Adwent to całe nasze życie. Pobudka!

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. (Mt 24,37-44)
To nie jest tak, że Kościół kręci się w miejscu, zapętla się i w kółko, raz do roku, mówi o tym samym. Że to monotonne, spłycone, a nawet – łatwe (?). Tak, te słowa i wezwania się powtarzają. Tak, nawet teksty liturgiczne też (niedzielne – co do zasady – co 3 lata). Ale czy my – ty i ja – jesteśmy takim samym tobą i mną, jak byliśmy nawet nie te 3 lata temu, a np. rok temu? Ja uważam, że nie. Bóg przychodzi ciągle na nowo do tych samych ludzi, którzy się jednak zmieniają i de facto takimi samymi nie są. Dojrzewamy, dorastamy, zmienia się nasza optyka, punkt widzenia na wiele spraw – Kościół, wiarę, politykę, społeczeństwo. Nie stoimy w miejscu, jesteśmy dynamiczni. Bóg się z tego cieszy – takie jest nasze życie – i On swoją łaską chce uświęcić ten nasz dynamizm, nadać mu właściwy kierunek. 

Z tego, co pamiętam roraty dla dzieci, w jakich… z 15? lat temu brałem udział – zawsze była tam mowa o postanowieniach, jakie uczestnicy mieli podejmować na czas adwentu. Uwaga – nie mylić z wyrzeczeniami wielkopostnymi; tak, i tu i tam czas oczekiwania, ale na dwa zupełnie różne (choć oba bardzo ważne) wydarzenia, ale Wielki Post to zupełnie inny czas, cechujący się innym nastawieniem, innego rodzaju refleksją (Adwent to czas radosnego oczekiwania, czego z pewnością o Wielkim Poście powiedzieć nie można). I z tymi postanowieniami różnie to było – choć pomysł zdecydowanie dobry, bo maluchy to mobilizuje, gdy mogą w taki przede wszystkim dla siebie namacalny sposób zobaczyć, że sami coś zmieniają. Później, jak się zaczęło dorastać – oczywiście okazało się, że nie jest tak ładnie i prosto, i że najczęściej to się zakłada dużo zmian, a udaje się jedna rzecz, albo nawet nie. Dlatego ja zupełnie celowo nic nie postanawiam na ten Adwent. Powoli, małymi kroczkami chcę się stawać lepszy. Bo nie wiem nawet, na czym miałbym się skupić, za dużo tych mniejszych i większych wad. Chcę powoli starać się, aby każdy dzień był lepszy, mniej przez nie zdeterminowany.
Tylko że my bardzo często idziemy na łatwiznę. Z jednej strony w tego Boga wierzymy – Msza święta, paciorek, nie kradniemy i nie zabijamy – ale z drugiej strony najlepsza jest perspektywa, że On jest daleko, w ogólnie przyjętym Niebie i stamtąd sobie łypie na nas swoim Bożym okiem. Odpowiedni dystans, nie za blisko przypadkiem. Wtedy dowolnie można to interpretować, w zależności od sytuacji. Jest fajnie – thanks God, świetnie że jesteś [ale nie za blisko]! Jest mniej fajnie, albo wręcz beznadziejnie – Jaaa, Boże, to Twoja wina, gdzie Ty byłeś? [czemu tak daleko] Konsekwencja? Brak. I nic dziwnego – bynajmniej tak to nie wygląda, ale niektórzy tak właśnie chcą całość widzieć. 
To nie jest tak. Bóg z jednej strony cały czas jest przy nas, towarzyszy nam, wspiera nas i troszczy się o każdego jednocześnie. Ale z drugiej strony – On pragnie, aby inicjatywa wyszła także od nas. Pewnie, Jemu to do niczego nie jest potrzebne. Nie stanie się mniejszy/gorszy przez to, że jeden człowiek czy cały świat Go nagle, za przeproszeniem, oleje. Ale chciałby, abyśmy z Nim, z Jego łaską współpracowali. Odpowiedzieli na te dary, które nam ofiarowuje. Życie można przespać – ale nie o to chyba każdemu chodzi, i nawet Paweł w II czytaniu mówi to wprost (Rz 13,11-14): jeśli dotąd spałeś, stary, pobudka!
Niektórzy bardzo szybko się do Niego plecami odwracają – No jak to… Obiecywałeś, Boże, że mi pomożesz, a tu na studiach/w szkole zasuwać trzeba, pracować później, w domu czasami problemy, kasy nie starcza… Tak. Tylko że konia z rzędem temu, który mi pokaże, gdzie Bóg obiecał komukolwiek, że te problemy znikną? Nie obiecał, nie w tym rzecz. Bóg chce, żebyśmy z Jego pomocą poradzili sobie sami – bo da się. Tylko trzeba chcieć. To tak jak z obrazkiem wędki i ryby – człowiek najchętniej by dostał rybkę od razu, a Bóg chce nam dać wędkę, żebyśmy rybkę sami zdobyli. On będzie przy mnie i będzie mnie umacniał, wskazywał drogę, podpowiadał – ale ja mam tego dokonać sam. Nie dlatego, że Jemu się nie chce, czy On nie może – tylko żebym ja przezwyciężył swoje lenistwo. 
Niektórzy wolą jęczeć i przesypiać swoje życie. Mogą – Bóg nie zmusi, żeby z siebie coś wykrzesać, zrobić coś z tym życiem. Czasami postępują ewidentnie bez żadnego zamiaru zmiany czegokolwiek – czasami tylko, dzień po dniu, odwlekają jakiekolwiek konkretne decyzje, zmiany i posunięcia. Czyli – są na najlepszej drodze, żeby znaleźć się w grupie tych, którzy będą pozostawieni w dniu przyjścia Pana. Bóg nie wskazuje, nie wkłada w usta ewangelisty żadnego konkretnego kryterium – czym się będzie kierował w tym momencie. Trzeba to sobie dopowiedzieć – i przecież nietrudno. Czy ze spania, poza błogim stanem i faktem świadomości przelatywania czasu przez ręce, coś dobrego wynika? Raczej niewiele. 
My mamy być dynamiczni, czym byśmy się nie zajmowali. Tu nie chodzi o to, aby usiąść i mantrować cały Boży dzień: Marana Tha, przyjdź Panie Jezu. Długo byśmy pewnie – świeccy (nie mówię o zakonach klauzurowych np.) nie pożyli, bo i z czego? Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by porywami serca w ciągu dnia – w pracy, szkole, przy dzieciach, przy codziennych domowych obowiązkach – wyczekiwać z radością tego Jego przyjścia. Co więcej – Bóg nam w tym oczekiwaniu towarzyszy i będzie towarzyszył, dopingując i wskazując – to jest dobra droga. Trzeba jednak na nią wejść, żeby to zauważyć, odczuć. 
Adwent to całe nasze życie – tak, z pewnością. Rodzimy się i idziemy przez świat, oczekując dnia powtórnego spotkania ze Stwórcą. Ten wyliczalny, przewidywalny co toku czas w kalendarzu liturgicznym to tylko takie dyskretne przypomnienie dla każdego, kto czasami o obowiązku gotowości zapomina. Warto, szczególnie na początku, uświadomić sobie to i dobrze ten niespełna miesiąc wykorzystać. Żeby tej gotowości, której motyw będzie zdecydowanie na pierwszym planie, wystarczyło nie tylko do nocy Narodzenia Pana albo do nowego roku, ale na cały następny rok. A najlepiej – na zawsze.

I takie pytanie – żeby mieć się nad czym zastanawiać (także ja sam). Na co czekam teraz w życiu? Jeśli wiem – dobrze, pytanie czy jest to coś, na co czekać warto. Jeśli nie wiem – to teraz jest najlepszy czas, by poszukać odpowiedzi. Gdzie? W świetle Bożej miłości.

W Tobie jest światło
każdy mrok rozjaśnia
W Tobie jest życie
Ono śmierć zwycięża
Ufam Tobie, miłosierny
Jezu wybaw nas

Błogosławione oczekiwanie – do oporu

Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść: Patrzcie na drzewo figowe i na inne drzewa. Gdy widzicie, że wypuszczają pączki, sami poznajecie, że już blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. (Łk 21,29-33)
Czy to, o czym mówi Jezus, wymaga jakiś specjalnych, wyjątkowych zdolności czy umiejętności? Według mnie – nie. Czy wymaga wybitnej bystrości i spostrzegawczości? Także nie. Czego wymaga? Wymaga uczciwości wobec siebie, wymaga uczciwości w odbiorze tego, co się wokół dzieje, czego jestem częścią, i umiejętności nazwania tego po imieniu, takim jakie jest. 

Niektórzy pierwsi chrześcijanie mieli taką tendencję, że niektórzy z nich uważali, że przyjście powtórne Chrystusa jest kwestią dosłownie lat. Skąd taki pomysł? Z dosłownej interpretacji słów Nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. A może inaczej – z niezrozumienia tego, o czym Jezus mówił. Bo, jak widać, przeminęło ich pokolenie i lekko licząc przeszło 200 następnych, i świat kręci się nadal wokół swojej osi, tak jak kręcił się za Jezusowych czasów, i Dzień Sądu póki co nie nastąpił.
Jezus odniósł się do przykładu prostego jak przysłowiowy drut – bo każdy, także w jego czasach, wiedział, jak wygląda rozkwitanie roślin. Proces powolny, ale i łatwy do zaobserwowania – czym tak wtedy, jak i dzisiaj zajmują się ludzie zawodowo trudniący się uprawą różnej maści roślin uprawnych, warzyw czy kwiatów. Istnieją pewne zasady – ale co jest kluczowe? Właściwe rozpoznanie momentu, obserwowanie samej roślinki i podejmowanie odpowiednich kroków, zabiegów pielęgnacyjnych, gdy owa roślinka odpowiednio się rozwija, zmienia. A roślinka zmienia się, gdy nadejdzie odpowiednia pora – pora roku, warunki atmosferyczne i temperatura dla tej pory roku właściwe.
Czy Jezus więc celowo wprowadził kogoś w błąd tymi słowami o tym, że nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie? Myślę, że nie. Za to ludzie zinterpretowali Jego słowa na skróty. Co jest kluczowe w tym tekście? Słowa Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest królestwo Boże. To jest najważniejsze. Bo te słowa po prostu nie odnoszą się do jakiegoś konkretnego momentu w historii, który w najczęstszym rozumowaniu miałby się odnosić do znaków zapowiadających koniec świata, powtórne przyjście Pana i Dzień Sądu. One mówią o konieczności uważnego obserwowania tego, co się dzieje wokół – tylko że permanentnie, zawsze, i przez każdego człowieka. Nie adresował tej porady do tamtych, ówczesnych tylko słuchaczy – ale jak zwykle były to słowa o wartości ponadczasowej. Mają tak samo, jak do tamtych Żydów, zastosowanie do nas dzisiaj, 2000 lat później.
Trzeba je czytać – to pogrubione zdanie – razem ze słowami niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. Poza tym, że o Królestwie Bożym jako naszym głównym i podstawowym, ostatecznym celu musimy pamiętać zawsze, nie możemy lekceważyć tego, co i jak się wokół nas, na świecie, dzieje. Bez względu na to, jak zmienia się ogólnie przyjęta w danej społeczności, narodzie, kraju czy regionie świata hierarchia wartości – Jego słowa, Dobra Nowina, przykazania, błogosławieństwa, nakazy i zakazy się nie zmieniają. Może być tak, że zmieni się forma interpretacji pewnych kwestii – tak. Ale nie zasadnicze stanowisko. Świat się kręci – Bóg stoi, jest i był dokładnie tam, gdzie był u początków istnienia, i nigdzie się stamtąd nie wybiera. Nie zmienia poglądów. Pomimo powszechnej, niestety, akceptacji rozwiązłości seksualnej, społecznego przyzwolenia dla aborcji czy eutanazji – Bóg nadal wzywa każdego, aby był wierny małżonkowi, nie cudzołożył, chronił życie od samego momentu poczęcia do naturalnej śmierci. To się nie zmienia i się nie zmieni. 
My jesteśmy wezwani do tego, aby wyglądać, wyczekiwać tego Królestwa Bożego – kiedykolwiek  by ono nie miało nadejść. Być może ani my, ani nawet nasze wnuki tego nie dożyjemy. Ale musimy i mamy być gotowi, mieć zapalone pochodnie serc, aby powitać z radością przychodzącego ponownie Zbawiciela. Niebo i ziemia nie przeminą przed Jego przyjściem – chociaż może dla nas przeminą w tym sensie, że nasze ziemskie życie skończy się wcześniej. Nie ma to znaczenia. Liczy się nasza gotowość – to, z czym przywitamy przychodzącego Pana, czy to w dniu Jego powtórnego przyjścia na ziemię za naszego życia, czy to u tego naszego życia kresu. Wciąż jest czas, żeby się przygotować. Szczęśliwi, których Pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie…
>>>
Po tym, co wyczytałem we fragmentach, z niecierpliwością czekam na polskie wydanie nowej książki papieża Benedykta XVI Światłość świata, kolejnego wywiadu-rzeki, jaki przeprowadził z nim Peter Seewald.  Zawsze dotąd – przyznaję się, najwyraźniej błędnie – traktowałem papieża jako bardziej wykładowcę, myśliciela i teologa, oderwanego niejako od rzeczywistości duszpasterskiej, bez jakiegokolwiek doświadczenia na tym polu pracy w diecezji… Podczas gdy coraz częściej – i te krótkie cytaty z zapisu rozmowy pomiędzy nim a Seewaldem to potwierdzają – jawi mi się on jako naprawdę zatroskany o Kościół i zbawienie ludzi, niesamowicie inteligentny i konkretny, a zarazem mający wiele pokory i nieśmiałości człowiek, któremu po naprawdę owocnym życiu Bóg w jesieni życia postawił wyjątkowo wymagające zadanie, stawiając go na czele Kościoła. Coraz bardziej doceniam to, co robi, jakim jest człowiekiem. I widzę że w jego wyborze w 2005 naprawdę był palec Boży – człowiek, który ze swoją wiedzą i doświadczeniem może skutecznie przypominać światu Boże przesłanie. 
Piękna jest szczególnie forma. Papież kolejny raz odchodzi od formy oficjalnego stanowiska, dokumentu Kościoła – encykliki, adhortacji, listu apostolskiego – na rzecz dialogu. Na pewno świadomy swojej nieśmiałości – której jestem pewny – nie waha się udzielać odpowiedzi na pytania dziennikarzy w trakcie podróży, decyduje się także na rozmowę w formie wywiadu. Ktoś może powiedzieć – papież ustępuje pola, boi się stanowczych wypowiedzi i wdaje w dyskusje. A ja uważam, że papież pokazuje, że papież jakby schodzi z tronu na rzecz tego, aby zwykłym ludziom, w języku dla nich zrozumiałym, wyjaśniać prawdy wiary, przybliżać Boga. To jest przecież pierwotna misja całego Kościoła, wszystkich kapłanów i biskupów – a więc także biskupa Rzymu. Utworzenie Rady ds. Nowej Ewangelizacji tylko potwierdza, że papież traktuje te obecne potrzeby świata bardzo na serio. Udzielenie tego wywiadu to przejaw odwagi ze strony papieża, który decyduje się w tej prostej formie ułatwić ludziom zrozumienie pewnych prawd.
Oczywiście, nie obyło się bez medialnego szumu, o tytułach prawie w stylu Papież/Kościół zezwolił na prezerwatywy! Jak zwykle – prawdy w tym jest niewiele. Zacytuję:
Być może istnieją uzasadnione pojedyncze przypadki, gdy np. mężczyzna uprawiający prostytucję używa prezerwatywy w sytuacji, gdy takie postępowanie może być pierwszym krokiem na drodze do umoralnienia, jakimś zalążkiem odpowiedzialności, aby na nowo rozwinąć świadomość tego, iż nie wszystko jest dozwolone i nie wolno robić wszystkiego, na co ma się ochotę. Ale nie jest to rzeczywisty sposób na poradzenie sobie ze złem, jakim jest infekcja HIV. Taki rzeczywisty sposób może polegać natomiast na uczłowieczeniu seksualności. (…) Kościół oczywiście nie postrzega ich [prezerwatyw] jako rzeczywistego i moralnego rozwiązania. W jednym czy drugim przypadku może to być jednak – zakładając intencję danego człowieka, jaką jest zmniejszenie ryzyka zakażenia – pierwszy krok na drodze do inaczej przeżywanej, bardziej ludzkiej seksualności.
Czyli żadna zmiana całości podejścia, a przyznanie tego, co jest dopuszczalne – stosowania prezerwatyw przez zarażonych wirusem HIV (jako sposób ochrony przed chorobą człowieka), przy jednoznacznym podkreśleniu wyjątkowości takich sytuacji w stosunku do reguły, która odrzuca stosowanie prezerwatyw. Jak zauważył sam rzecznik Watykanu – tego typu poglądy prezentowali już m.in. kardynałowie Carlo Martini SI, Godfried Daneels, Cormac Murphy-O’Connor, George Cottier czy Javier Lozano Barragan.  Wskazał on również wprost, że Papież bynajmniej nie usprawiedliwia moralnie nieuporządkowanego życia seksualnego. Nie ulega natomiast wątpliwości – jest to wypowiedź przełomowa, z ust papieża (nie tylko tego konkretnego) takie słowa dotąd nie padły.  
>>>
Jak by na to nie patrzeć – pomimo, że Korea Północna pozostaje w stanie wojny z Koreą Południową od  przeszło pół wieku, formalnie od 1953 funkcjonowało zawieszenie broni. Pomiędzy państwami układało się wówczas różnie, mniejsze lub większe zaczepki zdarzyły się nie raz. Od kilku dni świat z zapartym tchem śledzi sytuację pomiędzy tymi krajami – odkąd Korea Północna ostrzelała wyspę Yeonpyeong na Morzu Żółtym należącą do Korei Południowej. Zginęli ludzie. 
Od lat mówi się o tym, że Korea Północna sprawdza, na ile może sobie pozwolić na Półwyspie Koreańskim,  przeprowadza próby nuklearne, i jak na razie w imię pokoju ani sąsiedzi z Południa, ani też jakikolwiek inny kraj nie uznał za stosowne pokazania im granicy i utarcia nosa. Co w najbliższym czasie, jak tak dalej pójdzie, może się zmienić. Sytuacja jest trudna, w okolicy – pod pozorem manewrów – stacjonuje już lotniskowiec USA. Wszystko wskazuje na to, iż to, co się wydarzy, w dużej mierze zależy od posunięć największego sojusznika Korei Północnej – Chin. 

W takich momentach należy szczególnie prosić Boga o dar pokoju.

Jezus jest królem. Tak naprawdę.

Nadrabiając ostatnio zaległości czytelnicze – a raczej wywnętrzając się na tę okoliczność w poprzednim wpisie – nie wspomniałem minionej niedzieli. A nie jest to zwykła niedziela – ponieważ w kalendarzu liturgicznym kończy ona rok liturgiczny. Tak – Kościół kieruje się innymi niż świat wartościami, ale też mierzy czas jakby inaczej. Dzisiaj mamy środę 34. tygodnia okresu zwykłego – 34 na 34, ostatniego. Już w najbliższą niedzielę rozpoczniemy Adwent – nowy rok liturgiczny AD 2011.
W niedzielę czciliśmy Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Tego prawdziwego, Tego który zwyciężył. Nie tego, którego niektórzy wspominają tylko wtedy, gdy kampania wyborcza, gdy trzeba wkupić się w łaski kogoś o konkretnych poglądach, gdy trzeba pozować na dobrego Polaka-katolika. Tak, Tego który był opluwany, biczowany, krzyżowany, umęczony i złożony w grobie – ale też Tego, dla którego droga w ten sposób nie skończyła się. Przecież zmartwychwstał – zwyciężając śmierć i to wszystko/tych wszystkich, którzy taki los mu zgotowali. Parafrazując – Jego było na wierzchu. Tyle, że nie chodziło o jakieś dywagacje, kłótnie czy spory w sprawach banalnych – a o kwestię fundamentalną. O to, co ze mną i z tobą stanie się, gdy skończy się nasz czas na ziemi. 
Może niektórych zdziwię – ale jakoś nigdy nie przemawiał do mnie obrazek Jezusa z koroną. Naprawdę. W tym sensie muszę pod każdym względem zgodzić się z Haliną Bortnowską. Dlaczego? Bo to jest… takie nasze, ludzkie. Przełożenie, przetłumaczenie sobie majestatu Boga z Jego na nasze. Podczas gdy bynajmniej nie o to chodzi i nie o takie królowanie chodzi. Tak, nie chodzi Bogu o to, aby Jezus – czy On sam (w końcu jest Bogiem Ojcem, prawda?) – zostali intronizowani, a zatem w formie ceremonii wyniesieni do godności królewskiej (co postuluje Stowarzyszenie Przyjaciół Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny). Nie wiem, o co tak naprawdę samej Celakównie chodziło – mam nadzieję, że nie o to, wokół czego szum, głównie medialny, robią osoby mieniące się jej przyjaciółmi w ramach w/w stowarzyszenia. Nie wierzę, aby Bogu na tym zależało. Tak samo, jak rolą Jezusa jako człowieka nie było dokonanie rewolucji, przewrotu i przywrócenia królestwa Izraela, na którego czele by stanął (np. jako król taki właśnie) – tak samo dzisiaj nie zależy Bogu na tym, żeby formalnie, ustrojowo i z prawnego punktu widzenia tworzyć paradoksy w stylu… republiki (jaką jest nasza RP) z prezydentem… i koronowanym królem Polski w osobie Jezusa. Pomieszanie z poplątaniem, choćby na gruncie prawa. 
Władza Jezusa, Jego królewskość (o ile jest takie pojęcie?) nie pochodzi z naszego świata, nie jest z czyjegokolwiek ludzkiego nadania. To nie jest tak, że możemy Bogu zrobić dobrze i obwołać Go królem, a On powinien się cieszyć. On jest ponad wszystkim tym, co ludzkie, i Jego władza nad światem, ludzkością istnieje niezależnie od tego, czy ktokolwiek ją uznaje i Mu ją przyznaje, czy też nie. Nie można obwołać królem kogoś, kto tym królem jest i tak. Tym bardziej więc nie rozumiem inicjatywy wspomnianej, nakręcanej i nagłaśnianej przez osoby mieniące się wierzącymi katolikami – taka ich postawa świadczy o pomieszaniu pojęć i nie rozumieniu, na czym polega władza Boga, w którą rzekomo wierzą. 
 
Cieszę się bardzo, że w podobnym tonie – poza panią Bortnowską – wypowiadają się także bardzo cenieni przeze mnie o. Grzegorz Kramer SI czy niejednokrotnie cytowany Jan Turnau. Nie jest sztuką, jak to sformułował pierwszy z w/w, postawić figurę, namalować obraz i ogłosić Chrystusa, Królem. Pamiętasz obrazek starotestamentalny, jak Izraelici postawili sobie też figurkę? Tylko że nie z kamienia – a ze złota, i nie Jezusa – a cielca. Jak się skończyło? Pamiętamy. Nie o figurki, nie o koronowanie chodzi. Zupełnie nie o to. 
Prawdziwe królowanie Jezusa jest w środku, w sercu. Tylko ono ma jakiekolwiek znaczenie dla Niego, dla Boga, i tylko ono powinno mieć znaczenie dla mnie. Jeśli Jezus będzie prawdziwym – nie tylko z obrazka i z deklaracji – królem w sercach ludzkich, to nie będzie potrzeby inicjatyw w stylu powracających raz po raz prób formalnego koronowania Go na króla Polski. Jemu nie o formalną władzę chodzi – a o to, aby człowiek, deklarując wiarę w Niego i poddanie się Jego władzy, Jego nauce, faktycznie tak postępował i nimi żył. To jest prawdziwe królowanie Boga i Jezusa – nienamacalne. Pewnie, sprawdzalne choćby na zasadzie tego, co się w kraju dzieje – jakie ludzie decyzje podejmują, jak rządzą ludzie u władzy, co się w mediach promuje, o czym jest głośno, a co jest przemilczane regularnie jako niewygodne i krępujące, czy moralność jest punktem odniesienia czy nie, na co istnieje społeczne przyzwolenie a na co nie, czy naukę Boga i Kościoła odnosi się do całokształtu życia czy tylko do kącika życia ludzkiego pt. msza niedzielna i czasem od święta. 
 
Może i, mierząc tymi kryteriami, okazuje się, że to Jezusowe królowanie nie wygląda dobrze, a prawdę mówiąc – prawie wcale nie wygląda. I co z tego? Czy to znaczy, że trzeba stanąć na głowie, żeby formalnie obwołać Go królem, dopiąć celu, podeprzeć się dumnie pod boki i stwierdzić No, udało się? Nie, bo to samo w sobie nie zmieni nic. Zmienić możemy tylko my sami – to, jak żyjemy, co wybieramy, co sobą prezentujemy, jakie zajmujemy w różnych sprawach stanowiska. Królestwo Boże jest w nas, królowanie Jezusa zaś może tylko w ten sam sposób faktycznie nastąpić – poprzez nasze postępowanie, nasze świadectwo, nasze odwołanie do wiary i do Boga. 
Znamienne jest to, o czym niedzielna liturgia – wg mnie, nie przypadkiem – mówi moim zdaniem. Czy słyszeliśmy tekst o zmartwychwstaniu czy innym równie tryumfalnym momencie z życia Jezusa? Bynajmniej. W tekście z Łk 23,35-43 mowa o… krzyżowaniu, męce i dialogu z Dyzmą vel Dobrym Łotrem, można powiedzieć pierwszym i jedynym człowiekiem nie dość, że kanonizowanym za życia, to jeszcze przez samego Zbawiciela. Jezus to król, który nie przyszedł na świat, aby zrobić show, uleczyć niektórych, powiedzieć kilka wzniosłych słów, po czym w kluczowym momencie uniknąć strasznego losu i zwyciężyć. Tak, namawiali Go do tego – ile razy pod krzyżem padło Zejdź z krzyża… Tylko że On nie chciał, bo wiedział, że musi wytrzymać, bo nie ma zbawić siebie od cierpienia, a nas ludzi od potępienia. 
Jakby powiedzieć niektórym w twarz, że my sami jesteśmy takimi łotrami – to by się na pewno świętym gniewem unieśli i oburzyli – Jak to… Ja? Po czym by zasypali zupełnie bezsensownym monologiem, który miałby na celu im samym bardziej niż słuchaczom udowodnienie, że są naprawdę cnotliwymi i dobrymi katolikami, a takie sformułowanie to nic, tylko okrutne oszczerstwo, za które autor z pewnością smażyć się będzie w czeluściach piekielnych. Aha. Mało to było takich, których Jezus zbijał z pantałyku, kiedy mniej lub bardziej wyraźnie dawał im do zrozumienia, że nie są tak wspaniali, jak im samym się wydawało? A takiemu Zacheuszowi czy celnikowi, a także właśnie Dyzmie dał szansę – ostatniemu wręcz wprost, wobec jego postawy w tej konkretnej sytuacji, obiecał niebo. Płynie z tego piękna nauka – nawet człowiek u kresu tej swojej ziemskiej drogi, jaka by ona nie była, ma szansę, aby zwrócić się do Boga, który nigdy nikogo nie odtrącił. Tak jak Dyzma. Na Boga to my sami się zamykamy i my sami siebie dyskredytujemy. To jest nasz, a nie Jego problem, nasza słabość. 
 
W kontekście tego wszystkiego – z pewną dozą nieśmiałego zdziwienia obserwowałem pompatyczną uroczystość odsłonięcia rekordzisty świata pod względem wielkości w Świebodzinie. Tak – postumentu Jezusa, choć w mediach więcej było o tym, że on będzie NAJwiększy, większy niż posąg w Rio de Janeiro. Tylko nie wielkość posągu, jego rozmiar, decydują o potędze Jezusa. Bardzo chcę wierzyć, że pomysłodawcom i twórcom tego posągu przyświecały zbożne cele i kierowała nimi wiara. Tylko wtedy może być on Bogu miły. Że stanie się punktem odniesienia dla ludzi, którzy tam żyją, którzy będą w drodze na niego spoglądać, którzy może dzięki niemu zastanowią się nad pewnymi sprawami. Tylko wtedy będzie miał sens. 
Jezus już w nas króluje, od momentu narodzenia i chrztu. Jest w nas i pragnie nas prowadzić. Dał nadzieję, która zawieźć nie może – On zwyciężył, cała reszta nie ma znaczenia, nic nam nie grozi. O ile uwierzymy Mu i postaramy się na Jego łaskę odpowiedzieć, swoje życie uczynić polem dla Jego królowania. Jeśli to spartaczymy – to sami z siebie, na własne życzenie, i tylko do siebie możemy mieć o to pretensje. Krzyż stał się z narzędzia zbrodni symbolem śmierci i zmartwychwstania, niezawodnej nadziei. Nadziei i dowodu na to, że Jezus jest jedynym i prawdziwym królem. Tak naprawdę – nie po ludzku.
Odpowiedział Jezus: – Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi walczyliby, abym nie był wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. (J 18, 36)

Czytelnicze zaległości

Nadrabiam zaległości książkowe.
W opisie wydawniczym książki na początku czytamy: Historie, na podstawie których Dan Brown mógłby napisać kolejne książki. Zdecydowanie tak – gdyby nie fakt, że Brown pisze powieści, a nie jest historykiem :) Ale myśl bardzo dobra, ponieważ Lecomte – ograniczając zakres i tak dość obszernej (blisko 400 stron) książki – pisząc o samej tylko historii Watykanu w kontekście ciekawostek jedynie XX wieku, stworzył dzieło bardzo ciekawe. Nie tylko dla historyka, który z lubością przebija się przez tomiszcza, w których 1/2 każdej strony to przypisy – właśnie nie. Źródeł nie brakuje autorowi, a książkę – mimo że absolutnie opartą na faktach – czyta się jak dobrą powieść. A to nic innego, jak po prostu prawda o najbardziej zapalnych momentach w Kościele poprzedniego stulecia. 
Nie mam przed nosem teraz spisu treści – a szkoda – ale spróbuję przytoczyć z głowy. Kwestie państwowości Stolicy Apostolskiej (kulisy i tło przygotowywania Paktów Laterańskich), zjawisko księży-robotników (przykład, gdy Watykan – wbrew opiniom biskup – zajął stanowcze stanowisko, które zjawisko to szybko ukróciło, choć nie pogodzili się z tym wszyscy księża-robotnicy), jak to było z tym sługą Bożym Piusem XII i jego nastawieniem w stosunku do Hitlera i nazizmu (a było zupełnie inaczej, niż to funkcjonuje w dużym uproszczeniu – ponieważ papież ten faktycznie zrobił, co mógł, i uratował tysiące Żydów – a podjął decyzję o swojej postawie widząc, jak naziści karali za jakikolwiek sprzeciw, słusznie stwierdzając, że wobec jego głośnego i zdecydowanego sprzeciwu po prostu ucierpieli by na tym chrześcijanie w skali trudnej do przewidzenia – i dlatego milczał), czy Hitler faktycznie planował porwanie i uwięzienie papieża (a planował – była gotowa nawet specjalna procedura jego natychmiastowej abdykacji, gdyby do tego doszło, i powrotu do godności kardynalskiej, aby fuhrer nie mógł wykorzystać nacisków na niego jako głowę Kościoła), arcyciekawy rozdział o okolicznościach powstania encykliki Humanae Vitae traktującej o antykoncepcji (jaka miała być, jakie stanowisko miała przedstawić – a jak to finalnie wyszło) – i wiele innych.
Interesuję się historią Watykanu nie od wczoraj, niejedną książkę o tym przeczytałem – a i tak dowiedziałem się sporo ciekawych rzeczy. Dlatego polecam. Dla cierpliwych – sporych rozmiarów recenzję zamieścił u siebie na blogu Szymon Hołownia, ale interfejs newsweekowy nie umożliwia wyszukania… Więc nie znajdę. Ja polecam serdecznie – bo warto. A cena? Cóż – teraz w modzie jest wydawanie wszystkiego w twardych oprawach, więc to kosztuje. 

Na początek – tak, książka ciekawa, w przeciwieństwie do różnej maści wydawnictw, wypuszczanych ostatnimi czasy, a poświęconych osobie Papieża Polaka. Niestety, taka prawda. Sam na tym (albo poprzednim – bo to ten czas był) blogu pisałem o tym, jaką moim zdaniem cienizną jest książka szumnie zatytułowana Świadectwo, której autorem jest kard. Dziwisz. Cóż, taka prawda. Nic ciekawego, nudna forma, bardzo ubogie opisy – innymi słowy, nie tego czytelnik (przynajmniej ja) oczekiwał po książce człowieka, który 3/4 życia spędził z Janem Pawłem II. Na tym tle choćby wydana przez GW książka autorstwa… tak, fotografa papieskiego, Arturo Mariego, była o wiele ciekawszą lekturą. Naprawdę. Tak, wiem – wiele ochów i achów nad książką Dziwisza czytałem – ale nie wiem, może inne książki czytaliśmy?

Do rzeczy – x Oder napisał naprawdę ciekawą publikację. Dzieli ją jakby na 3, nie do końca dla mnie zrozumiałe, części. W pierwszej mówi o Wojtyle jako człowieku żyjącym w konkretnych czasach, etapach życia przed pamiętnych 16.10.1978. W drugiej – szeroko pojęty pontyfikat, wybrane przez autora wydarzenia. I wreszcie trzecia – papież jako mistyk, w oczach tych, z którymi pracował, ale także jego przyjaciół. Zaskakuje właśnie szerokość spojrzenia – nie czytamy po raz n-ty tych samych historyjek, które o papieżu można znaleźć w milionie innych książek z anegdotami i nie tylko (to że w takich z anegdotami – pół biedy, ale w innych, aspirujących do miana historycznych?), ale o sytuacjach nieznanych, i przede wszystkim pochodzących z ust osób papieżowi najbliższych, wiarygodnych, wskazanych często z nazwiska. 
Przykłady? Proszę – s. 124 – papież umiejętnie osobiście odbija piłeczkę, gdy dziennikarz zapytał o bardzo duże koszty jego podróży i porównując je z kosztami podróży brytyjskiej królowej, wskazując że papież ma zadanie jednak bardziej wzniosłe niż królowa, bo nowina jaką niesie jest niewspółmiernie ważniejsza, bo chodzi o Zbawiciela, który nas odkupił, i właśnie samo to zbawienie kosztowało całą Jego krew. Inny – s. 134 – papież w obliczu tragedii World Trade Center (2001) – i dwa proste słowa: są Twoi. Pełne zawierzenie Bogu, w którego rękach były wszystkie ofiary. Gest całkowitego zaufania – a jednak w jakich okolicznościach, jakby z przypomnieniem Bogu: teraz Ty działaj. Piękne. Wierzył w Boga, ale również nie poddawał się i z Bogiem o tych ludzi, jacy by nie byli, walczył. Dalej – s. 139-140 – kwestia spotkania z przedstawicielami różnych religii w Asyżu (1986), które dla papieża było bardzo ważne nie dlatego, że wielu nawet dostojników Kościoła nie rozumiało idei i sprzeciwiało się mu, ale dlatego że miało zbliżyć do siebie różnych zupełnie ludzi. Nie, nie negowało tego, że to Jezus jest jedynym Zbawicielem człowieka – ale pomagało dostrzec, że promień Bożej prawdy jest w każdej innej religii, która inną zupełnie drogą, ale zmierza w tym samym co Kościół kierunku. 

Kolejny – s. 144 i nn – kwestia ew. emerytury papieża. Jan Paweł II wiedział, że zastanawiał się już nad tym sługa Boży Paweł VI. Czy papież może pozwolić sobie na stan spoczynku za życia? Biskupi przechodzą na emeryturę w wieku 75 lat – papież też powinien? Okazuje się, że decyzję podjął już w 1989 – sporządził dokument, z którego jasno wynika, że w wypadku choroby uznanej za przypuszczalnie nieuleczalną, długotrwałą i która uniemożliwi sprawowanie w dostateczny sposób posługi apostolskiej rezygnuje za wczasu z urzędu Biskupa Rzymu i Głowy Kościoła. Przewidział taką możliwość, i był gotów po ludzku jej sprostać. Można zaryzykować stwierdzenie – gdyby jego choroba pod koniec życia potrwała dłużej, być może bylibyśmy świadkami wprowadzenia w życie tej jego decyzji… I ostatni – s. 194 – stanowisko papieża wobec objawień w Medjugorje. Tak, sam jestem wobec tego bardzo sceptyczny – bo i Kościół nie nakazuje wiary w nie. Czy papież w nie wierzył? Papież przede wszystkim widział w nich kontynuację orędzia Matki Bożej z Fatimy z 1917. W książce znajdują się 2 cytaty o podobnej treści 2 innych osób – każdej z nich papież zadeklarował, że gdyby nie był tym, kim jest, już by był w Medjugorje, aby służyć ludziom, którzy tam przychodzą i szukają wsparcia kapłana, spowiedzi. Nie tyle skupiał się na objawieniach samych w sobie – ale dobru, które z nich wynika dla wszystkich ludzi, którzy tam się nawracają, a temu zjawisku nie sposób zaprzeczyć.

Książka niewielka, ok. 200 stron, przy odrobinie wolnego czasu i zaparciu – lektura na jeden raz. 

Postać, która już za życia wywoływała kontrowersje. Nie mówię o samym Piusie XII, a o jego sekretarce i gospodyni – bo tak należy rolę s. Pascaliny określić. Z książki wynika obraz osoby bezgranicznie oddanej Eugeniowi Pacellemu – od czasów, gdy zetknęła się z nim jako młoda (czasowo z założenia) przydzielona jedna z kilku zakonnic, a która podąża z nim do Rzymu w związku z nominacją na sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej, i pozostaje także po wyborze na papieża w 1939. Kobieta, która specyficznemu – jak by nie spojrzeć – człowiekowi, jakim był Pacelli po prostu organizowała życie, dbała o niego (posiłki, leki, rytm życia, garderoba), troszczyła się o odpowiednią dla niego przestrzeń życiową, aby mógł realizować dobrze swoje zadania. Jaki obrazek wynika z książki? Zaryzykuję stwierdzenie – matkowała mu nieco, co autorka, nie wprost, ale wskazuje dość jednoznacznie (Pacelli był bardzo zżyty z matką, która w pewnym momencie zmarła), ale czego nie uważam za coś z założenia złego. Łączyła ich z pewnością przyjaźń i obustronne oddanie, co autorka nie raz w książce udowodniła. 
Nie jest przesadą to, co o Pascalinie można nie raz i nie dwa razy wyczytać w mniej lub bardziej wiarygodnych źródłach – to ona odpowiadała za to, kto, kiedy, na jak długo i czy w ogóle spotka się z papieżem Piusem, czy w ogóle będzie miał do niego dostęp. Książka pokazuje także piękne przyjaźnie – tak samej Pascaliny, jak papieża –  z kard. Francisem Spellmanem czy kard. Michaelem von Faulhaberem. I przede wszystkim – tytaniczną pracę tej kobiety zarówno na rzecz samego papieża, jak i wielu dzieł charytatywnych Watykanu, przede wszystkim pomocy na rzecz ofiar wojny, czy to w jej trakcie, czy też przez wiele lat po. Jednocześnie – jej trudny charakter, gdy po śmierci Piusa XII musiała powrócić do pracy między innymi siostrami, gdy ciężko jej było wdrożyć się we wspólnotę, gdzie nie miała już decydującego głosu, i zwyczajnie w świecie, który dość szybko wówczas się zmieniał. 

Naprawdę ciekawa historia, bazująca na rzetelnych źródłach. Uważam, że warto do niej sięgnąć. 
>>>
Kto z kim przestaje, takim się staje. Chrześcijanin przestaje z Chrystusem. Z tym, który ma największy wpływ na człowieka. Chrystus przemienia nas od wewnątrz. Promieniowaniem swojej miłości prześwietla to wszystko, co w nas ciemne. Stajemy się podobni do Chrystusa, naszego brata w człowieczeństwie. On nas przebóstwia. (Andrzej Madej OMI, Dziennik wiejskiego wikarego)

Wszystko, co robisz, to czas twojego nawiedzenia i kilka myśli o Kościele dzisiaj

Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia. (Łk 19,41-44)

Kontynuacja tego, o czym Jezus mówił w ewangelii, której fragmentowi poświęciłem drugi wpisy wstecz. Jezus mówi co prawda o Jerozolimie, co może być rozumiane jako miasto, ale odnosi się oczywiście nie tyle do budowli i miejsca, co do ludzi, którzy się z nim utożsamiają. Tak, do Narodu Wybranego, który zlekceważył i nie uznał Jego, Syna Bożego, który przyszedł na świat.

W komentarzu na jednym z blogów napisałem, że z tym czasem nawiedzenia to jest tak jak z Zacheuszem (ten, co na drzewo wlazł, żeby Jezusa ujrzeć, i pod wpływem Jego wizyty nawrócił się) czy Bartymeuszem (który został uzdrowiony). Oni ten czas nawiedzenia rozpoznali. Czym on dla nich był? Tym wyjątkowym momentem, w którym Jezus w swojej ludzkiej postaci dosłownie przechodził przez ich życie – miasto, wieś. Namacalnie, fizycznie. Wykorzystali okazję, i odpowiedzieli na zaproszenie Boga, kierowane do każdego człowieka. Nic nadzwyczajnego – tak, do każdego, czy sobie z tego zdaje sprawę, czy nie. I dlatego oczywiście Bóg odpowiedział na ich prośby i tęsknoty odzwierciedlone nie tylko zachowaniem i słowami, ale także myślami serca.

Uciec nam może przez palce nie tylko okazja na spotkanie, a właściwie zaproszenie Boga do swojego życia (spotykamy Go przecież co rusz, obok, w drugim człowieku) – ale także okazja względem drugiego człowieka. Tak, każde złorzeczenie, oszczerstwo, nieuzasadniony wybuch gniewu, nieopanowane emocje, zranienie nie tylko dosłownie, co choćby werbalnie – to właśnie nic innego jak oddawanie pola Złemu. Świadomie czy nie – jesteśmy ludźmi wolnymi, mamy swój rozum i powinniśmy umieć się kontrolować. Wiem coś o tym, mam z wybuchami gniewu sam sporo kłopotów… To żadne usprawiedliwienie.  

Każde nasze działanie na tym świecie to czas nawiedzenia. Od nas zależy czy go rozpoznamy i wykorzystamy – czy też nie zauważymy, albo wręcz celowo zmarnujemy. Warto o tym pamiętać – choćby po to, aby zdążyć się opamiętać w ostatnich momentach życia.

This is your time
This is your dance
Live every moment
Leave nothing to chance
Swim in the sea
Drink of the deep
And fall on the mercy
And hear yourself praying
Won’t you save me

>>>

W tym kontekście na ciekawą rzecz zwraca uwagę Jan Turnau, a mianowicie porównuje Kościół do twierdzy, jaka pojawia się dzisiaj w ewangelii. Porównanie słuszne? Nie wiem. I dalej, sugeruje, iż Kościół powinien przemyśleć swoją dzisiejszą postawę w kontekście (braku) otwartości, postawy defensywnej jaką teraz prezentuje. Cóż, trudno się dziwić – skoro prawie wszędzie, włącznie z rzekomo tak chrześcijańską (chyba tylko z historii…) Europą, wiara w Boga chrześcijańskiego jest w najlepszym razie uważana za przejaw infantylizmu, zacofania, prostactwa i zabobonu, a poza Europą (vide Bliski Wschód) samo przyznanie się do Jezusa skutkuje często szykanami, utratą pracy, zagrożeniem zdrowia i życia wprost. Tak, w sensie doktryny konserwatyzm jest konieczny.

Ale chodzi autorowi, jak mniemam, bardziej o postawę Kościoła na zewnątrz, wobec innych. I tu – zgoda. Piękne przykłady dał nam sługa Boży Jan Paweł II – pielgrzymowanie po całym świecie, spotkanie w Asyżu w 1986, dni modlitw o jedność chrześcijan, dialog z judaizmem. To spore dziedzictwo i czytelny znak, w jakim kierunku Kościół powinien dążyć. Tak – Kościół w dzisiejszym świecie zmniejsza się ilościowo, i można mieć nadzieję, iż przejdzie to w jakość członków, że się tak wyrażę – w ich większą świadomość tego, kim są, w co wierzą, w dojrzałość wiary. Ale Kościół właśnie dzisiaj musi podkreślać, że jest otwarty dla każdego i Jego rolą nie jest tylko strzeżenie depozytu wiary w postawie obronnej, jakby w takiej twierdzy właśnie.  

Kościół musi prowadzić dialog ze światem, starać się sprostać nowym wyzwaniom – a nie przed światem i tym, co nowe, uciekać do zakrystii. Musi być także gotowy, o zachodzi potrzeba, do rozmowy, wewnętrznej dyskusji o Nim samym (w zakresie, oczywiście, tego co nie podważa prawd wiary). Bo, niestety, dzisiaj czasami wygląda to tak, jakby Kościół po okresie otwartości – Sobór Watykański II, pontyfikat Jana Pawła II – przestraszył się… i nie bardzo wiedział, co dalej. Czy to słuszne? Według mnie – nie. Różne sytuacje – w Kościele za granicą, w Polsce – pokazują, jak krańcowo różne są poglądy czy to księży czy biskupów, co doprowadza niekiedy do zupełnie sprzecznych ze sobą działań czy oceny pewnych zachowań.

Tak, do dobrego kierowania Kościołem konieczna jest, poza znajomością teologii, znajomość problemów tak Kościoła, jak i świata i współczesnego człowieka. Tak, do głosu w tym zakresie – tak w parafiach, diecezjach ale i w Watykanie powinni być dopuszczani świeccy – duchowni nie mają w tym zakresie żadnego monopolu (poza tym, że tak się przyjęło), i bardzo często w wielu kwestiach świeccy po prostu pewne problemy rozumieją i znają lepiej, są lepszymi specjalistami w danej dziedzinie. Brakuje tego dzisiaj – księża i biskupi często tego nie rozumieją, i stąd brak wypowiedzi, gdzie pojawić się powinny (albo wypowiedzi niekiedy conajmniej niejednoznaczne, żeby nie powiedzieć, że wprost ze sobą sprzeczne). Rolą Kościoła nie jest bierna defensywa – ale musi starać się świat zrozumieć i odpowiadać na jego potrzeby, potrzeby ludzi, którzy w nim żyją. Mam wrażenie, że niektórzy duchowni naprawdę żyją w oderwaniu od rzeczywistości – bo z tego, co mówią i czym się zajmują, widać że po prostu nie wiedzą, jakie są problemy ludzi.   

Heh, znów pan Jan – do którego myśli chciałem się odnieść – sprowokował dość długi tekst, kolejną dygresję :)

>>>

Tak wczoraj usiadłem i poprawiłem linki. W sumie, nie wiem, co mi na początku przyświecało i co miałem na myśli, gdy w linkach blogów nazwy i tytuły zrobiłem małymi literami. Od wczoraj – są dużymi.

>>>

Kolejny przykład świętości, wzięcia na serio powołania do poszanowania przez matkę życia  dziecka nawet za cenę swojego? Piękne naśladownictwo choćby bł. Joanny Beretty Molli. Kolejna święta – czy ją beatyfikują, czy nie. Oczywiście, w żadnym większym serwisie nie było o tym słowa. Bo i po co.

>>>

Wyczytane dzisiaj u x Andrzeja Przybylskiego – niby nie w temacie, ale piękne uzasadnienie nie czczenia (bo to złe słowo) ale modlitwy (nie do) przy relikwiach tych, w których świętość wierzymy:

Kiedy mówiłem z zachwytem jakiemuś znajomemu studentowi, że będzie u nas serce św. Jana Marii Vianney’a – ten stuknął się w głowę i stwierdził ze zdziwieniem: “Czy wy, w tym Kościele, nie przesadzacie!? Dosyć, że człowiek męczył się za życia to jeszcze po śmierci dzielicie go na części i wozicie po świecie?” Trochę się nad tym zastanawiałem, ale w najmniejszym stopniu nie zachwiało to mojej wiary w sens oddawania czci relikwiom świętych. Przecież cała świętość Proboszcza z Ars właśnie na tym polegała, żeby umierać dla Boga nie tylko na jakiś duchowy sposób, ale konkretnie, materialnie i cieleśnie. Tak jak oddał swoje ciało do dyspozycji Panu Bogu za życia, tak pozwolił nim dysponować również po śmierci. Pielgrzymka relikwii ciała świętych ma nam przypomnieć, że nie ma świętości czysto duchowej. Skoro jesteśmy jednością duszy i ciała to nie ma świętości bez daru ze swojego ciała, bez oddania Bogu swojego ciała. Mocno to zrozumiałem patrząc na relikwie św. Jana Marii Vianney’a. Przypomniałem sobie zegar z plebanii w Ars, który pokazywał codzienny rozkład zajęć Proboszcza. Kilkanaście godzin spowiadania, kilka godzin modlitwy, czasem tylko trzy godziny snu. Przecież to świętość, która polegała na umieraniu ciała z miłości do Boga. Mamy czasem tak mocno uduchowioną wizję świętości, że zapominamy, że jej nigdy nie osiągniemy jeśli nasze ciało nie będzie nas wpierać na tej drodze. I oto przez trzy dni byłem blisko tego świętego ciała, i to samego serca oddanego całkowicie Bogu. “Gdybyśmy zrozumieli czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy – mówił Jan Maria Vianney – ale nie ze strachu lecz z miłości. Kapłaństwo to miłość serca Jezusowego”. Kochać Jezusowe serce to umieć umierać dla Jezusa, ale nie ze strachu lecz z miłości! 

>>>

Zmierzając ku końcowi tego znowu długiego wpisu (coś pisałem ostatnio, że postaram się krócej? łatwo mówić, jak weny brak…), ostatnia kwestia.

W niedzielę w Polsce wybierać będziemy samorządowców – wójtów/burmistrzów/prezydentów miast, radnych, sejmiki. Poniższy spot kampanii Masz głos, masz wybór jest bardzo trafny. Raz, że prosty. Dwa, że jest obrazkowy dla rosnącej, co widać po drogach, ilości kierowców – trafia do wyobraźni.

Od tego, jak zagłosujemy, nie tylko zależy stan dróg w okolicy. Zależy wiele innych rzeczy. W końcu – nie chodzi o jakiegoś posła gdzieś tam w stolicy, tylko o tych, którzy będą decydowali o bardzo wielu kwestiach bezpośrednio dotykających tylko i wyłącznie mnie, rodziny, sąsiadów, mieszkańców wsi, miasta, województwa. Frekwencja pokazuje – problem jest nie tyle nawet z jakością głosowania, co z ilością. Mało komu się chce wybrać i poświęcić jakieś aż 10 minut na zagłosowanie. Za to do krytykowania – wszyscy, sami specjaliści, politologowie wszystkowiedzący o tym, kto jak i dlaczego nas okrada…

  1. Idź na wybory. Nie jest to wielka sztuka – a jest to prawo, o które wielu walczyło, i którego realizacja powinna i ma być przywilejem, a nie przykrym obowiązkiem. 
  2. Poświęć trochę czasu – gazety, serwisy www – i zastanów się, na kogo zagłosować. Może masz problem tylko z osobą – wiesz, jaką opcję polityczną chcesz poprzeć – a może w ogóle nie masz pomysłu? To usiądź i przygotuj się – kogo reprezentują kandydaci, co w życiu robili (jeśli już zajmowali stanowiska w samorządzie, urzędach czy parlamencie – co wtedy zrobili, co sobą prezentowali, czy zrobili coś poza gadaniem?), co obiecują (choć i tak dzielić to należy na pół). Niech ten głos nie będzie bezsensownym skreśleniem pierwszej z brzegu osoby.
Sam – powiem szczerze. Mam dylemat. Najbliżej mi chyba do wyrażenia obywatelskiego sprzeciwu przez np. oddanie głosu błędnego (np. skreślenie 2 nazwisk). Żeby pokazać, że nie odpowiada mi ani forma tego, co się dzisiaj w polityce na szczeblu czy regionalnym, czy krajowym dzieje. I żeby dać do zrozumienia, że nie widzę nikogo, kogo miałbym w pełni z przekonaniem poprzeć w tym głosowaniu (czyli – jak na kogoś zagłosuję, to na zasadzie, nieuznawanej przeze mnie samego, zasadzie mniejszego zła). Choć i tak pewnie nikt się tym nie przejmie – a już na pewno ci, którzy po wyborach dostaną się na stanowiska.

Nieskończenie miłosierna wyrozumiałość + refleksje ze stolicy

Wiedz zawsze, że zostało nam więcej jeszcze do zrobienia. Działaj z ufnością, że Bóg dopełni tego, co rozpocząłeś. Jego wkład jest zawsze większy, my tylko współpracujemy. Choćby mówili: idealista, nieżyciowy, marzyciel, ty chciej iść dalej, bo nie wystarczy na ziemi człowiekowi nic, tylko Bóg, który chce nam się udzielać coraz obficiej. Chodzi o to, by nie wymierzać miejsca Panu Bogu, bo Jego miarą jest bezmiar, a Jego miłość nieskończona. (Andrzej Madej OMI, Dziennik wiejskiego wikarego)
Nie wiem, pewnie nie każdy miał okazję uczestniczyć w obrzędzie święceń kapłańskich, albo diakonatu. Właśnie tam – chyba tylko, nie spotkałem się z tym w innej sytuacji – jedyny raz w liturgii słyszałem powyższe słowa, które udzielający święceń biskup wypowiada do kandydata na diakona/prezbitera: Niech Bóg, który rozpoczął w tobie dobre dzieło, sam go dokona. Przychodzimy na ten świat jak taka biała karta, na której Bóg z naszą pomocą pisze. Ważne jest, aby pamiętać, co jest moim celem. Dobro. Dobro, które mam w sobie od poczęcia, jeszcze przed urodzeniem. Dobro, które mam rozdawać, gdy żyję. Dobro nieskończone, którego osiągnięcie jest moim celem u kresu życia. Dobro przeze mnie – dokonywane, rozdawane moimi rękami przez Boga. Nie ja jestem dobry – ale On. Ja tylko jestem narzędziem. A może nawet nie tyle – tylko staram się nim być?
Ktoś powie – wszystko w tym Kościele wokół wiary się kręci. Trudno, ale tak właśnie jest. Również w tej sytuacji – o nic innego, tylko o wiarę chodzi. Tym razem inną, inaczej ukierunkowaną. Tak – jak zawsze moją. Ale nie tyle w Boga, co w moje własne przed tym Bogiem, z Jego pomocą, możliwości. Choćby się wydawało, że to właściwie schyłek życia (bo starość), albo że nie ma co walczyć, tylko się poddać (śmiertelna choroba) – masz dalej coś do roboty. 
Bóg działa nie tylko przez pięknych, młodych, wysportowanych i ładnych – zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby od takich wszystko zależało, to świat by się już dawno skończył… On ma zadanie dla każdego. Modlitwa to też działanie, niekiedy dające o wiele więcej niż jakiekolwiek inne, z pozoru dające większe i lepsze, łatwiej zauważalne efekty. To działanie ma sens – o ile człowiek da się prowadzić Bogu. Zechce współpracować, a nie dumnie iść pierwszy, bo ja wiem lepiej. Nie, nie wiesz – tylko może po prostu do tego nie doszedłeś, nie zrozumiałeś…
Końcówka jest ciekawa. Wyznaczanie granic i próby wepchnięcia w pewne ramy Tego, który jest Wszechobecny, Nieskończony, Niezgłębiony. Absurd, prawda? Nawet na przysłowiowy chłopski rozum, od czasu do czasu logiką nazywany. Tak, z typowo schematycznego punktu widzenia. Jak okiełznać i ograniczyć coś, co ze swej istoty nie podlega żadnym prawom, regułom i ograniczeniom? No nie da się. Więc czemu ludzie, właśnie logiką i rozumowaniem się podpierając, twierdzą że się da? Nie wiem. Też tego nie rozumiem. Tak po prostu nie jest. Tym bardziej – wierzę w Bożą nieskończoną, jak miłość, wyrozumiałość.
>>>
Jak to wprost napisałem, poniedziałek i wtorek spędziłem w rozjazdach. A konkretnie – w stolicy naszej pięknej, na konferencji poświęconej tegorocznej nowelizacji najbardziej interesującej mnie z zawodowego punktu widzenia ustawy.
Do Warszawy – pociągiem. Godzinowo pasował bardziej, więc pojechałem czymś, co się nazywa TLK (Tanie Linie Kolejowe). Spora różnica w cenie w stosunku do Intercity – a ich wagony i wystrój. Jak to skomentowała jedna z osób, z którymi jechałem – to samo, co tam, tylko nie dają zeschniętych ciastek i lurowatej kawy w cenie. Nie wiem, rzadko jeżdżę. Pewnie wypowiadający się korzysta z tych usług częściej. Kupowałem bilet chyba już w momencie, gdy pociąg jechał – z Kołobrzegu bodajże, a w ogóle to do Krakowa – więc o miejscówce nie było mowy. Ryzyk fizyk, jak to mówią. 
Wsiadłem do przedziału ze starszym państwem (I klasa – zajmowali 4 z 6 miejsc) i zająłem przedostatnie wolne. Z pewną dozą niepokoju oczekiwałem na poszczególne stacje – ale nie, nikt nie przyszedł z miejscówką na moje miejsce. Spokojnie było, i o to mi chodziło. Przeczytałem w całości najnowszego GN, potem wywiad-rzekę (w 3 częściach) Cezarego Sękalskiego z Adamem Nowakiem z Raz, dwa trzy pt. Trudno nie wierzyć w nic. Między wiarą a niewiarą (ale o niej kiedy indziej – za dużo dobrych myśli).

Chwilami rozmawiałem, szczególnie za starszymi z jadących w tym przedziale. Małżeństwo, na oko 70 lat lekko. Z rozmowy widać było, że ludzie oczytani, ze sporą wiedzą, pan wypowiadał się bardzo ładnym językiem i z bardzo dobrą dykcją. Ludzie u schyłku życia – podczas gdy ja zdecydowanie bliżej początku. O czym rozmawialiśmy? O tym, jaki świat jest dzisiaj – ludzie, priorytety, zainteresowania, sposób bycia, kultura. Mogli by być moimi dziadkami – a jednak w większości podzielałem ich zdanie i zaniepokojenie pewnymi masowymi zjawiskami. Oni się chyba z tego cieszyli. Nie, nie przytakiwałem bezmyślnie, żeby tylko już do mnie nie mówili i dali spokój – rozmowa była całkiem miła.

Byli umówieni, że córka miała odebrać ich na dworcu. Po drodze okazało się, że z jakiegoś powodu umówili się z córka dobra godzinę po planowym przyjeździe pociągu. Więc pan dzwonił do niej – ale okazało się, że o tej porze to ona nie może. Znad książki spojrzałem na panią – widać, przykro jej było, choć się chyba tego spodziewała. Powiedziała potem do niego Wiesz, jak zadzwoni jeszcze raz i powie, że przyjedzie jednak, to powiedz, że damy sobie radę. To musiało boleć.

Czasami, dla odpoczynku, podnosiłem głowę znad lektury – i patrzyłem na to, co za oknem. Pogoda, zanim się nie ściemniło, piękna była. Słońce, ciepło całkiem, łąki, lasy, pola, małe i większe miejscowości. Świat żyjący swoim własnym rytmem – i tylko ten mój czy jakiś inny pociąg czasami pędził obok. Jedna pozytywna obserwacja – wszędzie remonty i budowa, czy to dróg, czy torów. To dobrze. Coś nam po tym Euro 2012 zostanie – nawet jak (prawie na pewno) drogi dokończą już po mistrzostwach.

Główna hala Dworca Centralnego w remoncie, dokładnie w połowie – śmiesznie to wyglądało, bo dosłownie: pół już w nowych kafelkach i z nowymi lampami, a pół… Cóż, wczesny Gierek :) Wystarczyło z dworca wyjść z dobrej strony, żeby zobaczyć Novotel, gdzie miałem rezerwację. Właściwie linia prosta: dworzec – PKiN – Novotel. No tak – ale jak tam dojść? Na skrzyżowaniach nigdzie nie uraczyłem przejść dla pieszych – pomysłowo, jest za to sieć przejść podziemnych. Trochę gimnastyki umysłowej połączonej z testowaniem orientacji w terenie to kosztowało – ale trafiłem i wyszedłem dokładnie przed wejściem do hotelu. Klaustrofobicznie pod ziemią – niskie stropy bardzo w tych przejściach; głową nie zahaczałem, ale nieprzyjemnie.

Hotel olbrzymi, jak w filmach. Pierwsza zagwozdka – jak ruszyć windą? Na 7 piętro z buta się nie wybieram. Okazało się, że potrzeba było skorzystać z karty z chipem. Analogicznie w pokoju – włożyć do gniazdka przy wejściu, żeby światła się odpaliły. Cóż, mnie dojście do tego ze 2 minuty zajęło 😛 Świetny widok z okna – na PKiN właśnie. Odświeżyłem się i poszedłem na miasto – szef był w siedzibie firmy, a ja byłem głodny. Z braku pomysłów – skończyło się na McDonaldzie – tak, junkfood, ale wiem, co dostanę mniej więcej. Obszedłem PKiN – świetnie oświetlony wieczorem. Szukałem kościoła – była pora mszy wieczornych, ale stwierdziłem, że nie będę się oddalał za bardzo, i żadnego nie znalazłem. Potem poszliśmy jeszcze na późną przekąskę, jak się zeszliśmy w hotelu. Trudno zasnąć z dala od domu, bez żony. Pewnie – telefony, smsy, ale to bardzo mało.

Straszna bieda w tej Warszawie. Tzn. kontrast. Uderzające w człowieka z każdej strony neony wielkich sklepów, obniżki, krzyczące plakaty… Ścisk ludzi. I w tym wszystkim bardzo wiele biedaków, żebraków czy naciągaczy. Naprawdę dużo. Przerażające to centrum trochę. 

Rano szybkie i bardzo dobre śniadanko, i szybko do budynku PANu, gdzie szef na swoje szkolenie, a ja na konferencję. Miałem czasu trochę, porozglądałem się. Potem czas leciał bardzo szybko – leki poślizg czasowy, poszczególne referaty przeplatane krótkimi przerwami kawowymi i dłuższą, na lunch. Ciekawe wystąpienia, fajne prezentacje, prelegenci mówili ciekawe i czasami umiejętnie zachęcali do własnych rozważań. I, co najważniejsze, nie byli nienaturalnie zgodni – ale były kwestie, co do których się nie zgadzali, o czym mówili wprost. Na końcu – dyskusja, a właściwie okazja do zadania pytań przez obecnych. To był dobry czas, myślę że sensownie spędzony. Teraz, na potrzeby firmy, muszę to jakoś opisać – ale to już jutro, dzisiaj mi się nie chce.

Po zakończeniu dołączyło do nas jeszcze 2 pracowników, którzy też załatwiali coś w Wawie, i ruszyliśmy do Trójmiasta. Samochodem – szef nim przyjechał, bo nie było na żaden pasujący mu pociąg do W-wy miejscówek, więc tak przyjechał. Wyjazd ze stolicy – bagatela, 1,5 h. Masakra jakaś. Potem już, po przerwie w McDonaldzie – wszyscy dość głodni byli – śmigaliśmy całkiem żwawo, pomimo nawet mocno padającego deszczu. Po ok. 4 h byłem pod domem. Szybkie rozpakowanie, i byłem w łóżku.

Dopiero dzisiaj po pracy zobaczę żonkę – nie znosi sama w domu być, nie chciała sama spać, więc przeniosła się na te niespełna 3 dni do rodziców. Stęskniłem się za nią bardzo :) 

Nie pytaj, kiedy – tylko wytrwaj i nie zdezerteruj

Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział: Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony. Zapytali Go: Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie? Jezus odpowiedział: Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem oraz: Nadszedł czas. Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. Wtedy mówił do nich: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie. (Łk 21,5-19)
Łatwo, oj jak łatwo przychodzi nam pusty zachwyt nad różnego rodzaju monumentami. Pałac Kultury i Nauki, dwie wieże World Trade Center, Złote Tarasy, pałace… Z Żydami było podobnie – tak samo w majestacie świątyni jerozolimskiej widzieli potwierdzenie: Bóg tak chce, Bóg nas wybrał, świątynia będzie wieczna, bo sam On w niej mieszka. Co życie pokazało? Że ani wieczna nie była, ani też Bóg w niej nie mieszkał (bo co – gdzie miałby się, biedak, podziać, kiedy runęła?), i niespełna 40 lat po scence, którą niedzielna ewangelia prezentuje nie było po niej śladu. Przepraszam – był i jest: ściana płaczu. Tak, ta świątynia była piękna i niesamowita – z pewnością. Ale Bóg powiedział jasno – i tak się stało. Nigdy nie została już odbudowana. Pozostała – no właśnie… jako niemy świadek i dowód na to, że Bóg nigdy się nie myli. WTC też, od 9 z górą lat, jest dowodem na kruchość tego, co ludzkimi rękoma wzniesione.
Tacy już jesteśmy – jak ktoś czymś zagrozi, to najchętniej od razu głowa w piasek. Nie da się? To trzeba zapobiegliwie dowiedzieć się jak najwięcej, żeby być gotowym. Skoro On tak mówi… Boją się, więc pytają Jezusa – kiedy? Chciało by się wiedzieć, kiedy, co? Można by to zobrazować na przykładzie – ludzie dowiadują się, że Sąd Ostateczny nastąpi za godzinę, przyjmijmy. Co robią? Jeden leci do spowiedzi, inny idzie się pogodzić z bratem czy rodzicem, jeszcze inny klęka i zaczyna się modlić, następny z kolej postanawia większość majątkiu przekazać na jakiś zbożny cel. 
Piękne, prawda? Tak. Tylko nie tędy droga. To znaczy – tędy, ale inaczej. Cały czas. Bo daty Dnia Sądu nie jest dane dowiedzieć się ani mnie, ani tobie, ani nikomu innego. Bóg to zaplanował – nie bój się, nastąpi we właściwym momencie. To wszystko mamy robić – ale cały czas. Tak, aby zawsze i w każej sytuacji być gotowym. Nie tylko wtedy, kiedy ktoś postraszy, uświadomi, przypomni – ale ciągle. 
Zresztą – co by mi ta wiedza, data Sądu czy też swojej śmierci – dała? Nic. A właściwie – dała by, a raczej zabrała – spokój. Czy człowiek umiałby żyć równie dobrze, pełną piersią i normalnie, znając moment swojego odejścia ze śiata z dużym wyprzedzeniem? Według mnie – nie. Bo ta wiedza by go zdeteminowała, przerażała, uniemożliwiała bycie normalnym, cieszenia się z tego co radosne. Tacz jesteśmy. Z jednej strony tyle się mówi, zabobonni wydają góry pieniędzy na wróżbitów, wróżki, czarodziejki czy jasnowidzów – byle tylko coś się o tym dowiedzieć. Czy warto, nawet gdyby się dało? Nie, nie da się. I nie – nie warto. 
Ten obrazek z dalszej części – brzmi znajomo? Nie wiem, czy żyjemy w czasach ostatecznych – jak to niektórzy już zawyrokowali, mniej lub bardziej trafnie. Ale faktem jest – czasy są niespokojne. To, co dzieje się naokoło ma prawo i wręcz powinno napawać niepokojem – nie dlatego, że może oznaczać zbliżanie się Dnia Pańskiego, ale dlatego że się dzieje i jak się dzieje. Wojny? Kilka permanentnych, w niektórych rejonach świata – co chwilę nowe. Trzęsienia ziemi? Proszę bardzo – Haiti i jej zmagania z epidemią cholery, wystarczy tv włączyć. Straszne zjawiska – tsunami, powodzie? Tak, także w naszym kraju. Głód, zaraza? Też, w ilu miejscach świata. 

Tyle opisów zjawisk zewnętrznych – ale bolesna jest bardziej część mówiąca o tym, co się ludzkiego wnętrza tyczy. Tego, co Jezus prorokuje odnośnie sytuacji w Niego wierzących. To sprawdza się, i to z pewnością. Wojny na tle religijnym. Zabijanie się nawzajem, ludzi jednego narodu tylko dlatego, że ktoś wierzy inaczej. W myśl w chory sposób pojmowanego prymatu jednego wyznania (najczęściej, niestety, dotyczy to ekstremistów muzułmańskich – zaznaczam, ekstremistów) marginalizowanie chrześcijan, zastraszanie, okaleczanie czy po prostu zuchwałe mordowanie! To się dzieje. To jest fakt. Słowa Jezusa w tym zakresie już się spełniły i spełniają się nadal – co widać na Bliskich Wschodzie, w Iraku, Ziemi Świętej i tylu innych miejscach.
Jaki z tego wszystkiego morał? Ano, dwojaki. Po pierwsze – gotowość, warunek podstawowy, zawsze i wszędzie. Tak, jesteśmy tylko ludźmi, grzeszymy, upadamy, obiecujemy Bogu po czym słowa nie dotrzymujemy – zgadza się. Ale stawaj na głowie i bądź tak gotowy, jak tylko jesteś w stanie, i nie usprawiedliwiaj się. To podstawa. Po drugie – wytrwałość, która ocala życie. Ostatnie zdanie. Wytrwałość, którą Jezus nagradza. Wytrwałość, która będzie miarą tego, na ile jesteśmy gotowi.  Tu i w innym miejscu Jezus uspokaja wręcz mówiąc Nie bójcie się, u was nawet wszystkie włosy na głowie są policzone
Tak, nie mamy się czego bać. Bać można się i warto tylko tego, co mogło by pozbawić na zawsze obecności Boga, oddzielić od Niego. Śmierć to tylko moment, który czeka nas tak czy siak, i może być po ludzki momentem wielkiego cierpienia. Życie jest ceną najwyższą? Tak, ale to życie – wieczne, mimo, że świat bardzo często wmawia nam inaczej, że liczy się to życie tu i teraz, na ziemi. Bóg chce i Bóg daje siłę, aby w tym momencie śmierci wytrwać z Nim w sercu. Nie zdezerterować.
Tak, prześladowcy mogą zrobić mi wszystko. Wyśmiać, opluć, znieważyć, podeptać, okaleczyć, a nawet zabić. Sztuka – aby nie dać się w tym złamać. To jest przesłanie Jezusa. Nie liczy się forma zewnętrzna – tak, za wiarę można zginąć, i nie jest sztuką za wszelką cenę męczeństwa uniknąć. Liczy się duch – który ma tryumfować, nawet gdy ciało leży połamane i sponiewierane. Jezus też – po ludzku umarł. I to niekoniecznie na 3 dni – chodzi o to, że tego 3 dnia był już żywy, zmartwychwstały. I, po mimo ludzkiej śmierci, zwyciężył. To jest wyzwanie i zaproszenie dla nas – zwyciężyć za wszelką cenę, ale nie po ludzku, tylko sercem i wiarą. 
Prędzej czy później, nadejdzie dzień, o którym Malachiasz mówi (Ml 3,19-20a) – kiedy tych, którzy innych krzywdzili, spotka kara. Mimo ich pewności siebie, pewności swojej siły i władzy. Pewny był Herod – i upadł. Pewni byli Żydzi, stojąc w majestacie cienia świątyni jerozolimskiej – została zburzona. Na każdego pysznego i zadufanego w sobie, który krzywdzi innych, Bóg zawsze ześle takich czy innych Rzymian (a’propos burzenia świątyni), którzy dosadnie pokażą, jaki ten ktoś jest kruchy i słaby tak naprawdę. Słoma pali się bardzo szybko.
Skąd w tekście Pałac Kultury i Nauki? A, bo właśnie z okna w hotelu, w którym to piszę w poniedziałkowy wieczór, widzę piękną panoramę na tenże :)

Doceń cud tam, gdzie jest, a nie szukaj go na siłę tam, gdzie go nie ma

Jezus zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: Oto tu jest albo: Tam. Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest. Do uczniów zaś rzekł: Przyjdzie czas, kiedy zapragniecie ujrzeć choćby jeden z dni Syna Człowieczego, a nie zobaczycie. Powiedzą wam: Oto tam lub: Oto tu. Nie chodźcie tam i nie biegnijcie za nimi. Bo jak błyskawica, gdy zabłyśnie, świeci od jednego krańca widnokręgu aż do drugiego, tak będzie z Synem Człowieczym w dniu Jego. Wpierw jednak musi wiele wycierpieć i być odrzuconym przez to pokolenie. (Łk 17,20-25)
Tak, to z wczoraj. Bardzo piękny, choć dość rzadko odczytywany w ciągu roku liturgicznego. Choć z pewnością nie ma to żadnego związku – to jednak trudno o bardziej pasujący do dnia, jaki wczoraj przeżywaliśmy. Do kolejnej rocznicy odzyskania przez Rzeczpospolitą Polską niepodległości po 123. latach od jej utraty.
Prawda jest taka, że data akurat 11 listopada jest… dyskusyjna. Co, na szczęście, można przeczytać nawet na takiej Wikipedii. Dzień obchodzony współcześnie jako Święto Niepodległości to literalnie rocznica przekazania przez Radę Regencyjną (kolegialny organ mający oficjalnie sprawować władzę zwierzchnią nad zależnym od obu państw centralnych Królestwem Polskim, faktycznie władzę sprawował w okresie 12.09-11.11.1918) władzy wojskowej i naczelnego dowództwa wojsk polskich w ręce Józefowi Piłsudskiemu, który stał się Naczelnym Dowódcą Wojsk Polskich. Tyle – gdy chodzi o 11.11. Zaś o niepodległości Polski można i powinno się śmiało mówić już od 7 października 1918, czyli przeszło miesiąc wcześniej, kiedy to właśnie owa Rada Regencyjna ogłosiła niepodległość. Co jest ważniejsze? Jest to oczywiste. Jak widać, historycznie przyjęło się inaczej, i trudno po blisko wieku oczekiwać, że się to jakoś zmieni. Warto jednak wiedzieć, jak to faktycznie było. De facto – wczoraj, poza znaczeniem symbolicznym i sednem świętowania, literalnie rzecz biorąc – świętowaliśmy przekazanie pałeczki w kraju Piłsudskiemu.
Tyle historii. Wracając do Jezusa – mówi o bardzo ważnej sprawie, a mianowicie o tym, że Królestwo Boże nie jest jaką abstrakcją, albo czymś, co stanie się naszym udziałem dopiero w przyszłości, a dokładnie – w przyszłym życiu, egzystencji po śmierci, w wieczności. Królestwo Boże zakiełkowuje w człowieku w momencie chrztu świętego, który człowieka włącza do wspólnoty Kościoła żywego. Ono jest w nas – w tobie i we mnie. Rośnie i rozwija się – o ile ja tego chcę, o ile na to pozwalam, o ile się staram i podejmuję w tym kierunku działania. 
Najprostszą drogą do osiągnięcia zbawienia – jest staranne i wytrwałe pielęgnowanie w sobie tego daru. Jak? Wydaje mi się – dokładnie odwrotnie niż Jezus mówi o modlitwie, która ma być indywidualnym spotkaniem człowieka z Bogiem: zamknij się w swojej izdebce, zero pokazowości i faryzeizmu. Królestwo Boże, owszem, wzrasta w sercu przez modlitwę – to bardzo ważny aspekt. Ale nie jedyny. Wiara bez uczynków martwa jest sama w sobie, co Jezus mówił, więc potrzebne jest działanie, które jest jakby platformą do czytelnego dawania świadectwa o znaczeniu tego, co wyznaję i deklaruję słowami.
To także słowa przestrogi przed tym, co wiele razy robił, robi i robił będzie Zły – a co umie robić najlepiej. Czyli zwodzić. Pragniemy cudów, lgniemy do nich, szukamy jakiś nadprzyrodzonych znaków, niewytłumaczalnych dowodów na obecność Boga. Po co? Żeby siebie tak naprawdę przekonać? Żeby ta wiara trochę bardziej zaiskrzyła, żeby ją rozniecić? Bo ta moja wiara to taka z przyzwyczajenia, właściwie to formalna, a autentyczności w niej niewiele? 
To plemię jest plemieniem przewrotnym. żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. (Łk 11, 29-32)

Cud to manifestacja woli Bożej, która wymyka się ludzkiemu rozumowaniu, pojmowaniu, nie jest możliwa do wyjaśnienia i wytłumaczenia ludzkimi sposobami. Nie zasługujemy na cuda. Owszem – owi pierwsi chrześcijanie mieli lepiej, bo nie dość, że niektórzy sami widzieli i poznali Jezusa, uzdrowił ich samych albo kogoś z rodziny, a w każdym razie widzieli/słyszeli o cudach Jego, może byli świadkami cudów, jakich dokonywali apostołowie? Także przez wieki wielu było świętych, którzy łaską Bożą robili rzeczy niewytłumaczalne. Więc jak to jest?
Ano tak, że Bóg działa. Ale nie jest złotą rybką. Czy ktoś ze świętych, którzy byli cudotwórcami, chciał cudów? Tak – modlili się o nie, ale nie dla swojej wiedzy, pychy – ale dla dobra tego lub tych, którym ten cud miał pomóc, uzdrowić, coś zmienić, naprawić. Mało jest czytelnych znaków dla nas? Jest Pismo Święte – cała prawda o tym, jak żyć, jak postępować, czego unikać. Są pisma mistyków, jest nauczanie Kościoła – katechizm, przykazania. Mało? Coś niejasne? Jak ktoś szuka dziury w całym – zawsze do czegoś można się przyczepić. Tylko – co jest faktycznym celem takiego kogoś – odnalezienie, rozpalenie na nowo wiary? Na pewno nie. 
Nie warto biegać i gonić za wszystkim, co spektakularne, co nosi jakiekolwiek znamiona i może okazać się znakiem of Boga. Przypomina mi się taki mało sensowny serial Świat wg Kiepskich, jeden odcinek, gdy bohaterowie urządzili sobie wyścigi na matki boskie. Zarówno Kiepscy, jak i sąsiedzi – Paździochowie – twierdzili, że w mieszkaniach objawiła im się Matka Boża – chodziło o kształt… zacieków na ścianach. I była wojna – matka boska kiepska vs. matka boska paździochowa. Śmieszne? W serialu – może i tak. Ale mało to, co jakiś czas, w mediach informacji o tajemniczym układzie chmur, czy słojów na pniu drzewa, w którym ludzie dopatrują się a to Jezusowego wizerunku, a to oblicza Jego Matki? 
Szukamy cudów wszędzie naokoło, na siłę. A cud jest tuż, pod nosem, a właściwie – we mnie. Cud wiary,. który cudownie ma mnie odnawiać, zmieniać, pomagać stać się lepszym dla siebie i dla innych. Jest cud Eucharystii – do wzięcia w której udziału jesteśmy wszyscy i każdy z osobna zaproszeni, aby właśnie Ciałem Pańskim się pokrzepiać, aby tę wiarę rozpalać. Jest cud sakramentu pokuty i pojednania – warto to podkreślić (nie ma sakramentu pokuty ani sakramentu pojednania – jest sakrament pokuty i pojednania), w którym Bóg chce, jak miłosierny Ojciec, przyjąć marnotrawnego syna, o ile tylko on zdobędzie się na odwagę i przyjdzie, wyzna swoje grzechy i poprosi o przebaczenie. Bóg nigdy nie odtrąca – brak przebaczenia to domena człowieka, niestety. 
Krótka dygresja na koniec – kwestia objawień prywatnych. Przykład pierwszy z brzegu – Medjugorje. I wiele, wiele innych. Wiara w nie nie jest konieczna do zbawienia. Zbawienie osiągamy przez wiarę w to, co Kościół – depozytariusz wiary – do wierzenia przedkłada. Nie jest powiedziane, że te prywatne wizje i objawienia pochodzą od razu od Złego. Kościół jest po prostu ostrożny – bo i przecież trudno o bardziej delikatną materię. Cuda i zjawiska do ich miana pretendujące muszą przejść drobiazgowe badania, czasami wieloletnie, aby Kościół zajął jednoznaczne stanowisko.
Od Boga to czy inne widzenie pochodzi? Co rusz, mnożą się ludzie, którzy twierdzą, iż a to sam Pan Jezus, a to Matka Boska coś im przekazali. Albo mianujący siebie, samozwańczo, mesjaszami czy prorokami. Możemy w to wierzyć, ale nie musimy. Kościół przede wszystkim bardzo rzadko (o ile w ogóle) wypowiada się o kwestii cudów, dopóki one trwają – tu należy widzieć wyjaśnienie tego, dlaczego jednoznacznie nie zajął stanowiska choćby w kwestii Medjugorje. I najważniejsze – gdy się takimi rzekomymi cudami zainteresujesz – miej swój rozum. Nie wierz bezmyślnie we wszystko, tylko – gdy masz wątpliwości – porównaj ew. sprzeczności z nauką Kościoła. Sam fakt rozbieżności jest podejrzany. A Zły nie próżnuje – w końcu w tym jest najlepszy: w zwodzeniu i naciąganiu człowieka, ma praktykę począwszy od Edenu.
Prosty przykład – najbardziej wiarygodne badania związane z Całunem Turyńskiem, z 1988, wykonane metodą datowania węglem C14, wskazały na… powstanie Całunu w XIII w. Co nie przeszkadza wielu dosłownie modlić się do wizerunku na Całunie, czego nie rozumiem. Wiara w Tego, którego Całun – czy to jako falsyfikat, czy najbardziej autentyczna z relikwii – przedstawia to co innego i coś bardzo dobrego. Ale wiara w Niego – a nie wiara w materiał, chustę, zaciek na ścianie czy układ rozlanej wody. Wiara w Boga – a nie wiara tylko w coś, co może (a nie musi) być przejawem niewytłumaczalnego po ludzku Bożego działania.
Królestwo Boże w nas jest – ale tutaj ewangelista używa sformułowania pośród was. Nie można o tym zapomnieć. Królestwo to wspólnota, a nie moja własna, kręta dróżka do celu. Moja droga splata się z drogami innych, przecina się z nimi, a niekiedy i łączy. Zmierzamy do tego samego celu, innymi czasami drogami. Trzeba działać razem, szukać tego, co jednoczy i łączy. We wspólnocie jest raźniej. 
I jeszcze w kontekście wczorajszego Święta Niepodległości. Czym jest dzisiaj Polska? Czy Polska być powinna? Ja wiem jedno – nie powinna być miejscem, gdzie faszyści  czy też nacjonaliści – czy w ten, czy w jakikolwiek inny dzień – mogą bezkarnie paradować i wykrzykiwać swoje hasła. Nie tym ma być niepodległość – wznoszenie okrzyków czy wykonywanie gestów jednoznacznie nawiązujących do jednego z dwóch najstraszniejszych dramatów XX w. Dlatego cieszy mnie inicjatywa taka jak Porozumienie 11 Listopada. Cieszy, niestety, to że po drugiej stronie barykady stoją – z nazwy – grupy takie jak Młodzież Wszechpolska – czytelny dowód na to, co oni sobą prezentują, i dlaczego nie należy popierać niczego, co się z MW utożsamia. 
Przykre jest to, że do takich rozrób musi dochodzić. Cóż, prawo do wolności zgromadzeń zapisane jest w Konstytucji, więc się gromadzą. Szkoda, że nie jest sformułowane w taki sposób, aby możliwe było nie wyrażenie zgody na dane zgromadzenie, marsz czy paradę, jeśli w jakikolwiek sposób nawiązuje do prawnie zakazanych ideologii.
>>>
Bądź niezadowolony z tego, co dotychczas osiągnąłeś, i chciej czegoś więcej od siebie i innych. Nie zatrzymuj się na pochwałach i samouwielbieniu. (A. Madej OMI, Dziennik wiejskiego wikarego)

Bądź autentyczny w budowaniu swojego kościółka

Jesteście uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą. Według danej mi łaski Bożej, jako roztropny budowniczy, położyłem fundament, ktoś inny zaś wznosi budynek. Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje. Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus. Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście. (1 Kor 3,9b-11.16-17)

Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: Weźcie to stąd, a z domu mego Ojca nie róbcie targowiska! Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie. W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz? Jezus dał im taką odpowiedź: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo. Powiedzieli do Niego Żydzi: Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni? On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus. (J 2,13-22)
Dzisiaj była pierwsza od dłuższego czasu Msza, w której uczestniczyłem z jakąś taką wyjątkową radością w sercu, ciesząc się, że właśnie teraz, tam i wtedy mogłem się modlić i być częścią uwielbienia Boga ukrytego w Chlebie Eucharystycznym. Czy to dlatego, że w Mszach (w tygodniu) uczestniczę głównie bladym świtem, czasami może nieco zaspany? Chyba nie. Może jakaś rutyna? Trzeba z tym walczyć, to pewne. 
Liturgicznie? Święto bazyliki większej (jednej z czterech) św. Jana na Lateranie, siedziby i katedry biskupa Rzymu od III w.n.e. Centrali Kościoła. Byłem tam w 2004, w dniu audiencji u sługi Bożego Jana Pawła II – a więc 17.02. Niesamowite miejsce. Została nawet pamiątka – dwa Tomki, czyli ja na tle olbrzymiego posągu św. Tomasza. Dwa niedowiarki… 

>>>

Przypowieści na kartach Ewangelii jest więcej niż sporo. Życie ludzkie można przyrównać w nich do wielu rzeczy – talentów, nasion rzucanych na różne podłoże, przeróżnych roślin dających/nie dających oczekiwanych owoców, etc. Wiemy o co chodzi. Można je przyrównać także do budynku – choćby z tekstu o tym, że budować owszem można na piasku, ale dlaczego bardziej opłaca się budowanie na dobrym fundamencie, wskazanym tam jako skała (Mt 7, 24-27). 
Jak się mówi, że człowiek rodzi się jako ta carte blanche – tak można powiedzieć, że rodzimy się jako taki mały, ledwo co założony fundamencik, jakaś tam forma, troszkę budulca. Życie – to jakby ten dalszy proces budowania, aż do efektu finalnego. Mało to developerów czy prywatnych osób plajtuje po drodze, nie dokańczając wymarzonej siedziby firmy czy domu w pocie czoła wznoszonego przez lata? My mamy żyć i budować tak, aby dzień zakończenia tej budowy – życia – był dniem sukcesu, wieńczącym dzieło i trud budowy.
Fundament – życie – mamy od Boga. On je dał, On z niego rozliczy. Tak, jego miłość i wolność, jaką nam oferuje, są takie, że możemy się go wypierać, zanegować nawet, olać i robić wszystko po swojemu, a nawet Jemu na złość. Co i tak nie zmienia faktu – to przed Nim staniemy na samym końcu. Człowiek nie umiera nigdy do końca – umiera po ludzku, a potem pozostaje kwestią, jaka będzie ta jego po śmierci wieczność. Zbawienie? A może po drodze czyściec? A może… Oby nie. 
Warto się postarać, aby bycie świątynią Boga uświadamiać sobie nie tylko czytając ten tekst. To zdecydowanie za mało. Pewnie – dzisiaj w Europie i na świecie popularne jest bezczeszczenie świątyń, zamienianie ich na sklepy, magazyny, dyskoteki, puby… Duch Boży w tych miejscach unosi się nadal (jak wszędzie, nie tylko w kościołach). Duch, którzy obdarza łaską świętości – o ile obdarowany tę łaskę pragnie przyjąć, chce tej świętości. Ten sam Duch jest zawsze w nas i pragnie, aby świątynia mojego i twojego życia lśniła po pierwsze tym, co dobre, święte, prawe, a dalej tym, co autentyczne.
No właśnie – jak to z tym autentyzmem jest? Bo to bardzo ważna sprawa, często pomijana. Ludziom czasami się wydaje, że im więcej takich gombrowiczowskich gęb (kłania się Ferdydurke), tym lepiej. Że w świecie trzeba grać, żeby umieć znaleźć się w każdej sytuacji, dla każdego być kompanem, sojusznikiem, swoim itp. Bo to się opłaca. Bo można jednego kąsać, od drugiego biorąc za to pieniądze, a za chwilę działać dokładnie na odwrót – i zyskiwać dwa razy. Genialne, prawda? 
Genialne – ale w złym sensie. Geniusz obłudy. A Jezus zawsze mówił o prawdzie – takiej, która jako jedyna wyzwala. Jezus do prawdy umiłowania wzywał i nawoływał. A dzisiejszy świątynny obrazek bardzo dobitnie pokazuje przekuwanie przez w/w Jego własnych słów w czyn. W prawie żydowskim nakazane było poszanowanie dla świątyni jako miejsca zamieszkania Boga Jahwe – jednak w praktyce, kwitł tam w najlepsze handel, de facto był to swego rodzaju bazarek, gdzie kupcy handlowali zwierzętami, które Żydzi nabywali w celu złożenia ofiar w świątyni, zgodnie z prawem. Z pozoru – wilk syty, owca cała. Prawo każe składać ofiary – to po co ciągnąć np. jakiś inwentarz z domu, jak można zaopatrzyć się w odpowiedni egzemplarz już w samej świątyni? Pragmatyzm w czystej postaci. 
Czy o to Bogu chodziło, żeby ludzie kupczyli sobie Jemu pod nosem, zakładając dosłowne rozumienie, jakoby Bóg mieszkał w Arce Przymierza, spoczywającej w świątyni? Na pewno – nie. Jezus działa – nie pod wpływem porywczości. On jest po prostu autentyczny w swojej emocji i w swoim podejściu, traktowaniu spraw Bożych. Spraw, które są – tak – najważniejsze, czy to się komuś podoba, czy nie. Radykalnie opowiedział się za tym, co słuszne, i wziął sprawy w swoje ręce. Zrobił porządek. Wyraził zdecydowany pogląd, który zrealizował od razu. 
Czy mnie na to stać? Deklaruję się jako wierzący – w Boga, czy w cokolwiek innego – i czy w sytuacji gdy jakaś elementarna kwestia dotycząca tej mojej wiary, moich przekonań, jest atakowana, potrafię jednoznacznie zająć stanowisko, wypowiedzieć swój sprzeciw? Bić się z myślami to każdy potrafi, do tego nie potrzeba odwagi. Chodzi o działanie, zewnętrzny przejaw. Z tym to gorzej, prawda? 
Trzeba się dzisiaj modlić o odwagę, ale i łaskę, dar autentyczności wyrażania siebie – nie tylko w kwestii swoich pasji, spraw przyjemnych i miłych – ale w każdej sferze życia. Żebym miał odwagę zająć stanowisko, nawet gdy będzie to źle odebrane, jako niepoprawne w ten czy inny sposób. Nie tylko słowem – ale czynem, tym co robię, podejmowanymi decyzjami.
I taka ciekawostka jeszcze – Jezus powywalał wszystkich kupców ze świątyni… poza sprzedającymi gołębie. Przypadek? Nie ma przypadków. Niektórzy komentatorzy biblijni wskazują – gołębie stanowiły przedmiot składany w ofierze przez najbiedniejszych, ubogich. Ciekawy gest, prawda? 
>>>
Ciekawe zaproszenie dla osób z okolicy Trójmiasta – z pewnością warto. Choćby tylko dla ujrzenia na własne oczy zjawiska, jakim jest FPS. Sam pomysł i forma tematu – bardzo trendy, myślę że nie będzie to czas stracony:
Więcej informacji – tutaj. Weź znajomych i poświęćcie swój czas. Ja brałem w tym udział przez szereg lat – gdy środki i możliwości były mniejsze – i nigdy nie żałowałem tego dnia. 
>>>
Zbierałem się z tym od jakiś… 2 miesięcy? Albo i lepiej. Zaczynam cytowanie co lepszych (o ile tak można powiedzieć, oczywiście, subiektywnie) myśli z genialnej książki o. Andrzeja Madeja OMI Dziennik wiejskiego wikarego. Książki, która nie dość, że z formą dziennika niewiele ma wspólnego, to w ogóle nie o wiejskim wikarym traktuje:
Jedno przeczuwam. Wieczność jest dana na zdziwienie. Zdziwienie nie może się skończyć. Ono się ciągle rodzi.

Papież na Camino i nie tylko – wspólny mianownik, o którym nie można zapomnieć

Papież Benedykt XVI miał pracowity mocno weekend – w ramach swej 18 podróży apostolskiej odwiedził kraj bardzo ciekawy, jakim jest Hiszpania. Ciekawy, bo historycznie z jednej strony budujący przykład tego, jak przez długi czas współistnieć umiały ze sobą kultura chrześcijańska i muzułmańska (Grenada); z drugiej – kraj, którego władcy przez wiele lat nosili tytuły Arcychrześcijańskich co wskazywało na ważną rolę, jaką wiara dla nich odgrywała… a dzisiaj kraj wybitnie zlaicyzowany, zsekularyzowany, ateistyczny prawie, a z pewnością o mocno antyklerykalnym nastawieniu. 

Papież zwrócił na to uwagę już w samolocie, którym 06.11.2010 przyleciał do pierwszego przystanku na swojej drodze – słynnego miasta św. Jakuba Starszego, czyli Santiago de Compostela. Nic dziwnego, że do pielgrzymki i drogi życia człowieka w takim właśnie miejscu papież nawiązał – od jakiegoś czasu jesteśmy przecież świadkami wręcz renesansu popularności wędrowania szlakiem Camino do grobu św. Jakuba (sam mam znajomych, którzy szlak ten nie tyle przeszli, co… przejechali rowerami). Następca św. Piotra mówił o tym, że Kościół towarzyszy człowiekowi, który „gorąco pragnie osiągnąć pełnię własnego istnienia” i sam „kroczy własną drogą wewnętrzną, tą, która prowadzi go przez wiarę, nadzieję i miłość, do tego, aby ukazywał sobą Chrystusa światu”. Cały ruch pielgrzymkowy wokół Camino nie tylko pozostawił po sobie piękne zabytki, ale budował zaplecze duchowe kraju i kontynentu, wpisując się na trwałe w obraz Europy. 

Ciepłe powitanie papieżowi zgotowały także władze w osobach członków rodziny książęcej, następcy tronu Filipa, księcia Asturii:
My, Hiszpanie, jesteśmy wdzięczni Waszej Świątobliwości za jego miłość do Hiszpanii, okazywaną przy tak wielu okazjach. Wiemy o Twoich planach poznania cudownego miasta Santiago de Compostela, aby modlić się przed grobem Apostoła. Miasta, które czeka na Ciebie z otwartymi ramionami, jak to już było przy dwóch niezapomnianych okazjach z Twoim poprzednikiem, Jego Świątobliwością Janem Pawłem II, który pozostawił nam swe głęboki ślad w postaci swego przesłania i miłości. Wasza Świątobliwość, przybywasz jako pielgrzym, aby przekazać nam orędzie wiary, pokoju i nadziei.
Po spotkaniu z przedstawicielami rodziny królewskiej, papież udał się na modlitwę do grobu św. Jakuba, do bazyliki w Santiago. W swoim słowie przypomniał znaczenie pielgrzymowania, które nie jest odwiedzeniem jakiegoś miejsca, by „podziwiać skarby jego przyrody, sztuki czy historii”, lecz oznacza „opuszczenie samych siebie, aby wyjść na spotkanie z Bogiem”. Papież wskazał jednoznacznie – przybył jak jeden z wielu pielgrzymów, aby modlić się o łaski dla Kościoła w Roku Świętym Kompostelańskim. 
Podczas tego przemówienia padły bardzo piękne słowa o Kościele właśnie. Benedykt XVI nazwał go „uściskiem Boga”, w którym „ludzie uczą się również obejmować swoich braci, odkrywając w nich obraz i podobieństwo Boga, stanowiące najgłębszą prawdę ich istnienia, będące źródłem prawdziwej wolności”. Wskazywał także na to, iż prawda musi współistnieć z wolnością, że są one nierozerwalnie złączone:
Nie można żyć jedną bez drugiej. Kościół, który chce służyć ze wszystkich swych sił osobie ludzkiej i jej godności, służy obydwu, prawdzie i wolności” – powiedział Ojciec Święty i przestrzegł, że bez dążenia do prawdy, sprawiedliwości i wolności, człowiek sam by się zagubi. (…) Pozwólcie, że z Composteli, duchowego serca Galicji, a jednocześnie szkoły powszechności bez granic zachęcę wszystkich wiernych tej drogiej archidiecezji oraz wszystkich wiernych Kościoła w Hiszpanii do życia w świetle prawdy Chrystusa, wyznawania wiary z radością, konsekwentnie i z prostotą, w domu, pracy i zaangażowaniu obywatelskim.
Miała miejsce również krótka rozmowa pomiędzy Następcą Chrystusa a hiszpańskim wicepremierem Alfredo Perez Rubalcabą – poświęcone analizie złej sytuacji gospodarczej w Hiszpanii, gdzie rozmówcy sformułowali wspólne zaniepokojenie jej skutkami dla najuboższych warstw ludności.
Kulminacyjnym punktem wizyty papieża w Santiago była Msza Święta, jaką przed katedrą tego miasta odprawił 06.11.2010 na placu Obradoiro. Na jej początku, piękną deklarację w imieniu diecezji złożyć jej metropolita abp Julián Barrio, mówiąc:
Kiedy wypłyniesz łodzią ku innym częściom świata, pamiętaj Ojcze Święty, że w Santiago jest mała łódź, która gotowa jest na każdy Twój znak, aby zarzucić sieci tam, gdzie wskażesz.  

W homilii papież mówił o Hiszpanii, ale także w szerszym kontekście całej Europy i jej tożsamości:

Z tego miejsca, jako posłaniec Ewangelii, którą Piotr i Jakub przypieczętowali własną krwią, pragnę skierować spojrzenie ku Europie, która udała się z pielgrzymką do Composteli. Jakie są jej wielkie potrzeby, obawy i nadzieje? Jaki jest specyficzny i podstawowy wkład Kościoła do tej Europy, która w ciągu ostatniego półwiecza przebyła drogę ku nowym układom i projektom? Jego wkład skupia się na tym, co jest tak proste i rozstrzygające, jak to: że Bóg istnieje i że to On dał nam życie. Tylko On jest absolutem, miłością wierną i niezachwianą, nieskończonym celem, który przebija ze wszystkich wspaniałych dóbr, prawd i cudownego piękna tego świata; cudownych, lecz nie wystarczających dla ludzkiego serca. Dobrze to rozumiała św. Teresa od Jezusa, gdy pisała: „Bóg sam wystarczy”. (…) Europa musi otworzyć się na Boga, wyjść Mu na spotkanie bez lęku, współpracować z Jego łaską na rzecz tej godności człowieka, jaką odkryły najlepsze tradycje: obok biblijnej, mającej pod tym względem znaczenie podstawowe, również tradycje czasów klasycznych, średniowiecznych i nowożytnych, z których zrodziły się wielkie dzieła filozoficzne i literackie, kulturalne i społeczne Europy. (…) Europa nauki i technologii, Europa cywilizacji i kultury powinna być jednocześnie Europą otwartą na transcendencję i na braterstwo z innymi kontynentami, na Boga żywego i prawdziwego, poczynając od człowieka żywego i prawdziwego”. Kościół zaś pragnie przynieść Europie „troskę o Boga i troskę o człowieka, począwszy od zrozumienia, że zarówno jedna jak i druga jest nam dana w Jezusie Chrystusie.
Benedykt XVI wskazał na konieczność radykalnego podejścia do wezwania Chrystusa do pójścia za Nim – dla  uczniów, którzy pragną pójść za Chrystusem i naśladować Go, służba braciom nie jest już jedynie opcją, ale istotną częścią ich bytu. Służbę tę mierzy się nie na podstawie świeckich kryteriów tego, co natychmiastowe, materialne i widzialne, ale tym, że uobecnia ona miłość Boga do wszystkich ludzi i we wszystkich ich wymiarach, świadcząc o Nim, nawet przez najprostsze gesty. Te słowa papież kierował przede wszystkim do młodych:
I chciałbym, żeby to przesłanie dotarło przede wszystkim do ludzi młodych: właśnie wam ta istotna treść Ewangelii wskazuje drogę, abyście odrzucając egoistyczny sposób myślenia, na krótką metę, jak częstokroć wam się proponuje, a przyjmując sposób myślenia Jezusa, mogli osiągnąć pełną samorealizację i być ziarnem nadziei.

Mnie szczególnie urzekły słowa z końca tej homilii, jakby prośba papieża do Hiszpanów:

Pozwólcie, by stąd głosił on chwałę człowieka, by przestrzegał przed zagrożeniami dla jego godności z powodu utraty jego pierwotnych wartości i bogactw, wykluczenia lub śmierci zadawanej najsłabszym i najuboższym. Nie można czcić Boga, nie chroniąc człowieka, Jego dziecka i nie służy się człowiekowi bez zastanowienia się, kto jest jego Ojcem i bez odpowiedzi na pytanie o Niego. Europa nauki i technologii, Europa cywilizacji i kultury musi być jednocześnie Europą otwartą na transcendencję i na braterstwo z innymi kontynentami, na Boga żywego i prawdziwego, poczynając od człowieka żywego i prawdziwego. Właśnie to Kościół pragnie przynieść Europie: troskę o Boga i troskę o człowieka, począwszy od zrozumienia, że zarówno jedna, jak i druga jest nam dana w Jezusie Chrystusie.
Prasa również pisała na temat papieskiej wizyty, oczywiście w różnym tonie. La Vanguardia napisała, że Benedykt XVI wskazał na historyczną ciągłość między hiszpańskim agresywnym antyklerykalizmem z lat trzydziestych ubiegłego stulecia i obecnym sekularyzmem, który w wydaniu hiszpańskim miałby być jednym z najbardziej niepokojących przykładów na zachodzie laicyzującej się Europy. Gazeta, wydaje się, że słusznie, wskazała, że nowo powstała watykańska Rada ds. Nowe Ewangelizacji powstała w dużej mierze mając na uwadze sytuację Kościoła, wierzących i całokształt tego, co dzieje się właśnie w Hiszpanii. 
Tytuł ten zwrócił również uwagę, iż czytelnym znakiem jest trasa, jaką przebiegała ta pielgrzymka. Zabrakło w niej stołecznego Madrytu – od lat rywalizującego z Barceloną. Madryt jest symbolem ośrodka władzy rządzących w Hiszpanii laickich socjalistów, zaś Barcelona oraz Santiago de Compostela to miasta historycznie związane z katolicyzmem, wiarą i chrześcijaństwem. Gest pominięcia stolicy jest tutaj dyplomatycznie i politycznie wymowny. Rząd premiera Zapatero bowiem, po dojściu do władzy, jednoznacznie deklarował dążenie do stworzenia w Hiszpanii państwa laickiego – postulował usunięcie symboli religijnych z miejsc publicznych, uchwalenie ustawy o samofinansowaniu się Kościoła, i nie tylko. Owszem – obecnie rząd się z tego wycofał, jednakże po pierwsze na skutek protestów całego hiszpańskiego episkopatu, ale po drugie – przede wszystkim – z uwagi na zbliżające się wybory i konieczność zjednania sobie bardziej utożsamiającego się z Kościołem elektoratu. 
W sobotę 06.11.2010 Benedykt XVI wieczorem przybył do Barcelony. Rano w niedzielę 07.11.2010 przewidziano prywatne spotkanie Następcy Piotra z królem Hiszpanii Juanem Carlosem i jego małżonką królową Zofią w sali muzealnej kościoła Świętej Rodziny. Sam papież powiedział później, iż nie poruszano kwestii politycznych, zaś atmosferę spotkania określił jako rodzinną.
Mszę Świętą papież odprawił w słynnym kościele Sagrada Familia w Barcelonie, podczas której dokonał konsekracji tej niesamowitej świątyni, podnosząc ją jednocześnie do rangi bazyliki mniejszej (miałem okazję odwiedzić ją w 1998). Kościół Świętej Rodziny wznoszony jest od 128 lat i jest jedną z najbardziej niezwykłych świątyń na świecie. Zgodnie z założeniami miał być to neogotycki kościół na planie krzyża. W 1882 r. rozpoczęto budowę, którą początkowo kierował architekt Francisco de Paula del Villar; po nim ierownictwo objął Antonio Gaudí. Porzucił dotychczasowe plany i rozpoczął budowę według własnej wizji. Zamiast tego, co było w pierwotnych założeniach, budowla przybrała szalone wręcz futurystyczne kształty. Gaudi zmarł tragicznie w 1926 r. pod kołami tramwaju, pochowano go w krypcie, w której odprawia się Msze św. Dzisiaj jest kandydatem na ołtarze, (proces beatyfikacyjny toczy się od 1992) a Sagrada Familia stanowi niedokończone (planowe zakończenie – bodajże 2026 r.) dzieło, z którym jest utożsamiany. 
W homilii podczas tej uroczystości papież poświęcił sporo miejsca problemom współczesnej rodziny:
Warunki życia bardzo się zmieniły a wraz z nimi dokonał się ogromny postęp w dziedzinie techniki, na płaszczyźnie społecznej i kulturalnej. Nie możemy zadowalać się tym postępem. Razem z nim winien dokonywać się zawsze postęp moralny, jak uwaga, ochrona i pomoc, okazywane rodzinie, gdyż wielkoduszna i nierozerwalna miłość mężczyzny i kobiety jest skuteczną ramą i podstawą życia ludzkiego w okresie jego ciąży, narodzin, wzrastania i naturalnego kresu. Tylko tam, gdzie istnieją miłość i wierność, rodzi się i trwa prawdziwa wolność. Dlatego też Kościół opowiada się za odpowiednimi środkami gospodarczymi i społecznymi, aby kobieta znajdowała w ognisku domowym i w pracy swe pełne urzeczywistnienie; aby mężczyzna i kobieta, zawierający małżeństwo i tworzący rodzinę, byli zdecydowanie wspierani przez państwo; aby bronić życia dzieci jako świętego i nienaruszalnego od chwili jego poczęcia; aby rozrodczość cieszyła się godnością, była doceniana i wspierana prawnie, społecznie i ustawodawczo. Dlatego Kościół sprzeciwia się wszelkim formom odrzucania życia ludzkiego i popiera to wszystko, co wspiera porządek naturalny w środowisku instytucji rodzinnej.

Ostatnim punktem papieskiej wędrówki na hiszpańskiej ziemi podczas tej podróży apostolskiej była wizyta w domu Dzieła Dobroczynno-Społecznego Nen Déu (Dzieciątka Jezus) w Barcelonie, podczas której spotkał się z tam osobami niepełnosprawnymi, w tym dziećmi z zespołem Downa, ich rodzinami i opiekunami. Mówił wówczas o konieczności troski o drugiego człowieka i dobrym wykorzystywaniu zdobyczy nauki i technologii:
Teraz pragnę podkreślić, że wraz z wysiłkiem tej instytucji podobnie jak, innych analogicznych instytucji Kościoła – do których dołączy się nowa rezydencja, która jak tego chcecie będzie nosiła imię papieża – wyraźnie widać, że dla chrześcijan, każdy człowiek jest prawdziwym sanktuarium Boga; powinno być ono traktowane z najwyższym szacunkiem i miłością, zwłaszcza gdy znajduje się w potrzebie. Kościół pragnie w ten sposób realizować słowa Pana Jezusa z Ewangelii: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Na tej ziemi, te słowa Chrystusa skłoniły wiele dzieci Kościoła do poświęcenia swego życia nauczaniu, działalności dobroczynnej lub opiece nad chorymi i niepełnosprawnymi. Proszę was, abyście zainspirowani ich przykładem kontynuowali pomoc najmniejszym i potrzebującym, dając im to, co w was najlepszego. Wielki wkład w troskę o najsłabszych wniosły olbrzymie postępy służby zdrowia w ostatnich dziesięcioleciach, którym towarzyszyło rosnące przekonanie o znaczeniu dla dobrego wyniku procesu terapeutycznego głęboko humanistycznego podejścia do pacjenta. Istota ludzka wymaga więc, aby nowe osiągnięcia technologiczne w dziedzinie medycyny nigdy nie były osiągane kosztem poszanowania życia i godności człowieka, tak aby ci, którzy cierpią na choroby czy zaburzenia umysłowe lub fizycznie mogli zawsze otrzymać tę miłość i troskę, które pozwalają im czuć się docenianymi jako ludzie w ich konkretnych potrzebach.
Benedykt XVI w ciągu pierwszych pięciu lat swego pontyfikatu już po raz drugi odwiedził Hiszpanię (po raz pierwszy był tam w dniach 8-9 lipca 2006 r. z okazji V Światowego Spotkania Rodzin w Walencji), w sierpniu przyszłego roku przybędzie na obchody kolejnego Światowego Dnia Młodzieży