Daj Bogu zaowocować w sobie

jablko

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A więc: poznacie ich po ich owocach. (Mt 7,15-20)

Pomimo, że te słowa padły i zostały spisane ok. 2000 lat temu, to wydaje mi się, że my dzisiaj mamy w tym zakresie – rozeznania, co jest dobre i złe – o wiele trudniej niż współcześni Jezusowi.

Czytaj dalej →

Dramat Heroda i wiara Józefa

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: Z Egiptu wezwałem Syna mego. Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma. (Mt 2,13-18)

Zasygnalizowałem już myśl tego tekstu w jednym z poprzednich – dramat Heroda polegał na tym, że poszukiwał Jezusa z niewłaściwych pobudek. Nie da się ukryć, szukał Mesjasza – ale nie po to, aby oddać Mu pokłon i uwielbić Go, ale aby położyć swoje łapy na Tym, którego uważał za konkurenta, i Go po prostu wyeliminować. Zabić. To pokazuje, że do stajenki betlejemskiej można iść także nieuporządkowanym, ze złem w sercu i w wielkim zagubieniu. 
No właśnie – można. I korci mnie, żeby napisać, że samo to, że taki ktoś po ludzku pogubiony idzie do Betlejem nie jest złe, bo zawsze może poddać się łasce Boga, kiedy już tam dotrze. Ma taką możliwość. Ma wybór. Punkt wyjścia to wyruszenie w drogę, po drodze może się wydarzyć wiele, ale i samo spojrzenie Zbawicielowi w oczy może dosłownie uzdrowić człowieka i oczyścić ze wszystkiego, co w nim jest słabe i złe. 
 
Tylko że trzeba tego chcieć, wyrazić takie pragnienie. A Herod chciał – owszem – ale pozbyć się problemu, bo w jego kategoriach takim właśnie była Maleńka Miłość. Stąd szaleństwo zabijania dzieci – które Kościół wspominał wczoraj jako Młodzianków Męczenników – w określonym wieku (teoretycznie nie udokumentowane i nie wynikające ze źródeł na taką skalę, jak to opisuje ewangelista – a raczej tego typu wydarzenie trafiło by do kronik; może było nieco na mniejszą skalę? i tak pozostawało szaleństwem i przekroczeniem jednego z przykazań); co więcej, które miało dotknąć także rodzinę władcy, jako że zabił także kilkoro swoich dzieci i jedną z żon (przy czym – co trzeba wyjaśnić – historycy wprost wskazują, że cierpiał on na chorobę umysłową). Ci maleńcy nie zdążyli wyznać wiary w Jezusa, ale oddali swoje życie z Jego powodu.
 
Duch Święty przechytrzył tyrana. Mędrców wysłał do domu inną drogą (Mt 2, 12 – znowu, jak przy Józefie i jego wątpliwościach co do ciąży Maryi, Bóg przynosi odpowiedź we śnie), a Józefowi po prostu kazał uciekać do Egiptu. Przypadek? Bynajmniej. Wypełnienie proroctwa z księgi Ozeasza (Oz 11, 1). Pojęcie „Słowo stało się ciałem” nabiera całkiem nowego znaczenia, kiedy człowiek się wsłuchuje w nie – jest twórcze, napędza do dobrego działania, owocuje właściwym kierunkiem i konkretnymi decyzjami w życiu. Tak, jak u Józefa, który pewnie rozważał wiele wariantów tego, co począć. We mnie ono staje się ciałem wtedy, kiedy zaufam Bogu i pozwolę Mu się poprowadzić. Nawet, a może przede wszystkim wtedy, kiedy po ludzku wydaje się to absurdalne.
Ciekawostka – wyczytałem w bardzo fajnej książce Maryja. Biografia Matki Bożej Pawła Nowakowskiego (taka maryjna lektura adwentowa, choć nie najprostsza, to z wieloma ciekawostkami i bardzo precyzyjnie oparta na źródła, również apokryficznych) – właśnie z tej sytuacji niektórzy tłumaczą to, że Jezus był położony w żłobie. Nie ot tak, ale ze względu na poszukiwania siepaczy Heroda. Maryja miała Go po prostu… schować pomiędzy sianem w żłobie i dzięki temu uratować przed zabiciem.

Nadzieja głośniejsza od strachu

12208639_1071683509523204_2915663129073471934_n
Ten obrazek powyżej znalazłem chyba 01 listopada, tak sobie rozmyślając – jak to będzie. Nie, nie mam problemu z tym, czy „po drugiej stronie” odnajdę tych, których kochałem, za którymi tęsknię bo odeszli czy odchodzą – wierzę w to mocno. Ale w takich momentach powraca pytanie – no tak, ale co z pozostałymi? Co z innymi? A nawet… co, jeśli ktoś z tych mi bliskich nie osiągnął po śmierci zbawienia? 
I tu przychodzi z pomocą nieoceniony i uwielbiany przeze mnie „teolog nadziei” czyli o. Wacław Hryniewicz OMI w rozmowie z Marcinem Żyłą z jednego z ostatnich numerów TP pt. „Jasna strona śmierci” (polecam – na stronie TP udostępniają wiele tekstów w całości, w tym ten, wystarczy założyć konto). 
O tym, jak bardzo chcemy Boga upchnąć w nasze ramy ludzkich ograniczeń i postawić tamę dla Jego miłości, co do której równocześnie przyznajemy, że nie ma granic (sprzeczność dość oczywista, prawda?). O tej pięknej perspektywie, gdy człowiek – już po zamknięciu swojej drogi tutaj – sam zobaczy, jakby retrospekcję, to jaki był, co robił… i wtedy chyba nikt świadomie Boga nie odrzuci. O Bogu, który działa po coś, i jeśli uświadamia człowiekowi słabość i zło – to po to, aby ten mógł wyciągnąć wniosek i miał szansę dokonania dobrego wyboru, bo kara jako sama w sobie jest bez sensu. 
Kawałek tejże rozmowy poniżej (podkreślenia wyłącznie moje):
Te dwa światy – ziemski i wieczny – przenikają się, choć tego nie widzimy i nie możemy usłyszeć tak wyraźnie, jak słów Ewangelii. Jezus obiecał: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do końca świata” (Mt 28, 20). I mówił: „Zapewniam was, to, co uczyniliście jednemu z tych braci [i sióstr] moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” (Mt 25, 40).
Tu jest właśnie ten styk życia i śmierci, wymiaru ziemskiego i boskiego. W drugim człowieku, który potrzebuje pomocy, spotykamy się z Niewidzialnym.
 

Dzieci jednak i tak nie przestaną pytać o zmarłych: gdzie oni są? 

Odpowiadajmy im: nie błąkają się. Człowiek zabłąkany to ktoś, kto stracił orientację, nie może znaleźć wyjścia, ma poczucie, że nikt nie wie, gdzie on jest. Zmarli są po stronie Boga, w nowym domu, gdzie „jest wiele mieszkań” (J 14, 2). Nie wydzielajmy im specjalnych miejsc. Może potrzebują jeszcze oczyścić się z tego, co złego uczynili? Muszą trochę poczekać?
 

Czy przeczuwają, jaki los ich czeka?

Czekają na Sąd. Ale wierzę, że będzie to Sąd życzliwy. Sędzią jest Bóg miłujący ludzi. Po śmierci każdy zobaczy, jakie było jego życie. Bóg, który jest Miłością i Światłością, pomoże mu je zobaczyć. Potępi to, co było niedobrego. Jeśli ukarze, to tak, aby kara nas uleczyła, poprawiła i nawróciła.
 

Kara nie będzie wieczna?

Bóg nie chce kary, która byłaby niegodna Jego samego. Kara, która nie ma żadnego celu – która wyczerpuje się w samej tylko czynności karania – do niczego nie prowadzi. To tylko my, ludzie, potrafimy karać i nie przebaczać. Ci, którzy odchodzą, pozostają w zasięgu Bożego wzroku, Jego niepojętej troski. Tam prawdziwie jednają się z tymi, których skrzywdzili. Przedzierają się do Bożego światła, są przez Boga przyciągani.
Teologowie uważali, że moment śmierci jest dla człowieka chwilą ostatecznej decyzji. Stoisz w obliczu śmierci, masz już większe rozeznanie niż za życia. Widzisz, że istnieje ta Niewidzialna Rzeczywistość. Decyduj się. W kościelnym nauczaniu ze śmierci uczyniono granicę możliwości nawrócenia.
Wiodący od początku chrześcijaństwa przez wieki nurt nadziei na powszechność zbawienia nie ogranicza decyzji do momentu śmierci. Przekonuje, że nawrócenie możliwe jest też później. Wierzę, że ze zmarłymi może być tak jak z niegrzecznym dzieckiem, któremu rodzice mówią: idź teraz do swojego pokoju, przemyśl, co niedobrego zrobiłeś lub zrobiłaś. Potem tata lub mama pukają do drzwi: następuje pojednanie, ucałowanie, łzy, radość. Nadzieja głosi, że spotkamy się wszyscy po drugiej stronie. To jest także moja życiowa nadzieja.
 

Spotkamy się tam wszyscy bez wyjątku?

Ten nurt myślenia ma w chrześcijaństwie swoich wielkich orędowników i poważne racje. Z biegiem lat widzę ich coraz więcej. Mowa w tym nurcie bowiem o nadziei, która ma swoje argumenty. Nie jest tylko ślepą, płytką nadzieją ufającą Bogu miłosiernemu i sprawiedliwemu. Nie jest wyrazem przekonania, że Bóg przebacza, „bo to jego zawód”. Bóg nie jest naiwnym tatusiem. Potrafi nie tylko przebaczać, ale i stawiać wymagania.
Jestem przekonany, że świadectw nadziei jest w Piśmie Świętym więcej niż tych o tzw. wiecznej Gehennie. Jeżeli Bóg dopuszcza jakąś karę, jest to kara w celu poprawy, nawrócenia, uzdrowienia. Inna kara naprawdę nie byłaby godna Jego miłosiernej sprawiedliwości i sprawiedliwego miłosierdzia.
Być może nie nadszedł jeszcze czas, który sprzyjałby takiemu życzliwemu spojrzeniu na myślenie o terapeutycznej karze dla grzeszników. Oficjalna doktryna Kościoła, opowieść o przerażającym piekle, pozostaje wciąż zawieszona nad wiarą i nadzieją chrześcijan. Ale nadzieja woła głośniej niż lęk i strach. Jestem tego pewien. Gdy było się blisko śmierci, pozostaje wtedy po prostu więcej ufności i zaufania dobremu Bogu.

Do wyboru, do koloru?

Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał, wystawiając Go na próbę: Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy. (Mt 22,34-40)

Nigdy w tym kontekście się akurat nad powyższym tekstem nie zastanawiałem. A jednak – kolejny raz pada do Jezusa pytanie, które mógłby wymyślić tylko człowiek z całym swoim „dobrodziejstwem” natury i mankamentami: słabość, grzeszność, skrupulanctwo, czepianie się słówek, etc. 
Z jednej strony – pytanie niby ważne, no bo co jest najważniejsze. Z drugiej strony – jakie to ma znaczenie, które przykazanie jest najważniejsze? Czy to jest jakiś Boży koncert życzeń – dzisiaj wybiorę sobie to, jutro tamto, a pojutrze jeszcze inne (albo żadne)? Nie. Przykazania to jest jakby pakiet, zestaw. Dany dla wszystkich i do całościowego stosowania, wszystkich, ciągle. Przykazanie miłości to jest filar, podstawa – bo każda inna cnota bez miłości jakoś sensu nie ma i trudno powiedzieć, żeby była czymś dobrym – i to ona ma inspirować i być boźdźcem do wszystkiego. Masz kochać wszystkich, choć nie wszystkich musisz lubić. 
Ja wiem, że tak jest wygodnie, że łatwiej. Że to może być jakiś punkt wyjścia, start – Panie Boże, nie radzę sobie z tym wszystkim, spróbuję powoli walczyć ze sobą, dokładać sobie tych przykazań. Nie oceniam, bo to nie moja rola. Ale starajmy się po prostu ich przestrzegać wszystkich – zamiast tracąc czas na usprawiedliwianie, czemu się nie udaje, po prostu poświęcając go na więcej ćwiczenia w ich przestrzeganiu.

Rola, perła, wolność

Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko? Odpowiedzieli Mu: Tak jest. A On rzekł do nich: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare. (Mt 13,44-52)

Jak dla mnie te słowa są o wolności i o tym, co w sensie pozytywnym człowiek może z nią zrobić.

Przykładów negatywnych jest naokoło więcej niż wiele – człowiek, który w Sopocie urządza sobie tor wyścigowy na głównym deptaku, cudem nikogo nie zabijając; samolot osobowy, zestrzelony rzekomo ponieważ mylnie potraktowany jako wojskowy; przykłady można mnożyć. 
Jezus stawia nam przed oczami tych, którzy wybrali dobrze. Co więcej – postąpili uczciwie: ten pierwszy przecież mógł zabrać (ukraść?) skarb i tyle by go widzieli, ale poszedł i kupił formalnie ziemię, gdzie go ukryto. Tak samo ten z perłą. Wiedzieli obydwoje, jaką należy podjąć decyzję, co prawidłowo należało zrobić. Podobnie też rybak – nie ilość ryb, ale jakość. Mamy w naszym życiu sprawy, kwestie i materie, które warte są więcej niż inne – rodzina, miłość, uczciwość, wiara. Ci dwaj pierwsi z przypowieści nie boją się postawić na jedną kartę – wiedzą, co zrobić. Rybak woli przebrać złowione ryby, mieć ich mniej, ale lepsze, dobre. 
Może sam obrazek z sądem i aniołami nie bardzo trafia do wyobraźni – np. mojej, bo bardziej to widzę jako spotkanie z Kimś, kto kocha, i Czyj ogrom miłości po prostu uświadomi mi moje błędy i grzechy nie jako zło, tylko brak dobra – ale mechanizm jest podobny. Podejmujemy decyzje i równocześnie – mniej lub bardziej świadomie – przyjmujemy na siebie ich konsekwencje. Róbta, co chceta, tylko się potem nie dziwta. 
Dlaczego czasami modlitwa jest bezowocna? Bo się źle modlę. Nie chodzi o to – która modlitwa (formułka) lepsza, bo w ogóle nie w tym rzecz – ale o to, o co proszę. Jako wzór mamy Salomona z I czytania (1 Krl 3,5.7-12), który zamiast prosić o to, żeby mu wrogów szlag trafił (o co często prosimy w kontekście sąsiadów czy konkurentów – prawda?), żeby złoto się lało, poprosił Boga o mądrość dla rozstrzygania sporów pomiędzy poddanymi. Czyli tak naprawdę nie poprosił o nic dla siebie – bo ta mądrość działała dla tych, którym jako król miał służyć. Nie tak dawno pisałem o proszeniu o pieniądze, o modlitwie o pieniądze. Że ani ona nie musi być w sytuacji rozpaczliwej, ani też nie jest czymś niewłaściwym. Ale czy proszę o to, co mi jest potrzebne, kiedy faktycznie brakuje na to? Czy zawracam głowę jakby złotej rybce, żeby skapnęło na jakieś ekstrawagancje i głupoty? 
Dla wielu jest teraz więcej czasu – żeby pomyśleć, zastanowić się, zwolnić, zapatrzeć w niebo, jezioro, góry, cokolwiek pięknego – i tak mimowolnie pogadać z Bogiem. Co ja robię z daną mi wolnością? Co z niej wypływa – dobro czy zło? Czy szanuję to, co mam, i czy w ogóle to dostrzegam, nie mówiąc o zrobieniu z tego dobrego użytku? 

Strach (na) i wróble

Jezus powiedział do swoich apostołów: Nie bójcie się ludzi. Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie na świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach! Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. (Mt 10,26-33)

Żeby zrozumieć te pierwsze słowa – jakby wezwanie do odwagi – trzeba uświadomić sobie, że chrześcijanin z definicji jakby musi być człowiekiem sprzeciwu. Nie dla zasady i wobec wszystkiego – ale w sposób sensowny i uzasadniony, wobec pewnych trendów, mód, kierunków. Szkoda czasu i miejsca na strach – dla Boga to pikuś, mały pikuś. Dzisiaj w sposób najmniej szkodliwy przejawia się to w prześmiewaniu, próbach marginalizowania wartości chrześcijańskich i przedstawiania ludzi wierzących jako kato-talibów, oszołomów i idiotów. Dalej następuje eskalacja, gdzie dochodzi do walki – bardzo często nierównej z wykorzystaniem brudnych i nieuczciwych metod, najczęściej z użyciem manipulacji i kłamstw – z ludźmi i konkretnymi działaniami, mimo że najczęściej są one po prostu dobre, a zarzuty wyssane z palca. Jakie to nasze… Nie mam argumentów, więc swój bunt uzewnętrznię w formie agresji. Bez sensu, ale widowiskowo. 
Z jednej strony jesteśmy tylko jednym z wielu Bożych stworzeń, które chodzą po tym świecie – z drugiej zaś jesteśmy wyjątkowi, bo jesteśmy Jego ukochanymi dziećmi. Dlatego się o nas troszczy – nie o dobrobyt doczesny, ale także o to, żebyśmy wiedzieli i umieli rozróżnić, czego się bać nie warto, a co faktycznie może zagrozić. Jak można takiemu Bogu zarzucić, że się o nas nie troszczy – skoro tu mówi wprost o tym, że dosłownie policzył włosy na naszej głowie? (podchwytliwe – ok, a co z łysymi?). Każdy z nas w swój jedyny i indywidualny sposób jest dla Boga wyjątkowy, najważniejszy. Tu jest nasza prawdziwa wartość i nie ma co tracić czasu i energii na potwierdzenie jej na świecie, uznając działania po prostu bez sensu za przejaw dziwnie rozumianej odwagi. Pewnie, mogę i zdarzy się, że się boję – ale im bardziej, tym bardziej powinienem zrozumieć, że On niczego się nie boi i stoi przy mnie. Więc co mi może zagrozić? 
No właśnie. On się przyznał do Jezusa (obrazek mocno na czasie w kontekście mundialu) – a jak to jest ze mną? Przede wszystkim trzeba zrozumieć – dla każdego to będzie coś innego. Tu nie ma co przykładać jakiejś jednej uniwersalnej miarki. To tak nie działa. Każdy z nas żyje i funkcjonuje w konkretnych swoich warunkach, z własnymi problemami i grzechami, i trudno tutaj wszystkich oceniać w ten sam sposób. Dalej, to zależy – przed kim mam się przyznać. Mama i tata, rodzeństwo? Ludzie ze szkoły czy uczelni? Współpracownicy, kontrahenci? Wreszcie mąż, żona, dzieci? A duchowny – ksiądz, siostra, zakonnik? Ilu nas jest – tyle pewnie jest wariantów. 
Jedno jest pewne – jeśli to nasze „przyznawanie się” ma wymiar stricte i wyłącznie niedzielno-świąteczny (niech stracę, Boże, masz tę godzinkę, jakoś wytrzymam…), odpalam Bogu „Jego” żeby mieć spokój i sumienie nie gryzło, czasami wpadnę do kościoła z okazji ślubu, chrzcin, no i obowiązkowa święconka (bo co by sąsiedzi powiedzieli…) – to nie tędy droga, szkoda zachodu mojego i własnej głupoty, żeby myśleć, że Bogu to jest na cokolwiek potrzebne. Nie jest, nigdy nie było ani nie będzie. 
Nie ma gotowej uniwersalnej formuły – jak dobrze dać świadectwo, jak zaświadczyć o Bogu. Im dłużej chodzę po tym świecie (ok, długo to to może nie jest…), tym bardziej jestem pewien, że takie rzeczy się czuje, że to jest kwestia jakiejś tam wewnętrznej wrażliwości. Po prostu w danej sytuacji wiesz, że powinieneś się zachować – co zaczynasz rozumieć najczęściej tym mocniej i bardziej, jeśli jednak tego nie zrobiłeś, okazałeś się za miękki. Trudno, zdarza się – i zdarzy jeszcze nie raz. Walcz z tym i staraj się, aby następnym razem było lepiej. Wysil się i spróbuj o Nim zaświadczyć. Nie gadaniem – żadna sztuka. Robieniem. Tym, co przemawia najmocniej – przykładem. 

Zdeterminowany Zacheusz

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. (Łk 19,1-10)

Najpierw kontekst historyczny – celników nie znoszono, bo stanowili uosobienie znienawidzonej rzymskiej władzy okupacyjnej. Rzym nie zajął Jerozolimy hobbystycznie, odnosił z tego tytułu konkretne korzyści – nakładając na mieszkańców podbitych terenów podatki i obowiązki płacenia na jego rzecz danin. 
Pytanie podstawowe – czemu Jezus wybrał i wypatrzył właśnie Zacheusza? Jest takie przysłowie – w relacji Bóg-człowiek to Bóg zrobi 99 kroków do człowieka, ale pod warunkiem że człowiek uczyni ten jeden, symboliczny, pierwszy krok. Wykaże inicjatywę, pokaże że mu zależy. To właśnie zrobił Zacheusz. O ile samo to, że wlazł na drzewo nie musiało być tak dziwne, jeśli wierzyć tłumom jakie miały podążać za Jezusem – o tyle musiało wzbudzić zdziwienie to, kto na drzewo wszedł, urzędnik rzymski. Jezus zaś, poza tym co tak ludzkie i widoczne, widział serce i myśli, pragnienia Zacheusza. 
Bóg odpowiada na nasze potrzeby, o ile tylko są prawdziwe i dotyczą kwestii naprawdę (a nie tylko w moim własnym mniemaniu) ważnych. Oczywiście, jeśli także zadamy sobie trochę trudu i spróbujemy Go posłuchać. Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Na pewno Zacheusz był wniebowzięty tym wyróżnieniem – co nie przeszkodziło temu, że ludzie, jak to ludzie, szemrali (podobnie jak przy sytuacji z jawnogrzesznicą, uzdrowieniem w szabat). Tak, jak dzisiaj ludziom nie podoba się, że papież Franciszek nie jeździ limuzyną a fordem focusem, nie nosi czerwonych butów i złotych ozdóbek biskupich, mówi wprost o potrzebie wychodzenia do ludzi, troski o ubogich, aktywnego duszpasterstwa a nie byle jakiego odfajkowywania na zasadzie konfesjonał – msza – biuro parafialne i święty spokój. 
A Zacheusz potrafił docenić to, że Bóg go zauważył, że nie przejął się jego robotą i rolą w społeczeństwie. Był wdzięczny i wyciągnął wnioski. Podjął też bardzo radykalny krok – bo jak inaczej nazwać to, że zamiast po prostu wyrównać spowodowaną szkodę, decyduje się na poczwórne odszkodowanie? Do tego niezwykle miłosierne posunięcie – połowa majątku dla ubogich. Ilu z nas tak naprawdę – nie dla uspokojenia sumienia, ze zbytku – w ogóle wspiera cokolwiek związanego z pomocą ubogim, choćby okazjonalnie, nie mówiąc o systematycznym działaniu? Zacheusz bardzo wiele tego dnia otrzymał – rozumiał, że to zobowiązuje i potrafił, chciał dać także wiele od siebie. 
Bóg nie przychodzi do tych idealnych, wymuskanych, pełnych samozadowolenia i wysokiego mniemania o swojej doskonałości, pobożności. Tacy ludzie Go po prostu nie zauważają, zbyt zapatrzeni w siebie. Bóg zauważa i wypatruje w tłumie takich Zacheuszów – nieszczęśliwych, czasami o mocno pokręconych życiorysach, niewdzięcznych profesjach, mających wiele za uszami – którzy dojrzeli, dorośli do tego, aby zapragnąć zmian, i są gotowi do ich podjęcia. Nie dla pozoru, radykalnie. Zdeterminowanych. 

Boże wyposażenie

Jezus powiedział do swoich uczniów: To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,39-48)

Sprawiedliwość Pana Boga można rozpatrywać w wielu różnych aspektach – i jeden z nich został bardzo ładnie zobrazowany w tym fragmencie. Nie ma jednej, uniwersalnej  miarki, którą przyłożą do każdego z nas w godzinie Sądu Ostatecznego, ważąc dobro i zło, które było naszym udziałem. Jesteśmy różni od siebie, każdy jest zupełnie inny, pomimo wszelkich podobieństw nie ma dwóch takich samych osób na świecie. Różne mamy dary, talenty i możliwości – od których zależy to, w jakiej dziedzinie i co możemy zdziałać. O ile nam się zachce. No właśnie…
Jeśli ktoś dostał więcej – zrozumiałe jest, że więcej się od niego wymaga i oczekuje niż od tego, który ma mniejsze możliwości i mniej otrzymał. Pan Bóg wymaga od nas na tyle, na ile nas wyposażył – nigdy na wyrost. Niektórym się może wydawać, że On przesadza – ale wtedy jest kwestia tego, na ile mi się chce, na ile mam wolę zrobienia czegoś, a nie tylko bezmyślnego wylegiwania się i czekania na przysłowiowe boskie zmiłowanie. O ile bardzo często ja nie zdaję sobie sprawy z tego, ile mogę, jak wiele jestem w stanie zrobić – o tyle kto jak kto, ale Stwórca wie to najlepiej; często lepiej niż ten, o kogo chodzi. 
Szkoda, że wielu jest takich, którym się wydaje, że są przebiegli, że mogą poużywać sobie i nie ponosić później konsekwencji złych wyborów. Tak się nie da po prostu – tylko najczęściej się o tym przekonujemy, kiedy właśnie dochodzi do podobnej, jak w powyższym obrazku sytuacji: zawaliłem i wyszło to w przykry sposób na jaw. Dziwi nieco pytanie Piotra – do nas mówisz? – bo to „wy” Jezusa w sposób oczywisty jest skierowane do wszystkich, którzy Go słuchają, a może przede wszystkim tych, którym się wydaje, że ich to nie dotyczy. 
Ten ewangeliczny obrazek to taki bardzo praktyczny przykład gotowości – tej, o której można się przekonać nie na podstawie CV, deklaracji czy rekomendacji danej osoby, ale na podstawie tego, jak człowiek żyje; jakich dokonuje wyborów i przede wszystkim: co robi z tymi darami, talentami i możliwościami, w które wyposażył go Pan. Nam się może wydawać, że mamy słabe wyposażenie – ot, taki samochód w wersji standard. Ale w każdym w wypadku Boże wyposażenie, niekoniecznie rzucające się w oczy, błyszczące i przyciągające uwagę, jest na miarę tego, który je otrzymuje – i przy odrobinie wysiłku ma mu pomóc osiągnąć to, co najważniejsze. 

Nie ustawaj

Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18,1-8)

Jasny i wprost podany jest kontekst wypowiedzenia tych słów. Modlić się i nie ustawać. Nie odwrotnie – dokładnie w takiej właśnie kolejności. W sumie trafnie powiedziane – uprzeć się i trwać można w wielu sprawach, jednakże tylko utrzymanie tej wyjątkowej więzi z Bogiem, jaką jest modlitwa, umożliwia utrzymanie w polu widzenia wartości i celu każdego człowieka wiary – zbawienia. Upór może być dobrze ukierunkowany dopiero wtedy, kiedy jego siła czerpie z Boga.
Obraze z ewangeliczną wdową – jeden z dwóch, tym razem nie taka, która zgubiła drachmę i jej poszukuje, ale inna, równie uparta (nie ustawała?) i starała się o pomoc w swojej sprawie przed sędzią. Nic dziwnego – szczególnie w tamtych czasach, gdy sędzia nie kojarzył się jak dzisiaj z mniej lub bardziej trafnie mianowaną osobą w czarnej todze, a był człowiekiem dostępnym dla każdego, powołanym do doraźnego (a nie w ramach ciągnących się latami procesach) rozstrzygania sporów. Z kolei wdowa – osoba w niewątpliwie pożałowania godnej sytuacji; kobieta tracąc męża traciła całe oparcie, była zdana na łaskę i niełaskę innych. Właściwa osoba, do której mogła się zwrócić właśnie taka wdowa, szukając pomocy – pewnie sprawa dotyczyła jakiejś waśni, może długi, lichwa, tego nie wiemy. 
Ten sędzia nie był dobrym człowiekiem. Był na pewno świadomy swojej władzy – skoro wprost mówi, że Boga się nie boi (gdzie tam Bóg, tutaj ja rozstrzygam!). Był raczej pyszałkiem – skoro otwarcie wskazał, że z ludźmi się nie liczył. Nic dziwnego, że nie chciał jej pomóc – bo i co po ludzku pewnie mógłby z tego mieć? Nic. Wzięła go „na przetrzymanie”, uporem, wytrwałością. Chciał mieć święty spokój, problem z głowy, nie musieć narażać się na jej kolejne wizyty i prośby. W działaniu sędziego nie było współczucia, chęci ulżenia drugiemu człowiekowi w trudnej sytuacji, miłosierdzia – a zwykła kalkulacja i wygodnictwo. Pan Bóg wcale takiego człowieka nie stawia jako wzór – poddaje tylko do przemyślenia: skoro on, człowiek leniwy i zły, dokonał czegoś dobrego, choć bynajmniej z zasługujących na uznanie pobudek – to o ileż bardziej dobry i kochający (a nie załatwiający swoje sprawy, chcący mieć spokój) Bóg będzie dla tych, którzy w Niego wierzą i proszą Go ufnie! Mały i słaby człowiek w swoim egoiźmie czyni coś dobrego – więc o ile więcej celowo, z rozmysłem i miłosierdziem dokona Ten, który jest źródłem wszelkiego dobra! 
I jeszcze jedno. Wielu uważa, że sędzia z tej historyjki to właśnie Bóg – taki i owaki. Nic bardziej mylnego. Człowiek może sobie Boga tak narysować, odmalować – będąc w absolutnym błędzie. Skrajamy sobie Boga na własną miarę, nieświadomie przenosząc na takiego boga (celowo z małej litery) wszystko, co w nas negatywne i czego nienawidzimy u ludzi władzy: pycha, arogacja, wygodnictwo, lenistwo, pogarda dla wszystkich naokoło. Albo ludzie twierdzą, że tak właśnie działa Bóg – a właściwie nie działa, kiedy nie reaguje jak złota rybka: mówisz, masz. Jest zły, bo nie spełnił mojej zachcianki! Jak On mógł! 
Bóg w tym niedzielnym tekście wzywa nas do przyjęcia postawy takiej właśnie wdowy. Tak, upartej, wytrwałej, nie ustającej – ale równocześnie pełnej ufnej wiary i nadziei, że Ten, do którego się zwraca – Bóg w Trójcy Świętej jedyny – wysłucha ui zaradzi jej troskom nie z wygodnictwa i żeby mieć ją z głowy, ale z miłości, która się nie kończy, ani wobec tego człowieka ani żadnego innego. Czy Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych? Weźmie – tylko ci wybrani, czyli każdy z nas, musi sobie to wybranie uświadomić, zaakceptować je i odpowiedzieć na nie. Bóg po prostu wzywa tutaj do wytrwałości – ale nie tylko w modlitwie, ale także w trwaniu przy wyborze Jego jako Tego, który prowadzi. 

Nowa życia zwrotka

Wczoraj i dzisiaj takie dziwne dni.

Wczoraj – bliscy znajomi, chrzestni małego, napisali, że on (dobry kolega od podstawówki) dostał jednak pracę w Wielkiej Brytanii, w związku z czym wyjeżdża w ciągu kilku tygodni, a ona i ich roczna córeczka dolecą do niego tam za jakiś miesiąc-dwa. W Polsce, owszem, źle nie zarabiał, ale umowy śmieciowe, od zlecenia do zlecenia. Ona bez pracy, po fajnych studiach… poszła do technikum, żeby mieć papier technika aptekarza i znaleźć pracę, w międzyczasie mała się urodziła. Dopóki byli sami – było fajnie, wystarczyło, dość luźno. Teraz? Też fajnie, ale z maleństwem na świecie trzeba myśleć dalej, szerzej, próbować pewne sprawy dla dobra i podstawowych potrzeb rodziny zapewnić i zabezpieczyć. Szukał tutaj – nic. Poszukał tam i go wzięli. Oczywiście, cieszymy się, bo to dla niego okazja, poza tym nie rozsypią się bo pojadą tam razem, no i zamierzają wracać. Przekornie można zapytać – mają do czego? Pewnie – rodzice obydwojga, rodzeństwo, rodzinne strony. Oby się tak stało, oby za jakiś czas, może z 5 lat, wrócili. Dla nas trudno, bo to bliscy ludzie… 
Dzisiaj – koleżanka żony stwierdziła, że zostawia pracę. Ma luksus i może to zrobić z dnia na dzień praktycznie, umowa na zastępstwo. Jedna z 2 myślących i sensownych osób w tej jednostce organizacyjnej – piszę obiektywnie, znam realia nie tylko z opowieści żony, ale też z autopsji – i co? Nikt palcem nie kiwnął: może by się pani zastanowiła, może porozmawiamy, jaka podwyżka by panią satysfakcjonowała? Żeby chociaż spróbować i choćby w takiej sytuacji pokazać człowiekowi, że zależy pracodawcy na nim, że w tak podbramkowej sytuacji umie go (ok, na siłę nieco) docenić. Gdzie tam, nic. Olali to, wszyscy. Jedno dobre – dziewczyna podjęła sensowną decyzję, będzie robiła coś innego, co lubi robić i za większe (ok, nadal małe) pieniądze, i ma namacalny dowód, że nie ma się na co oglądać. A żona ma nadzieję – ja też, strasznie fajna osoba – że kontakt i znajomość się uda utrzymać.
Dziwnie to tak. Dla mnie zawsze zmiana pracy była czymś, czego się podświadomie bałem – choć życie pokazało, że w danym momencie to właśnie konkretne posunięcie było dobre i trafne (co nie znaczy, że w każdej było do końca świetnie i kolorowo – na przykładzie poprzedniej – gdyby tak było, nadal bym tam był). Za każdym razem dużo się zastanawiałem, starałem się ważyć plusy dodatnie i plusy ujemne, rozmawiałem z (obecnie już) żoną, martwiłem się o rodzinę, o kredyt i tego typu przyziemne sprawy. Ale też zawsze starałem się to powierzyć Bogu – zawierzyć Jemu i poprosić, żeby w tej decyzji prowadził w dobrą stronę, co nie znaczy: najłatwiejszą drogą. Nigdy nie było perspektyw kokosów i majątku, i też nigdy mi specjalnie na takim nie zależało (przyznaję, miło by było mieć wygodne duże mieszkanie i samochód, nic więcej) – chodziło o to, aby się nie zabrakło na te podstawowe potrzeby. Ale zawsze, mniej lub bardziej z tyłu głowy, towarzyszyło mi takie mocne przeświadczenie, może by to nazwać wiarą: bez Ciebie, Boże, to nic z tego nie będzie.
I dzisiaj za nich proszę – żeby, dokądkolwiek ich nogi zaprowadzę i życie powiedzie, żeby zawsze mieli świadomość, że Ty tam zawsze przy nich byłeś, jesteś i będziesz. 
Ten wierszyk wklejam do znudzenia, ale i tutaj pasuje jak ulał:

Człowiek się z człowiekiem spotkał,
Bóg sam drogę wskazał. 

Oto nowa życia zwrotka,
Człowiek się z człowiekiem spotkał. 

Można śmiało dalej kroczyć
Serce niosąc światu w darze – 

Człowiek się z człowiekiem spotka –
Bóg sam drogę wskaże. 

(o. Leon Knabit OSB)