Błogosławione w sam raz. Gra jest warta świeczki. Jest się z czego cieszyć.

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. (Mt 5,1-12a)
Na czym polegał fenomen Jezusa? Na tym, że ludzie Go czcili? Bynajmniej. Tego nie było za Jego życia, to zaczęło się sporo później, wcale nie od razu po Jego śmierci i zmartwychwstaniu. Czczenie Go to przejaw wiary nam współczesny. Tylko że to dalej za mało. Wskazówka jest w prawie każdym tekście ewangelicznym. Co jest tłem? Tłumy ludzi. Co robili? Szli za Nim. Nie opowiadali, że w Niego wierzą, czasami owszem zadeklarowali, iż wierzą, że jest Mesjaszem – ale po prostu za Nim szli, słuchali Go, chłonęli to, co i jak mówił. 

Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Zatem błogosławieni wszyscy ci, którzy – z rozwagą i pełną świadomością siebie, swoich słabości i ograniczeń – podchodzą do swojej wiary, i rozumieją, że przemiana, nawrócenie i efekty pracy nad sobą możliwe są tylko Jego mocą. Ja się staram, ja ciągle się zmieniam, ja się wysilam – ale działa On i Jego łaska. Pozytywne efekty to Jego zasługa, Jego dar. Ubóstwo rozumiane jako pokora. 
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Zatem błogosławieni ci, którzy potrafią zrozumieć konsekwencje własnej słabości, bycia takim, jakim jestem naprawdę. Tu niewiele jest do radości, o ile człowiek potrafi być sam wobec siebie krytyczny i spojrzeć z dystansem. Radość jest wtedy, gdy człowiek – jak Bóg – patrzy dalej i widzi perspektywę tego, ile może osiągnąć, zawierzając Jemu i z Nim idąc przez życie, nie byle jak i byle gdzie, ale do konkretnie wskazanego celu, jakim jest zbawienie. Celu, jaki człowiek osiągnąć może tylko z Nim, z Bogiem. Ja i moje słabości, to, co mnie determinuje, przytłacza, z czym sobie nie radzę – to ten smutek na początku. On pomaga, aby w Jego świetle ten smutek przerodził się w coś pełnego nadziei, coś nadzieją przepojonego. O ile pozwolę Mu się pocieszyć i w Nim tego pocieszenia szukam. 
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Zatem błogosławieni ci, którzy nie muszą swoich racji wykrzykiwać na pierwszych stronach gazet, w tv, radiu, przerzucać się słowami w odmętach www. Bo zwykle najgłośniej krzyczą ci, którzy mają najmniej do powiedzenia, a za słowami bardzo rzadko idą jakiekolwiek, nie mówiąc o tych obiecanych, czyny. Ludzie, którzy mają najwięcej albo w ogóle coś do powiedzenia, zostają gdzieś w tle, z tyłu, bo się sami na afisz nie pchają. Nie szukają uznania i chwilowych zachwytów – rozumieją, jak często są one ulotne, a w ogóle nieszczere. W ciszy lepiej nie tylko słychać – Boga, ale też drugiego człowieka z jego problemami i potrzebami – ale też widać. Cisza to to, co konieczne, bez zbędnych słów. Wystarczające minimum. 
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Zatem błogosławieni ci – i błogosławione same ich pragnienia – którzy kierują je i których dotyczą one tego, co naprawdę ważne. Bóg nigdy nie pozwoli człowiekowi pozostać spragnionym. Pokazał to w obrazku z Samarytanką przy studni – przyszła po wodę, znalazła odpowiedzi na nurtujące ją pytania, o wiele ważniejsze. Pokazał, dając wyraźnie do zrozumienia, że niczego nie zabraknie człowiekowi, który z Nim idzie przez życie – na weselu w Kanie Galilejskiej, kiedy sprezentował cudownie nowożeńcom 6 stągwi przedniego wina. Pokazał to w sytuacjach, gdy cudownie rozmnażał chleb i rybki – z kilku sztuk po nakarmieniu wielkich tłumów pozostało słynnych 12 koszy ułomków. Ludzie tak się w Niego zapatrzyli, także Dwunastu, że zapomnieli prozaicznie o pokarmie. Jezus wiedział, że jest potrzebny i konieczny. Dlatego go nie zabrakło. Mnie może się wydawać, z moimi przyzwyczajeniami i zachciankami, że jest za mało, albo wcale. Bóg troszczy się o to, żeby było w sam raz.
Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Zatem błogosławieni ci, których miłosierdzia wystarczy dla wszystkich – nie tylko wokół, innych, ale i samych siebie. Jak często problem ze mną samym polega na tym, że w rozpaczaniu nad swoją głupotą, małością i grzesznością zapominam, że Bóg wybaczy, gdy o to poproszę, i zaczynam tracić nadzieję. Albo gdy w zapamiętałym gniewie i wściekłości odgrażam się komuś, kto – mniej lub bardziej – czymś na złość zasłużył. Ale nie na brak miłosierdzia. Nie każdego muszę lubić – ale każdego mam kochać, miłować. I dla każdego powinienem mieć miłosierdzie. Miłosierdzie – nie różnie pojętą interesowność. 
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Zatem błogosławieni ci, którzy pamiętają o podstawie. Można być człowiekiem najbardziej oddanym sprawom potrzebujących, zaangażowanym we wszelkiej maści zbożne dzieła, a być od Boga daleko. Bo serce brudne. Bo, choć kościołów i księży czekających na takich, jak ja, wszędzie wokół w naszym kraju pełno – ja wiem swoje, i może od wielkiego dzwonu pójdę do tej spowiedzi (w końcu przykazanie nakazuje), a i tak niby to zapomnę co trudniejszych, wstydliwych grzechów. Bóg czeka na nasze popisy, na nasze dokonania – ale gdy jesteśmy uporządkowani, gdy potrafimy zadbać o tę podstawę, czyste serducho. Nie oczekuje, że będziemy bez grzechu – bo tacy po prostu nie jesteśmy i nie będziemy. Ale oczekuje i pragnie, z miłości, żebyśmy w tej prawdzie o sobie przed sobą i przed Nim stawali. Ciągle upadamy – ale powołani jesteśmy do ciągłego powstawania. Tylko że aby powstać, trzeba najpierw uświadomić sobie upadek. 
Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Zatem błogosławieni ci, którzy przedkładają pokój nad własne ambicje. Bo nie chodzi o to, żeby było zawsze moje na wierzchu, żebym ja miał ostatnie słowo, żeby kłócić się tak długo, aż inni dla świętego spokoju odpuszczą i przyznają rację. Pokój a spokój – niby to samo, a jak różne pojęcia. Ten tzw. święty spokój to coś, w czego imię ludzie wiele bez sensu są w stanie zrobić, byle go osiągnąć – jakby to było panaceum na wszystko. To, co się dzieje wokół – Białoruś, Egipt, Irak – to najlepsze dowody na to, że własne cele, ambicje i korzyści nadal biorą górę nad dobrem ogółu. Bóg mówi wyraźnie – wprowadzać pokój, a nie pod takim pretekstem drążyć i jątrzyć konflikty. A w ogóle – jaki pokój? Tylko ten, nawet trudny i kosztowny, ale od Niego pochodzący. Tylko on będzie trwały.
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Zatem błogosławieni ci, którzy są wytrwali i nie uciekają, gdy zaczynają się schody i trudności (co ma miejsce zawsze – pytanie, prędzej czy później?). Błogosławieni, którzy poza deklaracjami, chcą je spełnić i dotrzymać słowa. A co ważne – potrafią odróżnić to, co ważne i prawdziwie sprawiedliwe, od spraw błahych, i zaangażować się tylko w te pierwsze. W naszych czasach, paradoksalnie, można odnieść wrażenie, że bardzo łatwo poznać, co dotyka spraw ważnych, co jest tą sprawiedliwością błogosławioną – praktycznie zawsze budzi to dziwny, niezrozumiały i w sposób naciągany uzasadniany sprzeciw. To właśnie ta sfera, w której znoszeniu prześladowań mam być twardy.
Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Zatem błogosławieni ci, którzy w swojej wytrwałości i gotowości do ponoszenia konsekwencji podjętych decyzji, potrafią zachować jednocześnie dobrą optykę, żeby być pewnym, że od Boga pochodzi to, za co walczą, przy czym się upierają i czego nie chcą odpuścić. Zły nie śpi, podsuwa różne podpuchy – nietrudno dać się nabrać, rzucając na szale zapał, wytrwałość i wiele innych ważnych spraw. Gdy to od Złego pochodzi – trzeba umieć przyznać się do błędu, obrócić na pięcie i po prostu odejść, nie zamartwiając się nad straconym czasem, wysiłkiem czy poniesionymi kosztami – to i tak nie mogło przynieść dobrych owoców.  Gdy od Boga to pochodzi – choćby nie wiem, jak prześladowali, i tak przegrają. A gra jest warta świeczki. Jest się z czego cieszyć.
Jedno trzeba z pewnością powiedzieć jasno – błogosławieństwa to żadna laurka, niedościgniony wzór ideałów, którym żaden z nas nie jest. To zakres obowiązków (jak w pracy), biznesplan, pomysł i drogowskaz. Nie dla bliżej nieokreślonej, bezkształtnej, bezimiennej i anonimowej masy pt. chrześcijanie, katolicy – ale dla każdego z nas, wskazanego z imienia i nazwiska. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć (1 Kor 1, 27).Wielu – nawet większości – może się wydawać, że błogosławieństwa, ewangelia, przykazania to relikt przeszłości, symbol zacofania, krótkowzroczności, ciemnogrodu, dewocji i czego tam jeszcze. To ich problem. Wartościowanie tego świata bardzo często jest zupełnie na opak. Naszym, wierzących, gwarantem jest Bóg – a świata?
(Żeby być rzetelnym, nie przemilczę i zacytuję komentarz Jana Turnaua właśnie do tego krótkiego cytatu powyżej, o głupocie: Wszelako Bóg nie wybrał niektórych wypowiedzi duchownych i świeckich katolików, które są jednak głupie, nie da się ukryć. Tu „świat” ma rację, a raczej inni katolicy po prostu. Trzeba mu oddać – ma rację. Czasami ręce opadają, jak ludzie – duchowni też – podpisują Pana Boga pod czymś)
Błogosławieństwo polega na tym, że to wszystko ma się w indywidualny, najlepszy z możliwych, ale równocześnie zawsze mój własny, wyjątkowy tylko dla mnie sposób zrealizować właśnie w moim życiu. O ile tego zapragnę, o ile Bogu na to pozwolę, o ile sam się trochę postaram.

Dlaczego zwlekasz?

Ja jestem Żydem – mówił – urodzonym w Tarsie w Cylicji. Wychowałem się jednak w tym mieście, u stóp Gamaliela otrzymałem staranne wykształcenie w Prawie ojczystym. Gorliwie służyłem Bogu, jak wy wszyscy dzisiaj służycie. Prześladowałem tę drogę, głosując nawet za karą śmierci, wiążąc i wtrącając do więzienia mężczyzn i kobiety, co może poświadczyć zarówno arcykapłan, jak cała starszyzna. Od nich otrzymałem też listy do braci i udałem się do Damaszku z zamiarem uwięzienia tych, którzy tam byli, i przyprowadzenia do Jerozolimy dla wymierzenia kary. W drodze, gdy zbliżałem się do Damaszku, nagle około południa otoczyła mnie wielka jasność z nieba. Upadłem na ziemię i posłyszałem głos, który mówił do mnie: Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? Kto jesteś, Panie? odpowiedziałem. Rzekł do mnie: Ja jestem Jezus Nazarejczyk, którego ty prześladujesz. Towarzysze zaś moi widzieli światło, ale głosu, który do mnie mówił, nie słyszeli. Powiedziałem więc: Co mam czynić, Panie? A Pan powiedział do mnie: Wstań, idź do Damaszku, tam ci powiedzą wszystko, co masz czynić. Ponieważ zaniewidziałem od blasku owego światła, przyszedłem do Damaszku prowadzony za rękę przez moich towarzyszy. Niejaki Ananiasz, człowiek przestrzegający wiernie Prawa, o którym wszyscy tamtejsi Żydzi wydawali dobre świadectwo, przyszedł, przystąpił do mnie i powiedział: Szawle, bracie, przejrzyj! W tejże chwili spojrzałem na niego, on zaś powiedział: Bóg naszych ojców wybrał cię, abyś poznał Jego wolę i ujrzał Sprawiedliwego i Jego własny głos usłyszał. Bo wobec wszystkich ludzi będziesz świadczył o tym, co widziałeś i słyszałeś. Dlaczego teraz zwlekasz? Ochrzcij się i obmyj z twoich grzechów, wzywając Jego imienia! (Dz 22,3-16)
We wczorajsze święto nawrócenia św. Pawła – ciekawe samo w sobie, bo jest to chyba jedyny przypadek w kalendarzu liturgicznym, gdy z nazwy świętuje się czyjekolwiek nawrócenie – zezwala na pewną dowolność: czytać można tekst powyższy (relację samego zainteresowanego), albo Dz 9, 1-22 (relację osoby trzeciej, autora Dziejów Apostolskich). Opisy osób postronnych może i są bardziej wiarygodne – w końcu nie piszą sami o sobie – ale ja jednak chyba wolę tekst samego Szawła/Pawła. Bo jest bardziej prawdziwy, bardziej jego. 
 
Szaweł nie był człowiekiem niewierzącym – był wykształconym, należał do stronnictwa faryzeuszów. Z pochodzenia Żyd – jednakże posiadał obywatelstwo rzymskie. Tradycja wskazuje, że to o nim jest mowa we fragmencie Dz 7, 58 – o wiele wcześniejszym ukamienowaniu pierwszego męczennika, Szczepana – które miało mieć miejsce, gdy Szaweł był jeszcze dzieckiem/młodzieńcem. Był bardzo gorliwy w tej swojej wierze, i w tej gorliwości – posiadając stosowne dokumenty – podróżował z zamiarem wysyłania do więzień tych pleniących się wszędzie heretyków, rozpowiadających na prawo i na lewo o jakimś Jezusie, co to go zabili, ale niby zmartwychwstał…
 
Wiele emocji, wiele chęci i zapału – a jednak, jak błądził. Czego potrzebował? Gwałtownego przebudzenia, policzka, czegoś dramatycznego. Można powiedzieć – jego nawrócenie pewnie jakoś było cudowne na swój sposób, bo niewiele osób może powiedzieć, że coś takiego przeżyło. Ciekawy i piękny jest także sposób, w jaki działa Jezus – nie dotyka Szawła jakimś spektakularnym krzyżem, nie każde odpokutować: pyta. Dlaczego Mnie prześladujesz? Może dlatego, że widział serce Szawła i wiedział, że to, co dotychczas czynił, czynił z powodu wiary? 
 
Mnie ta sytuacja nieco przypomina obrazek z Zachariaszem – nie uwierzył w Bożą obietnicę co do urodzenia się Jana Chrzciciela, i Bóg pokarał go na długi czas za niedowiarstwo, odbierając mowę. Ciekawe, czy ślepota potrwała by dłużej, gdyby Szaweł nie uwierzył, że rozmawia z samym Bogiem? Trudno było jednak o brak wiary, gdy człowieka otacza jasność, i słyszy głos, rozmawia z – nieżywym, bo zabitym przecież, na co są świadkowie – człowiekiem, którego zwolenników tropi od dawna jako wyznawców fałszywego mesjasza. 
Co dalej? Zrobił to, co Bóg mu wskazał. Poszedł, poprowadzony – bo jeszcze niewidzący – za tymi, których Bóg postawił na jego drodze. Żeby utwierdzić go w tym, że zetknął się z Bogiem żywym – ten, do którego Jezus go posłał, dokonuje sam cudu – przywraca Szawłowi wzrok. Zatem – najpierw niesamowite spotkanie i dialog ze zmarłym; niezrozumiała utrata wzroku i cudowne jego odzyskanie. I, jakby tego mało, sam Ananiasz dobitnie pokazuje palcem, co ma robić dalej: Bóg naszych ojców wybrał cię, abyś poznał Jego wolę i ujrzał Sprawiedliwego i Jego własny głos usłyszał. Bo wobec wszystkich ludzi będziesz świadczył o tym, co widziałeś i słyszałeś. Dlaczego teraz zwlekasz? Ochrzcij się i obmyj z twoich grzechów, wzywając Jego imienia! Szaweł mógł sam już rozumieć, i pewnie już rozumiał, jaką drogę ma dla niego Pan, co jest logicznym następstwem, konsekwencją tego, co spotkało go na drodze do Damaszku. Jednak Bóg, wiedząc o ludzkiej słabości, braku zdecydowania, wskazuje to wprost w ustach, mówi mu co ma robić. Wystarczy posłuchać. 
 
Morał z tego wszystkiego? Kilka. Gorliwość nie wystarczy – bo można być gorliwym w złej, błędnej sprawie. Bo sama gorliwość może krzywdzić, o ile nie jest postawą w słusznej sprawie. Poza tym – nawrócenie to nie tylko zadanie dla ateistów, agnostyków czy niewierzących. To zadanie dla każdego, także (a może – przede wszystkim?) tego, kto sam siebie uznaje za dobrego albo poprawnego chrześcijanina, katolika. Dobre mniemanie o sobie samym nie zmienia naszej słabości, łatwości upadania i bylejakości – choćby nie wiem, jak dobrze się wydawało, że jest, zawsze trzeba być uważnym i gotowym do dalszej pracy nad sobą. Innym można słabości wytykać palcami, ale dopiero, gdy człowiek jest świadomy własnych i walczy z nimi. Do tego potrzeba odwagi – odwagi spojrzenia na siebie nie takim, jak by się chciało być; nie takim, jakim czasami mnie widzą inni; ale takim, jakim się jest. Tutaj zawsze jest pole do popisu, bo do ideałów nam daleko. 
 
Każdy z nas ma swoją drogę do Damaszku. Można przez nią próbować przemknąć, przecisnąć się niezauważonym, żeby Bóg się nie przyczepił, żeby nie wrzucił na plecy jakiegoś zadania, co do którego nie czuję się w ogóle na siłach. Byle jak, po najmniejszej linii oporu. A można ją przejść, jak Szaweł – dać się zrzucić z konia i oślepić przez Boga, ale wyjść z niej z wiarą i nadzieją umocnionymi spotkaniem z Panem, z prawidłowo ustawionymi priorytetami, z nowym i lepszym, bardziej przenikliwym wzrokiem. I już dalej nie zwlekać. 

Zakosztuj Boga, a stanie się w twoim życiu oczywisty. Bo na końcu jest miłość. A tam, gdzie miłość, nie ma lęku.

W weekend połknąłem (bo książka dość niewielka i lekko się czyta) Tajemnice zakonu – rozmowę o. Leona Knabita OSB z Arturem Sporniakiem. Jest to fascynująca opowieść, w formie jakby wywiadu-rzeki, podzielonego na odrębne zagadnienia, o życiu w zakonnych murach. O. Leon Knabit przedstawia w niej świat zamknięty dla zwykłego człowieka – ale ukazuje w nim prawdy, które są uniwersalne dla każdego – mnicha, księdza czy świeckiego. Książka, miejscami poważna, miejscami pełna humoru i ciepła, dotyka takich zagadnień jak powołanie, przyczyny wstąpienia do klasztoru i kwestie życia w odosobnieniu; jest mowa o pokorze, modlitwie, pracy – ale także materiach może bardziej związanych z zakonem, jak posłuszeństwo, ubóstwo, post. Odpowiada on także na pytania o to, czym różnią się współczesne zakony od dawnych, w jaki sposób nowoczesność przeniknęła do zakonów, zmieniając nieco ich charakter. Całość pozwala też zorientować się co nieco w duchowości benedyktyńskiej, zrozumieć jak jej założenia mogą i dzisiaj być realizowane. 
Najfajniejsze kilka myśli:
Zakosztuj Boga, a stanie się w twoim życiu oczywisty.

Trzeba odnaleźć się w tęczy, którą jest Chrystus, gdyż Chrystus jest jak promień światła, rozszczepiony na miliardy kolorów. Każdy człowiek powinien odnaleźć własną barwę. 

Prawdziwa duchowość nie polega na odwróceniu się od świata i od człowieka. Owszem, trzeba rozróżniać między światem złej woli ludzkiej – którym nie powinniśmy mimo wszystko gardzić, tylko zastanawiać się, co można zrobić, żeby był lepszy – a światem stworzenia Bożego, który jest wspaniały.

Czy ktoś kiedyś pomodlił się za rozbierającą się striptizerkę? Mężczyźni albo się niezdrowo podniecają, albo z odrazą mówią „ździra”. 

Trzeba przyjmować człowieka takim, jaki jest. Ciało jest piękne. To diabeł – małpa – z wszystkiego, co piękne, próbuje zrobić nie wiadomo co. 

Chodzi o to, żeby patrzeć na świat z miłością. Nienawidzić grzechu, a miłować braci. 

Większość chrześcijan narzeka. A ja wolę pokazywać. Mówię: „Popatrzcie, jest dużo wspaniałych rzeczy na świecie!!’. W  życiu chrześcijanina, wśród osób świeckich i zakonnych, kładzie się często większy nacisk na tajemnice bolesne. A przecież mamy i radosne, i chwalebne, i tajemnice światła!

Zapytajmy, jak przedstawić świętość, aby była atrakcyjna? Trzeba zrezygnować z takiej sztucznej, naiwnej idealizacji: „Już jako niemowlę w piątki nie ssał piersi”. Najpierw powinniśmy wykonywać dobrze swoje zwyczajne ludzkie rzemiosło. Ale samo rzemiosło nie wystarcza. Trzeba tak żyć, aby być tego życia artystą. Świętość to prawdziwa sztuka życia.

Gdy nakazują ci coś słusznego, to posłuszeństwo nie jest żadnym trudem. Niełatwo jest być posłusznym w rzeczy, która wydaje się nam bezwartościowa. 

Początkiem miłości jest bojaźń Bożą – przynajmniej się lękaj. Ta przestroga jest dla tych, których jeszcze nie stać na miłość. Nie należy tracić wiary w miłosierdzie Boże, ale też jest powiedziane: uważaj, bo twoje postępowanie może doprowadzić cię tam, gdzie na pewno nie chciałbyś trafić. 

Słońce świeci, ale dla każdego z nas pod odrobinę innym kątem. Dlatego posłuszeństwo ma różne odcienie – nie chodzi o sztampę. 

– Czym jest fałszywa pokora?
– Jedną z jej form jest na pewno nastawienie, by za wszelką cenę żyć ze wszystkimi w zgodzie. Gdyby Pan Jezus żył ze wszystkimi w zgodzie, to nie umarłby na krzyżu. Dogadałby się z faryzeuszami, Herodowi by się ukłonił. Nieraz trzeba być twardym. 

Często myślimy w ten sposób: chodzę do kościoła, żony nie biję, nie zdarzam, nie kradnę, nie upijam się, wobec tego jestem porządnym człowiekiem. A święty powiedziałby: to dopiero początek rzemiosła. 

Bóg patrzy z miłością. Jestem „pod miłosiernym okiem Ojca”, który mnie rozumie, pozwala nawet na grzech, by móc przebaczyć. Pismo Święte mówi, że „początkiem mądrości jest bojaźń Boża”, a dopiero potem się wchodzi na szczyty. Z tą „bojaźnią” jednak tak można się zżyć, że w niej pozostaniemy. Stąd bierze się cierpiętnictwo – umiłowanie cierpienia dla niego samego, a także różne stereotypy, np. że jeśli Bóg kocha, to zsyła krzyżyki, itp. Tymczasem cierpienie bez miłości jest całkiem bezsensowne. Przeżywając cierpienie, powinniśmy przede wszystkim modlić się: Panie Boże, daj mi miłość, bo bez miłości ja tego nie zniosę!

Bo na końcu jest miłość. A tam, gdzie miłość, nie ma lęku.

Wmawiają nam niekiedy religijni wegetarianie, nawet niekoniecznie katolicy, że przecież Bóg powiedział: „Nie będziesz zabijał” (Wj 20, 13). Takie tworzenie ideologii świadczy o nieznajomości całego Objawienia, b o już po potopie nowe złożył Bogu ofiarę ze zwierząt (Rdz 8, 20n), a Bóg pozwolił na spożywanie mięsa, byle nie z krwią (Rdz 9, 4). Cały kult Starego Przymierza opierał się w dużej mierze na ofiarach ze zwierząt. Księgi święte podają dokładnie, jak należy je zabijać i składać na ofiarę. W Nowym Testamencie zaś Bóg ukazał św. Piotrowi we śnie „czworonożne zwierzęta domowe i dzikie, płazy i ptaki podniebne” i nakazał „Zabijaj, Piotrze, i jedz!”. Gdy Piotr się wzbraniał, że nie weźmie do ust nieczystego jedzenia, usłyszał: „Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił” (Dz 11, 5-10). Używanie w tej dziedzinie argumentów biblijnych jest nadużyciem. 

Jeśli post – na przykład dwa razy w tygodniu o chlebie i wodzie – miałby mi zaszkodzić i uniemożliwić normalne życie, to znaczy, że nie jest dla mnie. Mogę wtedy pościć od czegoś innego, choćby od głupiego gadania. (…) Post jest po to, aby stać się wolnym, a nie udręczonym. 

Jest czymś oczywistym, że nie sam habit czyni mnicha. Także w habicie można być łobuzem. A jednocześnie jest wyraźnym znakiem. Habit czy sutanna, a nawet choćby koloratka to weksel, który zawsze musi mieć pokrycie. Mnich nie powinien w świecie ukrywać tego, że jest mnichem. Przecież ma być świadectwem wartości w zlaicyzowanym świecie. O czym więc mówi regularne chowanie swojego prawdziwego (oby!) „ja” pod zasłoną świeckiego ubrania, by się w tej masie, broń Boże, nie wyróżniać, a może nie zdekonspirować?

Jan Paweł II często wzywał świeckich, by nie lękali się świętości. A skoro mają się nie lękać, to zakładał, że jest ona możliwa także w życiu świeckim. Jeśli dzielę swoje serce z żoną, to stajemy się w ten sposób jednym i wtedy jako jedno jesteśmy obrazem miłości Chrystusa do Kościoła. 

Powołanie do takiego czy innego stanu daje Bóg, i każde powołanie ma doprowadzić do świętości. 
>>>
I jeszcze krótki cytat z mojego ulubionego Szymona Hołowni – w kontekście lamentowania nad idiotami, którzy znęcali się i zabili biednego psa. Właściwie, to kontekst o wiele szerszy. Ale tak mi się przypomniało:
Szkoda, że umiejętność kojarzenia tych dwóch okoliczności – kto znęca się nad zwierzętami, nigdy nie zbuduje sensownej relacji z ludźmi, przeciwnie – jest wielka szansa, że po psie pobije żonę, skatuje dziecko, zabije sąsiada. – tak opornie przebija się w społeczeństwie. Nie rozumiejącym, że nie ma co spierać się o to czy zwierzę ma czy nie ma cała duszę, skoro nie-machanie ręką na wszelkie przejawy bestialstwa po prostu nam się opłaca. Tymczasem u nas jedni – przepraszam za słowo – pitolą jakieś smętne zawijasy, że przecież tyle spraw jest ważniejszych, że przecież zwierzę to nie człowiek (powtarzam – człowiek który przestaje być człowiekiem w stosunku do zwierząt, przestaje być człowiekiem w ogóle, bo nie można być trochę „ludzkim”, nieprawdaż, człowiekiem dla babci i dziadka, a sadystą dla sąsiadki czy kotka). Inni jak zwykle uderzają w nutę „wiadomo że będzie dręczyć się zwierzęta w katolickim kraju” (nie wiem co ma piernik do wiatraka, ale jako katolika i człowieka który prawa zwierząt ma na względzie, bardzo mnie to wkurza). Jeszcze inni będą milczeć, jak sąsiedzi wspominanych młodzieńców z Lipnicy Małej, którzy dziś opowiadają chętnie, jak to owi panowie zawiesili nad potokiem bernardyna i rzucali do niego (na żywca) siekierami. Jak chlali na umór i urządzali sobie gonitwy. Oni nie rozumieją, że mogą być następni. Że ci durnie mogli po pijaku zabić tym autem nie psa, ale czyjeś dziecko. Bohaterscy górale z Lipnicy opowiadają teraz dyrdymały, że się boją. Jak mawiał śp. ks. Tischner – g…no prawda. Kłopot w tym, że bohaterskim góralom nie che się ruszyć tyłków. Bo jakby się cała wieś skrzyknęła, panowie spieprzaliby z pięknej Orawy z prędkością światła, tak że nie zdążyliby wyhamować przed Tczewem (wiadomo, że w Polsce na odsiadkę się czeka, ciekawe jak ta banda zostanie przyjęta w swoich rodzinnych pieleszach).

Bóg z pogranicza – powołanie dla każdego

Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: Ziemia Zabulona i ziemia Neftalegou, Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło. Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu. (Mt 4,12-23)
To tekst dosyć istotny, ponieważ pokazuje jakby początek publicznej działalności Jezusa. Nie wiem, jak w kontekście tego wydarzenia umiejscowić wesele w Kanie Galilejskiej, również uznawane za jedno z pierwszych wydarzeń po objawieniu się Jezusa, gdy zaczął nauczać – musiało to być mniej więcej w tym samym czasie. Autor natchniony sugeruje impuls, który spowodował to działanie – wskazuje jednoznacznie, że ma to miejsce w wyniku i pod wpływem uwięzienia Jana Chrzciciela. 

Jest taka tendencja – a przynajmniej ja się wiele razy z tym spotkałem – iż księża w kontekście tego tekstu mówią o czym? O powołaniu w rozumieniu kapłaństwa i życia zakonnego. Precyzując – przy fragmencie tym, i wielu innych, mówiących o powołaniu Dwunastu, innych uczniów, czy w ogóle o apostołach. Tak się utarło jakoś. Na pewno – tak, literalnie, to słowa o jednoznacznym i wprost wezwaniu konkretnych pierwszych ludzi do tego, aby podążyli za Synem Bożym, który sam ich wskazał i prosi, aby poświęcili się Jego misji. Nie wnikając – wiedzieli czy nie, w co się pakują, uwierzyli Mu i dosłownie zostawili nie tylko to, czym się nie tylko zajmowali w tym momencie, ale całe swoje dotychczasowe życie, zajęcie, dom i rodzinę (Piotr musiał mieć żonę – skoro Jezus później uzdrowił mu teściową). Poszli za Nim, łowić ludzi – oddać się na piękną, ale jakże trudną i wyczerpującą misję pokazywaniu ludziom Boga, przybliżania Boga ludziom i ludzi do Boga, aby w Jego imię chrzcić, odpuszczać grzechy, wiązać ludzi ślubujących sobie miłość, karmić Ciałem i Krwią Pana, nauczać prawd wiary.
Czy jednak tylko o tym jest tekst? Na pewno uderza od razu jedna rzecz – tempo, szybkość, z jaką ci ludzie, personalnie Jezusowi pewnie obcy, podjęli decyzję. Od razu, z miejsca, jak stali i byli czymś zajęci – tak to wszystko rzucili i poszli za Nim. Byli zdecydowani, byli dojrzali i gotowi. Pewnie nie przewidywali kiedykolwiek, że coś takiego się stanie. Ale wiedzieli, że tak należy postąpić. Nie poszli do domów, nie szukali rady u małżonek, starszych, rodziców – Jan i Jakub mieli Zebedeusza, ojca, obok siebie, a jednak równie szybko sami podjęli decyzję. Bóg zaproponował im coś i w tym samym momencie oni od razu udzielili odpowiedzi. Dali się Bogu zaprosić do podróży życia. 
To całe wydarzenie – a nawet szerzej, bo grono, grupa społeczna, z której Jezus wybrał pierwszych uczniów – bardzo pięknie i konsekwentnie wpisuje się w to, o czym mówi Narodzenie Pana, niedawno przeżywane. Bóg, choć największy, niezmierzony, Król królów i Pan panów, nie przyszedł na świat w zapierającym dech w piersiach pałacu, w jakimś wielkim i odpowiednio potężnym mieście (Jerozolima, Rzym), w zamożnej i stosownego pochodzenia rodzinie, w królewskim rodzie. Wybrał prostotę, a wręcz niedostatek, ubóstwo i biedę, rodząc się w zwykłej grocie, służącej za stajnię, w otoczeniu po prostu zwierząt, w małym Betlejem. Po co tak wymowny znak? Żeby pokazać, że Bóg – mimo wielkości i majestatu – jest dla każdego, i Jego Syn przychodzi zbawić i odkupić nie tylko tych, którzy w mniemaniu swoim własnym i innych są pobożni, dobrzy, szczodrzy i wielkoduszni, bo majętni, dobrze urodzeni – ale ludzi wszelkiego pochodzenia, grupy społecznej, narodowości, nie zważając na biedę, ubóstwo, prostolinijność, brak wykształcenia. Jezus mógł szukać swoich naśladowców najpierw pomiędzy uczonymi w piśmie, faryzeuszami, ludźmi wykształconymi – teoretycznie lepiej predysponowanymi do takiej roli. Widział jednak, jak wiele między takimi jest obłudy, bezmyślnego powtarzania rytuałów, zadufania, pewności siebie i pozycji, jaką posiadali – a równocześnie jak mało w nich wiary, nadziei, zrozumienia drugiego człowieka, a więc miłości nie tylko Boga, ale i tego, kto jest obok. 
Bóg wyruszył, aby szukać tych, którzy pierwsi pójdą za Nim, na pogranicze. Nie do wielkiego miasta, do światłych i wielkich tego świata. Wyszedł po prostu na prowincję, gdzie sam – On, Syn Boży, Zbawiciel – wychowywał się i dorastał. Ewangelista mówi wprost: Ziemia Zabulona i ziemia Neftalegou, Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności – chodziło o ziemie postrzegane jako nadmiernie liberalne, które nie trzymały się prawa Bożego, gdzie dochodziło do mieszanych małżeństw, a nierzadko do bałwochwalczego czczenia różnych bóstw. Chodziło o ziemie, o ludzi zniewolonych. To, co powszechnie uznawane za złe, zepsute, nie rokujące w ogóle nadziei, skazane na potępienie. I tam właśnie Jezus Chrystus wyrusza, aby szukać tych, którzy za Nim pójdą, a po Jego odejściu – śmierci i zmartwychwstaniu – kontynuować będą Jego misję, staną się podwalinami Kościoła, którego bramy piekielne nie przemogą. Bóg idzie do tego, co najbardziej zniewolone – aby to uwolnić. 
Znamienne jest także to, kogo dzisiaj Jezus wybiera. Owszem, później w grupie Dwunastu znajdzie się także np. celnik Mateusz. Teraz wybór pada na rybaków. Czy to przypadek? U Boga nie ma przypadków. Rybacy zajmują się połowem ryb, zanurzają sieci, sięgają do głębi wód – jezior, mórz, oceanów. Wyszukują to, co potrzebne, znajdując pokarm, przy którego poszukiwaniu niekiedy trzeba się bardzo napracować. Nie poddają się łatwo, szukają głęboko – tak samo, jak Bóg, który jest gotów daleko iść i głęboko sięgać w człowieka, którego chce skierować na dobrą drogę, uzdrowić, uszczęśliwić. 
Bóg z pogranicza przychodzi do każdego. Szuka najbardziej właśnie tam, gdzie to, co najgorsze – czy tak naprawdę, czy tak tylko, czasami mylnie, postrzegane. Nie boi się pogranicza fałszu i prawdy, nie boi się tych, którzy Jemu samemu stawiają granice (Boże, ta część życia jest dla Ciebie – miłość, rodzina, niedzielna msza, czasem spowiedź i komunia; a od reszty wara – to jest moja własna, prywatna część). Bóg przychodzi w Jezusie i pragnie powołać każdego z nas – czy jesteśmy z rodziny mogącej się poszczycić szlacheckimi korzeniami, czy nie; czy jesteśmy majętni, czy ledwo wiążemy koniec z końcem; czy jesteśmy wykształceni, może naukowcy, czy ludzie żyjący z pracy własnych rąk, takiej fizycznej. To nie ma dla Boga żadnego znaczenia. Tak samo – to, co kiedyś gdzieś się wydarzyło, i może mnie samego zdeterminowało, i przez co od tamtej pory wątpię w siebie, wątpię w możliwość przebaczenia dla mnie. To wszystko jest we mnie – a On przecież jest Bogiem miłości i to miłosiernej. Jego przebaczenie nie mieści się w mojej ani niczyjej innej głowie – ale jest i czeka. Sam muszę najpierw jednak przebaczyć sobie.
Bóg z pogranicza przychodzi nie po to, aby obiecać lustrzane domy, roztoczyć piękne perspektywy i potem człowieka zostawić samemu sobie. Przychodzi, aby zaoferować przebaczenie – wszystkiego. O ile człowiek się nawróci. O ile zrozumie, że wiara w Niego, w tego prawdziwego Pana, to nie usłana różami piękne, bezproblemowa droga, gdzie manna spada z nieba, pieniądze się nie kończą, a człowiek się pławi tylko w luksusach – ale czasami ciężka, mozolna, trudna, momentami nawet beznadziejna droga życia ze zwykłymi ludzkimi problemami, brakiem pieniędzy, konfliktami, chorobami i słabościami. Bóg przychodzi do człowieka, aby Go ukochać takim, jaki jest – ludzki. Oferuje złote góry? Nie. Oferuje to, że człowiek, który Go do swojego życia zaprosi, nigdy w tym, co go czeka, nie będzie sam. Bez względu na to, co się w tym życiu wydarzy, Bóg z pogranicza będzie z nim, nie pozostawi go samemu sobie.
Tylko daj się powołać. Nie kombinuj, nie kalkuluj, nie zastanawiaj się. To, co Bóg proponuje, może wydawać się dziwne, niezrozumiałe. Ale nigdy na tym nie stracisz, i zawsze – choć może potrzeba na to czasu i odpowiedniej perspektywy – się w tym zrealizujesz. Bóg pisze prosto po krzywych liniach życia. O ile mu na to pozwolisz. 
Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy jak w dniu porażki Madianitów. (Iz 9, 1-3)

Nie jestem pępkiem świata – o osądzaniu innych myśli kilka

Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: Odszedł od zmysłów. (Mk 3,20-21)
Dawno tak krótkiego tekstu nie czytałem. Ewangelista umiejscawia go tuż za opisem powołania Dwunastu uczniów (Mk 3, 13-19). Co ciekawe, o ile się oprzeć tylko na ewangelii Mateusza – Jezus niewiele, według jego opisów, zdołał uczynić – a wymienione jest to w Mk 2. Nauczał w Kafarnaum, wygnał złego ducha z opętanego, uzdrowił bliżej nieokreśloną liczbę osób, w tym jednego opisanego trędowatego, który został oczyszczony, przywrócił zdrowie uschniętej ręce (i to w szabat!). 
Jak to opisałem w poprzednim tekście – garnęli się do Niego różni ludzie, kierowani różnymi motywacjami i pobudkami, nie zawsze pozytywnymi. Nie wiemy dokładnie, o kim mowa, gdy autor przytacza tutaj u góry bliskich Jezusa. Wątpię, aby chodziło o Maryję – może zatem jakaś dalsza rodzina, nieświadoma Jego posłannictwa i roli, jaką – nie w ukryciu, a przecież publicznie – miał odegrać? Przypis w Biblii Tysiąclecia odsyła przy tym sformułowaniu do Mk 3, 31, czyli tekstu: Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. Więc jednak – Maryja? Właściwie, nie jest to wykluczone. Przecież, zachowując w swoim sercu wszystkie sprawy, jakie Jezusa dotyczyły, nie jest powiedziane, że od razu wszystko, co się wokół Niego zaczęło tak gwałtownie dziać od momentu wesela w Kanie Galilejskiej i chrztu z rąk Jana w Jordanie, rozumiała. Zamieszanie wokół jej Syna mogło ją przerastać w tamtej chwili – a co dopiero dalszą rodzinę. Życie i los Jezusa dalej pokazały – byli w błędzie. Ani nie zwariował, ani nie odszedł od zmysłów – był Bogiem, Mesjaszem, który przyszedł zbawić ludzi – i pomimo tego, że bardzo się starał, większość z nich Go w ogóle nie rozumiała, a nawet uważała za wariata.
Ta sytuacja pięknie pokazuje jedną rzecz – bardzo szybko i z wielkim smakiem, a także pewnością, dokonujemy ocen i klasyfikacji innych osób. Jedno spojrzenie, jedno usłyszane zdanie, wypowiedź, rzut oka na wygląd, pochodzenie, zajęcie – i wszystko jasne. Ten jest taki, a tamten taki. Piękny i klasyczny przykład myślenia, a raczej braku myślenia (bezmyślności, innymi słowy), i posługiwania się stereotypami, czyli czymś bardzo niewłaściwym i krzywdzącym. Nawet gdy czegoś nie rozumiemy, nie znamy tła, pobudek, tego co spowodowało takie czy inne zachowanie osoby – jak rodzina Jezusa mogła go nie rozumieć w cytowanej sytuacji – wyrokujemy, oceniamy. 
A nie każdy, którego nie rozumiemy, od razu musi być osobą nienormalną, wariatem, kimś kto kwalifikuje się do leczenia. Może to geniusz? Może to ktoś, kto ma głęboką i uzasadnioną rację – a mnie po prostu nie chce się zastanowić nad tym, co mówi lub robi, albo po prostu palnąłem coś bez sensu od razu, zamiast się zastanowić, no i głupio potem z rzuconych już słów się wycofać, choć w głębi serca przyznaję mu rację? Może to po prostu moje ograniczenia powodują, że sytuacja mnie przerasta, że czegoś nie rozumiem. Nie jestem pępkiem świata, do którego wszyscy muszą się dostosować, w stosunku do którego wszyscy muszą wypowiadać się zrozumiale i usłużnie, żeby wszystko rozumiał. 
Głupio się przyznać, że czegoś nie rozumiem, co? No głupio, tym bardziej jak człowiek pozuje, no może nie na nieomylnego i wszechwiedzącego, ale co najmniej specjalistę od prawie wszystkiego. Ale trzeba. I powstrzymać się od krzywdzących słów czy myśli pod adresem kogoś, kogo właśnie nie rozumiem. Jest to normalne i oczywiste, że ludzi i zachowania oceniamy – przecież musimy to wszystko jakoś sklasyfikować, aby zestawić z wartościami, jakimi się kierujemy, ze swoimi poglądami. Nic w tym złego. Tylko niech ta opinia o drugim człowieku nie będzie powierzchowna, pod wpływem impulsu i pierwszej rzeczy, jakiej się o nim dowiem czy usłyszę – a wyważona, przemyślana, oparta na rzetelnych informacjach. Nie chodzi tylko o słowa – tak, one bolą najbardziej. Ale myślą można przecież też zgrzeszyć. 
Może i się doszukuję przysłowiowego palca Bożego za często, ale co mi tam. Od 3 dni myślałem o tym, aby właśnie nawiązać do braku krytyki wobec samego siebie, a lekkości i omylności ocen i krytyki wszystkich wokół. I co? Bóg sam podsuwa pod nos tekst, który o tym mówi. Pięknie. Bo ja sam mam z tym bardzo duży problem – może ze względu na swoją gwałtowność? Czasami coś palnę, i jeszcze nie skończę wypowiadać – a może wyrzucać z siebie w przypływie gniewu – kolejnego jedynego słusznego i nieomylnego osądu… a już wiem, że nie mam racji, że skrzywdziłem a to osobę będącą przedmiotem tych słów, albo ich adresata. Tak, to zdecydowanie pole do popisu gdy chodzi o nawracanie. Nie wszystkich wokół – siebie samego. 

Mnóstwo wielkie – a ty, po co za Nim idziesz? I dokąd?

Jezus oddalił się ze swymi uczniami w stronę jeziora. A szło za Nim wielkie mnóstwo ludu z Galilei. Także z Judei, z Jerozolimy, z Idumei i Zajordania oraz z okolic Tyru i Sydonu szło do Niego mnóstwo wielkie na wieść o Jego wielkich czynach. Toteż polecił swym uczniom, żeby łódka była dla Niego stale w pogotowiu ze względu na tłum, aby się na Niego nie tłoczyli. Wielu bowiem uzdrowił i wskutek tego wszyscy, którzy mieli jakieś choroby, cisnęli się do Niego, aby się Go dotknąć. Nawet duchy nieczyste, na Jego widok, padały przed Nim i wołały: Ty jesteś Syn Boży. Lecz On surowo im zabraniał, żeby Go nie ujawniały. (Mk 3,7-12)
Szło za Nim wielu – to pewne. Tekst powyżej to tylko jeden z wielu naprawdę obrazków, które to potwierdzają, a które znajdziemy na kartach każdej z ewangelii. A kto dokładnie?

Szli na pewno ludzie pozbawieni nadziei. Czy to przez całokształt swojego życia – bo biedni, urodzeni w rodzinie i środowisku bez perspektyw, bo bez pracy, bo bez wykształcenia, bez możliwości – czy przez jakiś dramat, który w jednej chwili mniej lub bardziej odmienił całkowicie ich egzystencję – może śmierć kogoś bliskiego, utrata pracy, majątku, albo po prostu choroba. Dlaczego szli za Nim? Bo może jeszcze tego nie rozumieli, albo nawet nie wierzyli w Niego – ale słyszeli o Jego czynach i widzieli w Nim kolejną szansę, alternatywę na zaradzenie ich problemom. O tym, ile dokonał, usłyszeć mogli wszędzie – niewykluczone, że Jego łaska dokonała cudu nawet i na kimś z ich, bliższej lub dalszej, rodziny. 
Szli ludzie spragnieni wrażeń, emocji, ujrzenia czegoś nadzwyczajnego, nieprzewidywalnego, niewytłumaczalnego, cudownego. Czy kierowała nimi wiara? Może. Na pewno sporo w tej grupie było zwykłych gapiów (nie neguję jednak, że w tej drodze z i za Jezusem nie odmieniło się ich serce, nie nawrócili się – wielu takiej łaski dostąpiło). Na pewno jednak sporo było ludzkiej ciekawości, która zwraca uwagę na to, co wyłamuje się od szarości codzienności. Nawet gdyby postać Jezusa sprowadzić tylko do Jego cudownych uzdrowień – pomijając Jego mądrość, roztropność, uczciwość i sedno tego, co zdziałał, czyli całe nauczanie, ewangelię – On się wyłamywał. Więc szli za Nim. Do tej grupy należałoby zaliczyć także tych, którzy usłyszeli o Jezusie i lgnęli do Niego – czasem z ukrycia, jak Nikodem,  incognito jak Józef z Arymatei , albo nawet z konarów drzewa, jak Zacheusz – choć nie mieli żadnych konkretnych dolegliwości, a nawet można by ich uznać za ludzi sukcesu. Jezus ze swoim Słowem przyciągał, bo stanowił odpowiedź na wszelkie pragnienia człowieka, nawet te niewypowiedziane, skryte niekiedy przede mną samym.
Szli wreszcie ci, którzy w Jezusie upatrywali wroga – czy to personalnie dla siebie (choć tacy pewnie wysyłali raczej za Nim sługi, szpiegów), czy dla swoich partykularnych interesów, stanowisk. O ile wśród pospólstwa, ludzi prostych i biednych, Jezus był bardzo popularny – w końcu głosił przecież sprawiedliwość społeczną, nakazywał miłość, wyrozumiałość, zakazywał ciemiężenia i wyzysku – to dla tych, którzy swoje majątki zbudowali właśnie na ludzkiej krzywdzie, niewolniczej pracy i oszustwach stanowił wyzwanie. Nawet bardziej – zagrożenie, które należy strategicznie: rozpoznać najpierw, później zlikwidować. Obserwowali, potem próbowali (faryzeusze, uczeni w piśmie) przyłapać na jakieś wypowiedzi, w której zająłby stanowisko niezgodne z prawem żydowskim – ośmieszał ich jednak, zawsze potrafiąc odpowiedzieć trafnie. Dlatego przeszli do czynów – których finał z Ogrójca, pałacu namiestnika, a potem Golgoty znamy. Po ludzku – dopięli swego, problem został zlikwidowany. Czy jednak?
Wielka masa ludzi – wtedy fizycznie, dzisiaj niekoniecznie, bardziej duchowo. Wszyscy podążają za Jezusem. Poza wspólnotą celu – On, Jezus – absolutnie różni, choćby dlatego, że kierujący się zupełnie różnymi pobudkami. A jednak – nawet ci, którzy mieli wobec Niego złe zamiary, oni też idą za Nim. Człowiek, czy chce, czy nie, zmierza do Boga – bardziej lub mniej świadomie. Nawet, gdy w życiu stara się za wszelką cenę temu Bogu dowalić, coś Mu udowodnić, i nawet gdy jest przekonany, że mu się udało. Dalej zmierza do Boga, ku Niemu. 
Co najważniejsze – zrozumieć to. Zrozumieć, dokąd ta droga prowadzi. Że to On jest na końcu, a nie jakieś ubóstwienie mnie samego. Że koniec końców – to On zawsze jest górą. Nie jako ten, który człowieka ubezwłasnowolnia – ale ten, który kocha.
>>>
Znalazłem dzisiaj nowe ciekawe miejsce dla ludzi wierzących – serwis InGod. Fajny design, z założenia, jak rozumiem, centrum informacji o wydarzeniach, jakie chrześcijanina mogą zainteresować – rekolekcje, spotkania, konferencje, wyjazdy, rekolekcje, kursy, ale też nabożeństwa. Kultura również – informacje o nowych wartych polecenia płytach, klipach itp. I to wszystko – ekumenicznie. Kilka słów o inicjatywie – czym jest, czemu ma służyć – tutaj.
>>>
Stamtąd właśnie dowiedziałem się o czymś mocno optymistycznym – zapowiedzi rychłego pojawienia się nowego krążka TGD pt. Liczy się każdy dzień. Cieszy regularność – nowa płyta co, jak dobrze liczę, mniej niż 2 lata. Czekam z niecierpliwością, mimo że mają tam się znaleźć także odgrzewane kotlety czyli utwory już znane. Przy inicjatywie Pawła Bzima Zareckiego wszystko może zabrzmieć inaczej w kolejnej aranżacji :)
>>>
Miałem już o tym napisać poprzednio, ale nie wyszło. W dniach 18-25.01.2011 trwa w Kościele katolickim (i nie tylko) Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Szczególny czas, w którym chrześcijanie różnych wspólnot – katolicy, prawosławni, kościoły wschodnie, wspólnoty protestanckie – modlą się o przywrócenie tej utraconej przed wiekami jedności. Modlitwa jest tu ważna – może dlatego, że, realnie patrząc, mówienie o powrocie do jedności po tak długim okresie podziałów wydaje się bardzo mało realne.
Zachęcam do pamięci o tej intencji w tych dniach – do modlitwy proponuję takie słowa, bardzo mi bliskie:
Panie, Ty obdarzyłeś Swój Kościół darami Ducha Świętego i obudziłeś w nim pragnienie jedności. Prosimy Cię, naucz nas wszystkich wsłuchiwać się w głos Ducha Świętego, abyśmy wszyscy umieli kiedyś ukazywać w sposób widzialny i w pełnej wzajemnej komunii łaskę Bożego synostwa, biorącego początek ze chrztu. Pomóż nam, abyśmy ukazywali światu, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Ojca. Niech świat nie widzi w nas obrazu jałowej ziemi, skoro otrzymaliśmy Słowo Boże, które jak deszcz zstąpiło z nieba. Tak modlił się przed wiekami św. Ireneusz z Lyonu, tak modlimy się dziś wszyscy wierzący, zanosząc do nieba wołanie z naszych domów, świątyń i kaplic:daj, abyśmy byli jedno. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

Kto ma czas – w większości, o ile nie wszystkich, diecezjach są przygotowane obchody tego tygodnia, wyjątkowa okazja do modlitwy w świątyniach różnych wspólnot (kolejny dzień – inna wspólnota) razem z osobami do tej wspólnoty należącymi. Rzecz zatem nie tylko interesująca, ale i słuszna – rzadko mamy okazję w gronie podzielonych uczniów Chrystusa modlić się razem. Warto to wykorzystać.

Chrzciciele po swojemu – Boże światełka

Jan zobaczył Jezusa, nadchodzącego ku niemu, i rzekł: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi. Jan dał takie świadectwo: Ujrzałem Ducha, który jak gołębica zstępował z nieba i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym. (J 1,29-34)
To z niedzieli, jak zwykle jestem do tyłu… O czym to tekst? O radykalizmie. Ktoś zaprzeczy – nie, przecież wyraźnie, o Janie Chrzcicielu i chrzcie Jezusa. Niby ma rację. To fragment, jeden z wielu, opowieści o Jezusie – ale trzeba umieć ją przełożyć, jak zawsze, na język współczesnego człowieka, aby zrozumieć. Co zrozumieć? Sens tego, co Bóg mówi i na co wskazuje, co stawia nam jako przykład – i jak ja mam ten przykład zastosować, wykorzystać w swoim życiu. Bo po co się starać, bo życie jest monotonne, bo wszystko jest przewidywalne. Bo za mało pieniędzy, za słabo płacą, za mało doceniają, za dużo wymagają (także najbliżsi, rodzina, przyjaciele – a człowiek by w domu pospał, poleżał przed tv albo z gazetą), doba za krótka, itp.
Wiesz, co jest naszym największym problemem? Mamy tendencję do bylejakości. Sporo z tego, co robimy, robimy na pół gwizdka, w pracy odwalamy fuszerki, byle szybciej, byle łatwiej, po najmniejszej linii oporu. Robimy, bo musimy – nie dlatego, że chcemy dobrze zrobić. Co najgorsze – jak człowiek zaczyna tak podchodzić do obowiązków mniej przyjemnych, ale koniecznych (np. praca) – to potem bardzo szybko takie podejście może przenieść się też na inne rzeczy, materie, sprawy. Takie wszechogarniające zniechęcenie.
Pewnym drogowskazem, znakiem że takie rozumowanie jest zupełnie złe, jest I czytanie niedzielne. Czy Izajasz był byle jaki, zanim go Bóg powołał na proroka? Można założyć, że nie – był człowiekiem pobożnym, ale także bardzo dobrze wykształconym  odznaczał się znajomością spraw publicznych, polityki, kwestii religijnych i społecznych oraz wielką kulturą; był osobą znaną na królewskim dworze. Współcześni mu pewnie by powiedzieli – wybitny. A jednak, Bóg stawia sprawę jasno – to za mało:
 Tyś Sługą moim, Izraelu, w tobie się rozsławię. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą. A teraz przemówił Pan, który mnie ukształtował od urodzenia na swego Sługę, bym nawrócił do Niego Jakuba i zgromadził Mu Izraela. A mówił: To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi. (Iz 49,3.5-6)
Wielkość po ludzku, znajomości, towarzystwo, referencje, wykształcenie – to za mało, nawet gdy człowiek jest bogobojny, pobożny, wierzący. To zbyt mało – słowa Boga. A na pewno za mało i źle, gdy byle jak wegetujemy z dnia na dzień, bez ambicji, marzeń, celów, starając się tylko przeżyć kolejny dzień, dożyć do weekendu. I tutaj Bóg znowu stawia nam przed nosem jakby dosłownie Jana Chrzciciela. Czy był on pewien tego, co ogłosił? Czy Bóg dosłownie wskazał mu Jezusa w sposób tak spektakularny, jak oddaje to Pismo Święte – otwarte niebo, gołębica, światło i głos Najwyższego? Może to tylko przenośnia, dodana aby uświadomić, że Bóg wprost, w sposób zdecydowany i dokładny wskazał Janowi Jezusa? Może to wszystko obyło się bez tak spektakularnych znaków – a sformułowano je, aby nam, czytającym po wiekach, łatwiej było zrozumieć: Bóg dał Janowi znak, wobec którego Jan nie miał żadnych wątpliwości?

Takie znaki są wszędzie wokół nas i dzisiaj. Zaproszeniem są choćby zacytowane wyżej słowa Izajasza. To nie tylko kawałek jego autobiografii – jak to sam został przez Boga wezwany i powołany – ale zaproszenie i zachęta, jaką Pan kieruje do każdego z nas. Światłość nie oznacza roli – proroka, chrzciciela grzeszników, mesjasza – ale postawy, sposobu życia. Tą światłością ma być każdy z nas – tam, gdzie aktualnie się znajduje. 
Nie da się ukryć, że Jan ryzykował. Nie mógł przewidzieć, co ludzie zrobią. Jak się poczyta cały ten 1 rozdział Janowej ewangelii, nie sposób niestety dojść do tego, wobec kogo wypowiedział te słowa o Jezusie, wskazując, iż jest On Mesjaszem – napisane jest, że rzekł. Do kogo, pod czyim adresem? Nie bał się jednak. Wiedział, pewny świadectwem i obietnicą Boga, że tak musi postąpić. Gwarantem, że to, co robi, ma sens – było nic innego jak zapewnienie Najwyższego (w tym wypadku – konkretne objawienie o osobie Jezusa). Czy wiedział, że jego misja doprowadzi go – jak i Tego, którego wskazał – do śmierci? Wiedział na pewno, że jego misją jest wzywanie do nawrócenia, i był jej wierny – do końca. W końcu, za to właśnie zginął, za uparte nazywanie grzechów grzechami i napominanie.
Czy to było łatwe zadanie? Pewnie, wiele osób szło za Janem – później wskazał im Jezusa, aby za Nim poszli – ale równie wiele, o ile nie więcej i potężniejszych miał wrogów i przeciwników. Grzechów i słabości, które nas drążą, ale do których sami przed sobą się nie przyznajemy, jest bardzo dużo – i bardzo nie lubimy, kiedy ktoś je wytyka palcami i nazywa po imieniu. To była ciężka praca. Jakaś analogia? Jak człowiek żyje uczciwie, wkłada siły w pracę, a serce w rodzinę, troszczy się o to wszystko i stara – to jest podobnie. Nie każdy z nas ma być Janem Chrzcicielem – ale każdy ma być taki, jak Jan: wytrwały, dobitny, zdecydowany i radykalny. 
 To jest ta światłość, którą mamy świecić, której chce dla nas Bóg, a o której mówi Izajasz. Nieprzypadkowo – światłość, bo pochodząca od pierwotnej Światłości – W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła (J 1, 4-5). Nie swoim własnym światłem, blaskiem własnych dokonań czy cnót mamy świecić – ale światłem Boga. Tego światła, realizowania się w ten sposób w głębi serca każdy z nas – czy sobie z tego zdaje sprawę, czy nie – pragnie. Pytanie brzmi – czy tylko na tęsknocie się skończy, czy spróbujesz wreszcie sam zaświecić?
>>>
Przykry przykład tego, że w imię poprawności politycznej Europie grozi zamykanie kościołów – i to z Barcelony, miejsca które bardzo lubię… I dlaczego? Bo papież ośmielił się przypomnieć w czasie zeszłorocznej pielgrzymki Hiszpanom o wartościach. A władze uniwersytetu, gdzie znajduje się kaplica, nie potrafią (a może nie chcą?) zapewnić modlącym się bezpieczeństwa. Brzmi dramatycznie – jakby mówić o jakimś miejscu na Bliskim Wschodzie, w Ziemi Świętej; a chodzi o środek cywilizowanej Europy. Widać nie tylko o tę cywilizowaność chodzi.

Świętowanie świętości – prawdziwe, czy nadmuchane frazesy?

Sporo – żeby nie powiedzieć, że większość – ludzi od piątku trwa w dziękczynieniu za dar beatyfikacji Sługi Bożego Jana Pawła II. Papież Benedykt XVI w piątek 14.01.2011 podpisał dekret o uznaniu autentyczności cudu, dokonanego za przyczyną Jana Pawła II na s. Marie-Simone Pierre, uzdrowionej – o ironio – z zaawansowanej formy choroby Parkinsona – co de facto zamyka proces beatyfikacyjny i pozwala ustalić i przygotować samą uroczystość beatyfikacji. 

Abstrahując od sytuacji wyjątkowej – ktoś wyliczył, że przez blisko 1000 lat nie było przypadku aby papież osobiście wynosił do chwały ołtarzy własnego poprzednika na Tronie Piotrowym – czy też uchylenia przez papieża wymogu upływu 5 lat od śmierci kandydata na ołtarze, aby móc otworzyć proces beatyfikacyjny, Benedykt XVI jakby zaskoczył nieco datą, wybraną dla dokonania uroczystości beatyfikacyjnej. Jak wiemy, nastąpi ona 1 maja – co z pozoru może być datą nic nie mówiącą. Gdy sięgnąć jednak do katolickiego kalendarza liturgicznego – biorąc pod uwagę, jak w tym roku późno obchodzimy uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego – sprawa staje się jasna: jest to II niedziela po Wielkanocy, czyli ustanowione właśnie przez Jana Pawła II święto – Niedziela Miłosierdzia Bożego. Data więc pięknie wpasowuje się w to, na co szczególny akcent kładł w swoim pontyfikacie Sługa Boży – a więc przypomnienie, odkrycie na nowo przesłania Bożego Miłosierdzia, otwartego na każdego człowieka w każdym czasie. Papież mówił bowiem: 
Nic tak nie jest potrzebne człowiekowi, jak miłosierdzie Boże – owa miłość łaskawa, współczująca, wynosząca człowieka ponad jego słabość ku nieskończonym wyżynom świętości Boga. (Łagiewniki, 7 VI 1997)
W bazylice św. Piotra rozpoczęto prace nad przeniesieniem ciała Jana Pawła II z Grot Watykańskich do kaplicy św. Sebastiana, w prawej nawie świątyni, między Pietą Michała Anioła a kaplicą Najświętszego Sakramentu – informuje agencja I-Media. Przeniesienie ciała Jana Pawła II nastąpi po beatyfikacji. 
Taka ciekawa uwaga – może smutna nieco. Przeglądałem blogi, patrzę na wpisy na nich od piątku właśnie, i co? Niewiele osób poświęciło temu wydarzeniu w ogóle miejsce, zwróciło na nie uwagę – może z 5. A ile zostało od tamtej pory napisane? Sporo – widać wyraźnie (blogi mam uszeregowane wg kolejności najnowszych wpisów). 

Nie chcę wchodzić w detale – ale nie podoba mi się bardzo medialna niby to ogólnonarodowa tendencja do wzniosłych słów i haseł, jaka powróciła w momencie ogłoszenia publicznie nowiny o zakończeniu procesu beatyfikacyjnego. Powróciła? Tak, widzieliśmy prawie to samo, gdy Jan Paweł II odchodził w kwietniu 2005, niespełna 6 lat wstecz. Wyglądało to pięknie, rodziło nadzieję na trwałą przemianę w ludzkich sercach – w naszym kraju i nie tylko – na zmianę języka debaty publicznej, polityki, na odnalezienie na nowo szacunku dla siebie nawzajem, wyjście ponad nasze własne uprzedzenia, małostkowe uczucia, które tak często nami kierują i prowadzą do głupot, których własna duma nie pozwala potem naprawić… i naprawienie wielu innych spraw.
Dlaczego mi się nie podoba? Bo jest sztuczna. Bo jest bez pokrycia. Bo, niestety, nic na trwałe nie zmieniła, co widzimy do dzisiaj. Pada wiele pięknych i wzniosłych słów, wszyscy sobie przytakują, ściskają się nawzajem, obiecują wielkie zmiany… a prędzej czy później i tak wracają do robienia swojego, tak samo jak wcześniej. Piękne pustosłowie. No tak – bo przecież dzisiaj wszyscy się cieszą, KEP wzywa do modlitwy i dziękczynienia. 
Może to i ostre słowa – nie neguję jednak radości biskupów, księży, i części z nas świeckich… Ale tak naprawdę – czy w ogóle i z czego cieszy się teraz przeciętny człowiek? Czy dla niego to w ogóle coś znaczy, poza obowiązkowym tematem w wiadomościach, serwisach informacyjnych w radiu i internecie? W końcu – cieszymy się przecież także, i to w skali kraju, narodu, jak reprezentacja piłkarska wygra jakiś mecz (fakt – rzadkość w ostatnich latach), albo np. Adam Małysz wygra jakiś turniej. Czy to jest prawdziwa radość? Moim zdaniem – nie, bo to zwykłe odczucie jakby przyjemności, zadowolenia, z radością nic nie mające wspólnego. 
Jeżeli się cieszymy – to przyczyna musi być głęboko, w środku, w nas. Nie dlatego, że – jak pewnie większość świata – uważaliśmy Jana Pawła II za dobrego człowieka. Jeśli radość – to wdzięczność Bogu za osobę Jana Pawła II, za jego pontyfikat, za jego życie, za wszelkie dzieła które zainspirował, za nadzieję jaką dał wszystkim ludziom i każdemu z osobna tym, co pisał, mówił, robił, jaki dawał przykład. Jeśli radość – to dlatego, że cenimy Jana Pawła II jako wzór świętości, człowieka dobroci i modlitwy, orędownika pokoju, sprawiedliwości i miłosierdzia. 
Nie dlatego, że fajnie się na taką osobę patrzy – tylko że ta osoba ma być i staramy się, aby dla nas samych była inspiracją. Staramy się, aby jego idee – a właściwie idee i przesłanie Kościoła, Boga, Jezusa – żyły w nas, były przez nas realizowane. Jan Paweł II inspiruje i wskazuje drogę – ale nie do biernej radości i przyklaskiwania, ale konkretnych działań i decyzji, jakie sam podejmuję. Radość z wyniesienia go na ołtarze wtedy może być i jest prawdziwa, gdy to, co łączy mnie ze Sługą Bożym to coś więcej niż przynależność do  tej samej wspólnoty Kościoła czy nawet ta sama narodowość.
Niestety, nie ma co liczyć na jakieś wielkie zmiany w skali kraju, Europy czy świata… To przykre, ale tak jest. Ludzie pogadają sobie, pozachwycają się – i będą dalej robili swoje, jak dotychczas. Ważne jest to, czy wydarzenie – beatyfikacja – mnie samego zmieni. Osobiście uważam i wierzę w świętość Jana Pawła II, bez względu na to, czy Kościół ją formalnie zatwierdzi (a raczej – stwierdzi), ale cieszę się bardzo, iż tej sprawiedliwości stało się zadość, wbrew bardzo licznym, po śmierci papieża z Polski, głosom krytyki pod adresem jego personalnie i jego posunięć. 
Nie o obraz z aureolą (takie już od 6 lat sprzedają), czy tony świętych obrazków jakie lada moment zasypią każdego w każdym kościele, jako dodatki do katolickich tytułów, książek – nie o nie chodzi. Chodzi o uświadomienie sobie znaczenia prawdziwej świętości – nie tyle samego Jana Pawła II, co tego, że świętość jest wyzwaniem i zadaniem dla każdego z nas, i nie trzeba być papieżem, aby ją osiągnąć. I do tej świętości wytrwałe i z przekonania dążenie – we własnym życiu, własną drogą, realizując własne powołanie. Dokładnie tak, jak ten, którego Kościół otrzymał jako papieża przełomów tysiącleci, i którego niebawem Kościół wyniesie do chwały ołtarzy.

Jest trudno? Upadamy? Babramy się – czasami w tych samych, często w coraz to nowych – grzechach i swoich słabościach. Ale właśnie Jan Paweł II pięknie wskazuje na nadzieję. Dla każdego: 

Człowiek – każdy człowiek – jest tym synem marnotrawnym: owładnięty pokusą odejścia od Ojca, by żyć niezależnie; ulegający pokusie; zawiedziony ową pustką, która zafascynowała go jak miraż; samotny, zniesławiony, wykorzystany, gdy próbuje zbudować świat tylko dla siebie; w głębi swej nędzy udręczony pragnieniem powrotu do jedności z Ojcem. jak ojciec z przypowieści, Bóg wypatruje powrotu syna, gdy powróci, przygarnia go do serca i zastawia stół dla uczczenia ponownego spotkania, w którym Ojciec i bracia świętują pojednanie. (Reconciliatio et Paenitentia)

Może warto się do czegoś zdeklarować, obiecać coś – nie tyle sobie – co Bogu? Każdy moment jest dobry na zmiany. 

Bóg robi to samo. S. Małgorzata Chmielewska i Wspólnota Chleb Życia

Tak jakoś o książkach ostatnio – nic nie poradzę, nadrabiam zaległości czytelnicze – skoro siedzę w domu praktycznie z niewielką przerwą już drugi tydzień. Tym razem sięgnąłem po Generał w habicie. Opowieść o siostrze Małgorzacie Chmielewskiej i Wspólnocie Chleb Życia Stanisława Zawady. Jest to, jak pisze wydawca, opowieść o najsłynniejszej polskiej zakonnicy – i dużo w tym prawdy. Tak się składa, że od jakiegoś czasu staram się systematycznie śledzić bloga s. Małgorzaty – do czego każdego zachęcam, zadziwiając się, jak tak zapracowana osoba ma jeszcze czas na bardzo regularne umieszczanie krótkich, a jednocześnie świetnych zapisków, spostrzeżeń dotyczących życia, świata, wiary i Boga.

Jej brązowy habit i białą chustkę na głowie znają wszyscy. Tak samo jak wysoką, szczupłą sylwetkę i ostry głos. Przyznaje, że robiła w życiu wiele rzeczy. Była nauczycielką, sprzątaczką w męskim klasztorze, pracowała z niewidomymi, odwiedzała kobiety w więzieniu, czasem zabierała do siebie na przepustki. Od wielu lat mieszka z bezdomnymi, alkoholikami, samotnymi matkami i recydywistami po długich wyrokach. Dla niektórych jest źródłem zgorszenia, bo ma dzieci, niekiedy zaklnie jak szewc, bo kurzy papierosa za papierosem. Ci jednak należą do nielicznych. Dla większości jest postacią charyzmatyczną. Każdy, kto choć raz ją spotkał, twierdzi, że nigdy jej nie zapomni.

Generał w habicie to nie tylko opowieść o Małgorzacie Chmielewskiej i jej najbliższych. Przede wszystkim to historie ludzi, z którymi żyje na co dzień, tych, którym po ludzku się nie powiodło.

Małgorzata Chmielewska (ur. 1 stycznia 1951 w Poznaniu) – przełożona Wspólnoty „Chleb Życia”. W dzieciństwie rodzice nie dbali o jej wychowanie religijne. Po ukończeniu nauki w szkole średniej rozpoczęła studia biologiczne na Uniwersytecie Warszawskim. Dopiero po ich zakończeniu zwróciła uwagę na katolicyzm. Początkowo myślała o wstąpieniu do zakonu benedyktynek, następnie do małych sióstr Karola de Foucauld. Pracowała jako katechetka z niewidomymi dziećmi w Laskach i w duszpasterstwie niewidomych u ks. Stanisława Hoinki na ul. Piwnej w Warszawie. Organizowała także pomoc dla kobiet z więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. W 1990 wstąpiła do wspólnoty „Chleb Życia” w Bulowicach koło Kęt, śluby wieczyste złożyła we Francji w 1998 roku. Obecnie prowadzi domy dla bezdomnych, chorych, samotnych matek oraz noclegownie dla kobiet i mężczyzn. Kobieta Roku 1996 ma czworo adoptowanych dzieci.

Mało szablonowy życiorys, prawda? Zachwyca mnie przede wszystkim jej upór, dążenie do znalezienia swojego miejsca na ziemi i w Kościele. Próbowała w wielu miejscach, pukała do różnych zgromadzeń – w każdym z nich szukała swojego powołania. Co ją wyróżnia? Potrafiła szczerze powiedzieć, Bogu i sobie – to nie to, nie tego szukam. I szukała dalej, aż znalazła najbardziej radykalną formę pomocy tym wszystkim, których my sami odtrącamy – ludzi z marginesu, nałogowców, bezdomnych, odrzuconych – po prostu zamieszkała z nimi, oferując im perspektywę, możliwość godnego życia, wspólnotę. 
 
O czym jest ta książka? To chyba każdy powinien ocenić sam. Już pierwsza jej karta, po stronie tytułowej, zwyczajowo poświęcana dedykacji autora, zawiera bardzo mocne słowa. Nie, nie dedykacji. Przypomnienia, zwrócenia uwagi, jakby wręcz wyrzutu sumienia. Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). A dalej? Przejmująca i jakże prawdziwa historia samej s. Małgorzaty, jej poszukiwania, tworzenia wspólnoty Chleb Życia tak na świecie, jak i w Polsce, i codzienności, życiowych sytuacji w domach, które wspólnota prowadzi dla tych, którzy się pogubili. A to wszystko – nie dość, że bardzo twardo osadzone w realiach, rzeczywiste, żadne laurki pełne ochów i achów – jeszcze przeplatane opowieściami osób, opisującymi im pokręcone niekiedy bardzo mocno życia, którzy odnaleźli się jakoś właśnie we wspólnocie Chleb Życia. 
To książka o tych, których my – może nie tyle ludzie sukcesu, co jakoś tam sobie dający radę, z pracą, domem, rodziną, perspektywami, planami – często nie zauważamy, albo bardzo staramy się nie zauważać. Dużo może w niej brutalności – ale nie dlatego, żeby coś jaskrawo przedstawić, wywrzeć wrażenie – tylko dlatego, że tak wygląda codzienność ludzi bezdomnych, bez perspektyw, pozostawionych samym sobie. To ludzie, którzy gdzieś kiedyś popełnili błędy – i, co może wydać się dziwne, gdy sami o tym mówią, nie próbują się usprawiedliwiać; mówią, jak jest, wiedzą że źle postąpili. I próbują poskładać te swoje życia, wyjść na przysłowiową prostą. Nie stają się przez te postanowienia ideałami – dalej ciąży im bagaż doświadczeń, cierpienia, odrzucenia, nałogi, ciągoty związane z życiem na ulicy. Jednym się udaje zmienić, innym nie. Może właśnie dlatego opowieść o nich jest tak prawdziwa – bo nie zawsze są w niej happy endy.
Oto ledwie garść najciekawszych krótkich myśli (s. Małgorzaty, ale także innych, cytowanych tam osób) – nie sposób przytoczyć wszystkie, bo niektóre mają sens tylko w kontekście całych, czasem sporych opisów sytuacji: 
Nie umoralniam nigdy. Zastanawiam się, jak im pomóc. 

Miłosierdzie potrzebuje wyobraźni.

Tych, którzy przychodzą po pomoc, nazywa prorokami. – To Chrystus ich do nas przysyła i sprawdza, czy widzimy Go w drugim człowieku – tak uważa. 
 
Nie ma pojęcia „mam dość swojej biedy”. Biedak może zawsze pomóc drugiemu biedakowi, który jest w jeszcze gorszej sytuacji.

Żebym mogła z czystym sumieniem zjeść obiad i spokojnie położyć się spać, muszę mieć pewność, że zrobiłam wszystko, żeby inni też mogli spać i jeść. 

Nie stać nas było na wszystko, ale niedobrze, gdy na wszystko stać. Człowiek wychowywany bez ograniczeń nigdy nie zrozumie, że w życiu są ograniczenia. 

Zaczęłam rozumieć, że Kościół to coś więcej niż moja parafia.

Nie można zrywać więzów z ludźmi, za których jesteśmy odpowiedzialni. Miłość to wierność.

Gdy człowiek przestaje szukać – to jest koniec życia. Mam nadzieję, że Pan Bóg nie raz mnie jeszcze w życiu zaskoczy. 

Chrystus prowadzi nas, wskazuje drogę, i pyta – co ty na to? Trzeba mieć tylko odwagę i wyruszyć. 

Miłość zakłada poszanowanie wolności drugiego człowieka. Jeśli czyjś wybór jest zły – pozostaje nam czekać, aż ten ktoś to zrozumie i wróci. Bóg robi to samo. 

Nie wystarczy komuś dać talerz zupy, ale trzeba z nim być.

– Skąd u bezdomnych powołanie do kontemplacji?
Andrzej, który z Agnieszką prowadzi dom na Potrzebnej, tłumaczy: Przecież ci ludzie potrafią godzinami siedzieć na dworcu i patrzeć przed siebie. Wystarczy tylko ukierunkować ich wzrok na Chrystusa. 

Nie można pomagać Bogu przez potyczki z innymi. Można komuś pokazać grzech, ale nie można go niszczyć. 

[x Jacek, mieszka i pracuje w jednym z domów wspólnoty]
– Nie możemy się wynosić ponad nich. Oni potrzebują kromki chleba i okazywania solidarności, a nie naszego wywyższania się. 
Zapalił papierosa, mówi dalej:
– Może my nie jesteśmy wcale od nich lepsi, tylko otrzymaliśmy więcej talentów – powiada. – A może jesteśmy słabsi, a oni silniejsi? I dlatego oni dostali większy krzyż, bo go udźwigną, a my byśmy nie podołali?

[s. Małgorzata] Idzie tam [do kaplicy] zawsze, gdy musi podjąć trudną decyzję. Klęka przed Najświętszym Sakramentem i szuka odpowiedzi. 
– Bez Eucharystii zajdziemy tylko w ludzkie relacje ze sobą i albo będziemy do siebie przywiązani, albo nieprzywiązani – mówi. – A to byłaby katastrofa. 

To my jesteśmy niecierpliwi. Szczególnie w stosunku do innych. Bóg czeka czasami wiele lat. I przez te wszystkie lata idzie krok przed człowiekiem, przecierając szlak. On nigdy nie traci co do nas nadziei. 
Bardzo mocno zachęcam – najpierw do kupienia książki, bo z pewnością jakaś część z dochodu z jej sprzedaży zasila dzieła s. Małgorzaty (kosztuje niecałe 30 zł). 
 
Dalej – do śledzenia:

I to wszystko dzięki chrztowi

Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie? Jezus mu odpowiedział: Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe. Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. (Mt 3,13-17)
Na początek – pytanie, które pewnie każdy z tych, którzy w niedzielę Chrztu Pańskiego (jakąkolwiek, nie tylko tą sprzed 2 dni) pojawili się w kościele, usłyszeli w jakieś tam formie. Czy pamiętasz datę swojego chrztu? Ja, tak się składa, tak. Większość ludzi nie pamięta, ale sam fakt zapamiętania tego detalu nie oznacza wiary i bycia na dobrej drodze. Jednak warto je sobie zadać. Bo to jest punkt odniesienia, początek człowieka jako członka wspólnoty Kościoła. Jak to powiedział, cytowany poprzednio, kard. Joachim Meisner, człowiek ma początek, ale nie ma końca – więc chrzest jest początkiem naszej wiary. A skoro na swojej drodze mamy wracać do źródła – warto umieć je umiejscowić, nie tylko jakoś abstrakcyjnie.
Dla kogoś, kto na tamtą sytuację patrzył z boku, mogła być ona co najmniej dziwna. Skoro Mesjasz – to bez grzechu. Więc co Mesjasz robi w kolejce grzeszników, czekających na obmycie z grzechów przez Jana Chrzciciela w wodach Jordanu? A to właśnie zobaczyli. Jan, jak zwykle, stał i chrzcił, pewnie czekała spora grupa ludzi – aż podchodzi do niego sam Jezus. Tak, daleki kuzyn, rodzina. Czy wcześniej zdawał sobie z tego sprawę? Pewnie nie. Jedno jest pewne – w tym momencie stało się to dla niego jasne: zapowiadany Zbawiciel, Pan stoi przed nim w ludzkiej postaci. Spełniły się słowa proroctw i pism – Mesjasz przybył!
Tekst ewangeliczny nie podaje wprost jednak, czy Jan jakkolwiek zwerbalizował, wypowiedział wobec ludzi to, co zrozumiał – czy powiedział coś w stylu Oto Mesjasz!, wskazał Go wprost. Nie musiał. Świadectwo o Jezusie dał sam Jego Ojciec, sam Bóg. To właśnie na Niego, na tego Człowieka czekacie. To w Jego głos i Jego nauki się wsłuchujcie. Żaden władca w ludzkim rozumieniu, bez wojska czy zaplecza politycznego koniecznego dla zorganizowania przewrotu (bo wielu, niestety, w ten sposób tylko rozumiało rolę i zadanie Mesjasza – wyzwolenie Izraela jako narodu, w ludzkim rozumieniu) – ale kto czyta ze zrozumieniem, ten widzi, że proroctwa w Nim samym się wypełniają. Inna rzecz – czy świadkami objawienia łaski Bożej w postaci gołębicy i wypowiedzianych słów był tylko sam Jan, czy też ujrzeli to wszyscy tam zgromadzeni – nie wiemy.
Po co Jezus pozwolił się ochrzcić? Po co na ten chrzest nalegał – widzimy to wyraźnie, że Jan nie chciał Go chrzcić, uświadomiwszy sobie, kim On jest. Może dlatego, że chciał wypełnić co do siebie wszystko to, co dotyczyło ludzi? Sam przecież był w pełni człowiekiem, pozostając jednocześnie Bogiem. Bez grzechu, choć ludzki. Może wiedząc o tym, że z tego gestu, z tego wydarzenia w Kościele, jaki pozostawi na świecie, czerpać będzie pierwszy i może przez to właśnie kluczowy sakrament, inicjacja chrześcijańska, czyli właśnie chrzest? Jesteśmy świadkami przełomu – ostatni prorok Starego Testamentu wskazuje na Tego, który jest początkiem Nowego Testamentu; Bóg zaś własnymi słowami jakby potwierdza to wskazanie.
Dla nas to wydarzenie jest jasną wskazówką. Nie ma znaczenia to, co się człowiekowi o Jezusie wydaje, kogo chciałby w Nim widzieć, jak bardzo On sam człowieka do siebie przekonał. Bóg sam potwierdza swoim słowem Jezusowe posłannictwo, poświadcza Jego rodowód. Bóg po prostu przyznaje się do tego, że sam posłał Jezusa, i nie jest On żadnym szarlatanem, fałszywym prorokiem czy uzurpatorem, jakich wielu wtedy i dzisiaj mami ludzi. Jest Zbawicielem, Odkupicielem, odpowiedzią na tęsknoty serca każdego człowieka. 

Co najważniejsze – Bóg przyszedł w swoim Synu na świat nie dla wybranej w jakiś sposób wyróżnionej grupy ludzi, ale dla każdego. Dał o tym świadectwo w pięknych słowach  (I czytanie z niedzieli) sam pierwszy następca Jezusa, czyli papież Piotr:
Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie. Posłał swe słowo synom Izraela, zwiastując im pokój przez Jezusa Chrystusa. On to jest Panem wszystkich. Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła, dlatego że Bóg był z Nim. (Dz 10,34-38)

To nie był żaden spektakl czy show – to, co zdarzyło się nad Jordanem. To było preludium dla całego szeregu po ludzku niewytłumaczalnych zdarzeń – cudów, uzdrowień, wypędzeń złych duchów, a nawet wskrzeszeń. Bóg działał w Jezusie. Bóg był w Nim – On był Bogiem. Cuda miały ułatwić przekonanie do Niego ludzi – ale nie tylko na cudach polegała Jego misja. Pamięć o tym, co cudowne, pozostała – ale najważniejsze jest to, że pozostało Jego Słowo, Pismo Święte, najlepsze drogowskazy dla każdego człowieka każdych czasów. Dzięki niemu Bóg pozostaje z nami – ze wszystkimi ludźmi – nawet dzisiaj, 2000 lat po tym, gdy Jezus odszedł z tego świata, wcześniej zabity, ale zmartwychwstały.

W tych słowach, jakie padły nad Jordanem, Bóg jakby wskazuje misję Jezusa – choć w dużym skrócie. Nie precyzuje planu, założeń czy głównych celów – potwierdza całość tego, co zamierza Jezus; posługuje się – w tym przekładzie – sformułowaniem upodobanie, a więc można je interpretować jako akceptację, zgodę i bezgraniczne poparcie dla samego Jezusa i wszystkiego, co dokona.

Tak samo jest z moim, twoim – chrztem każdego człowieka. To taki przełomowy moment, gdy Bóg w uroczysty sposób zwraca się do każdego z nas, a my pierwszy raz otwieramy przed Nim serce. To pierwszy krok na życiowej drodze odpowiadania na Boże zaproszenia – czasami jakby wykonywany za nas przez rodziców, gdy jesteśmy jeszcze malutcy. Oni chcą, abyśmy wzrastali w Kościele, jako członkowie Mistycznego Ciała Chrystusa, i abyśmy swoje życie splatali z Bogiem i szli przez nie z Jego pomocą. Nie chodzi o żaden automatyzm – kolejny w wielkiej rzeszy anonimowych ludzi – ale o żywą i trwałą relację pomiędzy Nim a mną. O to, że Bóg zwracając się do mnie, uświadamia mi moją własną wyjątkowość, i pokazuje, proponuje, jak tę swoją indywidualność mogę twórczo i owocnie spożytkować, co z nimi mogę zrobić dobrego w ramach czasu danego mi w życiu.

Bóg przychodzi w swojej świętości, aby nas uświęcając sobą, przemienić jednocześnie w żywe świątynie Jego samego. Zasiewa po raz pierwszy ziarno, które umacniane kolejnymi sakramentami ma we mnie i ze mną wzrastać. To nie jest coś, co nastąpi potem jakby samo z siebie, poza mną, niezależnie ode mnie. Co się z tym stanie – zależy tylko i wyłącznie, czy i co ja zrobię, jak postąpię. Pragnie współpracy i tylko w niej mogę wydać dobry owoc, a ten dar otrzymany na chrzcie nie zostanie zmarnowany. Nie o żaden narcyzm chodzi – ale uświadomienie sobie własnej wyjątkowości w oczach Boga. To jest motywacja. Od tego można zacząć, na tym budować.

I to wszystko dzięki chrztowi – temu konkretnemu, mojemu. To jak, pamiętasz jego datę?

>>>

Zarejestrowałem się w konkursie Blog roku, kategoria Ja i moje życie.

Gdyby ktoś miał ochotę – może na tego bloga (nie tyle na mnie) oddać głos – sms o treści A00108 na numer 7122 (1,23 zł brutto). Głosowanie trwa do 20.01.2011 do 12:00.