: Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgarda pospólstwa. Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głowami (Ps 22, 7-8).

Jezus cierpi ze wszystkimi, którzy potykają się wziąć o te same skały i upadają bezsilnie jako ofiary alkoholu, narkotyków i innych uzależnień, które czynią ich niewolnikami, aby oparci o Niego i o tych, którzy im pomagają, wreszcie powstali.

Stacja 7
Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż

– Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola (Łk 23, 26).
– Przymusili, żeby niósł krzyż Jego (Mt 27,32).

Szymon był młodym i silnym rolnikiem, który wracał z pracy na polu. Przymusili go, aby poniósł krzyż naszego Pana; uczynili to nie ze współczucia, ale z lęku, aby nie umarł w czasie drogi. Szymon odmawia lecz nakaz żołnierzy jest nieprzejednany. Musi pogodzić się z nim wbrew sobie. Spotkanie z Jezusem zmienia nastawienie jego serca i z czasem zaczyna współczuć sytuacji nieznajomego osądzonego, który w milczeniu dźwiga ciężar przewyższający jego słabe siły. Jakże ważne dla chrześcijan jest odkrywanie tego, co dzieje się wokół nas, uświadamianie sobie, że są osoby, które potrzebują naszej pomocy!

Jezus dzięki pomocy Cyrenejczyka poczuł ulgę. Tysiące młodych osób wszelkich ras, wyznań, różnych sytuacji życiowych, wykluczonych ze społeczeństwa każdego dnia spotyka Cyrenejczyków, którzy z hojnością ofiarowują swoją pomoc, obejmując ich krzyż z oddaniem, pragnących podążać razem z nimi.

Stacja 8
Weronika ociera twarz Jezusa

– Jezus zwrócił się do nich i rzekł: „Córki Jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą, i nad waszymi dziećmi!” (Łk 23, 28).
– Pan go ustrzeże, zachowa przy życiu, uczyni szczęśliwymi na ziemi i nie wyda go wściekłości jego wrogów (Ps 41, 3).

Podążał za nim tłum, a w nim grupa kobiet, które uderzały się w piersi i lamentowały, płacząc. Jezus odwrócił się do nich i rzekł: Nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą, i nad waszymi dziećmi! Płaczcie, nie płaczem pełnym smutku, który zatwardza serce i usposabia je do nowych zbrodni… płaczcie, płaczem delikatnym, kierującym błagania do nieba, proszącym o miłosierdzie i przebaczenie grzechów.

Jedna z niewiast, wzruszona widokiem oblicza Pana, pełnego krwi, błota i śliny, odważnie przeszła między żołnierzami i podeszłą do Niego. Zdjęła chustę i delikatnie oczyściła Jego twarz. Jeden z żołnierzy odepchnął ją gwałtownie, ale gdy spojrzał na chustę, ujrzał, że była odciśnięta na niej zakrwawiona i cierpiąca twarz Chrystusa.

Jezus współczuje kobietom Jerozolimskim i na chuście Weroniki pozostawia swoje odbite oblicze, utożsamiając je z obliczem wielu osób zniekształconych przez ateistyczne reżimy, które niszczą ludzi, pozbawiając ich własnej godności.

Stacja 9
Jezus z szat obnażony

 
– Ukrzyżowali Go i rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy (Mk 15, 24).
– Od stopy nogi do szczytu głowy nie ma w nim części nietkniętej (Iz 1, 6).

Kiedy przygotowywali gwoździe i liny, aby Go ukrzyżować, On stał obok. Jakiś nielitościwy żołnierz przybliżył się i szarpnięciem zerwał z Niego tunikę. Rany zaczęły krwawić na nowo, sprawiając straszny ból. Następnie podzielili między siebie Jego szaty. Jezus pozostał nagi wobec tłumu. Jak obiekt żartów, ograbili Go ze wszystkiego. Nie ma większego upokorzenia i wzgardy. Pozostawili Go bezbronnego. Szaty nie okrywają tylko naszego ciała, ale również nasze wnętrze, to co nosimy w środku, naszą godność, intymność. Jezus wziął na siebie to uczucie wstydu, ponieważ przyjął na siebie wszystkie grzechy przeciwko integralności i czystości, umarł raz, aby zgładzić grzechy wielu (Hbr 9, 28).

Jezus cierpi ze wszystkimi ofiarami okrutnych ludobójstw, w czasie których miała miejsce brutalna przemoc, gwałty i nadużycia seksualne, zbrodnie przeciwko dzieciom i dorosłym. Jak wiele jest osób odartych ze swojej godności, ze swojej niewinności, pozbawionych zaufania do człowieka.

Stacja 10
Jezus przybity do krzyża

– Gdy przyszli na miejsce zwane “Czaszką”, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie (Łk 23, 33).

Zaprowadzili Jezusa aż na Golgotę. Nie był tam sam, towarzyszyło mu dwóch złoczyńców, którzy również mieli być ukrzyżowani. Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i z drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa (J 19, 18). Co za wymowny obraz! Baranek, który gładzi grzechy świata, sam staje się grzechem i spłaca dług za innych. Wielkim grzechem świata staje się kłamstwo Szatana. Jezus zostaje skazany za to, że powiedział prawdę, iż jest Synem Bożym. Prawda stała się argumentem, aby usprawiedliwić ukrzyżowanie. Niemożliwym jest opisanie tego, jak cierpiało ciało Chrystusa kiedy wisiało na krzyżu, moralnie – widząc siebie nagim zawieszonym pomiędzy dwoma złoczyńcami, i emocjonalnie – czując się totalnie opuszczonym przez swoich.

Jezus na krzyżu przyjmuje cierpienia wszystkich przybitych bolesnymi sytuacjami, wielu ojców i matek rodzin, wielu młodych, którzy z powodu braku pracy żyją w ciężkich warunkach, w biedzie, pozbawieni nadziei, bez środków koniecznych do utrzymania własnych rodzin i godnego życia.

Stacja 11
Jezus umiera na krzyżu

– Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: „Ojcze w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Po tych słowach wyzionął ducha (Łk 23, 46).
– Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni (J 19, 33).

Był szabat, dzień przygotowania do święta Paschy. Piłat nakazał, aby połamano im golenie, by przyspieszyć śmierć i aby ich ciała nie pozostały na krzyżu na czas święta. Jezus już nie żył. Jeden z żołnierzy, aby się upewnić, że nie żyje włócznią przebił Mu bok. Tak spełniły się słowa Pisma. Wtedy więc wydał Go im, aby Go ukrzyżowano (J 19, 16). Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Zatrzęsła się ziemia… To święty czas kontemplacji. To czas adoracji… stańmy naprzeciw ciała naszego Odkupiciela: bez życia, umęczony, torturowany, zawieszony… spłacający ciężar naszych niegodziwości, moich niegodziwości. Panie, zgrzeszyłem, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem! Amen.

Jezus umiera za mnie. Jezus ofiaruje mi miłosierdzie Ojca. Jezus spłaca wszystko to, co ja powinienem spłacić. Co więc zrobię dla Niego? Czy w obliczu dramatu tak wielu osób przytłoczonych krzyżem różnych niezdolności będę walczył, by szerzyć i głosić godność osoby i ewangelię życia?

Stacja 12
Jezus zdjęty z krzyża

– Wówczas Piłat kazał je wydać (Mt 27, 57).
– Józef zabrał ciało i owinął je w czyste płótno (Mt 27, 59).

Przybliżmy się do Dziewicy Maryi i uczestniczmy w Jej bólu. Chrystus umarł i trzeba Go zdjąć z krzyża. O czym mogła wówczas myśleć? Kto zdejmie Jego ciało? Gdzie je położę? Powtarzała, na nowo, jak kiedyś w Nazaret: Niech mi się stanie według Twojej woli! Tylko teraz, bardziej zjednoczona z bezwarunkową ofiarą swojego Syna, mówiła: Wykonało się! I pojawili się Józef z Arymatei oraz Nikodem, którzy chociaż należeli do Sanhedrynu nie przyczynili się do śmierci Pana lecz poprosili Piłata o ciało Mistrza, aby złożyć je w ich nowym grobie, który znajdował się w pobliżu Kalwarii.

Chrystus przegrał, czyniąc swoimi wszystkie przegrane ludzkości: Syn Człowieczy został odrzucony, współdzieląc los tych, którzy z różnych powodów zostali uznani za wzgardę ludzkości, gdyż …nie umieją, nie mogą, nic nie znaczą. Wśród nich, między innymi, ofiary AIDS, którzy pełni ran od swoich krzyży, czekają aż ktoś się nimi zaopiekuje.

Stacja 13
Jezus w ramionach swojej matki

– A Twoją duszę miecz przeniknie (Łk 2, 35).
– Patrzcie, czy jest boleść podobna do tej, co mnie przytłacza (Lm 1, 12).

Chociaż wszyscy jesteśmy winni śmierci Jezusa, to w tych jakże bolesnych chwilach Dziewica Matka potrzebuje naszej miłości i naszej bliskości. Uznanie siebie za skruszonych grzeszników jest dla Niej pewnym pocieszeniem. W dziecięcej postawie stańmy obok Niej i uczymy się przyjmować Jezusa z czułością, z jaką Ona przyjęła w swoje ramiona zmaltretowane i pozbawione życia ciało swojego Syna. Czy jest boleść podobna do tej, co mnie przytłacza? (Lm 1, 12). A kiedy według żydowskiego sposobu grzebania (J 19, 40) przygotowywali ciało Pana, aby je pochować, Maryja, adorując Tajemnicę, którą miała ukrytą w sercu i nie rozumiejąc jej jeszcze, powtarzała wzruszona za prorokiem: Ludu mój, cóżem ci uczynił? Czym ci się uprzykrzyłem? Odpowiedz Mi! (Mi 6, 3).

Rozważając boleść Maryi Dziewicy wspomnijmy ból i samotność tych rodziców, którzy stracili swoje dzieci z powodu głodu, kiedy w tym samym czasie bogate społeczeństwa, zdominowane postawą konsumizmu i materializmu, pogrążone są w pustce próżnego życia.

Stacja 14
Pan Jezus złożony do grobu

– Tam to więc, ze względu na żydowski dzień Przygotowania, złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu (J 19, 42).
– Józef z Arymatei, przed wejściem do grobu zatoczył duży kamień i odszedł (Mt 27, 60).

Ze względu na zbliżające się święto pośpiesznie przygotowali ciało Jezusa, aby złożyć je w grobie ofiarowanym przez Józefa i Nikodema. Grób był nowy i nikt wcześniej nie był w nim pochowany. Złożywszy ciało na skale, Józef zatoczył kamień u drzwi, zamykając zupełnie wejście. Jeśli ziarno pszenicy nie obumrze… Lecz zaraz kiedy ustał odgłos trzasku kamienia zamykającego wejście do grobu, Maryja w ciszy osamotnienia ściska już kłos, który w Jej sercu staje się zaczątkiem zmartwychwstania.

W tym znaku pszenicznego kłosu wspominamy pokorną i ofiarną pracę tylu osób, które całkowicie poświęciły się na służbę Bogu i bliźniemu, i oczekują teraz błogosławionych owoców śmierci Jezusa. To dobrzy Samarytanie, którzy w każdym zakątku ziemi, gotowi są dzielić skutki złowrogich sił natury: trzęsień ziemi, huraganów, tsunami…

 
>>>
 
Z Madrytu warto przeczytać choćby tylko te słowa.

Ludzie Boga

205480.1
Nie wiem, czy ktoś oglądał ten film. Bo i mało popularny temat, sfera – nie dość, że o zakonnikach, żyjących na końcu świata w Afryce, to jeszcze o męczennikach. I to nie sprzed iluś set tam lat – a współcześni, z lat 90. ubiegłego wieku. Nawet ja już byłem wtedy na świecie. 
W górach Maghrebu znajduje się klasztor trapistów (wbrew temu, co można przeczytać w opisach filmu – nie cystersów). Ośmiu francuskich mnichów, ojcowie i bracia, żyje pośród ludności muzułmańskiej. Żyją z nimi w pełnej zgodzie, pomagają jak mogą – lecząc, wspierając materialnie. Jednocześnie spotykają się z wieloma tamtejszymi okolicznymi zwolennikami pokojowego współistnienia ludzi bez względu na poglądy i wyznawaną wiarę – wszyscy są zdania, że terroryzm i zabijanie do niczego nie prowadzi. Gdy fundamentaliści islamscy mordują grupę zagranicznych pracowników, region ogarniają zamieszki i związany z nimi niepokój. Wojsko proponuje zakonnikom ochronę i opuszczenie miejsca zagrażającego ich życiu (a jak widać dalej – wręcz stara się ich przymusić do wyjazdu, bezskutecznie). Jednak mnisi bez względu na rosnące wokół nich niebezpieczeństwo, decydują się zostać – choć także dla nich nie była to decyzja prosta ani oczywista, pięknie pokazana jest walka niektórych z nich ze sobą samym i z Panem, a także rozmowy wspólnoty na ten temat. Ostatecznie wszyscy zdecydowali, że zostają. Żaden z mnichów nie chciał opuścić swojej zakonnej wspólnoty ani pozostawić w nieszczęściu muzułmańskich przyjaciół Niedługo potem otrzymują od terrorystów algierskich ostrzeżenie – w Wigilię Bożego Narodzenia AD 1994, na kilka godzin przed Pasterką, do ich klasztoru wpada grupa uzbrojonych terrorystów. Przełożony, brat Christian, w rozmowie wyjaśnia im, że nie mogą im pomóc i muszą opuścić klasztor. Wszyscy, po ich odejściu, zdają sobie jednak sprawę, iż nie jest to koniec problemów, a wręcz zapowiedź niebezpieczeństwa, jakie nieustannie będzie im grozić. 

23.03.1996 w nocy klasztor zostaje napadnięty przez terrorystów, i 6 z 8 braci oraz jeden ich gość, również zakonnik, zostają porwani (dwaj zdołali się ukryć). Po 2 miesiącach, pomimo starań o ich uwolnienie (porywacze zgadzali się ich wypuści w zamian za wydanie przez władze jeńców, złapanych ich wspólników), zostają ścięci. Ich głowy znaleziono w worku na drzewie. Podobno, miejscowe wataszki nie chciały podjąć się zabójstwa – w końcu żyli obok siebie, zakonnicy pomagali także ich bliskim, leczyli ich – i musiał sprowadzać innych ludzi. Ciała zabitych odnaleziono dopiero rok później. Dzisiaj są kandydatami na ołtarze, toczy się ich proces beatyfikacyjny.

Obraz jest zainspirowany wydarzeniami, które miały miejsce w Tibhirine w Algierii, między 1993 a 1996 rokiem, które zakończyły się męczeństwem 7 zakonników. 

Nie brakuje pięknych scen. Choćby te, przeplatające poszczególne wydarzenia – proste, codzienne prace zakonników, zwykłe czynności. Modlitwa liturgiczna, której teksty i forma wypełniają miarowo różne chwile dnia. Rozmowa o. Christiana z terrorystą tamtej grudniowej nocy – z przystawionym do brzucha karabinem, gdy słyszy, że nie ma wyboru, i odpowiada – zawsze mam wybór. Wspólna śpiewana modlitwa braci, w białych albach, w rozświetlonym słońcem kościele, gdy nad klasztorem krążył helikopter z wielkim karabinem. Brat Christian, piszący swój nieformalny testament, przewidując iż zginie z rąk muzułmanów, w którym prosi, by jego śmierć nie stała się pretekstem do wzrostu nienawiści między wyznawcami obu religii. Warto przytoczyć go w całości:
Gdyby pewnego dnia zdarzyło się – a mogłoby to być już dzisiaj – że padnę ofiarą terroryzmu, który zdaje się obecnie zagrażać wszystkim cudzoziemcom zamieszkującym w Algierii, pragnąłbym, aby moja wspólnota, mój Kościół, moja rodzina pamiętali, że moje życie było oddane Bogu i temu krajowi. By zdali sobie sprawę, że Jedynemu Władcy wszelkiego życia to moje nagłe odejście nie było obojętne. By modlili się za mnie; bo jakże mogłem zostać uznany za godnego złożenia takiej ofiary? By potrafili związać moją śmierć z tylu innymi, które są równie okrutne, lecz pozostają ledwie zauważone i bezimienne.

Moje życie nie jest więcej warte niż jakiekolwiek inne. Ale też nie jest warte mniej. W każdym razie nie ma w nim niewinności dzieciństwa. Żyję już na tyle długo, że świadom jestem własnego udziału w złu, które niestety zdaje się przeważać na tym świecie, nawet tego, które może we mnie uderzyć. Chciałbym, gdy ten moment nadejdzie, mieć umysł na tyle jasny, bym mógł prosić o przebaczenie Boga i wszystkich moich bliźnich i równocześnie przebaczyć z całego serca temu, który ugodzi we mnie. Nie życzę sobie takiej śmierci.
Myślę, że muszę to jasno powiedzieć. Bo nie wyobrażam sobie, jak mógłbym się cieszyć z tego, że ten naród, który kocham, miałby być w czambuł oskarżony o zamordowanie mnie. To zbyt wysoka cena, za coś co prawdopodobnie zostanie określone jako „łaska męczeństwa”, by płacił ją Algierczyk, ktokolwiek nim będzie, nawet jeśli powie on sobie, że czyni to w imię po swojemu rozumianego islamu.
Wiem, jaką pogardą świat darzy Algierczyków, wszystkich bez różnicy. I znana mi jest karykatura islamu, forsowana przez typ ludzi dobrze myślących. Ci ludzie zbyt łatwo uspokajają własne sumienie, stawiając znak równania między religią i ideologią skrajnych fundamentalistów. Dla mnie Algieria i islam to dwie różne rzeczy, to ciało i dusza.Stwierdzałem to już wielokrotnie, w pełni świadom tego, co im zawdzięczam, tak często odnajdując w nich prostą nić przewodnią Ewangelii, tak jak nauczyła mnie jej moja matka, mój pierwszy Kościół –odnajdując ją właśnie tu, w Algierii, w postawie szacunku wierzących muzułmanów.
Moja śmierć zapewne okaże się argumentem na rzecz tych, którzy szybko zdefiniowali mnie jako naiwnego idealistę. „Niechby nam powiedział teraz, co o tym myśli”. Ale niech ci ludzie wiedzą, że wtedy moja najbardziej dociekliwa ciekawość będzie już zaspokojona. Bo wtedy, jeśli Bóg zechce, będę mógł zobaczyć Jego dzieci islamskie, tak jak On je widzi, ludzi ogarniętych światłością chwały Chrystusa, owocu Jego Męki, obdarzonych Darem Ducha, którego tajemną radością będzie zawsze tworzenie wspólnoty, ukazywanie podobieństw i radowanie się różnicami.
Za życie utracone, całkowicie moje i całkowicie ich, dziękuję Bogu, który jak gdyby tylko dla tej Radości je stworzył, radości ze wszystkiego i mimo wszystko. Do tego „dziękuję” za całe moje życie wraz z tym, co jeszcze może się w nim zdarzyć, włączam Was wszystkich, przyjaciół dawnych i dzisiejszych, i Was przyjaciół tu na miejscu, a także moją matkę i ojca, siostry i braci, i ich rodziny – moje stokrotnie przyrzeczone dzięki! A także ciebie, przyjacielu mojej ostatniej minuty, który nie będziesz wiedział, co czynisz. Tak, ciebie też do mojego „dziękuję” włączam i do mojego „A Dieu – Z Bogiem”, którego widzę także w twojej twarzy. By dane nam było się spotkać, jak dobrym łotrom, w raju: bo tak spodobało się Bogu, który jest Ojcem nas obu. Amen. Inch’Allah.

Algier, 1 grudnia 1993 r. – Tibhirine, 1 stycznia 1994 r. 

To film o tym, że świętość jest dla każdego. Zakonnicy to zwykli ludzie, jak my, często nawet słabsi, zmagający się ze swoimi słabościami, ze zwątpieniem. Pan wezwał ich, aby oddali Mu się w sposób szczególny – do końca. Nawet, gdy lata całe oddawali się zwykłym czynnościom – zwykłej pracy (na roli, leczeniu), modlitwie, pomocy bliźnim – On zapragnął jeszcze więcej: aby oddali swoje życie, nie lękając się pozostania, wytrwania tam, gdzie Bóg wcześniej ich wysłał, między właśnie tymi konkretnymi ludźmi. Wierność powołaniu do końca, mimo wątpliwości, a wręcz na przekór im. Moc w słabości się doskonali.
Uważam, że warto, aby ten film zobaczył każdy, kto ma problem z hierarchią wartości, gubi się i męczy, szukając bezskutecznie tego, co ważne, co daje szczęście i poczucie spokoju. Najczęściej jest to bardzo blisko. Tylko my szukamy zupełnie nie tam, gdzie trzeba. I nie zawsze to, co z pozoru wydaje się być najlepsze, jest takie faktycznie.

Liczy się każda godzina

Wpis nr 200 :)
Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy! A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. (Mt 20,1-16a)
Klasyczny i jak dobrze znany przejaw ludzkiej zazdrości, typowy przykład postawy czy się stoi, czy się leży, 400 się należy. Ktoś powie – z poprzedniej epoki. Nawet nie, bo to stare jak świat. I ciągle aktualne. Ale tacy właśnie jesteśmy. Bez względu na to, czy w ogóle i ile się napracowaliśmy, oczekujemy wiele; najczęściej w ogóle na to nie zasługując. 
Czy którykolwiek z najętych przez gospodarza robotników został w jakikolwiek sposób pokrzywdzony? Nie. Wiemy, że tamci pierwsi – później tak bardzo roszczeniowi – mieli dostać dniówkę w wysokości denara. Ile obiecał pozostałym, których najmował w ciągu dnia? Nie wiemy. Najwyraźniej uznał, że skoro i oni przyłożyli się do pracy w winnicy, należała im się taka sama wypłata. Mógł tak postąpić? Mógł. Ci pierwsi, z którymi umówił się co do kwoty, nie dostali mniej – a dokładnie tyle, ile dostać mieli. Kłuło ich oczy, że inni, którzy dołączyli do nich przy pracy później, otrzymali tyle samo. Przecież oni właśnie tyrali tam od rana – a gospodarz zrównał ich wynagrodzenie z takimi, którzy zabrali się do roboty późnym popołudniem. 

Tacy już jesteśmy. Zamiast zająć się tym, czy prawidłowo nam odmierzono, i cieszyć się, gdy tak jest – zajmujemy się wszystkimi na około. A czemu ten dostał tyle samo? Ale przecież pracował mniej. Ale przecież mu się nie należy tak wiele. Ale… Same „ale”. Taka nasza przewrotność. Jednak czemu w tej sytuacji? Skoro troszczymy się o własne interesy – o co chodzi? Przecież tu nie ma troski o drugiego – a, błędne, poczucie pokrzywdzenia mnie samego. Dostałem tyle, ile miałem. Więc o co chodzi? 
Bóg, na szczęście, patrzy i rozdziela inaczej. Dla Niego nie ma znaczenia, kiedy ktoś Go zauważył, w jakim momencie, w jakiej porze życia odpowiedział na Jego zaproszenie, dzisiaj przykładowo zobrazowane jako praca w winnicy. Tak, On jest dobry – jeśli o kimkolwiek właśnie można tak powiedzieć, to najpierw o Bogu. I właśnie ta dobroć, a przede wszystkim związana z nią miłość bez granic każe wychodzić samemu czy wysyłać swoich posłańców, aby poszukiwali tych, którzy marnują bezproduktywnie, bezczynnie kolejne dni swojego życia, nie zajmując się niczym. On ich szuka i chce ich byciu nadać sens. Pewnie mało kto odmówi wprost, ale zawsze znajdą się malkontenci – tacy, którzy jak ci najęci z samego rana, będą gardłować i dywagować o sprawiedliwości wynagrodzenia za ten sensowny trud, jakiego się podjęli. 
I tu dochodzimy do sedna. Przy pieniądzach te dywagacje mogą mieć sens. Ale przy zbawieniu? Zupełnie. Przychodzisz do Boga, odpowiadasz na Jego wezwanie – wygrałeś, zbawienie staje się twoim udziałem. Nie ma znaczenia moment, pora. Bóg nie może zbawić tylko kawałka człowieka, stosownie do tego, jaką część życia człowiek przeżył dobrze. Liczy się to, że Boga odnalazł, choćby i w jesieni życia. Liczyć się będzie każda godzina przepracowana w Bożej winnicy.

Refleksje pielgrzyma

Dla odmiany – coś nie mojego. Refleksja pielgrzyma, który przeszedł – jako szef jednej z najdłuższych w tym kraju pieszych pielgrzymek na Jasną Górę. Warto przeczytać. Pisownia oryginalna. 
A pielgrzymka na Jasną Górę …. 560 km

Było całkiem fajnie. Ludzie już dzisiaj dorośli do hasła PIELGRZYMKA. Idą bo mają INTENCJĘ. To już nie jest frama spędzenia wolnego czasu. Walczą w pracy i w domu o każdy wolny dzień, zeby PIELGRZYMOWAĆ. Bo maja sprawę do Matki Bożej. I to jest wspaniałe. Poświęcają swój czas, siły, zdrowie, czasami również pieniądze bo …. to jest ICH PIELGRZYMKA DO CZERNEJ MADONNY, ICH MATKI BOŻEJ. Potrzebują tylko żeby ktoś to zorganizował w naszych czasach, XXI wieku. Naprawdę było warto. Tym bardziej, ze większość Pielgrzymów to młodzi ludzie. Idą bo chcą. Nie muszą a jednak idą.

Fajnie jest być z NIMI gdy po 18 dniach wchodzą na Jasną Górę. Widzieć jak się cieszą, jak przeżywają swoją radość że doszli, ze dali radę, że mogą przez kilka zaledwie minut (po 18 dniach pielgrzymowania!) spojrzeć na obraz Matki Bożej na Jasnej Górze i powiedzieć swoje sprawy …

I jak tak sobie to czytam, albo gdy – zewsząd, tak naprawdę (nawet w TVN 24 widziałem) mowa jest o pielgrzymkach do Częstochowy, to jakoś mi tak kłuje w serduchu. Nigdy pieszej nie przeszedłem i nie zamierzałem. Ale rowerem byłe 3 razy, i były to piękne chwile, raz że między ludźmi, dwa że w bardzo niecodziennych warunkach czas do takiego targowania się z Panem Bogiem w zaciszu siodełka, w tych pustych wiejskich drogach, wykłócania się z Nim, proszenia i dziękowania. Owocny czas. Czas, na który sobie, niestety, z dzisiejszymi obowiązkami pozwolić nie mogę. Ale może jeszcze kiedyś. 

Cheesburger miłosierdzia

Dwa obrazki, sytuacje z dzisiejszego dnia. 
Obrazek pierwszy. Krótkie, w ramach tzw. przerwy obiadowej, spotkanie z kiedyś bardzo bliską osobą (żaden związek – przyjaźń). Tak, kiedyś. Osoba, która – choć niewiele młodsza – była dla mnie naprawdę wzorem i motywacją w zakresie swojej postawy wobec Boga, wiary i świadczenia o niej. Kiedyś, lat temu pewnie blisko 10. Później różnie bywało, aż do momentu, gdy podczas jednego ze spotkań usłyszałem, że straciła wiarę, że Boga nie ma, że jesteśmy przysłowiowymi kowalami własnego losu i tylko od nas zależy, co i jak robimy, tylko przed sobą z tego odpowiadamy. Jakoś tak wyszło, że kontakt – nie z tego powodu, choć mocno tę zmianę jej postawy przeżywałem – rozluźniał się, widywaliśmy się coraz rzadziej. Dzisiaj widzieliśmy się po raz pierwszy od… pół roku? Rozmowa jakby drętwa, pytania lakoniczne, standardowe. Dowiadywanie się nawzajem, kto z kim ma kontakt, co tam słychać u znajomych – a ten ma zaraz ślub, a tamta za miesiąc. Siebie przyłapałem na zadaniu raz, ją zaś – kilka razy – pytań odnośnie spraw, o których rozmawialiśmy i pytaliśmy się nawzajem poprzednim razem; czyli nawet wtedy, ani ja jej, ani ona mnie specjalnie zbyt dokładnie nie słuchała. 
 
Cieszę się, że się spotkaliśmy – bo kiedyś ta relacja fajniejsza była, a to zawsze okazja, choćby w środku, do wspomnień. Cieszę się, że tej osobie się układa – zawodowo, i (wreszcie) w związku. Szkoda, że planuje po prostu zamieszkać ze swoim partnerem, i wystarczy. Ja powiedziałem wprost – nie rozumiem, co stoi na przeszkodzie małżeństwu, skoro ludzie chcą być razem, szczególnie gdy – jak w ich przypadku – ani do związku cywilnego, ani sakramentalnego przeciwwskazań nie ma. No, poza wolą. Ona – że uważa inaczej. Cóż… Czy to ludzie się tak zmieniają? Czy poglądy ludzi się zmieniają? Czy wreszcie poglądy zmieniają samych ludzi? 
Obrazek drugi. Wracam, zadumany, z wspomnianego wyżej krótkiego spotkania. Przelotem w McDonaldzie, z pośpiechu, bo w fast foodach nie gustuję (ale jak nie wiem, gdzie zjeść, wolę iść tam, bo wiem mniej więcej, co dostanę), po kilka cheesburgerów w ramach mało zdrowego, ale szybkiego obiadu. Idę szybkim krokiem w kierunku pracy, staję na światłach. Podchodzi niepozorny, acz schludnie ubrany, choć dość lekko, starszy pan. Zaczyna od tego, że on przeprasza że przeszkadza, i czy nie poratowałbym go czymś do jedzenia, bo od rana chodzi i żebrze, i głodny jest. Pogoda pod przysłowiowym psem, duszno, ale natrętna i dość mocna mżawka. Pierwsza myśl – spławić, wielu jest takich naciągaczy. Druga – przecież to też człowiek, dobrze mu z oczu patrzy, na naciągacza nie wygląda. 
 
No i podzieliłem się z nim swoim obiadem, po pół. Na pewno jemu ten posiłek był bardziej potrzebny ode mnie. Tak, może to sposób na ukojenie swojego sumienia… Wiele razy takim ludziom odmawiam. Czemu? Pisałem kiedyś, jak kilka razy dałem, i to sporo proszącemu, po czym na własne oczy widziałem, jak szedł i przepijał te pieniądze. Może i powinienem pomagać więcej potrzebującym, choćby wspierając różne organizacje zajmujące się stałą pomocą potrzebującym – w końcu w nie tak długim czasie moje zarobki wzrosły dość mocno. Inna rzecz – potrzeby związane z większą rodziną także. Ale na pewno zrobiłem coś dobrego, i z tego się cieszę. 
 
Cieszę się, że ten pan poprosił mnie o pomoc. Ubodło, jak zaczął dziękować, a ja na to, że żaden problem. Spojrzał na mnie wtedy z wdzięcznością, ale i smutkiem w oczach – oj, panie, nawet pan nie wie, jaki to dla innych problem. Jezus dzielił 2000 lat temu chleb i ryby, karmiąc ludzi – jak tu nie podzielić się dzisiaj cheesburgerem? Okazja do gestu miłosierdzia. Oby nie ostatnia. Obym każdą potrafił wykorzystać.

Błogosławione wyczucie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. (J 12,24-26)
Czy Jezus piętnuje radość z życia, korzystanie z niego, oczywiście w racjonalny sposób? Nic bardziej mylnego. Można być człowiekiem szczęśliwym i czerpiącym z życia to, co jest naprawdę dobre i pożyteczne, będąc równocześnie człowiekiem wierzącym. A nawet wręcz – trudno było by być człowiekiem szczęśliwym i czerpiącym z życia to, co jest naprawdę dobre i pożyteczne, gdyby człowiek nie opierał się na solidnym fundamencie, nie bazował na precyzyjnej i przejrzystej hierarchii wartości. 
Bo prawdziwa radość życia to obumieranie. Człowiek czerpie największą radość z tego, że daje – a największą, gdy ofiarowuje dar z samego siebie. Wiele w nas egoizmu – sam dobrze o tym wiem, to chyba moja największa wada – ale dopiero naprawdę bezinteresowne dawanie raduje serce człowieka jak nic innego. Tu nie chodzi o nic spektakularnego, ale wkładanie serca w to, przed czym staje na co dzień – nauka, praca, rodzina, relacje z ludźmi. Nic wyjątkowego – poza autentycznością w tym, co zwyczajne i życiowe. Takie obumieranie to dopiero jest owocowanie.
Pojęcie złotego środka bardzo tutaj pasuje. Do tego, aby przynieść dobry plon, potrzebne jest wyczucie, umiar. Żadne cierpiętnictwo, ani też żadne niewłaściwie, przesadnie rozumiane korzystanie z życia. Ta nienawiść, którą widzimy w tym tekście, to nic innego niż dystans i zdrowe podejście do spraw doczesnych. One same w sobie nie są złe, wszystko zależy od tego, kto i jak do czego je wykorzystuje. Jeśli robię z nich dobry użytek, pomagam z ich  użyciem innym, czynię świat lepszym – wtedy wszystko gra. Taka zdrowa, zdystansowana nienawiść.
Taka zdrowa nienawiść to właśnie pójście za Nim. Oczywiście, są tacy, którzy decydują się na dosłowne prawie porzucenie świata, wybierając drogę doskonałości życia zakonnego. To też możliwość. My jednak, w większości, świeccy i duchowni żyjący w świecie, musimy z tym światem sobie radzić. Także obumierając, gdy to potrzebne. Dając z siebie, pozornie tracąc, aby zyskać w tym ostatecznym rozrachunku, życiowym podsumowaniu. Nienawidząc tego, co tak bardzo ludzkie i materialne, że odwraca uwagę od celu życia człowieka wierzącego. 
Błogosławione wyczucie, ot co. Podstawa postawy dobrego sługi.