Super pasterz i mierni pastuszkowie

Jezus powiedział: Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je potem znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca. 
(J 10,11-18)

Niedziela Dobrego Pasterza, wczorajsza. Teksty bardzo ciekawe i zachęcająco obrazkowe. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby zrozumieć, kim jest pasterz dla stada – punktem odniesienia, wyznacznikiem kierunku podążania, przewodnikiem, tym który dba i troszczy się o każdego w stadzie. Nawet nie trzeba być człowiekiem, aby to zrozumieć – rozumieją to nawet owce i kozły. 
Jezus wyprowadza ten obraz dobrego pasterza na swego rodzaju wyżyny, stawia wyższe wymagania. Dobry jest ten pasterz, który trwa przy stadzie do końca – aż do śmierci, jeśli by jakiś dziki zwierz zaatakował. Bardziej ceni życie jednej owcy niż własne. Robi dokładnie to, co On wykonał na drzewie krzyża – bo przecież, będąc Synem Bożym, mógł zwiać z każdego miejsca, na którym się znajdował – czy to podczas biczowania, drogi krzyżowej czy już konając na krzyżu. Mógł, ale tego nie zrobił. Bo jest Dobrym Pasterzem, który postanowił zbawić nawet te owce, które własnoręcznie Jego właśnie zabijały. 
Dlaczego Dobry Pasterz jest zdolny do takiego poświęcenia? Bo zna swoje owce, bo są Mu naprawdę drogie i cenne. Nie jest wyrobnikiem, najemnikiem, osobą z konkretnie sformułowaną umową regulującą jego obowiązki (i cokolwiek ponadto – a po co…). Co więcej, jest pasterzem, który poszukuje owiec pogubionych – czyli troszczy się nawet o te, które są poza Jego stadem. Obrazkowo – stado to Kościół. Jezus nie zamyka się na tych, którzy do Niego tam przychodzą – pomodlą się, wyspowiadają, dają na tacę, kierują się nauką Kościoła. Widzi te wszystkie, mniej lub bardziej (czasem nawet nieświadomie) rogate dusze, te kozły, które raz po raz się przeciwko czemuś/komuś w Kościele buntują, uciekają, wyłamują się ze stada i idą własną drogę, nieraz długo ponosząc nieciekawe tego konsekwencje, ale jednak uparcie, po swojemu. Fenomen Jezusa polega na tym, że On szuka każdego człowieka – ile razy by się ten nie odwrócił i nie poszedł własną drogą. 
Właśnie po to, aby mogła stać się faktem ta wytęskniona jedna owczarnia. Owszem, przyjmuje się, że oznacza to jedność Kościoła jako takiego – czyli stan, który w historii praktycznie nie istniał, bo co rusz były podziały, herezje czy schizmy. Ale chodzi o coś szerszego – o zjednoczenie wszystkiego (wszystkich) w Jezusie. 
To czas modlitwy o powołania i modlitwy za powołanych. Łatwo przychodzi narzekać na księży – i ja nie zamierzam ich bronić, bo sam tutaj nie raz pisałem może i w tonie antyklerykalnym, ale swoje zdanie mam i świętych krów nie uznaję nigdzie, więc nie widzę powodu, aby robić wyjątek dla duchownych. Nie raz księża błądzą, nie raz się mylą, nie raz powodują zgorszenie (słusznie lub nie) u świeckich, nie raz zniechęcają czytanymi i w ogóle nie przeczytanymi przed wyjściem na ambonę kazaniami, albo odwrotnie – kilkustronnicowymi elaboratami niezrozumiałymi dla nikogo poza nimi, albo po prostu nudzeniem nie na temat. Nie raz człowiek pogniewa się na Boga, bo jakiś ksiądz nie pomyśli nad skutkami tego, co niezbyt fortunnie powie penitentowi – a można było inaczej. To wszystko prawda – kapłani nie są idealnymi kosmitami, wrzuconymi między nas, a ludźmi wziętymi spośród ludzi i ustanowionymi dla ludzi. Tacy sami – słabi, grzeszni, podlegający pokusom i słabościom – ludzcy. Takich mamy kapłanów, jak się za nich i o nich modlimy. Czyli jest pole do popisu. 

Odszedł biskup Jan Bernard

Jezus ukazawszy się Jedenastu rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły. 
(Mk 16,15-20)

Pierwotnie miałem pisać o czym innym, ale trudno – w momencie, kiedy odszedł człowiek takiego formatu co śp. bp Jan Bernard Szlaga, ordynariusz diecezji pelplińskiej, którego dzisiaj rano Pan powołał do siebie. 
Jego życiorys nieco odbiega od przyjętego dzisiaj (niestety…) biogramu biskupa. Bo był duszpasterzem, choć także naukowcem. Urodzony w Gdyni, ochrzczony zresztą w parafii bardzo nieopodal mojej obecnej, uczył się w tym mieście i Wejherowie. Studia seminaryjne odbył w WSD w Pelplinie, ówczesnej diecezji chełmińskiej (na czele której niespełna 30 lat później, już jako diecezji pelplińskiej, w 1992 r. miał stanąć jako biskup) i święcenia kapłańskie przyjął w 1963 r. Pracował w parafiach w Łęgu i Jabłonowie Pomorskim. Następnie studiował biblistykę na KUL (1965-1969) i Rzymie (Papieski Instytut Biblijny, 1972-73). Szybko zdobywał kolejne stopnie naukowe – doktorat w 1970 r., habilitacja już 6 lat później (nagrodzona nagrodą rektora KUL), w 1984 r. tytuł profesora. Pełnił ważne funkcje na uczelni – jako prodziekan i dziekan Wydziału Teologii KUL, a także prorektor. Wykładał także w WSD w Lublinie, WSD w Pelplinie, Uniwersytecie Toruńskim i Uniwersytecie Gdańskim. Od 1988 sufragan chełmiński jako biskup tytularny Masculi, po reorganizacji polskich struktur kościelnych w 1992 został pierwszym biskupem pelplińskim, którą to funkcję pełnił do końca swoich dni, przez 20 lat. Od kilku lat zmagając się z ciężką chorobą, która ostatecznie go pokonała. 
Ja biskupa Jana Bernarda pamiętam i kojarzę, poza uroczystościami święceń kapłańskich, w których brał udział, z corocznych (z wyjątkiem kilku ostatnich lat) Mszy Świętych dla studentów Trójmiasta, inaugurujących dany rok akademicki – na których wygłaszał niesamowite, proste, mówione z głowy homilie.  Urzekające i trafne, tak bardzo różniące się od tego, co coraz częściej zdarza się nam usłyszeć mówione/czytane z ambony. Nie bez powodu Msze te gromadziły takie tłumy. 
Czytając dzisiaj, w święto liturgiczne św. Marka, powyższe słowa Ewangelii, można uznać je za swego rodzaju piękne podsumowanie trudu i pracy życia śp. bp. Jana Bernarda, które dzisiaj dobiegło końca. On, wierny sługa Pana, połączył się dzisiaj z Tym, którego naukę całym życiem głosił. Nie da się ukryć, że swoje życie przeszedł naprawdę owocnie – wierzę, że otrzyma za nie obiecaną przez Boga nagrodę. 

W lustrze Boga

Jezus powiedział do Nikodema: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego; każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. (J 3,16-21)

Bardzo często brakuje nam tego ujęcia, świadomości tej perspektywy. Zdarza się, że przypominamy sobie o tych Bożych słowach: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego; każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. Bóg kocha, i to wystarczy, o ile człowiek tylko uwierzy w zbawienie ofiarowane przez Niego.
Jezus tłumaczy to w bardzo prosty sposób. Nie jest tak, że Bóg jest wielkim złym sędzią, który skrupulatnie do  przesady rozlicza każdego człowieka z tego, co i kiedy w życiu zrobił. Sąd nastąpi w znanym tylko Bogu terminie, ale w pewnym sensie będzie tylko formalnością. Wyrok na samego siebie wydajemy tym, co i jak robimy, wczoraj, dzisiaj i jutro. Sąd wydajemy sami na siebie w zależności od tego, jakich wyborów dokonujemy i jakie decyzje podejmujemy. Nigdy nie jest tak, że nie ma wyboru – zawsze są co najmniej 2 możliwości: światło i ciemność. A w dniu sądu – pozostaje niezmierzone Miłosierdzie Boga Ojca. 
Bez względu na to, co deklarujemy, co mówimy – liczy się to, co robimy. Można być dzień w dzień na Mszy Świętej, a w sercu mieć ciemność i wszystkim innym pogrążać się w mroku. A można także mieć wątpliwości, zastanawiać się, szczerze szukać i dążyć do poznania prawdy – i w ten sposób mozolnie, ale jednak zbliżać się do światła. 
Wszystko, czego dokonujemy, to jakby zwierciadło – w którym my przeglądamy się i porównujemy do Boga. Pytanie – co tam widać? Więcej światła czy ciemności? 
>>>
Dzisiaj dowiedziałem się, że zmarł pan J. Przesympatyczny starszy człowiek, mąż dobrej przyjaciółki teściowej. Zdrowy człowiek, który nagle pół roku temu zachorował na raka. Sporo nadziei, pierwsza chemia… i równia pochyła. Zbyt słabe wyniki na dalsze leczenie. Poprawa ok. 2 tygodnie temu, niezrozumiała dla lekarzy, i zdecydowane pogorszenie w ostatnich dniach, które spędził już w hospicjum. Odszedł dzisiaj rano. 
Pokój jego pamięci i ukojenie w Bogu dla tych, których jego śmierć napełniła bólem. Wierzę, że Bóg zaprosił go już do swego stołu. 

Krzykacz żąda – Bóg się zgadza

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Mój imiennik w roli głównej. Cóż, nie ma się co dziwić – sam do niedowiarków pewnie należę w jakimś sensie. Niby wierzący, ale… Coś w człowieku jest, że próbuje wszystko sobie przełożyć „z Bożego na nasze”, wytłumaczyć po swojemu, zaszufladkować. Szkoda, że najczęściej sporo się przy tym miesza, a w efekcie zmienia się sens. 

Tym razem narrator natchniony nie mówi nic o obawach uczniów – poza tym, że bali się tych, którzy cały czas szukali po ulicach i zaułkach Jerozolimy ludzi, którzy „wykradli ciało Jezusa”, jak to zapobiegliwie arcykapłani raczyli porozpowiadać po mieście. Co więcej – uczniowie radują się, i to widząc rany Zbawiciela! To samo, co kilka dni wcześniej ich odstraszało, tak że tylko Jan doszedł pod krzyż, teraz motywuje i utwierdza, że to żaden duch, a po prostu ich Pan. Stąd ta radość, radość prawdziwa. Bo jak można czegokolwiek się bać, gdy stoi przed tobą Ten, którego nawet śmierć nie była w stanie powstrzymać? 
Jezus na pewno nie rzuca słów na wiatr, ani też nie powtarza się bez celu. To podwójne „Pokój wam” ma bardzo konkretny sens i brzmienie. Pokój wam – bo to wy tak drżeliście, was ogarniał strach, wy pouciekaliście, za wami musiałem iść nawet do Emaus i wyjaśniać wszystko jeszcze raz, to mnie szukaliście między tkaninami w pustym grobie. Pokój wam – bo tylko ten prawdziwy, od Boga pochodzący pokój, który wam przynoszę, może pomóc objąć sercem i umysłem ogrom wydarzeń, jakich byliście świadkami, jakie doprowadziły do tego, że jestem z wami. Tylko z tym pokojem chrześcijanin może w twórczy sposób wykorzystać Bożą łaskę – „niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie, mój Boże”. Pokój z jednej strony dany, ale i zadany jako podstawa, obok wiary, nadziei i miłości. Tylko taki pokój może przedrzeć się przez zamknięte drzwi ludzkich serc, nawet tych które kiedyś było stać na ryzyko zawierzenia, a później gdzieś, coś się poplątało, i dzisiaj trwają w świecie bez celu i sensu, a Ten, który może im je nadać, jest tuż obok. Tylko taki pokój może zamknięte ludzkie serca otworzyć… na inne zamknięte serca, uzdolnić je, aby ich głos otwierał serca innych ludzi.  
Dla mnie to te słowa są pierwszym posłaniem uczniów, takim dojrzałym, rozesłaniem ich samodzielnie, już bez Jego fizycznej obecności – wydarzeniem, które jakby się dopełniło w momencie Wniebowstąpienia. Wtedy rozesłał ich jakby ostatecznie – ale Jezus wysłał ich już tutaj, mówi to wprost. Nie sam swoją mocą, ale w imię Boga Ojca – jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam – aby szli i kontynuowali to dzieło, które On rozpoczął. 
Euforia – widzieliśmy Pana! I wtedy na scenę wchodzi czarny charakter – Tomuś. Jezus? Taak? A skąd ja mogę wiedzieć? Czemu zaufać? Przecież widziałem – zabili Go, a Józef pochował. Czemu mam uwierzyć? I za tym – szereg warunków pt. „uwierzę, o ile…”, co narrator dość dokładnie opisuje z anatomicznego punktu widzenia jako wkładanie ręki do boku czy dotykanie ran po gwoździach. I znowu, Bóg robi coś, czego kompletnie nie rozumiem, czego robić na pewno nie musiał. Dostosowuje się. Krzykacz żąda – Bóg się zgadza. Jezus przychodzi ponownie, wręcz sam zaprasza Niedowiarka, podtyka mu pod nos ręce i nogi, pokazuje bok. Jest w tym działaniu Boża logika – bo człowiek klęka i wyznaje wiarę w Boga dzięki temu, co zobaczył. Pan mój i Bóg mój. 
My mamy, w tym sensie, nieco trudniej. Jego fizycznie nie ma między nami (choć Joanna Bątkiewicz-Brożek z GN w pewnym sensie – i słusznie – kwestionuje, warto przeczytać, zdarza się że Jezus sam robi wyjątki i rzuca się, dosłownie, człowiekowi w oczy). Nie ma to jednak znaczenia. Objawienie jest kompletne. Pan Bóg nic nowego nam już nie powie, co najwyżej będzie się przypominał. Cały ten depozyt mamy złożony w swoje ręce. Po co? Żeby sięgnąć po błogosławieństwo dla tych, którzy – choć nie widzieli – to uwierzyli.

Przychodzisz, Panie, mimo drzwi zamkniętych,
Jezu Zmartwychwstały ze śladami męki.
Ty jesteś z nami, poślij do nas Ducha,
Panie nasz i Boże uzdrów nasze życie.

Coś w tym jest

2012-04-12-20.06.16
Coś w tym jest.
Żadne znalezione w necie – z bardzo bliskiego sąsiedztwa. 

I wszystko jasne

Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: Macie tu coś do jedzenia? Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma, i rzekł do nich: Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego. (Łk 24,35-48)

To brzmi dość dziwnie. Z jednej strony – wszyscy się cieszą, radują się ze spotkania ze Zmartwychwstałym. Przeżywają to, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Można powiedzieć – swego rodzaju euforia. Po tych kilku dniach, szeptanych przekazach o tym, jak On cierpiał na drodze krzyżowej, jak Go krzyżowali i jak dogorywał na drzewie krzyża – przejście w zupełnie odmienną skrajność. On żyje! 
Dochodzi do spotkania, które serca tak nastawionych ludzi tym bardziej powinno uradować. Ten, którego świętują, staje pomiędzy nimi – i co się dzieje? Zmieszanie, żeby nie powiedzieć że lekki strach. Jaka zmiana. Jezus nie przejmuje się tym – wskazuje na dowody, kim jest. I znowu się przedstawia – Ja jestem – znowu nawiązuje do tego, jak Bóg przedstawia się Narodowi Wybranemu od początku dziejów zbawienia. Nie mogli mieć wątpliwości – to samo ciało, te same rany. Zmartwychwstały człowiek, choć równocześnie ani przez chwilę nie przestaje być Bogiem.
Tak jak przez śmiercią, Jezus tłumaczy im – setny pewnie raz – to, co już powtarzał. Nie dokonał niczego, co nie zostało zapowiedziane i przepowiedziane przez Boga mówiącego ustami proroków. Teraz pozwolił im tę prawdę zrozumieć. I w tych ostatnich słowach – piękna zapowiedź, a zarazem potwierdzenie rozumowania, jakie przyjął najpierw Paweł z Tarsu, a później przejął i uczynił swoim Kościół. Że zbawienie jest dla każdego, że Jezus nie przyszedł tylko do Żydów, ale pragnie uszczęśliwienia każdego człowieka, bez względu na rasę, poglądy. 
Ostatnie zdanie – zadanie dla nas. Te słowa nie ograniczają się tylko do bezpośrednich odbiorców, tych którzy tam z Jezusem siedzieli. To słowa dla i do wszystkich, którzy Jemu zawierzyli. Autentyczna wiara w zmartwychwstanie to nic innego jak świadectwo, do którego dawania jesteśmy posłani.    

Ujrzeć i uwierzyć

resurrection
Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował.  (J 13,1-2)
To nie słowa liturgii Wielkanocnej, ale z Wielkiego Czwartku. A zarazem – sedno i wyjaśnienie tego, co się później wydarzyło, czego konsekwencją jest nasza w tych dniach możliwość świętowania. Syn Boży, sam będący Miłością, wspina się na szczyt poświęcenia i ofiarowuje sam siebie, aby ci, których umiłował, mieli życie nie tylko w perspektywie tych kilkudziesięciu lat na ziemi.
 

Autentycznej radości ze Zmartwychwstania, która napełni nas nie tylko na chwilę, ale pozostanie w sercach i pomoże powstawać z każdego upadku, odnaleźć siłę w każdej trudności, zrozumieć sens w cierpieniu i umiejętnie wykorzystać każdą chwilę. Tej nadziei, która będzie nas przemieniać tak samo, jak odmieniła apostołów. Żeby nasze świętowanie zwycięstwa Pana nie skończyło się w anonimowym tłumie gapiów, być może przypadkowo stojących koło pustego grobu – ale abyśmy potrafili do tego pustego grobu wejść i, jak św. Jan, „ujrzeć i uwierzyć”.

Pasja miłości

Tytuł nieprzepadkowy – zaczerpnięty z tytułu płyty solistki wykonującej w ramach TGD poniższy utwór, znany pewnie większości w może innej, tradycyjnej wersji, Beaty Bednarz. Bo Jezusa na krzyż doprowadziło nie nic innego, tylko miłość podniesiona do potęgi – pasja miłości.

Zamiast słów – proponuję zadumać się dzisiaj nad Golgotą. A całość płyty TGD „Na żywo” – na ten świąteczny czas, ogólnie.

Nie dlatego że wstałeś z grobu
nie dlatego że wstąpiłeś do nieba
ale dlatego że Ci podstawiono nogę
że dostałeś w twarz
że Cię rozebrano do naga
że skurczyłeś na krzyżu jak czapla szyję
za to że umarłeś jak Bóg niepodobny do Boga
bez lekarstw i ręcznika mokrego na głowie
za to że miałeś oczy większe od wojny
jak polegli w rowie z niezapominajką —
dlatego że brudny od łez podnoszę Ciebie
stale we mszy
jak baranka wytarganego za uszy

Jan Twardowski, Dlatego

Miłość gotowa na wszystko

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: Panie, Ty chcesz mi umyć nogi? Jezus mu odpowiedział: Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział. Rzekł do Niego Piotr: Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał. Odpowiedział mu Jezus: Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę. Powiedział do niego Jezus: Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: Nie wszyscy jesteście czyści. A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. (J 13,1-15)

Każdy, kto weźmie dzisiaj udział w liturgii Wieczerzy Pańskiej, wieczorem, usłyszy powyższe słowa – jedynej Eucharystii odprawianej w dniu będącym pamiątką jej ustanowienia, poza Mszą Krzyżma (jedna w każdej diecezji, nie ma jej w poszczególnych parafiach – gromadzi prezbiterium diecezji wraz z biskupem).

Ewangelista, nie wiem czy świadomie, ubiera to, co działo się w sercu Pana w bardzo piękne słowa –  umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. Jeśli istnieje jakiś bezmiar miłości – to tylko właśnie w Bogu, a więc i w Jego Synu, który wręcz kipiał tą miłością do ludzi, gdy przemierzał ziemię jako człowiek. Wiedział, co Go czeka, w tych dnia stawało się to jeszcze bardziej czytelne, a zarazem zrozumiałym było, że ten moment się zbliża, że jest już bardzo blisko. Miłość bez końca ofiarowuje się w całości, bezwarunkowo, gotowa na wszystko. 
Piotr to, co Jezus dokonywał, rozumiał dosłownie. I w tym sensie jego reakcja jest zrozumiała. No jak to, Syn Boży ma mi usługiwać, obmywać nogi? Za chwilę, kiedy Jezus wyjaśniał, odwrotnie – najlepiej dał by Mu się cały umyć. Jednak symbolika tego czynu była inna; poza przykładem pokory i tego, jak jeden chrześcijanin powinien postępować wobec drugiego. Tu nie chodziło aż o obycie nóg jako takie – a tylko o obmycie nóg. Ci, którzy uwierzyli Bogu, stawali się czyści, wolni od brudu grzechów czy przywiązania do zła. To właśnie była ta kąpiel, którą Jezus miał na myśli – pójście za Nim, przylgnięcie do Niego, identyfikowanie się z Jego przesłaniem i nauczaniem. 
Szkoda, że w tak niewielu kościołach można zaobserwować obmywanie nóg w trakcie dzisiejszej liturgii. „Bo to nie wypada, przecież to kościół, no bez przesady…”. Kiedy właśnie wypada, i to najbardziej jak to tylko możliwe – sam Jezus to przypomina. Tym bardziej, że żadna to sztuka, nic logistycznie trudnego. 

A jednak

Mądrość Kościoła wskazuje jednoznacznie, że liturgia Niedzieli Męki Pańskiej, potocznie zwanej Palmową, nie potrzebuje komentarza. Jest to chyba jedyny dzień w roku liturgicznym, kiedy w liturgii nie ma miejsca na homilię – co jasno wskazuje, że całość wydarzenia nie wymaga komentarza, i wręcz zabrania przerostu słów nad tym, co tak dobitnie przytacza Ewangelia. 
Mnie w tym roku jakoś szczególnie w serce zapadły te słowa, z samego zakończenia prawie: 

A zasłona przybytku rozdarła się na dwoje, z góry na dół. Setnik zaś, który stał naprzeciw, widząc, że w ten sposób oddał ducha, rzekł: I. Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym. (Mk 15, 39b)

Mało to budujące, ale – lepiej późno niż wcale. Tak było wtedy, tak jest dzisiaj. Potrafimy być mądrzy po szkodzie, zrozumieć swoje błędy i prawdziwe znaczenie słów czy wydarzeń dopiero z perspektywy, później, po nich. Tak jak ten setnik. Kilka godzin wcześniej, może i nie był czynnym uczestnikiem show pt. kopnij/opluj/żuć kamieniem w Jezusa – ale brał w nim udział, szedł w tym, co my dzisiaj czcimy jako drogę krzyżową Zbawiciela. 
Ludzie do końca zeń drwili, do końca liczyli na spektakl – może ten Eliasz albo ktokolwiek inny pojawi się, zdejmie skazańca z krzyża i będzie się coś działo? Jednak nie. On nic nie zrobił. Wisiał i po prostu umarł – nawet tak szybko, że nie musieli mu łamać kolan, aby udręczone ciało szybciej się poddało, aby się udusił, wystarczyło – dla pewności – przebić serce włócznią, bo widać było że skonał. 
Wielki Tydzień to szczególny czas, kiedy wielu z nas – po dłuższej czy krótszej przerwie – staje przy kratkach konfesjonału. Może to zabrzmi brutalnie – ale jeśli idziesz tam dla zasady, bo wypada, bo mama/babcia/ktoś inny każe, nie mając co do tego przekonania – to lepiej nie idź. Nie marnuj czasu spowiednika, który wielu ma penitentów, a pewnie i sam wyczuje wodolejstwo; a przede wszystkim – szanuj Boga i potraktuj Go na serio. On nie czeka na formułkę i recytowane z bezbłędną wprawą te same grzechy od x lat, wyćwiczone. Tu najważniejszy jest żal za te grzechy i mocne postanowienie poprawy. Bóg czeka na wszystkich, ale tych którzy przychodzą, bo tego chcą, bo tego potrzebują, bo mają motywację, a nie ot tak. Czy zniechęcam? Nie, wręcz przeciwnie – zachęcam do porządnego przygotowania i dobrego przeżycia tej spowiedzi. Żeby ona była po prostu ważna. 
W Wielki Piątek pójdziemy pod krzyż, pewnie w gronie całej wspólnoty parafialnej (zwykle jest tylko jedno nabożeństwo, dla wszystkich). Postarajmy się iść tak, jak iść powinniśmy – radośnie wspominając te brutalne i krwawe wydarzenia, które przecież doprowadzą na końcu do chwili, która dla każdego z nas – paradoksalnie – tchnie nieporównywalną z niczym nadzieją. Idźmy krzyżową drogą tak, aby słowa setnika były dla nas inspiracją przez cały jej czas – a nie tylko jako błyskotliwe i słuszne zakończenie, morał czy wniosek. A jednak. Przez krzyż do zwycięstwa.