Nowa życia zwrotka

Wczoraj i dzisiaj takie dziwne dni.

Wczoraj – bliscy znajomi, chrzestni małego, napisali, że on (dobry kolega od podstawówki) dostał jednak pracę w Wielkiej Brytanii, w związku z czym wyjeżdża w ciągu kilku tygodni, a ona i ich roczna córeczka dolecą do niego tam za jakiś miesiąc-dwa. W Polsce, owszem, źle nie zarabiał, ale umowy śmieciowe, od zlecenia do zlecenia. Ona bez pracy, po fajnych studiach… poszła do technikum, żeby mieć papier technika aptekarza i znaleźć pracę, w międzyczasie mała się urodziła. Dopóki byli sami – było fajnie, wystarczyło, dość luźno. Teraz? Też fajnie, ale z maleństwem na świecie trzeba myśleć dalej, szerzej, próbować pewne sprawy dla dobra i podstawowych potrzeb rodziny zapewnić i zabezpieczyć. Szukał tutaj – nic. Poszukał tam i go wzięli. Oczywiście, cieszymy się, bo to dla niego okazja, poza tym nie rozsypią się bo pojadą tam razem, no i zamierzają wracać. Przekornie można zapytać – mają do czego? Pewnie – rodzice obydwojga, rodzeństwo, rodzinne strony. Oby się tak stało, oby za jakiś czas, może z 5 lat, wrócili. Dla nas trudno, bo to bliscy ludzie… 
Dzisiaj – koleżanka żony stwierdziła, że zostawia pracę. Ma luksus i może to zrobić z dnia na dzień praktycznie, umowa na zastępstwo. Jedna z 2 myślących i sensownych osób w tej jednostce organizacyjnej – piszę obiektywnie, znam realia nie tylko z opowieści żony, ale też z autopsji – i co? Nikt palcem nie kiwnął: może by się pani zastanowiła, może porozmawiamy, jaka podwyżka by panią satysfakcjonowała? Żeby chociaż spróbować i choćby w takiej sytuacji pokazać człowiekowi, że zależy pracodawcy na nim, że w tak podbramkowej sytuacji umie go (ok, na siłę nieco) docenić. Gdzie tam, nic. Olali to, wszyscy. Jedno dobre – dziewczyna podjęła sensowną decyzję, będzie robiła coś innego, co lubi robić i za większe (ok, nadal małe) pieniądze, i ma namacalny dowód, że nie ma się na co oglądać. A żona ma nadzieję – ja też, strasznie fajna osoba – że kontakt i znajomość się uda utrzymać.
Dziwnie to tak. Dla mnie zawsze zmiana pracy była czymś, czego się podświadomie bałem – choć życie pokazało, że w danym momencie to właśnie konkretne posunięcie było dobre i trafne (co nie znaczy, że w każdej było do końca świetnie i kolorowo – na przykładzie poprzedniej – gdyby tak było, nadal bym tam był). Za każdym razem dużo się zastanawiałem, starałem się ważyć plusy dodatnie i plusy ujemne, rozmawiałem z (obecnie już) żoną, martwiłem się o rodzinę, o kredyt i tego typu przyziemne sprawy. Ale też zawsze starałem się to powierzyć Bogu – zawierzyć Jemu i poprosić, żeby w tej decyzji prowadził w dobrą stronę, co nie znaczy: najłatwiejszą drogą. Nigdy nie było perspektyw kokosów i majątku, i też nigdy mi specjalnie na takim nie zależało (przyznaję, miło by było mieć wygodne duże mieszkanie i samochód, nic więcej) – chodziło o to, aby się nie zabrakło na te podstawowe potrzeby. Ale zawsze, mniej lub bardziej z tyłu głowy, towarzyszyło mi takie mocne przeświadczenie, może by to nazwać wiarą: bez Ciebie, Boże, to nic z tego nie będzie.
I dzisiaj za nich proszę – żeby, dokądkolwiek ich nogi zaprowadzę i życie powiedzie, żeby zawsze mieli świadomość, że Ty tam zawsze przy nich byłeś, jesteś i będziesz. 
Ten wierszyk wklejam do znudzenia, ale i tutaj pasuje jak ulał:

Człowiek się z człowiekiem spotkał,
Bóg sam drogę wskazał. 

Oto nowa życia zwrotka,
Człowiek się z człowiekiem spotkał. 

Można śmiało dalej kroczyć
Serce niosąc światu w darze – 

Człowiek się z człowiekiem spotka –
Bóg sam drogę wskaże. 

(o. Leon Knabit OSB)

Róbta, co chceta; tylko się potem nie dziwta

Kolejny tekst, którego by pewnie nie było nigdy – gdyby nie to, że główne głosy „świętego oburzenia” padają ze strony tych, którzy taką postawę po prostu powinni doceniać, a na pewno już nie odwodzić bohatera sytuacji od czci i wiary. 
Ks. Adam Boniecki MIC w ramach tegorocznego Przystanku Woodstock w ramach. tzw. Akademii Sztuk Przepięknych rozmawiał z młodymi ludźmi, zgromadzonymi w Kostrzyniu nad Odrą, tłumaczył i odpowiadał na ich (tak, oczywiście, na pewno często nastawione na „zagięcie klechy”) pytania o sprawy trudne lub niezrozumiałe – o problem in vitro, stosunek Kościoła do osób wierzących, lecz niepraktykujących, kwestię obrazy uczuć religijnych i stosunek Kościoła do spraw majątkowych. Padło też ciekawe pytanie o to, w jakiego Boga Boniecki wierzy – ten zaś odpowiedział: 

W tego Boga, którego pokazuje Jezus Chrystus. Ważne, by zadawać sobie to pytanie, by zastanawiać się, czy Bóg, w którego wierzymy, porządkuje nasze życie

Mówił również bardzo ciekawie i trafnie o dzisiejszej roli kapłana – także w kontekście tego, do kogo jest posłany, i że jego misja nie ogranicza się do ładnego, równego i ulizanego poletka wiernych przychodzących do Kościoła, a także do ludzi kontestujących Go czy poszukujących, którzy także znajdują się na drodze, której winno się towarzyszyć:

Źródło wątpliwości jest tak różnorodne, że trudno je wrzucić do jednego worka. To są ludzie, którzy stawiają pytania, na które nie potrafią znaleźć odpowiedzi. Jeśli nie zatrzymają się na etapie negacji, mogą tą drogą zbliżyć się do Boga. Mówiąc za papieżem Franciszkiem: obowiązkiem księży jest towarzyszyć takim ludziom i być ich przyjacielem.

Co ciekawe – na spotkaniu, które poprzedzała aktualna „gwiazdka” i „celebryta” Kuba Wojewódzki można się było spodziewać, że na hasło „ksiądz…” ludzie po prostu wyjdą – a tu nic podobnego, pełen namiot, ludzie przed telebimami. I owacja na stojąco na końcu dla ks. Adama. 
I nie było by problemu, gdyby nie takie durne ataki, jak przepuszczony przez Frondę, która ostatnio mam wrażenie coraz mniej realnie patrzy na rzeczywistość, gubiąc się absolutnie w tym, kogo popierać, a co (i jak) piętnować. Wprost odniósł się do tych słów sam ks. Boniecki w najnowszym wstępniaku do TP, pod wymownym tytułem „Kochaj i rób, co chcesz” (nie, to nie jego „wymysł”, a takiego jednego – św. Augustyna, doktora Kościoła). 
Najpierw walono w to, że nie odżegnywał od czci i wiary Adama Nergala Darskiego – a wręcz stwierdził, że to „miły, mądry, spokojny człowiek”. Powiedział też, że w Nergalu jest „diabelskość z jasełek (…) nie ma w nim nic diabolicznego” oraz wskazując na sprzedajność takiej postawy – i ma pełną rację, bo należy odróżnić image Nergala jako artysty, co ewidentnie stanowi starannie przygotowaną i odgrywaną rolę, od niego jako człowieka poza tym. Oczywiście, sam fakt bycia artystą – wbrew temu, co orzekł swego czasu gdyński sąd – nie oznacza, że ma prawo obrażać uczucia ludzi religijnych, drąc Pismo Święte – i to trzeba nazwać jednoznacznie. W mojej ocenie facet gra, zarabia i żyje ze swojej plastikowej „diaboliczności” – a tym samym czy to ks. Boniecki czy ktokolwiek inny ma pełne prawo wyprowadzić z tego słuszny wniosek, że żadna to diaboliczność, a medialne działanie pogubionego pewnie nieco człowieka, któremu należy współczuć, a nie przeciwko komu wzywać do krucjaty. Kto ma rozum, ten i tak takie działanie prawidłowo oceni. 
Oczywiście, temat podchwycili pewni biskupi w naszym kraju – i tak, niejaki bp Kazimierz Ryczan (cytowany i przez Wyborczą, i przez Frondę) pozwolił sobie na stwierdzenie, iż ks. Boniecki „zagubił się na starość”. Bardzo merytoryczne, prawda? Ja z przykrością muszę stwierdzić, iż akurat dobrze, że autorowi tych słów tylko rok pozostał do emerytury – bo, bez względu na ocenę postawy ks. Bonieckiego, taki poziom wypowiedzi pozostawia wiele do życzenia po prostu w sferze kultury, i negatywnie wpływając na wizerunek Kościoła. Tym bardziej, że mam wrażenie, iż to ks. Boniecki w przeciwieństwie do bp. Ryczana wie, co mówi. 
Sednem tekstu było stwierdzenie: „Najbardziej porażająca była jednak odpowiedź ks. Bonieckiego na pytanie o ofertę, z jaką przyjechał do Kostrzyna. „Nic nie przyjechałem oferować. Róbta co cheta!”  – zakrzyknął duchowny” [pisownia oryginalna, skopiowana w z Frondy – z błędem…]. Tak, takie słowa padły – i nikt się ich nie wypiera. Czy jednak ktokolwiek z bijących pianę zastanowił się, co autor miał na myśli? Pewnie, najłatwiej podpiąć je do całości tego, co prezentuje sobą Jurek Owsiak i jego inicjatywy – i sprowadzić do wspólnego mianownika jako absolutną dowolność, nieskrępowanie żadnymi wartościami i punktami odniesień.
Czy jednak to właśnie powiedział ks. Adam? Nie. Nie przypadkowo przytacza słowa Augustyna – kochaj i rób, co chcesz – wielokrotnie powtarzane i przywoływane przez Kościół. Tu oddam głos ks. Bonieckiemu:

Na końcu zapytano mnie (to było dobre pytanie), z jaką przychodzę ofertą. Wiem, że prawidłowa odpowiedź brzmi: „Bóg cię kocha”. Ale mnie zastanowiło słowo „oferta”. Słowa sąsiadujące to „promocja”, „reklama” itp. Nie chcę – pomyślałem – być postrzegany jako komiwojażer, który przyszedł z ofertą: „przyjdź do nas, a nie będziesz sam”, „sens życia dostarczamy do domu”, „odpuszczenie grzechów gwarantowane”, „zbawienie wieczne zapewniamy”. Przyszedł taki – tak mnie postrzegają, myślałem – żeby nas złowić, nawrócić, przywabić. O, nie – pomyślałem. Owszem, przyszedłem podzielić się z wami tym, czym sam żyję, odpowiedzieć na wasze pytania. Ale nie z „ofertą”. Czy Bóg, czy Jezus Chrystus jest ofertą? Jest miłością. Czy miłość jest „ofertą”? Powiedziałem wam, co myślę – pomyślałem – powiedziałem wam, w co wierzę. A teraz kolej na was. Na każdego z osobna. Kto chce… „Jeśli ktoś chce iść za Mną” – mówił Jezus. „A może i wy chcecie odejść?” – pytał spłoszonych nową nauką uczniów. Powiedziałem wam o mojej wierze, o Bogu. Teraz wy, młodzi przyjaciele. Wasz wybór, wasza decyzja, wasza wolność. „Róbta, co chceta” – powiedziałem, wiedząc, że za to jeszcze oberwę.

Czy w takim toku myślenia jest cokolwiek nagannego? Czy Jezus kiedykolwiek był dla kogokolwiek jedną z wielu ofert, równorzędną z innymi, promocją czy okazją? Tak, okazją zdecydowanie. Ale nie jako jedna z wielu alternatyw, a ta jedyna naprawdę sensowna, prawdziwa, prowadząca dokądś indziej niż tylko do zaspokajania własnych potrzeb. Tu nie ma oferty promocyjnej, tu nic się nie zmienia – wręcz przeciwnie, Jezus to jedyny constans w tym wszystkim, tylko że nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, nie każdy Go zna, poznał Go i Mu zawierzył. Niektórzy do tego dojrzewają, inni szczerze szukają, a jeszcze inni są ciągle daleko, ale gdzieś w sercu wiedzą, że ich aktualna droga prowadzi donikąd. Bóg jest miłością, a nie ofertą – i to wszyscy wiemy od ewangelisty Jana, co Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał, choćby w ramach pielgrzymki do Polski w 1999 r. 
Bóg nikogo do niczego nie zmusza – nawet jeśli niektórzy chcieli by, aby tak było. Wiara to wybór, świadomie i dobrowolnie podjęta decyzja o powierzeniu Panu całego swojego życia. Kościół dość razy na przestrzeni wieków błądził, używając przemocy i metod, które nie licują z tym, co ma prezentować i reprezentować na świecie. Każdy z nas daje (mam nadzieję) świadectwo, które trzeciej osobie może pomóc podjąć decyzję o zwróceniu się ku Bogu, lub nie. On czekał, jest i będzie czekał – nawet w ostatniej sekundzie życia danej osoby. Decyzję i ten jeden krok ku Niemu każdy musi wykonać sam. I będzie miał sens tylko wtedy, kiedy to będzie w pełni autonomiczna i wynikająca z potrzeby serca decyzja. 
Tak, w tym sensie – róbta, co chceta. Bo gesty, formy, słowa bez przekonania, dla zasady, z przyzwyczajenia – „chodzenie” na mszę, „klepanie” zdrowasiek”, bezmyślne spowiedzi dorosłych ludzi – to działania nie mające w ogóle sensu, chyba że dla „świętego spokoju” tego, kto je podejmuje; a przy tym przecież wie, że to tylko działanie pozorne, bez sensu; forma bez treści. Bóg daje nam wybór i tylko do każdego z nas należy ocena, co w skrytości serca, zgodnie ze swoim sumieniem, powinienem zrobić, jaką drogę wybrać, czym się kierować. To jest tylko moja decyzja – przy czym, o ile świadomie i dobrowolnie odrzucam Ewangelię, bo mi się nie chce, bo mi tak wygodniej, to powinienem mieć świadomość konsekwencji tego działania. 
Dlatego ja bym tu dopowiedział, jak kiedyś jeden ksiądz zakończył kazanie: róbta, co chceta; tylko się potem nie dziwta. 

Piątek w ciszy zadumy, albo…

Trudno przytaczać całość tesktu, jaki słuchamy w kościołach w ramach wielkopiątkowej liturgii Męki Pańskiej (żadnej Mszy Świętej – jak to czasami można usłyszeć). 
Dla mnie to był zawsze dzień dużego wyciszenia. Wielki Czwartek jest jakby bardziej wypełniony – rano Msza Krzyżma, wieczorem Msza Wieczerzy Pańskiej, adoracje, przygotowania. W okresie nauki szkolnej był to dzień wolny, był wtedy czas na adorację w ciągu dnia. Wielki Piątek już jakby inaczej. Nie ma Mszy Świętej rano – tabernakulum świeci pustką, a z kolei świecąca zwykle wieczna lampka ani wieczna, ani świecąca. Wszystko ogołocone z ozdób, kwiatów, dekoracji – surowe, postne, powściągliwe. Przez cały Wielki Post nabożeństwa drogi krzyżowej do wyboru – rano, po południu, wieczorem; w Wielki Piątek już tylko jedna, dla wszystkich, którzy to wydarzenie chcą wspominać. Chyba wszędzie pełny kościół. 
Wydarzenia rozważane, z jednej strony wielkie, ale rozgrywające się na bardzo krótkiej przestrzeni, może jednej doby. Jeszcze przed chwilą radosna Pascha – za chwilę pojmanie, atak na Malchusa, kolejne zaparcia się Piotra, „kolędowanie” od Annasza do Kajfasza, Piłata, słynne ecce homo do rozwydrzonego tłumu już po ubiczowaniu, wyrok, aż wreszcie te 14 stacji, prowadzących do umęczenia na drzewie krzyża. Niby każdy je zna, ale dotykają – mnie przynajmniej – za każdym razem bardzo mocno. 
Gdzie my się w tym odnajdujemy? Tak wczoraj właśnie doszedłem do wniosku, że tego dnia wszystko sprowadza się do jednego – wyboru, decyzji, zajęcia stanowiska. Po której stronie jestem? 
Tych, którzy w ciszy (albo w wielkiej rozpaczy – jak pokazywał to Gibson w Pasji) towarzyszyli Jezusowi w drodze krżyzowej do końca wierni – Maryi, Jana, kobiet. Którzy nie przerazili się, doszli do końca, stali pod krzyżem, byli świadkami zarówno ostatniego Jego tchnienia, jak i rozdarcia się zasłony niebios. Tych, którzy choć po ludzku to nie miało żadnego sensu – nie zwątpili i towarzyszyli Mu nawet wtedy, gdy na pierwszy rzut oka przegrywał ostatnie, co Mu pozostało: życie. Czy z powodu wielkiej wiary? Czy z powodu przywiązania, miłości? Czy dla jednego i drugiego? A może nawet nie szli z Nim tą drogą – a dołączyli do Zbawiciela, jak Dyzma, Dobry Łotr, już na krzyżu, tuż obok? Zdążył. 
A może jednak swoimi wyborami, podejmowanymi decyzjami, słowami, czynami,  myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem plasujemy się po drugiej stronie – w rozwrzeszczanej bandzie Żydów, których twarde i nieczułe serca po prostu zamknęły się i nie pozwoliły Mu działać, bo zamiast spróbować posłuchać i zrozumieć, otworzyć się, woleli Go podpuszczać, kombinować i starać się podchwycić na jakimś potknięciu czy błędzie doktrynalnym? Czemu między nimi? Może ze złej woli, olewactwa, pójścia na łatwiznę, relatywizmu. A może właśnie z przekombinowania, przesady, zaplątania się w próbach bycia tym porządnym, ok, ale jednak (coś tam). Albo wreszcie z powodu tego, że w głębi serca zdajemy sobie sprawę z tego, że On miał rację – jednak wobec własnej beznadziei i niekonsekwencji nie stać nas na nic innego, jak tylko wywrzaskiwanie w cichej rozpaczy, pomimo całego bezsensu takiego działania… 
Jest jeszcze trzecia opcja. Szymon z Cyreny. Ten, którego z początku przymusili; nie wiemy, czy Jezusa znał, słyszał o Nim, wiedział, komu karzą mu pomagać. Ja mocno wierzę, że to taki cichy bohater – ten, który może nawet nie zdawał sobie sprawy, kogo wsparł. Nie sądzę, aby Mu nie współczuł, nie ulitował się nad losem Jezusa. Z pewnością postawa tego człowiek, na początku wyciągniętego siłą z tłumu, ewoluowała w miarę upływu drogi. Czy zastanawiał się, kogo i za co tak karzą? Czy próbował się tego dowiedzieć później? Nikt dzisiaj nie zalicza go – oficjalnie – w poczet świętych. A ja myślę, że Kościół i wtedy, i dzisiaj rozwija się właśnie dzięki takim ludziom – w których życie Pan wtargnął przypadkiem, zasiał ziarenko… i nawet umarł na krzyżu. To krótkie zetknięcie, ten wspólny trud dźwigania krzyża z pewnością wystarczył. 

Habemus

No i mamy.

Nie wiemy, kogo, bo nowy papież pewnie w tej chwili przyjmuje homagium kolegium kardynalskiego lub ubiera się w białą sutannę (ciekawe, czy „trafi” w któryś z 3 przygotowanych rozmiarów), można się domyślać. W TVN24 mówili o kard. Angelo Comastrim, bp. Pieronek wspomniał coś o jednym z dwóch faworytów – kard. Angelo Scoli. Ja dzisiaj przypomniałem sobie, w kontekście mojego „typowania” kandydatów 2 wpisy wstecz, o pominiętym nieopatrznie bardzo dobrym kandydacie – kard. Seanie Patricku O’Malleyu OFMCap., metropolicie Bostonu. Szybkość dokonania wyboru sugerować może jedno z dwóch:  jeden z faworytów, albo bardzo szybki kompromis co do innej osoby. 
Niewątpliwie modlitwy całego Kościoła zostały wysłuchane i pewnie ok. godz. 20:00 dowiemy się, kim jest 266 następca św. Piotra. To człowiek, kimkolwiek by był, któremu modlitwy wszystkich ludzi dobrej woli w jego misji niewątpliwie w dzisiejszych realiach świata i Kościoła będą bardzo potrzebne. 

Na miarę naszych czasów

Czas zmierzyć się z tematem, który jest wypadkową, a może i początkiem rozważań wielu (wszystkich?) z nas, pewnie nie tylko katolików. A przede wszystkim – tematem, który stanowi swego rodzaju zadanie, stojące obecnie przed kolegium kardynalskim. 
Nie kim personalnie, bo to jest kwestia następcza, drugorzędna. Jakim człowiekiem powinien być ten, który – jak wierzymy – niebawem zasiądzie na Stolicy Piotrowej? Jakimi przymiotami powinien się odznaczać? 
Poniżej moja prywatna, zupełnie subiektywna lista.
  1. Powinien być ewangeliczny – w tym sensie, że w swojej posłudze powinien nawiązywać do początków tego, kim był Piotr i jego następcy dla Kościoła jak ojciec i ten, który prowadzi, a nie buduje okowy, zasieki i zamyka się w zakrystii jak twierdzy (co pięknie rozpoczął bł. Jan XXIII i jego soborowe aggiornamento, a następni starali się kontynuować).
  2. Musi być człowiekiem młodym i silnym fizycznie – bo pewnie trudno oczekiwać od osoby np. 75-letniej wyjątkowej sprawności i hartu ciała, który fakt bycia głową Kościoła po prostu narzuca – tu nie chodzi o to, czy papież pojedzie rocznie w 2 czy 10 podróży apostolskich, ale o to, że tak czy siak jego tryb życia wymaga bardzo dużych sił fizycznych – bycie globalnym katechetą, ojcem Kościoła który chce być dla tego Kościoła i z nim w najróżniejszych Jego zakątkach po prostu w mojej ocenie dyskredytuje dzisiaj do tej roli osobę o wątłym stanie zdrowia lub po prostu schorowaną (co w sposób piękny w swej dramaturgii ukazał króciutki pontyfikat Jana Pawła I). Młody – w gronie kardynalskim za taką osobę pewnie należało by uznać wiek 60-kilku lat.
  3. Papież musi umieć trafić do ludzi. Skoro ma utwierdzać w wierze, powinien te prawdy w mało może katechizmowy sposób – bardziej dla ludzi zrozumiały (chodzi o formę, nie o zmianę jakiegokolwiek nauczania). W pewien sposób medialność i umiejętność zachowania przed kamerą czy mikrofonem mogą być tutaj pomocne, choć nie traktował bym ich jako wymóg – skromny i nieśmiały naukowiec Joseph Ratzinger nauczył się występować przed tłumami, choć przecież do końca posiłki spożywał tylko ze swoim sekretarzem. Jednocześnie to wszystko, co mówi, musi wypływać z jego własnego doświadczenia wiary – tylko taka postawa pozwoli mu być odbieranym jako autentyczny. Zdecydowanie ułatwi mu to znajomość języków. 
  4. Nowy papież musi być człowiekiem zawierzenia, potrafiącym wsłuchać się w delikatny głos Boga w każdej sytuacji, w jakiej się znajdzie – a niewątpliwie bardzo często będzie musiał podejmować decyzje o znaczeniu strategicznym dla Kościoła, i tylko w Bożej łasce można upatrywać. W tej właśnie postawie musi bić od niego jednoznaczność, zdecydowanie i przekonanie do tego, o czym w danej chwili mówi i naucza – trudno przecież oczekiwać wysłuchania i uwierzenia w słowa kogoś, kto brzmi, jakby sam w to, co mówi nie wierzył. A jednocześnie – musi potrafić swoim nauczaniem trafić tak do tych, którzy nie tylko słuchają go z ufnością, ale także wrogów Kościoła i chrześcijaństwa, czy też wszystkich pomiędzy tymi dwiema grupami: letnich, niewierzących, zdystansowanych, nie zainteresowanych. 
  5. To wręcz nie może być kurialista albo naukowiec, człowiek bez doświadczenia duszpasterskiego. Skutki dość opłakane postawienia takiej osoby na czele dużej diecezji widać choćby w wypadku kard. Stanisława Dziwisza – świetnego sekretarza i powiernika Jana Pawła II, ale miernego biskupa diecezjalnego. Musi mieć własne doświadczenie duszpasterstwa i pomysł na nie – jak pracować z młodzieżą, jak mówić do młodych rodziców, w jaki sposób zwracać się do seniorów. 
  6. Powinien mieć swego rodzau wizję Kościoła i tego, co w ramach swojego pontyfikatu chciałby uczynić. Nie powinien ograniczać się jedynie do doraźnego reagowania i rozwiązywania bieżących problemów, które są jedną stroną medalu, drugą zaś możliwość rozwoju, wzrostu, wychodzenia do człowieka, a nie tylko pozycji defensywnej. Wydaje się, że można mówić o 3 polach działania: aktywizacja śpiącej i coraz bardziej nijakiej Europy, nowe formy w dynamicznym Kościele Trzeciego Świata oraz relacja z islamem. To w pewnym sensie, biorąc pod uwagę kierunek rozwoju Kościoła, może sugerować szukanie kandydatów w gronie purpuratów mających doświadczenie w duszpasterstwie w Trzecim Świecie, wywodzących się stamtąd. 
  7. Musi mieć zmysł w zakresie podejmowania decyzji personalnych, albo umieć dobrać odpowiednich ludzi, którzy tą kwestią się zajmą. Z całym szacunkiem dla Benedykta XVI, proces wyłaniania kandydatów na stolice biskupie chyba jednak nie działał, skoro doszło do masakry w postaci nominacji do Warszawy bp. Stanisława Wielgusa, któremu wyciągnięto brudy współpracy ze służbami komunistycznymi, co powinno zostać przewidziane przez tych, którzy zdecydowali się na taką kandydaturę w ramach nuncjatury. Jan Paweł II miał więcej wyczucia, stykał się z ludźmi, pewne sprawy wiedział z pierwszej ręki poza oficjalnymi kanałami – to chyba dobra droga, np. dopytywanie choćby w ramach wizyt biskupów ad limina apostolorum, nie z Watykanu, kurialistów czy oficjeli z nuncjatur, a właśnie „pracowników terenowych”. To ci, mianowani przez niego, biskupi będą tworzyli obraz Kościoła w diecezjach, docelowo przez wiele lat. Oczywiście, nie każdy ksiądz jest Karolem Wojtyłą i trzeba w tym wszystkim brać pod uwagę kadry Kościoła – nie zawsze tytani, a czasami grzesznicy więksi od świeckich. To pole nie tyle może do przemyślenia, choć także, co do zawierzenia (o którym pisałem w punkcie 4) i przemadlania tych nominacji z Bogiem. W kontekście nominacji warto zwrócić uwagę na to, kogo kreował kardynałem Benedykt XVI – szczególnie w 2012 r., m.in. na zdecydowanie nadprogramowym październikowym konsystorzu. 
  8. Następca Benedykta XVI powinien – choć, oczywiście, nikt go nie zmusi – podjąć dzieło reformy Kurii Rzymskiej. Kto sprawy obserwuje, widział w tym zakresie delikatne ruchy Benedykta XVI, znającego przecież Kurię od środka przez 30 lat. Pewnie zabrakło sił do kroków bardziej radykalnych. Wystarczy posłuchać jednak to, o czym media donoszą w kontekście tematów rozmów na kongregacjach generalnych przed konklawe – okazuje się, że nawet niektórzy kardynałowie nie rozumieją tych struktur oraz celu ich istnienia. A jasno trzeba powiedzieć – celem samym w sobie Kuria nigdy nie była i być nie może. W dużej mierze potrzebne może się okazać jej wietrzenie i reorganizacja, refleksja nad tym, co jest potrzebne, a co zbędne; na co położyć akcent, a gdzie odpuścić. Zadanie to może być tym bardziej trudne, jeśli kandydat zostanie wybrany dzięki poparciu kardynałów kurialnych. 
Nie ma się co łudzić. Bardzo lubię wypowiedź papieża-seniora Benedykta XVI (trzeba się przyzwyczaić do tego pojęcia) odnośnie tego, jak działa konklawe: nie wybiera się Bożego herosa, atlety duchowego i supermena w sutannie, a raczej nie dopuszcza się do wyboru tego, kto by mógł Kościół rozwalić i Mu zaszkodzić. Tym bardziej, że – patrząc na to z perspektywy wiary – Bóg już dobrze wie, kto będzie kolejnym papieżem, a rola kardynałów sprowadza się do zasłuchania się w Niego i dokonanie formalnie powyższego wyboru. 
Niewątpliwie, i ja mam swoich faworytów. Ale o tym, kto i dlaczego, następnym razem.

Nieużytki

W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć. (Łk 13,1-9)

Właściwie ten tekst można by skrócić do zdania: Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz żeby się nawrócił i żył (Ez 33,11). I to nie będzie w żadnym wypadku nieuzasadnione uproszczenie, a po prostu sedno. My jednak tego nie rozumiemy, bo z niezrozumiałych przyczyn zawsze zakładamy, że wiemy lepiej, co „kombinuje” Bóg, że go rozszyfrowaliśmy. Bezinteresowna miłość Boża nie mieści się w ludzkich kalkulacjach, więc po prostu najłatwiej jest ją zanegować i wyśmiać, a swoje robić dalej. 
Te słowa, które dzisiaj padają z ust Jezusa, to nic innego jak kolejny dowód na fakt, iż Bogu po prostu zależy na człowieku i to w sposób absolutny.  Lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie – to żadna pogróżka i zastraszanie, a ostrzeżenie. Zrobisz, co zechcesz – ale wszystko będzie twoje, włącznie z konsekwencjami tego czynu (uproszczona wersja: róbta, co chceta, tylko się potem nie dziwta). Tylko dla tej miłości, z jej powodu, czeka jak ten przysłowiowy Ojciec na syna marnotrawnego. Ok, mógłby ktoś powiedzieć, więc w czym problem? Skoro kocha i czeka – to będzie dalej kochał i poczeka jeszcze trochę, nie? No właśnie nie. Wystarczy przyjrzeć się grzechom przeciwko Duchowi Świętemu – ostatni to „odkładać pokutę aż do śmierci”. Odrębnym i to wyjątkowo ciężkim grzechem jest bowiem igranie z Bogiem – znajomość tego, co wskazuje, i całkowite świadome tego lekceważenie i odkładanie na później. Efekt? Tradycja Kościoła mówi o wiecznym potępieniu… Pytanie – jak je rozumieć; ja całym sercem wierzę w teorię o. Wacława Hryniewicza OMI, czyli tzw. „puste piekło” rozumiane jako to, że człowiek w najgorszym wypadku odbywa karę w ramach przebywania w czyśćcu, aby ostatecznie (nie wiemy, po jakim – czasie? – trafić w kochające ramiona Ojca). Czyli karą jest to, że już po śmierci człowiek, świadomy swojej małości, pokutuje i czeka w czyśćcu, co samo w sobie ma być karą wobec świadomości, że musi to znosić. 
Jezus mówi wyraźnie – nie ma co się oglądać na innych, łatwo mówić: tych to Pan pokarał (jak to było z uzdrowionym, którego kalectwo „miało być” uznane za karę Bożą za… grzechy jego rodziców); wielki, zły mściwy i krwawy Bóg – to jest obrazek, który wyjątkowo łatwo przychodzi. W tych sprawach jesteśmy specjalistam i fachowcami, każdego potrafimy ocenić, podsumować, zaszeregować, nazwać przewinienie. Tylko jakoś ten cały obiektywizm ucieka, kiedy przychodzi do rozliczenia siebie. Okoliczności łagodzące znajdą się wszelkie możliwe, a nawet jak ich nie ma, trzeba sobie tylko dorobić teorii. Tylko że przed Bogiem to tak nie działa. 
Kto jest rośliną, winoroślą, a kto właścicielem ogrodu z dobrym sercem ogrodnika – tu chyba nikt wątpliwości nie ma. Warto zwrócić uwagę – On nie tylko czeka bezczynnie, licząc na nasze opamiętanie. Móglby grzeszników ukarać choćby i teraz, gdyby chciał. U jendego te dosłownie trzy lata, u innych trzynaście, trzydzieści albo i więcej lat puka do serca, i odbija się od niego. Zero owoców, tylkio wyjaławia miejsce, w którym inny te owoce przyniósł by już kilka razy. Ale mimo wszystko – niech nadal rośnie, dam mu szansę, będę pielęgnował.  
Cierpimy nie dlatego, że „Bóg tak chce”, tylko z powodu błędnych wyborów i decyzji, które prowadzą nas w taką a nie inną stronę. Na własne, mniej lub bardziej świadome, życzenie. Bóg nas na grzech nigdy nie skazał – już w Edenie wszystko stało się przez ludzką uległość wobec Złego, przez ego Adama i Ewy – i tak to się toczy dalej. Bóg nie odpuścił – po to przyszedł Jezus, którego 40 dni na pusty, później mękę, śmierć i zmartwychwstanie w tych dniach upamiętniamy i wspominamy, który z miłości przez krzyż przekroczył bramy śmierci jako jej ostateczny Zwycięzca. Otwarta brama, szansa dla każdego. 
Tylko że trzeba jeszcze chcieć z niej skorzystać. 

Po prostu konsekwencja

Faryzeusze przystąpili do Jezusa i chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając zapytał ich: Co wam nakazał Mojżesz? Oni rzekli: Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić. Wówczas Jezus rzekł do nich: Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! W domu uczniowie raz jeszcze pytali Go o to. Powiedział im: Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo. Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego. I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je. (Mk 10,2-16)
Wyjątkowo niepoprawny politycznie fragment, z ubiegłej niedzieli. Jak można – przecież jak się ludzie rozmyślą, to co stoi na przeszkodzie, żeby się rozwiedli i radośnie poszli, każde w swoją stronę? Jak człowiek otworzy co lepsze czasopismo „górnych lotów”, to i przeczytać może o trendzie na party rozwodowe. Świętowanie – ale czego?!?
 
Jezus przypomina tu istotę tego podstawowego ze wszystkich powołań – z całym szacunkiem dla bezżennych (grupa druga) i duchownych (grupa trzecia), nie mniej ważnych, jednak gdyby wszyscy nagle poszli w ich kierunku, ludzkość po prostu by wyginęła – powołania do miłości, małżeństwa i rodzicielstwa. Dwoje ludzi, z różnych środowisk, rodzin, tradycji, czasami i społeczności – odtąd już tylko razem, we dwoje, zapatrzeni w siebie i zarazem wpatrzeni w ten sam kierunek, cel, z których miłości powstaje nowe życie – mały człowiek, który także lat kilkanaście (albo nieco więcej) podejmie decyzję o tym, jak spożytkuje swoje życie.
 

Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! W dzisiejszych czasach niektórym te słowa brzmią jak kolejna groźba. Ani to groźba, ani kolejna. Po prostu zwrócenie uwagi, zasygnalizowanie, przypomnienie – pamiętaj, czego się podejmujesz, jakiego wyboru dokonujesz, komu przysięgasz. Małżeństwo sakramentalne to nie tyle przysięga Bogu złożona – co współmałżonkowi, w obliczu Boga i wspólnoty Kościoła. Bogu może być co najwyżej przykro, że człowiek tej przysiędze się sprzeciwia, że ją później łamie – ale całe zło i ból skierowane są ku tej drugiej osobie, bo to ona jest zdradzona, porzucona, w pewnym sensie okłamana (co do obietnicy trwałości małżeństwa). Nie wnikam tu w kwestie winy – która najczęściej pewnie jest gdzieś po środku, choć przecież nie zawsze. Bóg szanuje wybór człowieka – pragnąc mu błogosławić u progu małżeństwa – ale także przestrzega przed ciężarem gatunkowym zobowiązania, jakie człowiek na siebie przyjmuje. Decydujesz się – więc wytrwaj w tym do końca. Dlatego tak bardzo lubię, gdy podczas uroczystości ślubnych odczytuje się fragment ewangelii, w którym Jezus mówi, a wręcz wzywa: Wytrwajcie w miłości mojej! Wytrwajcie – ale i wy trwajcie.

 
To, że dalej jest mowa o dzieciach, to moim zdaniem nie przypadek. Widzę to w swoim małżeństwie. Jakim wielkim darem jest mały człowiek, który jest twoim dzieckiem! Ile razy, gdy mnie – albo jej – puszczają nerwy, mniej lub bardziej zasadnie, pojawia się albo myśl o malutkim, alboon sam w swojej malutkiej osobie przyjdzie, uśmiechnie się, przytuli… albo po prostu widać w jego oczkach wielkie niezrozumienie, dlaczego mama i tata się denerwują, mówią do siebie podniesionym głosem, i smutek, a czasami płacz. Wtedy serce boli. Wtedy człowiek się opanowuje. Żeby być dobrym rodzicem – trzeba umieć być dla dziecka, a więc postrzegać świat w pewien sposób właśnie jak ono, jak dziecko – prościej, bardziej jednoznacznie, prostolinijnie.
 
Na marginesie – w mojej parafii na mszy dziecięcej jest, przed rozpoczęciem komunii, bardzo fajny obrzęd – właśnie błogosławienia przez księdza dzieci, które są zbyt małe, aby przyjąć Jezusa do serca. Niektóre przybiegają same, inne przynoszą/przywożą w wózkach rodzice. Dokładnie to, o czym mówi Jezus – nakładanie rąk i błogosławienie 🙂

Kim ja tak naprawdę dla ciebie jestem

Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają Mnie ludzie? Oni Mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków. On ich zapytał: A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. (Mk 8,27-35)

Może się wydawać, że te pytania Jezusowe słyszeliśmy już milion razy. No, milion to nie, ale kilka razy w roku – jak ktoś chodzi regularnie do kościoła – to na pewno. Natomiast to pytanie bardzo ważne, choćby dlatego, że problem i dzisiaj jest aktualny. Wtedy, kiedy On je zadawał, jako Bóg-Człowiek chodził pomiędzy ludźmi, mogli się wręcz namacalnie przekonać, kim był. I co? I tak „pudłowali” – że to Jan Chrzciciel (przecież zabity…), że to Eliasz (przecież kilkaset lat wcześniej porwany przez niebiański rydwan), albo którykolwiek z proroków.

Nie jest przypadkiem to, że Jezus w swoim pytaniu skupił się na tym, kim jest dla tych Jemu najbliższych. Ludzie różne rzeczy gadali, gadają i będą gadać – tak samo wtedy, jak i dzisiaj. Stąd to podkreślenie: a WY za kogo mnie uważacie? Tu ewangelista Marek przytacza słowa o Mesjaszu, w innej wersji można usłyszeć także dopowiedzienie: Syn Boga żywego. A jednocześnie ten, który tak dobrze odpowiedział, chwilę później został mocno sponiewierany przez Jezusa. za swoje zbyt ludzkie Jego postrzeganie – oby tylko był blisko, był z nimi, wtedy będzie ok. A misją Jezusa nie było dożycie sędziwej starości, a zapoczątkowanie czegoś wspaniałego, co oni sami – apostołowie – mieli na własną rękę kontynuować, samodzielnie, we własnym imieniu. I Piotr, i pozostali pewnie też, bali się tego, byli bezradni, zbyt mało rozumieli – wystarczy wspomnieć, że dopiero jak Zmartwychwstały sam im wszystko wyjaśniał – choćby na drodze do Kafarnaum – wtedy zrozumieli, że właśnie w tych słowach zapowiadał to, co się miało stać, swoje cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie.

Trzeba się zadeklarować. Za, albo przeciw. Tak – czasami zaprzeć. Zaprzeć, żeby zwyciężyć, żeby zachować to, co najcenniejsze. A nam się tak często wydaje, że wystarczy być „porządnym katolikiem”. Pójść co niedzielę do kościoła (w wykonaniu niektórych – stanie przed kościołem z telefonem w garści), mniejsza o to czy w ogóle słuchać co tam mówią, do spowiedzi też (no, conajmniej jak „uszczęśliwią” rolą świadka do bierzmowania, chrzestnego), kolędę – „siła wyższa”, żeby problemów przy chrzcinach, komunii czy pogrzebie nie robili – wpuścić. Dobra, tyle zniosę, masz – Panie Boże – zobacz, jaki jestem dla Ciebie hojny i porządny. Guzik prawda. A potem? Ile nienawiści, zazdrości, zawiści w pracy, w szkole, na uczelni, ciągła gonitwa w której wszystkie chwyty dozwolone – a której od najmłodszych lat uczymy dzieci, priorytet tego, aby mieć (jak najwięcej, jak najlepsze, jak najnowsze, martkowe, bajeranckie, wypasione). Życie w jednym domu, ale osobno – każdy z nosem w swoim telefonie, komputerze czy przez telewizorem. Brak szczerości, oszukiwanie, kombinowanie, zdradzanie, potem bezsensowne zapętlanie się w spirali własnych wyrzutów sumienienia.

Tak się nie da. Wóz albo przewóz. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka. Jeśli Jezus cokolwiek dla ciebie znaczy – bądź na tyle szczery, żeby miało to jakieś odzwierciedlenie w tym, co i jak robisz. Lepsza autentyczna bezradność wobec zwalczanych słabości, których jesteś świadomy, niż udawana i odgrywana na zewnątrz katolicka porządność. Bóg nie uzdrowi tego, kto tego nie chce – stanięcie w prawdzie o sobie, nawet najtrudniejszej, to jedyny możliwy początek.

>>>

Dwie prośby, intencje: wczoraj widziałem się z mamą, bardzo źle wygląda, ma problemy z oddychaniem i mówieniem (a lekarze co? leki przeciwzakrzepowe – kiedy tu potrzebna diagnoza, co zalega w płucach!), w jej intencji, żeby podleczyli ją, bo w tym stanie to ja żadnej radiologii nie widzę… No i ten mój czwartkowy poranny egzamin, tak na marginesie.

Jak to będzie z tymi żniwami

Jezus odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście! On odpowiedział: Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha! 
(Mt 13,36-43)

Niewiele jest w Ewangelii miejsc, gdzie Jezus tak dokładnie, wprost, że bardziej się nie da, tłumaczy przypowieść. I do tego – uczniom. Nie ma tu jednak ani słowa wyrzutu – po prostu wyjaśnienie. Bo Bóg – Ten prawdziwy – przychodzi do człowieka, aby uprościć, aby wyprostować to co zakręcone i powykrzywiane, aby ułatwić i zatroszczyć się. (W tym kontekście – polecam świetny felieton o. Dariusza Kowalczyka SI z najnowszego GN)
Bóg jako wielki i dobry Siewca, który działa rękami swojego Syna. Nasiona to my – ludki Boże, istniejące od momentu naszego poczęcia, i dążące ku nieskończoności ze swoją nieśmiertelną duszą z jednej strony, i ludzkimi słabościami z drugiej. Każdą swoją decyzją, każdym dokonanym wyborem zbliżamy się do owego Dnia Sądu, tak obrazkowo powyżej opisanego jako żniwa, i stajemy się – a to synami królestwa, gdy postępujemy właściwie, a to synami Złego, kiedy dajemy się owemu Złemu skusić. 
Czy należy powyższe słowa interpretować jako permanentny koniec dla tych, którzy w swoim życiu częściej wybierali Złego, stając się bardziej jego synami? Czy spotka ich los, jaki spotyka chwasty, spalane bez mrugnięcia okiem w ogniu? Nie wątpię – Bóg przyjdzie i będzie sądził. Będą Mu wiadome wszystkie uczynki danego delikwenta, owe zgorszenia i nieprawości. I pewnie tych opornych spotka jakaś, być może bardzo nawet dotkliwa kara w formie czegoś, co znamy jako „czyściec”. Nie wierzę jednak (niestety?) w to, że Bóg – Miłość bez końca – będzie chciał kogokolwiek zatracić na przysłowiowy „amen”, bo – przy całym szacunku dla Jego wielkości i faktu, iż dał nam wolną wolę, to stało by w sprzeczności z Jego umiłowaniem każdego z nas. 
Mamy czas tutaj, na ziemi, dany aby dokonywać wyborów, opowiadać się po Jego lub Złego stronie. W końcowym rozrachunku, przy owych anielskich żniwach, Bóg rozsądzi, i niektórych nagrodzi od razu, a niektórym każe poczekać, i sama świadomość tej konieczności będzie dla nich wydaje mi się dość dotkliwą karą, takim właśnie oczyszczaniem. Zdecydowanie o. Wacław Hryniewicz OMI mnie przekonuje w tym zakresie 🙂
>>>
To był – jeszcze jest – dość napięty i intensywny czas. Podjąłem decyzję i zrealizowałem ją – porozumiałem się z pracodawcą co do rozwiązania umowy. Formalnie pracuję do końca sierpnia, praktycznie zaś 2 sierpnia jestem ostatni dzień, reszta to proporcjonalny wymiar urlopu do wykorzystania. Materialnie na tym stracimy – kilkaset złotych mniej; forma zatrudnienia w nowym miejscu też mniej ciekawa – umowa na zastępstwo zamiast umowy na czas nieoznaczony (ale zakładam, że będzie dobrze, jak się sprawdzę to zatrudnią normalnie). No i niepełny etat – w urzędzie się tak nie da, że niby jesteś, ale jeden dzień w tygodniu Cię nie ma. Ale pod każdym względem praca będzie spokojniejsza, lepsza, bardziej normalna, w sensowniejszych godzinach – będę w domu wcześniej. Urząd – fakt, w pewnym sensie „wielki powrót”. 
Tak więc wszystko jakby się układało. Ostatnie 3 dni w tej pracy. Zupełnie inne podejście do wszystkiego, spokój, dystans. Nie rusza mnie to już. Na nic się nie napinam, nie muszę się wykazywać – bo i po co, przede wszystkim dlatego, że nawet kiedy mi zależało i się wykazywałem, to nikt nawet tego nie zauważał.
Mama szczęśliwie przeszła pierwszą serię chemioterapii, w kontekście tego, jakie mogły być, naprawdę praktycznie obyło się bez komplikacji i skutków ubocznych. Trzymamy mocno kciuki, teraz odpoczywa, niestety przez tropikalną pogodę trudno się oddycha.  

Wiejska światłość i dobre rozeznanie

>Wyspy, posłuchajcie Mnie! Ludy najdalsze, uważajcie! Powołał Mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię. Ostrym mieczem uczynił me usta, w cieniu swej ręki Mnie ukrył. Uczynił ze mnie strzałę zaostrzoną, utaił mnie w swoim kołczanie. I rzekł mi: Tyś Sługą moim, Izraelu, w tobie się rozsławię. Ja zaś mówiłem: Próżno się trudziłem, na darmo i na nic zużyłem me siły. Lecz moje prawo jest u Pana i moja nagroda u Boga mego. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą. A teraz przemówił Pan, który mnie ukształtował od urodzenia na swego Sługę, bym nawrócił do Niego Jakuba i zgromadził Mu Izraela. A mówił: To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi. 
(Iz 49,1-6)

Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem. (Łk 1,57-66.80)
Zamiast 12. niedzieli zwykłej, słuchaliśmy wczoraj tekstów z uroczystości narodzenia św. Jana Chrzciciela (jeśli ktoś ma wątpliwości co do znaczenia takiego wyróżnienia Jana – wystarczy przypomnieć, że w liturgii Kościoła wspominamy tylko 3 narodzenia: narodzenie Pana, narodzenie Matki Bożej – i Jana właśnie). 
Dla mnie ta Msza była szczególna w taki sposób, w jaki szczególną była dotąd każda, kiedy człowiek ma świadomość, że ostatni raz – przed przeprowadzką na nową placówkę – odprawia ją ksiądz, do którego człowiek się przywiązał. Z tym, o którym piszę, nie znaliśmy się bezpośrednio. Pracował u nas, w sumie, tylko rok. Mimo wszystko, dla mnie był tym, którego słuchałem najchętniej. Czy to z ambony – w ramach niedzielnych homilii, czy tych głoszonych w ramach kilkuzdaniowych rozważań w tygodniu. Czy to w konfesjonale, do którego – gdy spowiadał więcej niż 1 kapłan – zawsze stało najwięcej chętnych. Czym się wyróżniał? Wiekiem – w sumie, też niezręczna sytuacja, gdy wikariusz jest kilka lat starszy (wiekiem i kapłaństwem) od proboszcza – na pewno. Ale głównie tym, że mówił prosto, do serca, w sposób zrozumiały dla ludzi, bez jakiś górnolotnych frazesów i wyświechtanych sformułowań, które ułożone w dowolnej konfiguracji stanowią wielokrotnie złożone zdanie, pasujące na każdą okazję – czyli o niczym, nijak. Tak, zdecydowanie wolę coś takiego od najpiękniej napisanego i przeczytanego tekstu z kartki. 
Co mnie ucieszyło – ów ksiądz do nowego wyzwania podchodzi z radością, z zapałem i optymizmem. Co nie  jest tak oczywiste biorąc pod uwagę, dokąd idzie – przysłowiowy koniec świata, wieś na opłotkach diecezji, popegeerowska okolica, biedna dość, 2 kościoły zabytkowe wymagające sporych nakładów, a przy tym dziedziczony po poprzedniku dług na spłatę prac już wykonanych. Pewnie nie jest on „światłością dla pogan”, o której – w kontekście Jezusa, na 600 lat przed Jego narodzeniem – prorokował w I czytaniu Izajasz, jednak wydaje się, iż jego zadaniem w najbliższym czasie będzie właśnie takie świecenie, oświetlanie i rozpromienianie tamtych ludzi, z ich sprawami, problemami, radościami i smutkami, właśnie tam dokąd Bóg wolą biskupa go kieruje, właśnie między nimi i z nimi, właśnie w zakresie tego, z czym oni w swojej rzeczywistości kroczenia drogami życia będą się mierzyć.
Tego mu życzę. Żeby jego kapłaństwo pięknie się realizowało w tej zupełnie dla niego nowej rzeczywistości, żeby umiał do tych ludzi dotrzeć, żeby umiał zaradzić ich potrzebom i owocnie prowadzić ich do Boga, a Boga im przybliżać. 
A wracając do tekstów – to słowa o powołaniu. Powołaniu, które niestety dość często – patrząc po ludziach – mylnie rozpoznajemy. Bo trzeba odróżnić dwie sprawy – znalezienie/rozpoznanie powołania, a dokonanie wyboru. Dwa kroki, jeden prowadzący do drugiego – tylko że pomylić można przy każdym z nich. Izajasz mówi jakby o walce, jaką człowiek toczy – nie z Bogiem, ale z samym sobą – dopóki właściwie nie odkryje swojego powołania. Co – w wypadku błędnej decyzji – może oznaczać brak szczęścia, spełnienia przez całe życie. Niestety. Nie potrafimy słuchać Boga, nie potrafimy się w Niego zasłuchać, przez co podejmujemy decyzje, przekonani że jest zgodna z Jego wolą, podczas gdy kierujemy się tak naprawdę tylko swoim chceniem, swoim ego i swoim widzimisię. Nic dziwnego, że takie drogowskazy często prowadzą w złą stronę. Gdy trafiamy w niewłaściwe miejsce – w szkole, na studiach, w pracy – staramy się ten stan rzeczy zmienić, zmieniając klasę, uczelnię, kierunek studiów, czy szukając innego zatrudnienia. A gdy człowiek zabłądzi przy tej najważniejszej życiowej decyzji – małżeństwo, kapłaństwo czy życie zakonne?
Rodzina i krewni Zachariasza i Elżbiety od narodzin Jana zastanawiali się „kimże będzie to dziecię?”. To postawa jak najbardziej słuszna, i szkoda, że dzisiaj wydawać się może, że ludzie – owszem, też tak podchodzą – ale jedynie do kwestii wykształcenia (żeby szkoła była prestiżowa, najlepiej przedszkole prywatne, no i matura na maxa, żeby się na najlepszy kierunek dziecko dostało) i pozycji zawodowej oraz materialnej. Trzeba zakładać, że kieruje nimi autentyczna troska o człowieka, o jego dobro, o wykorzystanie umiejętności i możliwości. Należy jednak brać też pod uwagę, jaki ten człowiek jest – czym się interesuje, co go pociąga, do czego ma uzdolnienia czy predyspozycje. Nie raz i nie dwa razy zdarza się, że dziecko jest unieszczęśliwiane przez rodziców, którzy wyżywają się na nim, każąc realizować ich własne, niespełnione kiedyś, aspiracje.  
Wsłuchujmy się w głos Boga. Czasami lepiej przeczekać, żeby wszystko potrwało dłużej, ale być pewnym podejmowanej decyzji, wykonywanego kroku. Nic dziwnego, że dzisiaj coraz więcej zgromadzeń i wspólnot zakonnych tworzy dodatkowy etap na drodze zakonnej – jeszcze przed nowicjatem – gdzie kandydat żyje razem ze wspólnotą, ale nie jako jej członek, i ma np. rok czasu na przyglądanie się jej, na rozeznanie. Bo o nie właśnie – o to dobre rozeznanie – chodzi. Gdy serce się ku czemuś rwie – wsłuchaj się z Boży głos w środku. Nogi gdzieś niosą – ale czy to jest dobre? Teraz człowiek już gdzieś leci – ale jak będzie to wyglądało w perspektywie np. 5 czy 10 lat? W interesie własnym i tych wszystkich, których swoją pochopną decyzją możesz skrzywdzić, albo krzywdzić w przyszłości. Masz jedno życie, i pewne decyzje można podjąć tylko raz. 
To nie są pesymistyczne słowa – tylko prawdziwe. To słowa przestrogi dla wszystkich, którzy są o krok od podjęcia pochopnej decyzji. Przemyśl ją, a najlepiej przemódl. Może warto wyjechać na chwilę, pobyć gdzie indziej, aby się zastanowić? A pamięci modlitewnej polecam dzisiaj wszystkich, którzy w tym czasie podejmują pierwsze dorosłe wybory, maturzystów. Niech Boże światło wskaże im tę właściwą drogę – nie najłatwiejszą, najprzyjemniejszą czy najprostszą – ale tę jedyną, bo ich własną.