Spacer z Żywym Bogiem

Przedwczoraj było Boże Ciało – uroczystość, której pełnej nazwy pewnie większość katolików nie potrafi podać (uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej), i z którą pewnie prawie tyle samo osób ma jakiś dziwny problem. 
 
 
Najpierw oczywiście problem mają ci, którzy z Kościołem nic wspólnego nie mają. Bo jak, zawłaszczanie przestrzeni publicznej, narzucanie się, wchodzenie ludziom z butami (no właśnie, gdzie?), tamowanie ruchu na ulicach itp. Bełkot, innymi słowy. Potem problem mają wszyscy ci, dla których każdy pretekst jest dobry, aby do kościoła nie iść – a odwrotnie, każdy powód, żeby do niego iść, stanowi właśnie problem: znowu? przecież dzisiaj nie niedziela; co? nie dość, że msza, to jeszcze takie ok. dwugodzinne łażenie, na dodatek ze śpiewem i klękaniem byle gdzie po drodze? 
W tym dniu ucieka bardzo ważna perspektywa – podobieństwo tej procesji do naszej własnej drogi. Bo czym innym jest nasze życie? Droga – ku Niemu dokładnie. Nawet tak samo. Z tym wszystkim, co On pozostawił – a de facto za Nim – i jednocześnie ku Niemu jako Temu, który u końca mojej wędrówki oczekuje mnie z otwartymi ramionami. A przy tym nie jestem pępkiem świata – dla Boga jest bardzo ważne, że w tej drodze nie jesteśmy sami, jesteśmy nawzajem sobie dani i zadani, stąd taka mieszanina ludzi bardzo pięknie oddaje złożoność i różnorodność tych, których Bóg umiłował (szkoda, że On kocha wszystkich, a nie każdy potrafi iść za Nim). Bogaci i biedni, zdrowi i chorzy, młodzi i starzy, obdarzeni przeróżnymi darami i talentami. Razem z Tym, który nas zbawił.
To nie jest tak, że realna obecność Jezusa w Eucharystii jest dla każdego czymś oczywistym. Ja akurat mogę powiedzieć – w tym zakresie nie miałem wątpliwości; żadna przechwałka, tak po prostu się złożyła (mam ich dużo w innych sprawach…). Stąd też historia Kościoła mówi o wielu cudach, które Bóg czynił właśnie, kiedy brakowało wiary. I być może dla wielu ludzi taka czwartkowa procesja to okazja, aby szli za Nim i prosili: pozwól, pomóż uwierzyć. A teraz oktawa – okazja, aby w mniejszym wymiarze iść dalej za Nim. Chcę uwierzyć, chcę Ci zaufać – pomóż mi w tym, wskaż drogę, daj znak. Ja mam te swoje wątpliwości, ale idę za Tobą. Takie moje własne niedowiarstwo, ale któremu nie chcę się poddać.
Bóg nie jest jakimś oderwanym od rzeczywistości bożkiem, który wymaga absurdalnych ofiar czy dziwnych gestów. On w tej naszej pielgrzymce wychodzi – namacalnie jakby potwierdzając słowa papieża Franciszka: Kościół musi wyjść z prezbiterium do człowieka, i szukać Go. Bóg w Chlebie Żywym wychodzi więc w monstrancji i idzie tam, gdzie człowieka znaleźć najłatwiej – do jego, mojej i twojej, codzienności, na nasze osiedla, ulice, pod nasze okna i domy.
Wiem to po sobie – nawet jakby trochę nieświadomy udział w takiej procesji potrafi stać się naprawdę głębokim doświadczeniem duchowym. Jeżeli tylko uwierzysz i oddasz się Temu, który idzie na jej czele. Tak naprawdę z niewielkimi wyjątkami (Msze dla mężczyzn – kolejna świetna inicjatywa krakowska o. Grzegorza Kramera SI – zazdraszczam…) to jest jedyna okazja w roku, aby z Panem Jezusem wyjść na ulicę i po prostu dać świadectwo: Temu ufam, za Tym idę, tylko On zna i jest tą właściwą drogą. Warto to wykorzystać. 

Dodaj komentarz