Powołanie do wolności

Gdy dopełniał się czas wzięcia Jezusa z tego świata, postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: ”Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?”. Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka. A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: ”Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz”. Jezus mu odpowiedział: ”Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł wesprzeć”. Do innego rzekł: ”Pójdź za Mną”. Ten zaś odpowiedział: ”Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca”. Odparł mu: ”Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże”. Jeszcze inny rzekł: ”Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu”. Jezus mu odpowiedział: ”Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego”. (Łk 9,51-62)

Czasami dobrym punktem wyjścia do rozważania Słowa Bożego jest zdanie sobie sprawy, co wydaje się być sednem, istotą danego tekstu. O czym Jezus mówi w tym fragmencie. W tym tekście, sprzed chyba 2 tygodni, widzimy obrazek o uczniach, którzy na polecenie Pana „wybrali się w drogę”. Ale tak naprawdę, to tekst o wybieraniu – przez każdego z nas, zarówno jego drogi w tym szerszym rozumieniu (drogi życia), jak i o codziennych, zwykłych wyborach (które finalnie składają się na to, kim jesteśmy). 

Czytaj dalej →

Daj Bogu zaowocować w sobie

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A więc: poznacie ich po ich owocach. (Mt 7,15-20)

Pomimo, że te słowa padły i zostały spisane ok. 2000 lat temu, to wydaje mi się, że my dzisiaj mamy w tym zakresie – rozeznania, co jest dobre i złe – o wiele trudniej niż współcześni Jezusowi.

Czytaj dalej →

Dramat Heroda i wiara Józefa

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: Z Egiptu wezwałem Syna mego. Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma. (Mt 2,13-18)

Zasygnalizowałem już myśl tego tekstu w jednym z poprzednich – dramat Heroda polegał na tym, że poszukiwał Jezusa z niewłaściwych pobudek. Nie da się ukryć, szukał Mesjasza – ale nie po to, aby oddać Mu pokłon i uwielbić Go, ale aby położyć swoje łapy na Tym, którego uważał za konkurenta, i Go po prostu wyeliminować. Zabić. To pokazuje, że do stajenki betlejemskiej można iść także nieuporządkowanym, ze złem w sercu i w wielkim zagubieniu. 
No właśnie – można. I korci mnie, żeby napisać, że samo to, że taki ktoś po ludzku pogubiony idzie do Betlejem nie jest złe, bo zawsze może poddać się łasce Boga, kiedy już tam dotrze. Ma taką możliwość. Ma wybór. Punkt wyjścia to wyruszenie w drogę, po drodze może się wydarzyć wiele, ale i samo spojrzenie Zbawicielowi w oczy może dosłownie uzdrowić człowieka i oczyścić ze wszystkiego, co w nim jest słabe i złe. 
 
Tylko że trzeba tego chcieć, wyrazić takie pragnienie. A Herod chciał – owszem – ale pozbyć się problemu, bo w jego kategoriach takim właśnie była Maleńka Miłość. Stąd szaleństwo zabijania dzieci – które Kościół wspominał wczoraj jako Młodzianków Męczenników – w określonym wieku (teoretycznie nie udokumentowane i nie wynikające ze źródeł na taką skalę, jak to opisuje ewangelista – a raczej tego typu wydarzenie trafiło by do kronik; może było nieco na mniejszą skalę? i tak pozostawało szaleństwem i przekroczeniem jednego z przykazań); co więcej, które miało dotknąć także rodzinę władcy, jako że zabił także kilkoro swoich dzieci i jedną z żon (przy czym – co trzeba wyjaśnić – historycy wprost wskazują, że cierpiał on na chorobę umysłową). Ci maleńcy nie zdążyli wyznać wiary w Jezusa, ale oddali swoje życie z Jego powodu.
 
Duch Święty przechytrzył tyrana. Mędrców wysłał do domu inną drogą (Mt 2, 12 – znowu, jak przy Józefie i jego wątpliwościach co do ciąży Maryi, Bóg przynosi odpowiedź we śnie), a Józefowi po prostu kazał uciekać do Egiptu. Przypadek? Bynajmniej. Wypełnienie proroctwa z księgi Ozeasza (Oz 11, 1). Pojęcie „Słowo stało się ciałem” nabiera całkiem nowego znaczenia, kiedy człowiek się wsłuchuje w nie – jest twórcze, napędza do dobrego działania, owocuje właściwym kierunkiem i konkretnymi decyzjami w życiu. Tak, jak u Józefa, który pewnie rozważał wiele wariantów tego, co począć. We mnie ono staje się ciałem wtedy, kiedy zaufam Bogu i pozwolę Mu się poprowadzić. Nawet, a może przede wszystkim wtedy, kiedy po ludzku wydaje się to absurdalne.
Ciekawostka – wyczytałem w bardzo fajnej książce Maryja. Biografia Matki Bożej Pawła Nowakowskiego (taka maryjna lektura adwentowa, choć nie najprostsza, to z wieloma ciekawostkami i bardzo precyzyjnie oparta na źródła, również apokryficznych) – właśnie z tej sytuacji niektórzy tłumaczą to, że Jezus był położony w żłobie. Nie ot tak, ale ze względu na poszukiwania siepaczy Heroda. Maryja miała Go po prostu… schować pomiędzy sianem w żłobie i dzięki temu uratować przed zabiciem.

Nadzieja głośniejsza od strachu

Ten obrazek powyżej znalazłem chyba 01 listopada, tak sobie rozmyślając – jak to będzie. Nie, nie mam problemu z tym, czy „po drugiej stronie” odnajdę tych, których kochałem, za którymi tęsknię bo odeszli czy odchodzą – wierzę w to mocno. Ale w takich momentach powraca pytanie – no tak, ale co z pozostałymi? Co z innymi? A nawet… co, jeśli ktoś z tych mi bliskich nie osiągnął po śmierci zbawienia? 
I tu przychodzi z pomocą nieoceniony i uwielbiany przeze mnie „teolog nadziei” czyli o. Wacław Hryniewicz OMI w rozmowie z Marcinem Żyłą z jednego z ostatnich numerów TP pt. „Jasna strona śmierci” (polecam – na stronie TP udostępniają wiele tekstów w całości, w tym ten, wystarczy założyć konto). 
O tym, jak bardzo chcemy Boga upchnąć w nasze ramy ludzkich ograniczeń i postawić tamę dla Jego miłości, co do której równocześnie przyznajemy, że nie ma granic (sprzeczność dość oczywista, prawda?). O tej pięknej perspektywie, gdy człowiek – już po zamknięciu swojej drogi tutaj – sam zobaczy, jakby retrospekcję, to jaki był, co robił… i wtedy chyba nikt świadomie Boga nie odrzuci. O Bogu, który działa po coś, i jeśli uświadamia człowiekowi słabość i zło – to po to, aby ten mógł wyciągnąć wniosek i miał szansę dokonania dobrego wyboru, bo kara jako sama w sobie jest bez sensu. 
Kawałek tejże rozmowy poniżej (podkreślenia wyłącznie moje):
Te dwa światy – ziemski i wieczny – przenikają się, choć tego nie widzimy i nie możemy usłyszeć tak wyraźnie, jak słów Ewangelii. Jezus obiecał: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do końca świata” (Mt 28, 20). I mówił: „Zapewniam was, to, co uczyniliście jednemu z tych braci [i sióstr] moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” (Mt 25, 40).
Tu jest właśnie ten styk życia i śmierci, wymiaru ziemskiego i boskiego. W drugim człowieku, który potrzebuje pomocy, spotykamy się z Niewidzialnym.
 

Dzieci jednak i tak nie przestaną pytać o zmarłych: gdzie oni są? 

Odpowiadajmy im: nie błąkają się. Człowiek zabłąkany to ktoś, kto stracił orientację, nie może znaleźć wyjścia, ma poczucie, że nikt nie wie, gdzie on jest. Zmarli są po stronie Boga, w nowym domu, gdzie „jest wiele mieszkań” (J 14, 2). Nie wydzielajmy im specjalnych miejsc. Może potrzebują jeszcze oczyścić się z tego, co złego uczynili? Muszą trochę poczekać?
 

Czy przeczuwają, jaki los ich czeka?

Czekają na Sąd. Ale wierzę, że będzie to Sąd życzliwy. Sędzią jest Bóg miłujący ludzi. Po śmierci każdy zobaczy, jakie było jego życie. Bóg, który jest Miłością i Światłością, pomoże mu je zobaczyć. Potępi to, co było niedobrego. Jeśli ukarze, to tak, aby kara nas uleczyła, poprawiła i nawróciła.
 

Kara nie będzie wieczna?

Bóg nie chce kary, która byłaby niegodna Jego samego. Kara, która nie ma żadnego celu – która wyczerpuje się w samej tylko czynności karania – do niczego nie prowadzi. To tylko my, ludzie, potrafimy karać i nie przebaczać. Ci, którzy odchodzą, pozostają w zasięgu Bożego wzroku, Jego niepojętej troski. Tam prawdziwie jednają się z tymi, których skrzywdzili. Przedzierają się do Bożego światła, są przez Boga przyciągani.
Teologowie uważali, że moment śmierci jest dla człowieka chwilą ostatecznej decyzji. Stoisz w obliczu śmierci, masz już większe rozeznanie niż za życia. Widzisz, że istnieje ta Niewidzialna Rzeczywistość. Decyduj się. W kościelnym nauczaniu ze śmierci uczyniono granicę możliwości nawrócenia.
Wiodący od początku chrześcijaństwa przez wieki nurt nadziei na powszechność zbawienia nie ogranicza decyzji do momentu śmierci. Przekonuje, że nawrócenie możliwe jest też później. Wierzę, że ze zmarłymi może być tak jak z niegrzecznym dzieckiem, któremu rodzice mówią: idź teraz do swojego pokoju, przemyśl, co niedobrego zrobiłeś lub zrobiłaś. Potem tata lub mama pukają do drzwi: następuje pojednanie, ucałowanie, łzy, radość. Nadzieja głosi, że spotkamy się wszyscy po drugiej stronie. To jest także moja życiowa nadzieja.
 

Spotkamy się tam wszyscy bez wyjątku?

Ten nurt myślenia ma w chrześcijaństwie swoich wielkich orędowników i poważne racje. Z biegiem lat widzę ich coraz więcej. Mowa w tym nurcie bowiem o nadziei, która ma swoje argumenty. Nie jest tylko ślepą, płytką nadzieją ufającą Bogu miłosiernemu i sprawiedliwemu. Nie jest wyrazem przekonania, że Bóg przebacza, „bo to jego zawód”. Bóg nie jest naiwnym tatusiem. Potrafi nie tylko przebaczać, ale i stawiać wymagania.
Jestem przekonany, że świadectw nadziei jest w Piśmie Świętym więcej niż tych o tzw. wiecznej Gehennie. Jeżeli Bóg dopuszcza jakąś karę, jest to kara w celu poprawy, nawrócenia, uzdrowienia. Inna kara naprawdę nie byłaby godna Jego miłosiernej sprawiedliwości i sprawiedliwego miłosierdzia.
Być może nie nadszedł jeszcze czas, który sprzyjałby takiemu życzliwemu spojrzeniu na myślenie o terapeutycznej karze dla grzeszników. Oficjalna doktryna Kościoła, opowieść o przerażającym piekle, pozostaje wciąż zawieszona nad wiarą i nadzieją chrześcijan. Ale nadzieja woła głośniej niż lęk i strach. Jestem tego pewien. Gdy było się blisko śmierci, pozostaje wtedy po prostu więcej ufności i zaufania dobremu Bogu.

Boże wyposażenie

Jezus powiedział do swoich uczniów: To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,39-48)

Sprawiedliwość Pana Boga można rozpatrywać w wielu różnych aspektach – i jeden z nich został bardzo ładnie zobrazowany w tym fragmencie. Nie ma jednej, uniwersalnej  miarki, którą przyłożą do każdego z nas w godzinie Sądu Ostatecznego, ważąc dobro i zło, które było naszym udziałem. Jesteśmy różni od siebie, każdy jest zupełnie inny, pomimo wszelkich podobieństw nie ma dwóch takich samych osób na świecie. Różne mamy dary, talenty i możliwości – od których zależy to, w jakiej dziedzinie i co możemy zdziałać. O ile nam się zachce. No właśnie…
Jeśli ktoś dostał więcej – zrozumiałe jest, że więcej się od niego wymaga i oczekuje niż od tego, który ma mniejsze możliwości i mniej otrzymał. Pan Bóg wymaga od nas na tyle, na ile nas wyposażył – nigdy na wyrost. Niektórym się może wydawać, że On przesadza – ale wtedy jest kwestia tego, na ile mi się chce, na ile mam wolę zrobienia czegoś, a nie tylko bezmyślnego wylegiwania się i czekania na przysłowiowe boskie zmiłowanie. O ile bardzo często ja nie zdaję sobie sprawy z tego, ile mogę, jak wiele jestem w stanie zrobić – o tyle kto jak kto, ale Stwórca wie to najlepiej; często lepiej niż ten, o kogo chodzi. 
Szkoda, że wielu jest takich, którym się wydaje, że są przebiegli, że mogą poużywać sobie i nie ponosić później konsekwencji złych wyborów. Tak się nie da po prostu – tylko najczęściej się o tym przekonujemy, kiedy właśnie dochodzi do podobnej, jak w powyższym obrazku sytuacji: zawaliłem i wyszło to w przykry sposób na jaw. Dziwi nieco pytanie Piotra – do nas mówisz? – bo to „wy” Jezusa w sposób oczywisty jest skierowane do wszystkich, którzy Go słuchają, a może przede wszystkim tych, którym się wydaje, że ich to nie dotyczy. 
Ten ewangeliczny obrazek to taki bardzo praktyczny przykład gotowości – tej, o której można się przekonać nie na podstawie CV, deklaracji czy rekomendacji danej osoby, ale na podstawie tego, jak człowiek żyje; jakich dokonuje wyborów i przede wszystkim: co robi z tymi darami, talentami i możliwościami, w które wyposażył go Pan. Nam się może wydawać, że mamy słabe wyposażenie – ot, taki samochód w wersji standard. Ale w każdym w wypadku Boże wyposażenie, niekoniecznie rzucające się w oczy, błyszczące i przyciągające uwagę, jest na miarę tego, który je otrzymuje – i przy odrobinie wysiłku ma mu pomóc osiągnąć to, co najważniejsze. 

Piątek w ciszy zadumy, albo…

Trudno przytaczać całość tesktu, jaki słuchamy w kościołach w ramach wielkopiątkowej liturgii Męki Pańskiej (żadnej Mszy Świętej – jak to czasami można usłyszeć). 
Dla mnie to był zawsze dzień dużego wyciszenia. Wielki Czwartek jest jakby bardziej wypełniony – rano Msza Krzyżma, wieczorem Msza Wieczerzy Pańskiej, adoracje, przygotowania. W okresie nauki szkolnej był to dzień wolny, był wtedy czas na adorację w ciągu dnia. Wielki Piątek już jakby inaczej. Nie ma Mszy Świętej rano – tabernakulum świeci pustką, a z kolei świecąca zwykle wieczna lampka ani wieczna, ani świecąca. Wszystko ogołocone z ozdób, kwiatów, dekoracji – surowe, postne, powściągliwe. Przez cały Wielki Post nabożeństwa drogi krzyżowej do wyboru – rano, po południu, wieczorem; w Wielki Piątek już tylko jedna, dla wszystkich, którzy to wydarzenie chcą wspominać. Chyba wszędzie pełny kościół. 
Wydarzenia rozważane, z jednej strony wielkie, ale rozgrywające się na bardzo krótkiej przestrzeni, może jednej doby. Jeszcze przed chwilą radosna Pascha – za chwilę pojmanie, atak na Malchusa, kolejne zaparcia się Piotra, „kolędowanie” od Annasza do Kajfasza, Piłata, słynne ecce homo do rozwydrzonego tłumu już po ubiczowaniu, wyrok, aż wreszcie te 14 stacji, prowadzących do umęczenia na drzewie krzyża. Niby każdy je zna, ale dotykają – mnie przynajmniej – za każdym razem bardzo mocno. 
Gdzie my się w tym odnajdujemy? Tak wczoraj właśnie doszedłem do wniosku, że tego dnia wszystko sprowadza się do jednego – wyboru, decyzji, zajęcia stanowiska. Po której stronie jestem? 
Tych, którzy w ciszy (albo w wielkiej rozpaczy – jak pokazywał to Gibson w Pasji) towarzyszyli Jezusowi w drodze krżyzowej do końca wierni – Maryi, Jana, kobiet. Którzy nie przerazili się, doszli do końca, stali pod krzyżem, byli świadkami zarówno ostatniego Jego tchnienia, jak i rozdarcia się zasłony niebios. Tych, którzy choć po ludzku to nie miało żadnego sensu – nie zwątpili i towarzyszyli Mu nawet wtedy, gdy na pierwszy rzut oka przegrywał ostatnie, co Mu pozostało: życie. Czy z powodu wielkiej wiary? Czy z powodu przywiązania, miłości? Czy dla jednego i drugiego? A może nawet nie szli z Nim tą drogą – a dołączyli do Zbawiciela, jak Dyzma, Dobry Łotr, już na krzyżu, tuż obok? Zdążył. 
A może jednak swoimi wyborami, podejmowanymi decyzjami, słowami, czynami,  myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem plasujemy się po drugiej stronie – w rozwrzeszczanej bandzie Żydów, których twarde i nieczułe serca po prostu zamknęły się i nie pozwoliły Mu działać, bo zamiast spróbować posłuchać i zrozumieć, otworzyć się, woleli Go podpuszczać, kombinować i starać się podchwycić na jakimś potknięciu czy błędzie doktrynalnym? Czemu między nimi? Może ze złej woli, olewactwa, pójścia na łatwiznę, relatywizmu. A może właśnie z przekombinowania, przesady, zaplątania się w próbach bycia tym porządnym, ok, ale jednak (coś tam). Albo wreszcie z powodu tego, że w głębi serca zdajemy sobie sprawę z tego, że On miał rację – jednak wobec własnej beznadziei i niekonsekwencji nie stać nas na nic innego, jak tylko wywrzaskiwanie w cichej rozpaczy, pomimo całego bezsensu takiego działania… 
Jest jeszcze trzecia opcja. Szymon z Cyreny. Ten, którego z początku przymusili; nie wiemy, czy Jezusa znał, słyszał o Nim, wiedział, komu karzą mu pomagać. Ja mocno wierzę, że to taki cichy bohater – ten, który może nawet nie zdawał sobie sprawy, kogo wsparł. Nie sądzę, aby Mu nie współczuł, nie ulitował się nad losem Jezusa. Z pewnością postawa tego człowiek, na początku wyciągniętego siłą z tłumu, ewoluowała w miarę upływu drogi. Czy zastanawiał się, kogo i za co tak karzą? Czy próbował się tego dowiedzieć później? Nikt dzisiaj nie zalicza go – oficjalnie – w poczet świętych. A ja myślę, że Kościół i wtedy, i dzisiaj rozwija się właśnie dzięki takim ludziom – w których życie Pan wtargnął przypadkiem, zasiał ziarenko… i nawet umarł na krzyżu. To krótkie zetknięcie, ten wspólny trud dźwigania krzyża z pewnością wystarczył. 

Nieużytki

W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć. (Łk 13,1-9)

Właściwie ten tekst można by skrócić do zdania: Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz żeby się nawrócił i żył (Ez 33,11). I to nie będzie w żadnym wypadku nieuzasadnione uproszczenie, a po prostu sedno. My jednak tego nie rozumiemy, bo z niezrozumiałych przyczyn zawsze zakładamy, że wiemy lepiej, co „kombinuje” Bóg, że go rozszyfrowaliśmy. Bezinteresowna miłość Boża nie mieści się w ludzkich kalkulacjach, więc po prostu najłatwiej jest ją zanegować i wyśmiać, a swoje robić dalej. 
Te słowa, które dzisiaj padają z ust Jezusa, to nic innego jak kolejny dowód na fakt, iż Bogu po prostu zależy na człowieku i to w sposób absolutny.  Lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie – to żadna pogróżka i zastraszanie, a ostrzeżenie. Zrobisz, co zechcesz – ale wszystko będzie twoje, włącznie z konsekwencjami tego czynu (uproszczona wersja: róbta, co chceta, tylko się potem nie dziwta). Tylko dla tej miłości, z jej powodu, czeka jak ten przysłowiowy Ojciec na syna marnotrawnego. Ok, mógłby ktoś powiedzieć, więc w czym problem? Skoro kocha i czeka – to będzie dalej kochał i poczeka jeszcze trochę, nie? No właśnie nie. Wystarczy przyjrzeć się grzechom przeciwko Duchowi Świętemu – ostatni to „odkładać pokutę aż do śmierci”. Odrębnym i to wyjątkowo ciężkim grzechem jest bowiem igranie z Bogiem – znajomość tego, co wskazuje, i całkowite świadome tego lekceważenie i odkładanie na później. Efekt? Tradycja Kościoła mówi o wiecznym potępieniu… Pytanie – jak je rozumieć; ja całym sercem wierzę w teorię o. Wacława Hryniewicza OMI, czyli tzw. „puste piekło” rozumiane jako to, że człowiek w najgorszym wypadku odbywa karę w ramach przebywania w czyśćcu, aby ostatecznie (nie wiemy, po jakim – czasie? – trafić w kochające ramiona Ojca). Czyli karą jest to, że już po śmierci człowiek, świadomy swojej małości, pokutuje i czeka w czyśćcu, co samo w sobie ma być karą wobec świadomości, że musi to znosić. 
Jezus mówi wyraźnie – nie ma co się oglądać na innych, łatwo mówić: tych to Pan pokarał (jak to było z uzdrowionym, którego kalectwo „miało być” uznane za karę Bożą za… grzechy jego rodziców); wielki, zły mściwy i krwawy Bóg – to jest obrazek, który wyjątkowo łatwo przychodzi. W tych sprawach jesteśmy specjalistam i fachowcami, każdego potrafimy ocenić, podsumować, zaszeregować, nazwać przewinienie. Tylko jakoś ten cały obiektywizm ucieka, kiedy przychodzi do rozliczenia siebie. Okoliczności łagodzące znajdą się wszelkie możliwe, a nawet jak ich nie ma, trzeba sobie tylko dorobić teorii. Tylko że przed Bogiem to tak nie działa. 
Kto jest rośliną, winoroślą, a kto właścicielem ogrodu z dobrym sercem ogrodnika – tu chyba nikt wątpliwości nie ma. Warto zwrócić uwagę – On nie tylko czeka bezczynnie, licząc na nasze opamiętanie. Móglby grzeszników ukarać choćby i teraz, gdyby chciał. U jendego te dosłownie trzy lata, u innych trzynaście, trzydzieści albo i więcej lat puka do serca, i odbija się od niego. Zero owoców, tylkio wyjaławia miejsce, w którym inny te owoce przyniósł by już kilka razy. Ale mimo wszystko – niech nadal rośnie, dam mu szansę, będę pielęgnował.  
Cierpimy nie dlatego, że „Bóg tak chce”, tylko z powodu błędnych wyborów i decyzji, które prowadzą nas w taką a nie inną stronę. Na własne, mniej lub bardziej świadome, życzenie. Bóg nas na grzech nigdy nie skazał – już w Edenie wszystko stało się przez ludzką uległość wobec Złego, przez ego Adama i Ewy – i tak to się toczy dalej. Bóg nie odpuścił – po to przyszedł Jezus, którego 40 dni na pusty, później mękę, śmierć i zmartwychwstanie w tych dniach upamiętniamy i wspominamy, który z miłości przez krzyż przekroczył bramy śmierci jako jej ostateczny Zwycięzca. Otwarta brama, szansa dla każdego. 
Tylko że trzeba jeszcze chcieć z niej skorzystać. 

Kim ja tak naprawdę dla ciebie jestem

Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają Mnie ludzie? Oni Mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków. On ich zapytał: A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. (Mk 8,27-35)

Może się wydawać, że te pytania Jezusowe słyszeliśmy już milion razy. No, milion to nie, ale kilka razy w roku – jak ktoś chodzi regularnie do kościoła – to na pewno. Natomiast to pytanie bardzo ważne, choćby dlatego, że problem i dzisiaj jest aktualny. Wtedy, kiedy On je zadawał, jako Bóg-Człowiek chodził pomiędzy ludźmi, mogli się wręcz namacalnie przekonać, kim był. I co? I tak „pudłowali” – że to Jan Chrzciciel (przecież zabity…), że to Eliasz (przecież kilkaset lat wcześniej porwany przez niebiański rydwan), albo którykolwiek z proroków.

Nie jest przypadkiem to, że Jezus w swoim pytaniu skupił się na tym, kim jest dla tych Jemu najbliższych. Ludzie różne rzeczy gadali, gadają i będą gadać – tak samo wtedy, jak i dzisiaj. Stąd to podkreślenie: a WY za kogo mnie uważacie? Tu ewangelista Marek przytacza słowa o Mesjaszu, w innej wersji można usłyszeć także dopowiedzienie: Syn Boga żywego. A jednocześnie ten, który tak dobrze odpowiedział, chwilę później został mocno sponiewierany przez Jezusa. za swoje zbyt ludzkie Jego postrzeganie – oby tylko był blisko, był z nimi, wtedy będzie ok. A misją Jezusa nie było dożycie sędziwej starości, a zapoczątkowanie czegoś wspaniałego, co oni sami – apostołowie – mieli na własną rękę kontynuować, samodzielnie, we własnym imieniu. I Piotr, i pozostali pewnie też, bali się tego, byli bezradni, zbyt mało rozumieli – wystarczy wspomnieć, że dopiero jak Zmartwychwstały sam im wszystko wyjaśniał – choćby na drodze do Kafarnaum – wtedy zrozumieli, że właśnie w tych słowach zapowiadał to, co się miało stać, swoje cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie.

Trzeba się zadeklarować. Za, albo przeciw. Tak – czasami zaprzeć. Zaprzeć, żeby zwyciężyć, żeby zachować to, co najcenniejsze. A nam się tak często wydaje, że wystarczy być „porządnym katolikiem”. Pójść co niedzielę do kościoła (w wykonaniu niektórych – stanie przed kościołem z telefonem w garści), mniejsza o to czy w ogóle słuchać co tam mówią, do spowiedzi też (no, conajmniej jak „uszczęśliwią” rolą świadka do bierzmowania, chrzestnego), kolędę – „siła wyższa”, żeby problemów przy chrzcinach, komunii czy pogrzebie nie robili – wpuścić. Dobra, tyle zniosę, masz – Panie Boże – zobacz, jaki jestem dla Ciebie hojny i porządny. Guzik prawda. A potem? Ile nienawiści, zazdrości, zawiści w pracy, w szkole, na uczelni, ciągła gonitwa w której wszystkie chwyty dozwolone – a której od najmłodszych lat uczymy dzieci, priorytet tego, aby mieć (jak najwięcej, jak najlepsze, jak najnowsze, martkowe, bajeranckie, wypasione). Życie w jednym domu, ale osobno – każdy z nosem w swoim telefonie, komputerze czy przez telewizorem. Brak szczerości, oszukiwanie, kombinowanie, zdradzanie, potem bezsensowne zapętlanie się w spirali własnych wyrzutów sumienienia.

Tak się nie da. Wóz albo przewóz. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka. Jeśli Jezus cokolwiek dla ciebie znaczy – bądź na tyle szczery, żeby miało to jakieś odzwierciedlenie w tym, co i jak robisz. Lepsza autentyczna bezradność wobec zwalczanych słabości, których jesteś świadomy, niż udawana i odgrywana na zewnątrz katolicka porządność. Bóg nie uzdrowi tego, kto tego nie chce – stanięcie w prawdzie o sobie, nawet najtrudniejszej, to jedyny możliwy początek.

>>>

Dwie prośby, intencje: wczoraj widziałem się z mamą, bardzo źle wygląda, ma problemy z oddychaniem i mówieniem (a lekarze co? leki przeciwzakrzepowe – kiedy tu potrzebna diagnoza, co zalega w płucach!), w jej intencji, żeby podleczyli ją, bo w tym stanie to ja żadnej radiologii nie widzę… No i ten mój czwartkowy poranny egzamin, tak na marginesie.

Wybierz Boga, który i tak wybrał ciebie

Chaotycznie nieco będzie, bo kilka spraw. 

Jan Chrzciciel tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym. W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. (Mk 1,6b-11)
Kluczowe jest tutaj zakończenie. Umiłowany, upodobanie. Sformułowania bardzo mocne, nacechowane wieloma emocjami. Bóg wypowiedział je odnośnie swojego Syna tylko dlatego, że Jezus był nim właśnie, Synem Boga samego?
Bóg określił tak Jezusa, ponieważ wiedział, na co Go posyła i ile On dokona. Nie przyszedł z wielkim wojskiem, nie wybił do nogi przeciwników, nie zaprowadził rządów – ok, bożych – ogniem i mieczem. Szedł przez życie zupełnie inaczej. Nie złamał trzciny nadłamanej, nie zagasił knotka o nikłym promyku. Miłował, uzdrawiał, nauczał, pocieszał. Bezinteresownie. Bo to było najważniejsze. Bo zależało Mu na tych, do których szedł. 
Jan posługiwał się w odniesieniu do Jezusa bardzo wymownym porównaniem – sugerował, że grzesznik nie ma prawa nawet rzemyka u sandałów mu rozwiązać. Czyli wykonać czynności najmniejszego sługi. Czy Jezusowi o to chodziło, aby wszyscy padali Mu do nóg i rzucali się do Jego sandałów? Raczej nie. Więc o co?
O to, by człowiek podjął decyzję. By człowiek zdecydował się, czy jest za Bogiem, czy przeciwko Niemu; czy chce iść przez życie z Nim, czy obok Niego albo bez Niego (w sumie to bez znaczenia). Żaden przymus. To w moim interesie, w interesie mej wiarygodności i uczciwości choćby wobec samego siebie jest, abym był autentyczny. Wybieram Boga, albo wybieram coś/kogoś innego. Bóg Ojciec wybrał, wskazał swojego Syna – wiedział bowiem, że On nie zawiedzie ani Jego samego, ani ludzi, dla których zbawienia Go posłał na świat. 
To nie jest tak, że Bóg i Kościół są w opozycji do świata. Punktem odniesienia jest właśnie Bóg. Jeśli coś nie gra, można w ciemno – niestety – założyć, że coś nie jest tak, jak być powinno, w tym co lansuje i promuje świat. Nigdy na odwrót. Ludzie Kościoła mogą błądzić i grzeszyć, natomiast sam Kościół nie. I to z jego punktu widzenia człowiek wierzący ocenia rzeczywistość. Oczywiście, każdy ma swój własny rozum (nie po to, żeby mieć, ale żeby z niego korzystać), ale Kościół podpowiada, wskazuje drogę. 
Ile jeszcze potrwa zanim sam będę mógł szczerze powiedzieć: Jezus, w Tobie mam upodobanie? 
>>>
Kościół wzbogaci się 18 lutego o 22 nowych kardynałów.
>>>
Skończyłem czytać „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego” Magdaleny Grzebałkowskiej, czyli książkę o + ks. Janie od Biedronek. Książka napisana świetnie. Na początku bardzo ciekawie oddane realia początku XX w. I dalej, przez życie księdza. Wiernie, szukając prawdy – więc czasami także dobitnie opisując pewne zachowania czy postawy: księdza samego czy jego otoczenia; nie w celu malowania przerysowanej laurki, ale w celu pokazania, jak było naprawdę. Na przeszło 350 stronach opisane życie postaci szczególnie barwnej i wyjątkowej, nie tylko jak na realia polskie.
Ks. Jan był człowiekiem bardzo złożonym, i co tu dużo mówić – dziwakiem. A jednocześnie poetą religijnym poczytnym chyba jak żaden inny, w kraju i za granicą. Miał swoje słabości, miał swoje dziwactwa – ale we wszystkim był pięknie autentyczny, wierny Bogu i oddany swojej posłudze. 
Książkę bardzo mocno polecam. 
>>>
Żonka złożyła rezygnację, została przyjęta. Szczegółów pewnie dowiem się w domu, ale kamień z serca.

>>>

Krótko na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie można jej jednoznacznie krytykować i podsumowywać. Niestety, państwo nie wywiązuje się z obowiązku zapewnienia pewnego poziomu usług medycznych i potrzebnego do tego sprzętu – więc trzeba cieszyć się, że jest WOŚP, który tę lukę łata, jak może. Żeby tę akcję potępić – trzeba umieć jednocześnie spojrzeć w oczy wielu osobom – dzisiaj dwudziestolatkom, a może młodszym, którzy żyją, bo gdzieś tam, kiedy potrzebowali tego jako maleńkie dzieci, mogli skorzystać ze sprzętu ufundowanego przez WOŚP. Owszem, Jurek Owsiak i nie tylko odcinają z tego kupony – prawda jest taka, że sam to wymyślił, więc ma do tego prawo. Fajno, że pomyśleli i puszki Orkiestry stoją także w kasach dużych sklepów, hipermarketów – skoro ludzie w niedzielę już muszą iść na zakupy, to niech chociaż przy tej okazji się podzielą z innymi.  Owszem, są też mankamenty – nie podoba mi się bardzo, że w dniu WOŚP wolontariusze obstawiają wyjścia z kościołów dosłownie kordonem, tak że nie da się wyjść; tego być nie powinno. I tak już na marginesie – szkoda, że tak medialnie potrafi być prezentowana WOŚP, podczas gdy cicho, ale za to systematycznie, dzień w dzień, rok w rok działający Caritas, który rocznie zbiera 100 razy więcej pieniędzy, nigdy nie doczekał się takiej darmowej reklamy czy choćby prawdziwego uznania. Bo jak „kościelne”, to złe.

Błogosławieństwa i przemiana

Dzisiaj sporo – bo całość niedzielnej liturgii słowa jakaś taka wyjątkowa. 

Pan rzekł do Abrama: Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi. Abram udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał, a z nim poszedł i Lot. (Rdz 12,1-4a)

W pierwszym czytaniu Bóg mówi, każe Abramowi wyjść z majątku jego ojca, porzucić to wszystko, i iść w bliżej nieokreślonym kierunku. Coś, co szczególnie w tamtej kulturze, w tamtych czasach w głowie się nie mieściło – bo nie miało sensu. Rolą mężczyzny było dorośnięcie i przejęcie majątku po ojcu, jego tożsamość była określona tym, kim był ojciec, jaki i gdzie posiadał majątek. Jednak – Bóg jest zdecydowany. Dobrze trafił, bo Abram podejmuje to wyzwanie, porzucając de facto wszystko, co mogło mu zapewnić bezpieczeństwo, stabilizację – i wychodzi tam, dokąd wskazuje drogę Bóg.

Gdyby dzisiaj zapytać przypadkowe osoby, jak im jest, czy czują się dobrze w swojej skórze, w swoim miejscu, czasie i roli – większość pewnie by powiedziała, że nie. To taki nasz problem. W narzekaniu jesteśmy mistrzami świata, w podsumowywaniu innych i ocenianiu także. Tylko ze sobą rzadko potrafimy zrobić porządek, w ogóle uznać, że jest coś do zrobienia.

Co zrobił Jezus cudownie rozmnażając chleb? Wzniósł oczy do nieba i zaczął błogosławić. Co u ciebie? Stara bieda. Wciąż źle ci się wiedzie? Ciągle spuszczasz wzrok na ziemię i przeklinasz?

Idealnie oddane i sformułowane. I tak chodzimy w kółko, jak Izraelici na pustyni te 40 lat, i źle nam jest, i nie możemy się odnaleźć. Bo za mało w nas błogosławieństwa, a za dużo złości, pogardy, pewności siebie, egoizmu, materializmu, i tylu innych rzeczy. Pójście za Bogiem, tą czasami dziwną i w ogóle bez sensu po ludzku drogą nabiera innego wymiaru i celu dopiero w kontekście tego, co Bóg obiecuje. Błogosławieństwa.

Spójrz w niebo, jak małe dziecko wznieś ręce do góry i krzyknij: Jezu, ufam Tobie! Przyjdzie tak samo, jak odszedł. Będzie miał wzniesione ręce. Do błogosławieństwa, nie do uderzania. Wzniósł je już raz na krzyżu, gdy przyciągnął ziemię do nieba. Teraz każdy, kto wznosi ręce, naśladuje ten najważniejszy gest świata. Błogosławieństwo.

Żeby błogosławieństwo otrzymać, trzeba go pragnąć. Bóg kieruje je do każdego z nas – nie każdy jednak chce je przyjąć. Warto wznieść ręce, wyjść ku Bogu i pójść za Nim tam, dokąd prowadzi. Każdy z nas ma swoje Ur chaldejskie, swój Charan – i gdzieś tam, na horyzoncie, ziemię obiecaną, Kanaan. Pytanie tylko – czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy chcemy zaryzykować i postawić wszystko, aby do niego dotrzeć, odnaleźć je?

Weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! On nas wybawił i wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami. Ukazana zaś została ona teraz przez pojawienie się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię. (2 Tm 1,8b-10)

Kto choć raz miał okazję wziąć udział w koncercie formacji 2 Tm 2, 3 – z pewnością zna te słowa, które oni obrali za swoje motto. I te słowa mają nas w pewien sposób – podobnie jak tekst I czytania – ukierunkowywać. Nie swoimi siłami – a według mocy Boga! Tu nie chodzi o to, aby wszystko zrobić samemu, aby być samodzielnym ponad wszystko i przede wszystkim, pokazać coś komuś (głównie sobie). Tak się nie da. Człowiek ma swoje ograniczenia – zbawić się nie da rady, choćby nie wiem jak chciał. Zbawienie do wielki dar Boga, który trzeba umieć przyjąć, na który trzeba chcieć się otworzyć.

Mnie ten tekst jakby uderzył z innej strony. Od niespełna 2 tygodni jestem tatą malutkiego Dominika. Wszystko się przestawiło – akcenty, priorytety. Pewnie, człowiek się w czasie ciąży żony do tego przygotowywał, oswajał – ale tak naprawdę to się stało, gdy maluszek się urodził. Staramy się z żonką, poświęcamy cały czas dla synka praktycznie (ona – dosłownie; ja – poza pracą). Ciężko jest, bo człowiek nienawykły do tego, że co 1,5-2 h w nocy wstawać musi, uspokoić, przewinąć, pomóc żonie przy karmieniu, a potem jeszcze uśpić; jak potrzeba – wstając po x razy. Do tego, w naszym wypadku, dochodzą pewne problemy natury logistycznej – kwestia za małego mieszkania, które musi nam się udać sprzedać – co gdzieś tam wisi, choć teoretycznie powinno się udać dość sprawnie zrobić, i z uzyskanych pieniędzy dostać kredyt na większe. Ale na razie to założenia i spora droga do ich realizacji.

Widzę, jak bardzo – mimo, że wydaje mi się, że jakoś tam jestem człowiekiem wierzącym – zmienia to nastawienie do Boga. Kilka tekstów temu, na krótko po urodzeniu synka pisząc o tym wydarzeniu, kiedy napisałem, że nigdy się tak mocno nie modliłem, jak w czasie porodu – nie wiedziałem, że wiele się zmieni w mojej relacji z Bogiem. Jak często – o ile częściej niż dotychczas – będę się do Niego zwracał. Możesz stawać na głowie, robić niby wszystko dobrze, a i tak są problemy, niepewność. Żeby się odnaleźć w tej sytuacji, żeby nie zwariować z powodu (zupełnie zrozumiałych) wątpliwości w nowej rzeczywistości. Modlitwa dotąd też była istotnym elementem mojego życia – ale dopiero teraz widzę, co to znaczy właściwie modlitwa ciągła, modlitwa która jest obecna właściwie we wszystkim, co robisz; taka permanentna prośba skierowana do Boga, aby uzupełnił to, czego brakuje moim działaniom, i im błogosławił.

Kto tu walczy. Ja czy Bóg? Dlaczego każda modlitwa tak wiele ostatnio mnie kosztuje? Bo biorę jej ciężar na siebie. Tymczasem Bóg zaprasza: złóż swój ciężar na Mnie. Oddaj mi swój czas. Usiądź, odetchnij, zaufaj. To nie ty jesteś zbawicielem swojej rodziny. Oddaj mi swoje problemy. Otwórz bramy! Ja wejdę.

Z Bogiem nie ma ciężarów nie do udźwignięcia. Nawet, gdy jest to nowa rzeczywistość, do której człowiek niby to przygotowany i z którą oswojony. A jednak.

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie. (Mt 17,1-9)

Jakie musiało być zdziwienie trzech wybranych uczniów. Znali Jezusa w tej ludzkiej naturze, w ludzkiej formie, w ludzkim wyglądzie. Naraz jednak zobaczyli Go takim, jakim jest, co wyznajemy, mówiąc: Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Bóg-człowiek po raz pierwszy namacalnie ukazał swoje bóstwo, pozwolił aby górę wzięła Jego boska natura. Zastanawia mnie – czemu jakby ukrył to wydarzenie, dopuszczając do niego tylko tę trójkę: tego, który się Go zaprze, a później stanie na czele wspólnoty Kościoła; tego, który jako jedyny wytrwa do końca przy krzyżu; i tego, który stanie na czele wspólnoty w Jerozolimie.

Skąd te słowa Piotra – dobrze, że tu jesteśmy? One w kontekście tej sytuacji nie miały sensu. Człowiek Bogu do szczęścia nie jest potrzebny (choć Bóg zatraca się, dosłownie, dla zbawienia człowieka). Bóg bez człowieka byłby tak samo Bogiem, poradziłby sobie. Jednak wypowiedź ta mówi o czymś innym, bardzo ważnym, co jakby wychodzi z Piotra mimochodem. O potrzebie Boga w człowieku, o potrzebie bliskości człowieka względem Boga. Przyczyn można szukać daleko – tak jednak ma być docelowo, w niebie. Bóg z człowiekiem, bez tego, co słabe, małe, złe. Pełnia szczęścia.

Cały ten obrazek nabiera jednak znaczenia dopiero w kontekście tego, co dalej. Życie i misja uczniów nie skończyła się na Taborze tamtego dnia. To było wydarzenie, moment – a potem powrót do rzeczywistości. Dalsze wydarzenia (zaparcie Piotra) pokazały, że może nie od razu i nie zupełnie zrozumieli to, co się dokonało, czego stali się świadkami. Przedsmak nieba, kwadrans z przebóstwionym Jezusem – aby, zachowując to w pamięci, zejść do doliny codziennego życia nie tyle z nową nadzieję, co nadzieją na nowo i trwale ożywioną. Może tylko o to chodziło – aby zachować w pamięci to wydarzenie. Właśnie z Nim w sercu powrócić do tego, co codzienne, nigdy nie tracąc z oczu widoku Przemienienia.

(wszystkie cytaty – poza biblijnymi – pochodzą z książki Marcina Jakimowicza Pełne zanurzenie, o której napiszę następnym razem)