Nadzieja pełna nieśmiertelności

wszyscy_swieci

To jest bardzo widoczne w naszym kraju – że chociaż zarówno 01 listopada, jak 02 listopada właściwie obchodzimy zupełnie inne święta/wspomnienia, to mentalnie chyba jesteśmy przyzwyczajeni, że wrzucamy to jakby do jednego worka, na dodatek pod mocno naciąganym tytułem „święto zmarłych” (dziwiąc się potem, że przyjmuje się coraz szerzej zabawy pod nazwą Halloween – czyli… właśnie święto zmarłych).

Czytaj dalej →

Idź! O codziennej wspinaczce

mphoto

Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim. Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy [tamci] weszli w obłok. A z obłoku odezwał się głos: To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! W chwili, gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmili o tym, co widzieli. (Łk 9,28b-36)

Spóźniony lekko, z przyczyn ode mnie niezależnych, wpis niedzielny. Po zeszłotygodniowej wędrówce na pustynię – w tę, drugą już, niedzielę Wielkiego Postu Jezus zachęca nas do kolejnego wysiłku: wyjścia na górę. Kto miał okazję – a jeśli nie miał: niech żałuje i nadrabia! – wędrować po górach, ten wie, ile jest w tym piękna, czasu na zastanowienie się nad sobą, przemyślenia, tak po prostu na poukładanie sobie różnych spraw. To jest takie małe wyzwanie, bo siłą rzeczy muszę się skonfrontować z samym sobą. Co z tego wychodzi?

Czytaj dalej →

Rusz się ze swojej komory celnej

Gdy Jezus wychodził z Kafarnaum, ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: Pójdź za Mną! On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami? On, usłyszawszy to, rzekł: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników. (Mt 9,9-13)

Tak się zastanawiam – co nas odróżnia od takiego Mateusza? Albo inaczej -w czym jesteśmy do niego podobni?
Bo niby ten cały obrazek bardzo ładnie wpisuje się w nasze chrześcijaństwo. Przyszedł Jezus, popatrzył, powołał, hurra!, oni poszli za Nim, kurtyna. Czyli scenariusz znany i przetestowany – bo ponoć skuteczny. No, nie da się ukryć, w przypadku Mateusza na pewno – jednak chodziło tu i zadziałało tak pięknie i mocno tylko dlatego, że doszło do żywego, realnego spotkania dwóch ludzi, a przede wszystkim Boga z człowiekiem. Bóg zapukał – człowiek otworzył i Go wpuścił. Miał świadomość choroby czyli grzeszności, tego, że właśnie takich jak on szuka Zbawiciel. 
A my?
Jezus – ciągle niezmienny, zwycięski, zmartwychwstały, największy – czeka na każdego z nas w każdym dosłownie kościele czy kaplicy. Mamy komfort – nie żyjemy na Bliskim Wschodzie, gdzie muzułmanie rozwalają wszystko, co się kojarzy z krzyżem albo jest nim zwieńczone. Są miasta i miejsca – jak centrum Gdańska – gdzie o kościół przysłowiowo człowiek się „potyka” na co drugim rogu. Przychodzi – albo, jak kto woli, przechodzi – pomiędzy tymi, którzy odpowiedzą na Jego zaproszenie podczas każdej Mszy Świętej. No właśnie, tylko że najpierw trzeba być na niej. Bo jeśli nie przyjdziesz – to skąd masz wiedzieć, że On mówi właśnie do ciebie, że cię zaprasza? Ciężko. 
Bóg powołuje dosłownie każdego z nas – ale równocześnie każdego w swój jedyny w rodzaju sposób, w formie, w miejscu, czasie, a przede wszystkim: wskazuje mu, proponuje dany kierunek. Czeka na nas w kościele, we Mszy Świętej – ale także w drugim człowieku. Jednemu objawia się na modlitwie, przed Najświętszym Sakramentem, medytacji – innemu wydaje się, że jakby go piorun walnął, doznaje nagłego Bożego doświadczenia, w niespodziewanej chwili codzienności. Ilu ludzi, tyle dróg Pan Bóg odnajduje. 
I tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia, czy mnie znajdzie w kościele, czy przy kupowaniu chleba, zmienianiu pieluszki dziecku czy wieszaniu prania. Uwaga – tak, ale po to On jest w Eucharystii, abyśmy z niej korzystali (taka dygresja). Znaczenie ma tylko to, co ja zrobię – czy Go w ogóle usłyszę; jeśli usłyszę – to co zrobię z tym, co usłyszę; i wreszcie, czy ja tak naprawdę pójdę za Nim – czy dalej dzielnie będę siedział w ciemnym grajdołku mojej własnej, pełnej słabości komory celnej. 

Spacer z Żywym Bogiem

Przedwczoraj było Boże Ciało – uroczystość, której pełnej nazwy pewnie większość katolików nie potrafi podać (uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej), i z którą pewnie prawie tyle samo osób ma jakiś dziwny problem. 
 
 
Najpierw oczywiście problem mają ci, którzy z Kościołem nic wspólnego nie mają. Bo jak, zawłaszczanie przestrzeni publicznej, narzucanie się, wchodzenie ludziom z butami (no właśnie, gdzie?), tamowanie ruchu na ulicach itp. Bełkot, innymi słowy. Potem problem mają wszyscy ci, dla których każdy pretekst jest dobry, aby do kościoła nie iść – a odwrotnie, każdy powód, żeby do niego iść, stanowi właśnie problem: znowu? przecież dzisiaj nie niedziela; co? nie dość, że msza, to jeszcze takie ok. dwugodzinne łażenie, na dodatek ze śpiewem i klękaniem byle gdzie po drodze? 
W tym dniu ucieka bardzo ważna perspektywa – podobieństwo tej procesji do naszej własnej drogi. Bo czym innym jest nasze życie? Droga – ku Niemu dokładnie. Nawet tak samo. Z tym wszystkim, co On pozostawił – a de facto za Nim – i jednocześnie ku Niemu jako Temu, który u końca mojej wędrówki oczekuje mnie z otwartymi ramionami. A przy tym nie jestem pępkiem świata – dla Boga jest bardzo ważne, że w tej drodze nie jesteśmy sami, jesteśmy nawzajem sobie dani i zadani, stąd taka mieszanina ludzi bardzo pięknie oddaje złożoność i różnorodność tych, których Bóg umiłował (szkoda, że On kocha wszystkich, a nie każdy potrafi iść za Nim). Bogaci i biedni, zdrowi i chorzy, młodzi i starzy, obdarzeni przeróżnymi darami i talentami. Razem z Tym, który nas zbawił.
To nie jest tak, że realna obecność Jezusa w Eucharystii jest dla każdego czymś oczywistym. Ja akurat mogę powiedzieć – w tym zakresie nie miałem wątpliwości; żadna przechwałka, tak po prostu się złożyła (mam ich dużo w innych sprawach…). Stąd też historia Kościoła mówi o wielu cudach, które Bóg czynił właśnie, kiedy brakowało wiary. I być może dla wielu ludzi taka czwartkowa procesja to okazja, aby szli za Nim i prosili: pozwól, pomóż uwierzyć. A teraz oktawa – okazja, aby w mniejszym wymiarze iść dalej za Nim. Chcę uwierzyć, chcę Ci zaufać – pomóż mi w tym, wskaż drogę, daj znak. Ja mam te swoje wątpliwości, ale idę za Tobą. Takie moje własne niedowiarstwo, ale któremu nie chcę się poddać.
Bóg nie jest jakimś oderwanym od rzeczywistości bożkiem, który wymaga absurdalnych ofiar czy dziwnych gestów. On w tej naszej pielgrzymce wychodzi – namacalnie jakby potwierdzając słowa papieża Franciszka: Kościół musi wyjść z prezbiterium do człowieka, i szukać Go. Bóg w Chlebie Żywym wychodzi więc w monstrancji i idzie tam, gdzie człowieka znaleźć najłatwiej – do jego, mojej i twojej, codzienności, na nasze osiedla, ulice, pod nasze okna i domy.
Wiem to po sobie – nawet jakby trochę nieświadomy udział w takiej procesji potrafi stać się naprawdę głębokim doświadczeniem duchowym. Jeżeli tylko uwierzysz i oddasz się Temu, który idzie na jej czele. Tak naprawdę z niewielkimi wyjątkami (Msze dla mężczyzn – kolejna świetna inicjatywa krakowska o. Grzegorza Kramera SI – zazdraszczam…) to jest jedyna okazja w roku, aby z Panem Jezusem wyjść na ulicę i po prostu dać świadectwo: Temu ufam, za Tym idę, tylko On zna i jest tą właściwą drogą. Warto to wykorzystać. 

Przemiana trwa

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie. (Mt 17,1-9)

To tak się wszystko ładnie układa – od Abrama wędrującego w I czytaniu do Ziemi Obiecanej, aż do Jezusa z trójką uczniów wspinającego się na górę Tabor. Ile wędrował Abram? Lata całe. A oni? Podobno to około dwugodzinna wspinaczka. I jedni i drudzy podjęli wysiłek, ryzyko i poszli za Panem – z tym, że apostołowie za namacalnym człowiekiem (choć równocześnie Bogiem), Abram zaś zawierzył Duchowi Bożemu, który usłyszał. Co ciekawe, podjął się tego w słusznym już wieku, będąc pewnie człowiekiem w swoich czasach sukcesu. A jednak – wyruszył. 
Tak naprawdę nie ma większego znaczenia, w jakim momencie życia jesteś – na początku i nie bardzo jeszcze wiesz, co by tu dalej; masz jakieś plany i w jakimś kierunku zmierzasz, mając skonkretyzowany cel; albo cieszysz się owocami swojej pracy, zbliżając się do jesieni życia. Choćby ludzi – ot, w ten właśnie sposób – podzielić na grupy, sytuacja, historia i kontekst każdego jest jedyny w swoim rodzaju i nie ma drugiego takiego. Bóg przychodzi i proponuje. Motywuje do działania. Jednego do tego, aby faktycznie przeniósł się z miejsca na miejsce. Innego do uporządkowania i przeorganizowania swojej rzeczywistości. Jeszcze innego do tego, aby skupił się w sobie i zadał sobie pewne istotne pytania, a potem na nie odpowiedział. 
Jedno jest pewne – wyjście na taką przygodę z Bogiem to zawsze zostawienie czegoś za sobą – i to celowo, choć nie zawsze rozumiemy i mamy świadomość, o co chodzi; czasami zrozumienie tego przychodzi dopiero z dużej perspektywy czasu. Bóg tak każdego z nas ukochał, że w Jezusie zaprasza do wyjątkowej i jedynej przygody, jaką jest życie każdego z nas. Składa wszystko w moje słabe ręce – ale proponuje: choć ze mną, Ja ci wskażę drogę, wybór zawsze będzie jednak twój. W różne miejsca, do różnych wniosków prowadzi ta droga – jednak wspólne odkrycie na pewnym jej etapie: dobrze, że tu jestem; tak, jak powiedział Piotr (mimo, że nie do końca rozumiejąc, co się działo). 

Znajomy ksiądz w jednej z wiejskich parafii na okolicznych Kaszubach posługuje właśnie wspólnocie pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego – tego, co pokazuje ten niedzielny obrazek w Ewangelii. Świetnie ujął przesłanie z wezwaniem związane, umieszczając je w widocznym miejscu, jakby jako banner, na górze strony: przemiana trwa. To jest sedno. Przemiana jako proces, coś co się w pewnym momencie rozpoczyna i trwa nadal, u każdego inaczej, u każdego w jego własnym tempie. Byle tylko iść dalej tą drogą. Pozwolić się Bogu przemieniać każdego dnia. 
I taka fajna wielkopostna myśl z x Edwarda Stańka:

Wielki Post to okres, w którym Kościół organizuje wyprawę na trzy szczyty znane z Ewangelii. Rozpoczyna od Taboru, by ci, którzy decydują się na tę wędrówkę, mogli doświadczyć obecności Boga, by spojrzeli w świat Bożego życia i doznali przemieniającej mocy modlitwy. Drugim szczytem jest Góra Oliwna. Na niej można poznać prawdę o tajemnicy zła dręczącego ludzkość i siłę modlitwy jako szczepionki uodporniającej na wszelkie jego zakusy. W Wielki Piątek najbardziej odważnych Kościół prowadzi na Kalwarię, by objawić tajemnicę zwycięstwa Boga nad złem. Dramat tego szczytu trwa trzy dni. Początkowo wszystko wskazuje na przewagę zła, ale poranek wielkanocny ujawnia bezapelacyjne zwycięstwo Boga. 

Bóg szyty na miarę, czyli męskie myślenie o Emaus

Kilka wynotowanych najciekawszych myśli z książki – zbitki dialogów z dwoma ciekawymi zakonnikami, benedyktynem i dominikaninem – czyli Męskie myślenie o. Bernarda Sawickiego OSB i o. Krzysztofa Popławskiego OP. Co ciekawe, z perspektywy dnia dzisiejszego, dwaj do niedawna przełożeni na Polskę swoich rodzin zakonnych – Sawicki jako opat tyniecki w latach 2005-2013, Popławski jako prowincjał dominikanów w latach 2006-2013. Do mnie bardziej trafiły przemyślenia o. Bernarda – pewnie kwestia gustu, czyta się jednym tchem (na ile jednym tchem można czytać w drodze, czyli nie jednym tchem). A wszystko umiejętnie prowadzone przez dwie kobiety (jedna dominikanka), z powracającym w tle motywem i odniesieniem do wędrówki dwóch uczniów do Emaus, czyli klasycznej ludzkiej ucieczki. 
  • Jezus idzie z nami do naszego Emaus bezsensu życia i kryzysu wiary. Jesteśmy jak uczniowie, którzy potrzebują przewodnika i świadka, aby nie popaść w to, co św. Augustyn nazwał cor incurvatum in seipsum – sercem zwróconym (zakrzywionym) ku samotnemu sobie. Prawdziwy Jezus prawdziwej Ewangelii jest miejscem spotkania wszystkiego i wszystkich.
  • Pan Bóg szuka różnych dróg do człowieka – do nas. Ktoś wcale nie musi być zdeklarowanym chrześcijaninem, ktoś może być agnostykiem czy ateistą, może obojętnym religijnie. Pan Bóg jeden wie, jak to wszystko sądzić, ale jeśli ktoś bardzo uczciwie chce znaleźć sens życia i do końca szuka, no to niesie jakieś światło.
  • Trzeba zarobić [te talenty] i puścić je w obrót. Nie wiem – włożyć do banku albo jakoś inaczej zainwestować. I tu jest problem, może tak spróbowałbym to przetłumaczyć na nasz użytek: moim talentem jest moja wrażliwość, zdolność w stanie wyjściowym. Pytanie zostaje jednak to samo: jak ja to zainwestuję?
  • To jest ten najważniejszy moment: jeśli ja chcę coś porzucić, to muszę to „wypuścić z ręki”, przestać to kontrolować. To jest radykalizm. Ale winna towarzyszyć temu wiara, że jest Pan Bóg, że jest jakaś instancja, która nad nami czuwa, i jej się powierzam. Wierzę, że tą instancją jest Bóg, który poprzez przełożonego chce ze mnie wykrzesać maksimum talentu, z którego – być może – nawet ja sam jeszcze nie zdaję sobie sprawy. 
  • Jest taki moment, że coś zostawia, powierzam to Panu Bogu, bo chcę Jego szukać i chcę, żeby On był moim szczęściem. I nie pozostaje nic innego, jak nadzieja, że On to docenia i nie zawiedzie mnie.
  • To jest ten moment, o którym powiemy przy uczniach idących do Emaus – sprawa kontaktu. Nazwałbym to przedsionkiem ewangelizacji – czy jakiegokolwiek nawrócenia. By miało ono miejsce, musi być kontakt. 
  • Jezus próbuje wprowadzić w rozmowę uczniów nową jakość i rzez to następuje przewartościowanie ich emocji. Dlatego właśnie ich serce zaczyna pałać. Zwróćmy uwagę – oni mieli już jakieś zarzewie pewnej nadziei, która została zawiedziona, a Jezus jakby z tego popiołu rozdmuchuje ją na nowo. I co się dzieje? Pojawia się moment przypomnienia, ukierunkowanie na pożegnanie z Jezusem – to moment łamania chleba. Ono wcześniej Go nie poznali, bo rozstrząsali problem, których ich dotyczył. I Jezus to akceptował. Dopiero po łamaniu chleba poznali Go. To znaczy, że Jezus pokazał im, że nadzieja, którą mieli w sobie – i ta, którą odzyskali – to właśnie On. I wtedy zniknął. Ale uczniowie są gotowi. Już nie mają wątpliwości. Zebrali się i wrócili. Jezus zrobił to tak dyskretnie, w sposób niewidzialny, ale skuteczny – coś jak na tym obrazie, gdzie mamy tylko kontur Jezusa. Może gdyby ich powalił, jak świętego Pawła (być może Paweł jednak powalenia potrzebował, nawet cztery razy to potem wspominał…). W Emaus tak się jednak nie stało. Taki chyba winien być dzisiaj sposób Kościoła na przepowiadanie Dobrej Nowiny – wchodzenie w dyskurs świata, w te najgłębsze, czasami te najbardziej trudne wątki tożsamości, wsłuchanie się i potem próba odniesienia się do nadziei i zaszczepienia tej nadziei. 
  • Tylko gdy nam się coś „obluzuje” (to wielki dylemat teologii moralnej) – pozostaje nadzieja, że Pan Bóg widzi inaczej. My z całej siły winniśmy chcieć dobrze. Co z tego wychodzi – może nie do końca od nas zależy. Dlatego nie wiadomo z kim się spotkamy po drugiej stronie. Być może – nawet, jeśli zabrzmi to szokująco – Pan Bóg to widzi inaczej. Skoro mamy ludzi o „poluzowanych sumieniach”, to oni już nie mają pełnego rozeznania. Dlatego, być może, nie są moralnie klasyfikowani, bo nie są w stanie skutecznie rozeznać dobra i zła (…) Pozostaje pewna tajemnica drugiego człowieka. Dopiero po drugiej stronie życia dowiemy się, czy i jak ten człowiek się zmagał, co nim kierowało. Ostateczny osąd należy do Boga.
  • Z Piotrem było tak: on widział, że niektórzy odchodzą, a ponieważ sam się przejmował i był bardzo kreatywny, to chciał Panu Jezusowi… „pomóc”. Niestety, nie stać go było, żeby do końca zaufać Jezusowi. Judasza też to zgubiło. Męskie ambicje? Tak można o tym pomyśleć. Judasz po prostu wiedział lepiej: że trzeba wyjść, zawalczyć. A tymczasem tutaj Pan Jezus daje się pojmać i popełnia błędy. To tak jak pytanie Marty w Betanii: czy Ci to nie jest obojętne. Jak ona wystąpiła, to Pan Jezus zaraz ją na swój sposób „ustawił”. I ona pozwoliła się ustawić. Z facetami jest gorzej. Marta jest tutaj pokazana jako ta, która szczerze występuje przed Jezusem. Judasz zaczął kombinować w skrytości: sprzedam Go, bo mnie zawiódł… Wcześniej Piotr mówił Jezusowi, kiedy ten wspominał o krzyżu: Nie przyjdzie to na Ciebie. To faktycznie jest takie męskie myślenie. 
  • Gdy komuś zależy na prawdziwej nadziei, winien być gotów utracić nadzieję, która do tej pory była nieprawdziwa. Trzeba odszukać tę nadzieję prawdziwą, która niosła, a jakoś po drodze skarlała, zdeformowała się. I to jest ten moment przyjęcia, otwarcia. To daje łaskę – ale i jest przez nią gwarantowane.
  • Mówiąc szczerze – nie ma czystej bezinteresowności. Jeśli ktoś choć trochę studiuje metafizykę, wie, że w naszej kondycji ludzkiej nie ma czegoś takiego, jak czysta bezinteresowność. Jesteśmy stworzeniem i zawsze powinniśmy być wdzięczni Panu Bogu za to, że jesteśmy. Tylko my chcemy robić to po swojemu. Dlatego też często właśnie tego poczucia wdzięczności nam brakuje. Ludzie mają postawę roszczeniową wobec Pana Boga, wobec Kościoła. Mają wrażenie, że coś im się należy. 
  • To jest problem naszej polskiej rzeczywistości kościelnej – trzeba przejść od ilości do jakości. Niestety, trzeba się skupić na elitach, które potrzebują indywidualnego, pogłębionego kierownictwa duchowego – czy też spotkań biblijnych – a księżom szkoda na to czasu, bo tu jakieś nabożeństwo „ucieka”, tu trzeba odprawić nieszpory, wyjechać na jakąś pielgrzymkę… I między innymi dlatego, niestety, nie mamy kultury czytania Pisma Świętego (…) Innymi słowy – chodziło by u nas o trochę inny styl duszpasterstwa niż masowy. Zwyczajnie o solidniejszą formację. 
  • Dziecko obserwuje rodziców – czy są autentyczni. Przecież dziecko doskonale odczuwa miłość rodziców. Jeśli obydwoje dziecko połączy, to w pewnym sensie… oni już Boga odnaleźli, bo tam jest miłość. Dziecko od razu zweryfikuje, czy ktoś autentycznie żyje Bogiem, czy ktoś chodzi do kościoła z przekonania. Jeśli ktoś robi to dyskretnie, a konsekwentnie – dla dziecka jest to przekonywujące. 
  • Na rynku wartości deklaracje przestały się już liczyć. Liczy się świadectwo. Jako chrześcijanie mamy światu dużo do zaoferowania. Jeśli pamiętamy, że jesteśmy teraz najbardziej prześladowaną religią, to znaczy, że na forum świadków – mamy poniekąd najwięcej do powiedzenia. To jest jakaś forma wiarygodności. O tyle istotna, że wartości chrześcijańskie, wiarą są dla wielu osób tak istotne, że nie tylko intensywnie ich szukają, ale nie wahają się też poświęcić dla nich życia. 
  • Zawsze staje mi przed oczyma jedna scena, to jest zakończenie Ewangelii Janowej, z „nieszczęsnym” św. Piotrem, który był, jaki był. Ale Pan Jezus pyta go o miłość. I dla mnie w tym pytaniu zarysowuje się wielkość Piotra. Czy miłujesz mnie bardziej niźli ci? Nie było to pytanie skierowane do Jana – przecież umiłowanego ucznia. Pokazuje to jednak, że Piotr przeszedł zwycięsko swój kryzys wiary. I że był człowiekiem bardzo mocno zaangażowanym. Być może powodem jego kryzysu była porywczość, ale cały czas chciał dobrze. Bardzo przejmujące jest to „bardziej, aniżeli ci”, bo rodzi się w nas zaraz pytanie, jak Pan Jezus mógł wartościować miłość. Zobaczmy jednak, jaka jest nagroda za tę wielką miłość. Paś baranki moje. I to jest wezwanie i przedziwna zależność, bo jeśli chcę być blisko Pana Jezusa i faktycznie nawiązuję z Nim relację, czując, że mnie wzywa, to zaraz za tym wezwaniem idzie wezwanie do troski o innych.
  • Jeśli człowiek wyzwoli się z takich swoich różnych oczekiwań i pokornie przyjmuje rozmaite „spotkania z absurdem”, to może mieć poczucie, że wszystko ma sens. Nade wszystko może powiedzieć, że nie szukał swego. A czy to było Boże? To zobaczymy.
  • Nie mam kobiety. Jakoś mnie to boli. I wiem, że w to wchodzi Pan Bóg. Może to jest też tak, że swoją obecnością też pomagam tej drugiej osobie. Być może jest to jakiś obopólny dar. Podobnie jest z ludźmi, którzy są w małżeństwie, a jednak czują, że to nie to, co sobie wyobrażali. I też czują się – muszą się czuć – samotni. To taka solidarność pewnego powinowactwa samotności. Dlatego cieszy mnie obietnica Pana Jezusa, że po drugiej stronie „nie będą za mąż wychodzić i nie będą się żenić”, bo by pewnie człowiek nie wytrzymał. Nie wiemy, jak to będzie, ale ten element żeński i męski na pewno będzie jakimś ważnym odniesieniem – zapewne do samego Pana Boga. Bo w ciele, choć przemienionym, mamy jednak pozostać. 
  • Jest hierarchizacja, ale jeśli patrzy się na nią w kategorii władzy, a nie służby, wprowadza się silny dysonans. W Kościele jesteśmy wszyscy równi przed Bogiem i nie można o tym zapominać.
  • Od człowieka trzeba zacząć? To jest nadużywane stwierdzenie. Powtarzane do znudzenia: „człowiek jest drogą Kościoła”, tylko że ktoś od razu dodał: „po której Kościół spokojnie przebiega”. W Kościele trzeba zaczynać od Boga. Najważniejszy w Kościele jest Bóg (…) Powiedzieć, że człowiek jest najważniejszy w Kościele, to skroić ten Kościół tylko na ludzką miarę. Jeśli człowiek jest najważniejszy, to dlaczego Kościół trzyma się takich prawd, które dla wielu są trudne do przyjęcia?
  • [Uczniowie w drodze do Emaus] Spodziewają się czegoś osobistego, to znaczy tego, co jest z nimi związane. Rola Pana Jezusa polega na tym, że On idąc i tłumacząc im Proroków, pokazuje, że to, co się wydarzyło i co jest związane z ich życiem, przekracza daleko ich oczekiwania. Uczniowie zostają wyzwoleni ze spodziewania się Boga na swoją miarę. Potem następuje drugi kluczowy moment: rozpoznanie przy łamaniu chleba. Ale – to bardzo charakterystyczne – gdy Go rozpoznali, Jezus momentalnie się wymknął, znikł. Po tym łamaniu chleba zadają sobie pytanie: jak to możliwe, żeśmy Go nie poznali? Czy serce nam nie pałało, kiedy do nas mówił? I wtedy wrócili do Jerozolimy, czyli zawrócili z drogi ucieczki. 
  • To nie jest żadna teologia. Myślenie typu: Pan Bóg szczególnie błogosławi naszemu krajowi, a Maryja była Polką, nie ma nic wspólnego z teologią. To zwykłe zawłaszczanie wiary, chrześcijaństwa. Niestety tego typu myślenie jest rodzajem antyświadectwa. 
  • Chodzi po prostu o to, że wszystko, co się w życiu dzieje, ma swój sens, i nie uciekając od niczego, wszystko można położyć przed Bogiem. O pewnych etapach historii swojego życia nie trzeba zbyt długo pamiętać czy też czegoś wyciągać, gdy już udało się uporządkować pewne rzeczy. Trzeba pamiętać, że my jako my realizując różne powołania, całą tę historię mamy w sobie z cała ta historia należy do Boga. 

Diabelnie trudna prostota

Jezus powiedział do swoich uczniów: Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nastaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski. (Mt 5,38-48)

Wczoraj tak jakoś znowu wyszło, że wylądowałem na Mszy dziecięcej. I wchodząc do kościoła zastanawiałem się, o czym ten cały ksiądz im powie w ramach homilii. Generalnie – o niczym związanym z tym, co tutaj powyżej. 
Dla mnie to słowa dla egoistów, lalusiów, przemądrzalców i osób wybitnie interesownych. Czyli każdego z nas. A równocześnie wezwanie do tego, aby z otwartym sercem przyjmować to wszystko, co może człowieka spotkać – ze szczególnym uwzględnieniem tego, co może być złe, ciężkie, bolesne. Drugi policzek, tak często wyśmiewany. Odstępowanie płaszcza, czyli daj więcej, kiedy chce ktoś mniej – dla mnie to szczególnie trudne, mając na uwadze mój zawód i wykształcenie z samej istoty mające na celu obronę przed roszczeniami. To takie słowa, które nakazują w pewnym sensie uległość. Nie oddać w pysk, jak ktoś zaczepia, ale się podłożyć. Nie tylko dać to, czego ktoś żąda, ale nawet i więcej. 
Dalszy ciąg to już jakby o miłosierdziu i sercu otwartym na potrzeby innych. Nie tylko westchnij nad żebrakiem czy bezdomnym – ale spróbuj zaradzić jego sytuacji. Ciężko – nie wiem, czy faktycznie zbiera na jedzenie, czy za chwilę tych przykładowo 5 zł nie wyda na winiacza. Ale mam dać i to nie na zasadzie zbytku – masz, odczep się, niech mnie sumienie nie gryzie – ale z miłosierdzia. Przysłowie mówi: dobry zwyczaj, nie pożyczaj. A tu – gdzie tam, pożycz, skoro ktoś prosi (pewnie w domyśle nawiązanie do innych słów – „radosnego dawcę miłuje Bóg”?). Ale dobra – damy radę, da się. 
Tu dopiero zaczynają się schody. Miłujcie nieprzyjaciół, módlcie się za prześladowców. I bardzo fajne nawiązanie do przykazania – bo właściwie, to czym taki chrześcijanin by się różnił od każdego innego, gdyby wdzięczność i miłość swoją okazywał tylko tym, którzy są w porządku, także miłują, są z tej samej wspólnoty. Jaka nagroda dla takich? (Co ciekawe, Jezus tu posługuje się stereotypem celnika – tego złego kolaboranta – chociaż we własnych szeregach Dwunastu będzie miał przedstawiciela tej profesji w osobie Mateusza.) Ano ta właśnie – interesowna wdzięczność tych, o których mowa. Nic więcej. Bóg wzywa do czegoś większego i o wiele trudniejszego – miłości (nie chodzi o to, żeby lubić, przyjaźnić się itp – to coś zupełnie innego – ale o miłowanie) w stosunku do tych wszystkich dalej: nieznanych, anonimowych, przypadkowo napotkanych, ludzi w potrzebie (ale nie tylko), a szczególnie tych jakby (po ludzku) z założenia „be”: nie lubianych, nienawidzonych, budzących złość, pogardę i te wszystkie złe emocje. To jest sztuka i tu jest pole do popisu – nie ma znaczenia, o co poszło, jak bardzo zadawnione są waśnie czy spory. 
Po prostu kochaj – i rób co chcesz. Najprostsza, nie udziwniona, a jednocześnie pewna droga doskonałości do osiągnięcia zwycięstwa, którego nikt nie odbierze – z rąk ostatecznego Zwycięzcy. 

Wędrowny maksymalizm objawienia

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon. Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. (Mt 2,1-12)

Przerażające jest to, że jakby statystycznego „Polaka-katolika” (cudzysłów zamierzony) zapytać o wczorajszą uroczystość Objawienia Pańskiego – to człowiek najczęściej usłyszy: „Że co? Jehowi jesteście?”. Tia. Jak zapytać o Trzech Króli – „a, pewnie, 6 stycznia, nawet od niedawna wolne jest, nie”. Wszystko jasne.  W tym tekście bardo łatwo skupić się na rzeczach nieistotnych, pobocznych. Nie ma znaczenia gwiazda (choć pewnie jakieś zjawisko z udziałem ciała niebieskiego było widoczne na niebie, naukowcy spierają się jedynie – jakie), nie ma znaczenia Herod (choć swoje symbolizuje), nie mają też specjalnie znaczenia ci… goście, którzy dotarli do Jezusa i złożyli dary. To są elementy składowe, które mają – w formie ewangelicznej opowieści, może midrasza – pomóc nam zrozumieć pewną bardzo ważną prawdę. Jaką? O tym zaraz. 
Herod. Dokładniej to Herod II, zwany Wielkim. Synonim tego, co złe, prostackie, żądne władzy, czci, zniewalające, narzucające się innym wbrew ich woli. Człowiek po prostu mały i nieszczęśliwy, który chciał być sprytny i wykorzystać mędrców, ale zapomniał, że Bóg sięga o wiele dalej. Nigdy samodzielny władca, zawsze namaszczony przez kogoś jedynie namiestnik. O ile opowieść o rzezi niewiniątek może być nieco przesadzona, gdy chodzi o skalę (w pozachrześcijańskich źródłach historycznych nie ma o niej ani słowa – a o takiej zbrodni zapis by raczej pozostał), jednak pasująca do – nie ma co ukrywać – psychopaty, jakim był. Nieszczęśnik ogarnięty manią prześladowczą, który zabił pierworodnego syna, jedną ze swoich żon oraz jej synów, brata i matkę. Nagonka na mającego się narodzić Mesjasza to nic innego jak kolejny przejaw manii. Tragiczna postać – i nauczka dla wszystkich. 
Zagraniczni goście. Tak, to dobre sformułowanie. Nie ma bowiem dowodów na to, że byli oni królami, ani też że było ich akurat trzech (wiadomo, że więcej niż jeden). Bardzo dobrze ich rolę oddaje znana polska kolęda, mówiąca o „mędrcach świata”. Reprezentowali oni bowiem świat, i z pewnością byli obdarzeni prawdziwą mądrością. To nie jest tak (a czasami mam wrażenie, że niektórym się tak właśnie wydaje), że tylko Kościół i chrześcijaństwo wydaje ludzi mądrych, światłych. Boży Duch umiłowania wiedzy i szukania prawdy wieje różnymi drogami, także tam, gdzie Bóg nie jest znany. Bo ten ewangeliczny obrazek dobitnie pokazuje jedno – można przyjąć, że przychodzącego Mesjasza odrzucił zarówno sam Herod, jak i wielcy Jerozolimy, którym nie na rękę był nowy władca (skoro już jakoś się dogadali, ułożyli z dotychczasowym). Paradoks – swoi Go odrzucają, a przychodzą z daleka oddać Mu cześć obcy, ludzie z drugiego końca świata. 
Na czym mądrość owych mędrców polegała? Na tym, że umieli zauważyć prawdziwie wielkiego Boga, choć skrytego w kruchym i maleńkim ciele. Szukali Go na tyle szczerze i autentycznie, że potrafili zrozumieć, On czeka na nich, w tym, co małe i bezbronne – w ciele noworodka zawiniętego w pieluszki i złożonego w żłobie. On jest prawdziwie wielki, On prawdziwie ma władzę i moc. A oni w Nim potrafili je ujrzeć i dlatego klękają.   Warto, w tym kontekście, pamiętać o ludziach niewierzących. O takich mędrcach właśnie. Tylko Bóg tak naprawdę wie, czemu nie otrzymali łaski wiary, czego im brakuje, albo gdzie na swojej drodze życia pomylili skrzyżowania. Postawa takich ludzi nie musi oznaczać bylejakości, łatwizny i powierzchowności. Mogą być osobami mądrymi i wartościowymi, ale nie potrafią uwierzyć. Nam, wierzącym, łaska wiary może wydawać się czymś oczywistym, jakby przydzielanym wg rozdzielnika każdemu. Są jednak ludzie z wieloma pytaniami i wątpliwościami, a zarazem szczerością i prawdziwą wolą poszukiwania. Za takich trzeba się modlić. Ot, choćby o to, żeby inni wierzący – tak, ja czy ty – po prostu im tego Boga, którego szukają, nie zasłaniali, abyśmy potrafili Go przekazać także współczesnym poganom. 
Już kończę. Co świętujemy w ten dzień? Również Narodzenie Pana. A jednak – zupełnie inaczej. W sposób bardziej dojrzały. Czemu? Bo chcemy iść dalej. Tak samo, jak wierzący nie może zatrzymać się przy krzyżu, odrzucając to, co jest dalej: zmartwychwstanie, pusty grób, tak samo wierzący nie może pozostać w ciepłej, przytulnej i rodzinnej stajence betlejemskiej, gdzie przyszła na świat Maleńka Miłość. Bo to jest tylko początek. Człowiek wierzący wstaje i idzie dalej, aby objawiać światu Objawionego jemu. Bóg nie przyszedł po to, aby jak to ujmuje kreskówkowa karykatura władcy (skądinąd, śmieszna i sympatyczna) w osobie Króla Juliana (ten z „Madagaskaru”), żądać od ludzi tylko hołdu i klęczków. Bóg przychodzi w Jezusie Chrystusie i rodzi się jako człowiek, aby wszystkim ludziom objawić swoją miłość, swoje umiłowanie i zakochanie w człowieku, swym największym dziele. Nie przychodzi, aby przyjmować tylko czołobitne laurki – ale aby zamieszkać w ludzkim sercu, każdym, i każdemu człowiekowi pomóc odnaleźć sens, inspirację, cel. Kocha tak mocno i daleko, że staje się jak swój twór – człowiekiem. 
Bóg wyjątkowo mocno w tym dniu zaprasza nas do wspólnej wędrówki. Ani ona łatwa, ani przewidywalna, ani też opłacalna. Mędrcy pewnie też musieli zebrać sporo odwagi i spontaniczności, ruszając za jakąś gwiazdą właściwie nie wiadomo dokąd. Ale wyruszyli. Do tego dzisiaj zaprasza nas Bóg. Abyśmy wstali, odeszli od światełek choinkowych, porzucili kolorowe ozdoby i przytulną stajenkę – i poszli, aby Jego właśnie, na tronie własnego serca, zanieść w świat. Nie możemy do chować przed innymi, skupiać się tylko na indywidualnej relacji. On przyszedł dla każdego z nas, dla wszystkich – i przez moje ręce chce dotrzeć do jak największej liczby osób. Docierać i objawiać każdemu to, czego sam nie odkrył, nie potrafi zrozumieć. 

Prostowanie polskich dróg serc

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza: Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki. Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym. (Mk 1,1-8)
To już 2 niedziela, wyjątkowo krótkiego w tym roku adwentu, prawie półmetek (sobota 3. tygodnia adwentu to już wigilia Narodzenia Pana). Czas szybko leci, dynamiczna ewangelia przedstawia dzisiaj głównego adwentowego bohatera – można powiedzieć, Jezusowego kuzyna, Jana zwanego Chrzcicielem. My także nabieramy rozpędu w tych świątecznych przygotowaniach – mam tylko nadzieję, że wewnętrznych, układając w sersu pewne sprawy i nade wszystko tam robiąc porządek, a nie biegając od jednej wystawy do innej. Trwając w tym adwentowym klimacie radosnej zadumy – a nie tylko próbując jakoś przetrwać ten zakupowy szał.
Jan to postać niezmiernie ciekawa. O ile już jego narodzeniu towarzyszyły wydarzenia co najmniej dziwne i niezrozumiałe – bo czy normalnym jest, że staruszka rodzi dziecko? – o tyle później pewnie ludzie o tych okolicznościach zapomnieli i nic nie wskazywało, aby wyrastający chłopiec miał do odegrania jaką ważną rolę. Bóg patrzy inaczej i bardzo często wskazuje człowiekowi drogę, która wydawać mu się może dziwna i niezrozumiała. Zmusza do kreatywności, improwizacji. Tak właśnie staje się z Janem. Janem – nie ukrywajmy – nieco dziwnym nawet jak na tamte czasy, skoro „nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym”. Można by powiedzieć – ekscentryczny (nawiedzony lekko?) charyzmatyczny kaznodzieja. Wielu takich było. 
Przyciągał bardzo ludzi. Owszem, w dużej mierze z tzn. marginesu. Schodzili do niego i pytali – co robić, co czynić? W odpowiedzi nie słyszeli moralizowania górnolotnego, a proste rady – nie kłam, nie kradnij, dziel się tym co masz, pomagaj potrzebującemu. Zacznij od małych spraw, wtedy gdy za jakiś czas weźmiesz się za większe, masz szansę, że ci się uda. Proste, prawda? Przy okazji – to dobry pomysł na dobieranie postanowień adwentowych – nie ilość, ale jakość i wykonalność. Lepiej skupić się na czymś małym i odnieść sukces, niż rzucać się z przysłowiową motyką na księżyc, i nie dać rady. 

Jan jakby dojrzewał na pustyni – miejscu bardzo znamiennym, biorąc pod uwagę historię Narodu Wybranego. Oni jako całość dojrzewali tam przez 40 lat, aby dotrzeć do Kanaan. W pustyni człowiek lepiej słyszy, więcej widzi. Musi wykazać się czujnością, nie może przestać czuwać. Wreszcie – na pustyni nic ani nikt nie odwraca uwagi od Boga. Umiera to, co pozorne, plastikowe, tandetne i kruche. Zostaje to, co najważniejsze. Oczywiście, są pokusy, wręcz się pewnie wzmagają. Tak, jak u nas dzisiaj – pójść np. na rekolekcje adwentowe, zerwać się z wyra na roraty, pójść na adorację, czy po prostu bezmyślnie poleżeć na kanapie przed tv czy monitorem komputera? Na pustyni albo poddasz się pokusom złego i odpadniesz, albo uświadomisz sobie własną słabość i grzeszność, które Bóg wypełni swoim miłosierdziem. Jest ciągle czas. Bóg, czekający na pustyni, jest cierpliwy, ma czas.
Pierwsza niedziela adwentu upłynęła pod znakiem czuwania, druga stawia przed nami pewne zadanie. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki. Przygotować w pewnego rodzaju, ale potrzebnym, egoiźmie – bo skupiając się na sobie. Tak, nie moralizując innym, wytykając wszystkie możliwe (i te urojone, przy okazji, też) potknięcia i błędy. Przygotować swoje poletko, swój ogródek – i, jak Jan, wiedzieć, kiedy się wycofać. Zgromadził wokół siebie sporo ludzi, udzielał im chrztu z wody – ale wiedział, że nie na nim się to kończy, że za nim idzie większy, mocniejszy. On sam tylko przygotowywał grunt Panu. 
To także zadanie dla nas – uporządkować, co się da, i zaprosić w ten porządek Boga, aby go zagospodarował i nadał mu sens. Cytując x Artura Stopkę – nie tak, jak „prostowanie” dużej części polskich dróg, niech to nie trwa jak budowa autostrad Na dobry początek – porządny rachunek sumienia, szczera spowiedź, postanowienie o np. cotygodniowym sumiennym pełnym uczestniczeniu w Eucharystii. Tylko wtedy Słowo, które ponownie przyjdzie na świat, będzie miało szansę stać się Ciałem także we mnie.

Zacznij post z nadzieją

Jezus powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1-6.16-18)
Czas płynie swoim rytmem. Który to już raz staję u progu Wielkiego Postu? Wychodzi, że 26. Pytanie trudniejsze – który raz świadomie? I jakby jeszcze drążąc – ile razy ten post był owocny, udany, coś mi dał? To pytania trudne, ale ważne. Jeśli człowiek chce się za coś brać, i ma to mieć sens – trzeba do tego podejść poważnie. Udawanie nie ma sensu, można próbować oszukiwać siebie i ludzi naokoło – Boga nie oszukasz. 
Niektórzy mówią, że post to czas, w którym człowiek ma uporządkować siebie, postarać się bardziej żyć z Bogiem, i samym Bogiem, uporządkować z Nim relację. Generalnie – racja. Bo Wielki Post ma być czasem, kiedy my z własnymi zachciankami, swoim przerośniętym często-gęsto ego, mamy ustąpić pola – właśnie Bogu. To jest podstawa. Dopóki – czy to w Poście, Adwencie, czy kiedykolwiek – będziemy widzieli tylko siebie i skupiali się jedynie na sobie, nic nie zdziałamy. Pierwsza sprawa to dopuszczenie Boga do głosu. Jeśli coś zmieniać – to trzeba wiedzieć najpierw, co. Dalej – trzeba wiedzieć, jak – i tutaj też kreatywność jest mile widziana, natomiast Bóg podsuwa wypróbowane sposoby. Czyli przewartościowanie – chociaż spróbuję, aby to On był na pierwszym miejscu, i On sam wskazał, jak te porządki ze sobą zrobić.

Kiedy uda się poprzesuwanie tego wszystkiego, co we mnie, żeby zrobić Bogu trochę miejsca – trzeba zacząć działać. Dałem coś z siebie, okazałem dobrą wolę i chęć zmian – i na pewno widzę, że to, co wymaga zmian, na tle tego lekkiego przewartościowania staje się widoczne, jakby bardziej jaskrawe. Teraz, na spokojnie, jakby bardziej rzuca się w oczy, nie pasuje do tego, co jako wierzący, chrześcijanin, deklaruję; do tego, jak moje życie, decyzje, postępowanie powinno wyglądać w świetle tego, co twierdzę, że wyznaję. Z natury jesteśmy dobrzy – więc to, co tak do końca dobre nie jest po prostu odstaje. Teraz najtrudniejsze – trzeba się zabrać i zmienić ten stan rzeczy, żeby całość tego, co się składa na mnie, była spójna, jednolita, żeby nic nie odstawało. 
To jest trudne. To jest bolesne. To może zdawać się ponad moje siły – im trudniejsza, bardziej delikatna materia; im więcej zaniedbań, im dłuższe było pielęgnowanie jakby w sobie, czy w najlepszym wypadku po prostu tolerowanie tego, co niewłaściwe. Mniejsza o detale – jakiś nałóg, coś co uderza w zdrowie (więc i życie), czy coś w sposobie bycia; a może jakaś nieuleczona relacja, która gdzieś ciągle uwiera. Bóg jest Panem wszystkiego – nie ma dla Niego rzeczy, które nie dały by się poskładać, nawet gdy coś rozsypało się w drobny mak, dawno temu, i po ludzku nie ma nadziei na poskładanie tego. Tutaj wychodzi bardzo ważna kwestia – poza działaniem potrzeba wiary w możliwość tej przemiany. Bóg zadziała i pomoże – ale gdy ty uwierzysz, że przemiana może się dokonać, zaistnieć. 
Jezusowi także było bardzo trudno, gdy uświadamiał sobie, co Go czeka. Czy o tym wiedział? Wydaje mi się, że nigdy nie zwątpił w to, że Bóg Ojciec ma w stosunku do Niego konkretny plan, który On musi za wszelką cenę wykonać. Postawa w Ogrójcu dobitnie pokazuje – Jezus, przecież człowiek, bał się, gdy stało się jasne, dokąd Jego droga prowadzi. Ojcze, jeśli możliwe, oddal ode mnie ten kielich. Ale nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie. Wiedział, że czeka Go męka po ludzku praktycznie nie do zniesienia – biczowanie, przesłuchania, lżenie, ciosy, chłosta – i to napawało Go przerażeniem. Ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że innej drogi nie ma. Że tą, najtrudniejszą nawet z dróg, ale Jego własną, musi dojść do końca. I zrobił to, z miłości do człowieka, do każdego z nas. Tak samo jest z pracą, która u progu Wielkiego Postu czeka na każdego, kto ten czas bierze na serio, chce dobrze wykorzystać – trud, wysiłek i wyrzeczenia. Ale warto. 
Bardzo ważne jest uświadomienie sobie – nic nie muszę. Bo tak to naprawdę wygląda. Wyrzeczenia postne to żaden obowiązek. Tego, tak samo jak wiary, Boga, nie można narzucić. One tylko wtedy mają sens, i tylko wtedy w ogóle zaistnieją, można o nich mówić, gdy wynikają ze świadomości człowieka, który dochodzi do momentu, gdy zdaje sobie sprawę, że bez Boga ani rusz, i aby z Bogiem żyć, trzeba pewne rzeczy zmienić lub co najmniej uporządkować. Post nie jest sam w sobie celem – bo i nie każdy może zawsze pościć. Cytowany już kiedyś o. Leon Knabit OSB powiedział:
Jeśli post – na przykład dwa razy w tygodniu o chlebie i wodzie – miałby mi zaszkodzić i uniemożliwić normalne życie, to znaczy, że nie jest dla mnie. Mogę wtedy pościć od czegoś innego, choćby od głupiego gadania. (…) Post jest po to, aby stać się wolnym, a nie udręczonym. 

Post, ten zewnętrzny, to forma (nawet ostatnio o tym pisałem). Tylko forma. Musi być jeszcze treść, żeby całość była spójna i wiarygodna. Treścią może byś samo tylko uświadomienie sobie – Panie Boże, bez Ciebie nie dam rady, pomóż, wskaż drogę, poprowadź. Czasami może się okazać, że w konkretnym przypadku człowieka samo uświadomienie sobie tego i wypowiedzenie takich słów, czyli de facto modlitwa, będzie jedynym efektem dobrze przeżytego Wielkiego Postu. To wystarczy. Czasami nie o spektakularne formy postu czy jałmużny chodzi. Wielki Post to nie czas poszczenia dla poszczenia, przymusowego dawania jałmużny. To czas, który ma nas odmienić, uczynić lepszymi, pomóc zrozumieć prawdę o sobie i uświadomić słabości, a także powalczyć z nimi.

Jedno jest bardzo ważne. W tym wszystkim nie można tracić z oczu celu, ukoronowania rozpoczynającego się Wielkiego Postu – a więc Niedzieli Zmartwychwstania z najbardziej dobitnym chyba symbolem zwycięstwa Jezusa, czyli pustym grobem. Bo Wielki Post ma być pięknym przygotowaniem do celebrowania zwycięstwa NADZIEI. Tak się złożyło, ja akurat książkę Nad przepaściami wiary – wywiad-rzekę Elżbiety Adamiak i Józefa Majewskiego z o. Wacławem Hryniewiczem OMI, wielkim zwolennikiem i propagatorem teorii powszechnego zbawienia. Niby przypadek, a wydaje się to pięknym wstępem do refleksji wielkopostnej – przeżywania tajemnicy męki, krzyża, ale zawsze mając w pamięci to, do czego doprowadziły. Do nadziei, która się nie kończy. Zacytuję zakończenie tej książki, swoiste wyznanie o. Hryniewicza:

Chciałbym być człowiekiem nadziei i umieć dzielić się nadzieją. Chciałbym być w jakimś sensie także współpracownikiem Boga nadziei. (…) W swoim życiu szukam teologii bardziej wyrozumiałej, bardziej ludzkiej, bliższej doświadczeniu ludzi. Czy jest to chodzenie nad przepaściami wiary? Osobiście nie mam takiego odczucia. Boję się teologii wpędzającej ludzi w rozpacz. Boję się teologii serwującej ludziom beznadzieję, trwogę, lęk przed Bogiem. Boję się teologii tak mówiącej o sprawach ostatecznych, że ludzie ze strachem i grozą odchodzą z tego świata, tak żegnają ziemię swojego dzieciństwa, swoich lat dojrzałych, swojej starości. Nieraz z poczuciem daremności i niespełnienia. Czy mają odchodzić bez nadziei? Boję się teologii lamentującej nad ludzkimi grzechami, zestawiającej katalogi grzechów, osądzającej ludzi, tworzącej atmosferę osądu. Boję się teologii płaczliwej, która nie ma słów pocieszenia dla ludzi. (…) Przez lata powtarzałem sobie: nie proszę o to, abym widział odległe sceny. Zostawiam je zdumieniu na później. Starczy mi ten jeden krok. One step enough for me. A jeżeli był to krok nadziei, to mogę być tylko wdzięczny Bogu, że prowadził mnie taką drogą. Jeżeli pobłądziłem, to skoryguje mnie wspólnota wierzących. Jestem w długim szeregu ludzi, którzy tę nadzieję wyznawali, głosili, pisali o niej, czasami może z drżeniem i lękiem. A jednak z wewnętrznego imperatywu sumienia. Jeżeli chodzę nad przepaściami wiary, to unoszą mnie nad nim skrzydła nadziei. Ona mówi: Bóg jest większy niż nasza wiara. Bóg jest większy niż nasza nadzieja.

Na marginesie – książka jest dla mnie swoistym objawieniem. Choć autor miał problemy z Kongregacją Nauki Wiary, niektóre myśli w niej zawarte dotarły do mnie jako coś bardzo oczywistego, a jednak sam nigdy na to nie wpadłem. Książka tchnie zdrowym optymizmem i jest po prostu rzeczowym wyjaśnianiem teorii, w której zbawienie staje się udziałem wszystkich ludzi. Nie chodzi bynajmniej o negowanie piekła czy czyśćca – co o próbę zrozumienia tego, czym one są, wbrew temu, co się przyjęło o nich mówić. Książkę bardzo serdecznie, choćby w ramach lektury postnej, każdemu polecam – bo poza wyjaśnieniem, co i jak z tym powszechnym zbawieniem chodzi, dotyka bardzo wielu ciekawych innych kwestii.

Zatem ruszamy. Wchodzimy do izdebek swoich serc, aby je ogarnąć, stawić im czoło, posprzątać i uporządkować. Może to wiele kosztować, wysiłku, zaparcia, ale warto. Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Wielki Post to wspaniały czas nowej nadziei, nowej możliwości danej przez Boga – i tylko takie przeżycie go, oczywiście w zadumie nad tajemnicami męki i śmierci Jezusa, ma sens. Tylko wtedy przez tę pustynię można dojść na drugi brzeg – do pustego grobu.