Stacja 5 – Przypadkowy Cyrenejczyk

Tak zdaje się go przedstawiać tradycja, jako osobę, aktora krwawego teatru Męki Pańskiej, który sam nie zdawał sobie sprawę, że weźmie w tym wydarzeniu udział. Być może faktycznie tak było – po prostu tamtędy przechodził, wracał do domu z pracy – i na swoje nieszczęście został przez żołnierza rzymskiego przymuszony, aby pomógł Jezusowi. Z litości? Nie, żeby skazaniec nie umarł za wcześniej, bo widowisko by się skończyło. 
Ja nie mam wątpliwości – nie. Trudno więc powiedzieć o jakiejś jego świadomości tego, w czym wziął udział, do czego przyłożył rękę – a przecież dźwigał ciężar razem z Tym, który za 3 dni zbawi także jego samego. Pewnie w jakimś momencie pojawiło się współczucie dla Jezusa, który słaniał się pod ciężarem drzewa na nogach, może nawet zaparcie, aby za wszelką cenę donieść, pomóc Mu, i dotrzeć do końca tej drogi. Ewangelie nie mówią też, co było dalej – został pod krzyżem? odszedł? 
Ale był i Opatrzność dała Szymonowi wyjątkową szansę zrealizowania mini-epizodu w Bożym planie, w boskim zamyśle zbawienia. Odnalazł się w tym momencie i wypełnił swoją misję. A ile razy ja – niby świadomy, znający Ewangelię i prawdę o umiłowaniu przez Boga – w pełni z premedytacją pokazuję Bogu środkowy palec i pomimo kolejnego zaproszenia, idę swoją drogą?

Zwykły cud

Jezus przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale /stało się tak/, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata. To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze? Jedni twierdzili: Tak, to jest ten, a inni przeczyli: Nie, jest tylko do tamtego podobny. On zaś mówił: To ja jestem. Mówili więc do niego: Jakżeż oczy ci się otwarły? On odpowiedział: Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: Idź do sadzawki Siloam i obmyj się. Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem. Rzekli do niego: Gdzież On jest? On odrzekł: Nie wiem. Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę. Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu. Inni powiedzieli: Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki? I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy? Odpowiedział: To prorok. Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, i wypytywali się ich w słowach: Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki to sposób teraz widzi? Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie. Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: Ma swoje lata, jego samego zapytajcie! Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem. Na to odpowiedział: Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę. Rzekli więc do niego: Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy? Odpowiedział im: Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami? Wówczas go zelżyli i rzekli: Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi. Na to odpowiedział im ów człowiek: W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast Bóg wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić. Na to dali mu taką odpowiedź: Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać? I precz go wyrzucili. Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą stali się niewidomymi. Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: Czyż i my jesteśmy niewidomi? Jezus powiedział do nich: Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: „Widzimy”, grzech wasz trwa nadal. (J 9,1-41)

Nie da się ukryć – tekst niewątpliwie długi, ale i bardzo ciekawy – odzwierciedlający bardzo błędną mentalność i rozumowanie, które bardzo dobrze niestety zakorzeniły się i trwają nadal, mimo 2000 lat jakie upłynęły od czasu napisania tego tekstu. Mentalność Boga-złego sędziego: skoro komuś coś nie idzie, to na pewno przez Boga, z Jego woli. 
To nie jest tak, że ludzie rodzą się chorzy, niepełnosprawni, upośledzeni „bo Bóg tak chciał” i to Bóg chce kogoś w ten sposób ukarać – i naszą rolą jest się domyśleć: matkę? ojca? dalszą rodzinę? kogo? To wszystko ma służyć objawieniu się Boga. Po ludzku te wszystkie krzyże to tylko pole dla Bożej aktywności, jakby miejsca, w których może objawić się Bóg. Z jednej strony uzdrawiając ciało, ale przede wszystkim przychodząc do konkretnego człowieka i pragnąc uzdrowić jego serce, dać mu sens i cel. 
Jezus rozwala ten stereotyp czynem bardziej niż niepozornym – nakłada mu ślinę na oczy. Można by pomyśleć – wariat, jak nic. Uczynił dzieło – tylko jakie? Kazał niewidomemu iść do sadzawki i się obmyć – ale on odchodził już ze znakiem Jezusa, który wszedł w jego życie i postanowił zadziałać, uzdrowić tego nieszczęśnika.  
Ten człowiek, tuż po uzdrowieniu, pewnie nie rozumiał, co się stało. Widział cud. Nie można powiedzieć, aby ktokolwiek w jakikolwiek sposób przygotował go do powiedzenia w tym ogniu pytań i oskarżeń, aby świadectwo jakie dał o Jezusie było wyuczone i przygotowane. Mówił od serca. Trudno go również podejrzewać o teologiczne wykształcenie i zrozumienie pewnych niuansów. Rozumiał, że dotknęło go i jego udziałem stało się coś, co wymykało się ludzkim prawom i rozsądkowi. Stąd mówi – to prorok – wskazując na to, że nie ludzką i zmierzalną siłą dokonało się jego uzdrowienie. Równocześnie, z jaką płynnością i lekkością ów człowiek się wypowiada – bardzo łatwo zbijając argumenty adwersarzy. Nie bał się, aby dać świadectwo prawdzie, która go uzdrowiła. To jest jego indywidualny i świadomy wybór – w rodzicach w tej sytuacji nie znalazł oparcia, wykręcali się i, powołując się na jego wiek, kazali samego uzdrowionego pytać (nikt nie chciał być wyłączony z synagogi). Nikt nie mówił, że będzie lekko – a uzdrowiony, może częściowo nieświadomie, godzi się na to i podejmuje ryzyko. Wybór Jezusa to zdecydowany zysk – ale który nie raz i nie dwa razy przychodzi okupić, delikatnie mówiąc, niepopularnością, o ile nie cierpieniem. 
Bóg każdego z nas, inną, własną, indywidualną drogą, prowadzi do miejsca, które ukazuje zakończenie tego ewangelicznego obrazka – do momentu, kiedy – wiedząc, z Kim mamy do czynienia, stajemy przez Bogiem. A On nie zapyta o stan konta, wizytówki, kontakty, wiedzę, zdolności – tylko o to, czy wierzysz w Niego. Bóg przychodzi, aby otwierać oczy – ale tych, którzy najpierw zdają sobie sprawę z własnego błądzenia po omacku. 

Człowiek w bieli na kolanach

Papież Franciszek wzbudził powszechne zdziwienie… swoją spowiedzią. W pewnym sensie zastanawiam się – tym, że przyznaje się, że co 2 tygodnie się spowiada? czy tym, jak ta spowiedź w jego wydaniu miała miejsce. 
O ile pierwsze zdziwienie i zaciekawienie wydaje mi się kompletnie bez sensu – skoro ktoś jest praktykującym katolikiem (a trudno oczekiwać, aby zwierzchnik Kościoła nim nie był), to zrozumiałym jest, że się spowiada; i raczej naturalnym jednocześnie, że częściej niż w tym zakresie nakład wymóg polski zapis drugiego z 5 przykazań kościelnych. 
Zdziwienie wzbudziła forma – papież wyspowiadał się publicznie, i to w sensie europejskim w sposób mało znany. Natomiast według mnie – po prostu piękny. Nie dość, że Franciszek dał świadectwo – papież nie jest żadnym supermanem, człowiekiem bez grzechu, wyjętym za pomocą czarodziejskiej różdżki spod pokus i zakusów Złego. Jest normalnym człowiekiem, powołanym do wyjątkowej godności, a jednocześnie tak samo słabym, jak każdy z nas – który ma czym „pozawracać Bogu” głowę w konfesjonale (mimo, że bardzo często nam się wydaje, że my nie mamy czego tam szukać, bo właściwie to nie grzeszymy). Jan Paweł II, tak samo jak Benedykt XVI i ich poprzednicy, spowiadali się regularnie – ale prywatnie, u swojego spowiednika. Papież zadziwił – założenie przecież było takie, że przybywa na liturgię pokutną, aby wyspowiadać kilka osób – a tu nagle sam, już w komży i z fioletową stułą na szyji, postanowił dać wspaniały przykład. Sam mam rozgrzeszyć – więc moje serce powinno być najpierw czyste. Nie zazdroszczę zdziwienia księdzu, na którego trafiło, ale z pewnością nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Niemniej sam wymiar tego małego wydarzenia jest niewątpliwie piękny – dla każdego z nas, czy to świeckich jako penitentów, jak również kapłanów, stających w roli tak penitentów, jak i spowiedników. 
Mnie urzekła forma tego gestu – papież nie wszedł do konfesjonału, nie zamknął się w nim razem ze spowiednikiem. Zrobił to „po argentyńsku” – po prostu ukląkł na przeciwko spowiednika i wyznał grzechy, po czym uzyskał rozgrzeszenie. Dla mnie takie ciekawe nawiązanie do formy neokatechumenalnej – co mi się w tych wspólnotach bardzo podoba – tam penitent klęka przed stojącym spowiednikiem, który po wysłuchaniu spowiedzi, nauce i rozgrzeszeniu podnosi go z kolan i ściska. Piękna symbolika – tak samo jak w tej sytuacji, kiedy widzialna głowa Kościoła po prostu pada na kolana przed zwykłym księdzem, aby uzyskać z jego rąk Boże przebaczenie. Powiem szczerze, dużo bardziej taka forma do mnie trafia, niż drewniane, szczelne konfesjonały i ta kratka… 
I kilka pięknych papieskich myśli, z tym tematem powiązanych, w ramach kursu dla spowiedników, zorganizowanego przez Penitencjarię Apostolską, których przyjął 28 marca 2014 r. na audiencji w Auli Błogosławieństw Pałacu Apostolskiego w Watykanie (za info.wiara.pl):

Ojciec Święty przyznał, że istnieje dziś wiele trudności z sakramentem spowiedzi. Wynika to z różnych przyczyn natury zarówno historycznej, jak i duchowej. „My jednak wiemy, że Pan Bóg chciał dać Kościołowi ten ogromny dar, by wierni mieli pewność, że Ojciec im przebaczył” – powiedział Franciszek. Przypomniał, że najważniejszy w posłudze pojednania jest Duch Święty, gdyż to przez Niego zmartwychwstały Pan przekazuje nam nowe życie w wyniku sakramentalnego przebaczenia. „Dlatego macie być zawsze ludźmi Ducha Świętego, radosnymi i pełnymi mocy świadkami i głosicielami zmartwychwstania Pana” – zaapelował papież. Zwrócił uwagę, że „świadectwo to odczytuje się z kapłańskiego oblicza, słychać je w głosie księdza, który z wiarą i namaszczeniem sprawuje sakrament pojednania”. Ojciec Święty zaznaczył, że kapłan ma przyjmować wiernych „nie jak sędzia ani tym bardziej jako zwykły przyjaciel, lecz z dobrocią Boga, z miłością ojca, który widzi, jak wraca jego syn i wychodzi mu naprzeciw, z miłością pasterza, który odnalazł zagubioną owcę”. „Serce kapłana potrafi się wzruszyć, nie ze względów sentymentalnych czy emocjonalnych, lecz z głębi Bożego miłosierdzia! Choć tradycja rzeczywiście wskazuje na podwójną rolę spowiednika jako lekarza i sędziego, to jednak nie zapominajmy, że jako lekarz ma on uzdrawiać, a jako sędzia uniewinniać” – podkreślił Franciszek. Zwrócił ponadto uwagę na potrzebę odpowiedniego podejścia do penitentów, pamiętając, że z natury trudno jest wyznawać własne grzechy drugiemu człowiekowi. „Dlatego powinniśmy pracować nad sobą, nad naszym ludzkim podejściem, aby nigdy nie być przeszkodą, lecz zawsze ułatwiać przystępowanie do tego sakramentu” – powiedział Ojciec Święty. „Lecz jakże często się zdarza, że ktoś mówi: nie spowiadam się od tak wielu lat, zrezygnowałem ze spowiedzi po spotkaniu z kapłanem, który mi powiedział to i to. Od takich osób dowiadujemy się o nieostrożności, braku miłości duszpasterskiej. Oddalają się oni z powodu złych doświadczeń ze spowiedzią. Nigdy się coś takiego nie stanie, jeśli jest postawa ojcowska, która wypływa z dobroci Boga. I należy się wystrzegać dwóch skrajności: rygoryzmu i rozluźnienia. Żadna nie jest korzystna, bo przy żadnej z nich nie traktuje się poważnie osoby penitenta. Natomiast miłosierdzie słucha rzeczywiście sercem Bożym i chce towarzyszyć duszy na drodze pojednania. Spowiedź nie jest sądem potępienia, lecz ma być doświadczeniem przebaczenia i miłosierdzia” – podkreślił papież.

Stacja 4 – Matka bolesna

Pamiętam taki obrazek, fakt, sprzed wielu lat – jego znaczenie dotarło do mnie dużo później. Starszy pan, mocno już schorowany, stojący nad świeżym grobem swojej córki – osoby w momencie śmierci przeszło pięćdziesięcioletniej, więc w pewnym sensie mającej ładny kawał życia za sobą. I taka myśl – rodzic nie powinien chować swojego dziecka. To nie jest prawidłowa kolejność.
Czy Maryja wiedziała, była świadoma, dokąd Jezus zmierza, co Go czeka na szczycie, u kresu drogi? Myślę, że jako matka tak – i ta świadomość, mniej lub bardziej, towarzyszyła jej od ofiarowania Dzieciątka te 33 lata wcześniej w świątyni, kiedy św. Symeon mówił o tym, że jej serce miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Spotykają się, a właściwie natrafiają na siebie – ona pewnie Go szukała, jedynie na moment, świetnie pokazano to w „Pasji” Gibsona. Jedno spojrzenie, i morze miłości. Miłości, która wzniesie się na swoje wyżyny tam, kiedy będzie świadkiem najpierw krzyżowania, a potem dogorywania. 
Miłości, która nie zwątpi i wytrwa do końca, aby utulić już po wszystkim umęczone ciało. 

Spotkanie przy studni życia

Jezus przybył do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które /niegdyś/ dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i /wiedziała/, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić – prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło? W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą. Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie. Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? – lub: – Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem? Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli. Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata. (J 4,5-42)

Niesamowite w tym dialogu jest to, że rozmówcy – przynajmniej z początku – poruszają się jakby na dwóch zupełnie różnych od siebie płaszczyznach. Jezus, jako Bóg, przychodzi do człowieka i prosi o wodę – chce się posilić, napoić. Zwyczajnie, zero podtekstu. Kobieta, pewnie grzecznie, acz stanowczo odpowiada – w myśl kontekstu (a raczej animozji) historycznego. Wtedy Jezus odwołuje się do Boga, do Jego daru poznania – o, gdybyś wiedziała…
Tu w sercu ludzkim rodzi się tęsknota – dokładnie u tej kobiety. Zdziwienie, może nieco (niepotrzebnie) lęk, zainteresowanie na pewno też. Kim On jest? Więc pyta – najprostsze rozwiązania są najlepsze. W odpowiedzi słyszy słowa może nie do końca zrozumiałe: „Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu”. Jezus nie mówi już o studni – ale odpowiedzi na tę jej (i nas wszystkich) wewnętrzną tęsknotę i pragnienie zbawienia, życia wiecznego. Woda ze studni pozwala żyć dalej w kruchej perspektywie ziemskiej egzystencji – Jezus to niewyczerpany zdrój wody życia, które dzięki Niemu nigdy się nie skończy; już nie tylko tutaj, ale dalej, także tam, po śmierci. 
Nie, Jezus nie jest tylko prorokiem – to zdecydowane uproszczenie, choć po ludzku rozumując, trudno było, aby Samarytanka założyła, że rozmawia z Mesjaszem. No więc prorok? I znowu odwołuje się do różnic pomiędzy Samarytanami a Żydami, tym razem w kwestii tego, gdzie i jak należy Bogu oddawać cześć. Tu dopiero Jezus mówi coś więcej – nie tędy droga, nie chodzi ani o tę górę, ani Jerozolimę, ani żadne inne konkretne miejsce. Bóg nie jest związany czymś tak prozaicznym i ludzkim jak miejsce, które przecież w jakiś sposób, jakie by nie było, z Niego bierze początek. Dlatego te dalsze słowa: „Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie”. W tym, co Jezus mówi, piękno my dzisiaj możemy odczuć namacalnie. Nikt nie każe dzisiaj wierzącemu chrześcijaninowi raz do roku pielgrzymować do Jerozolimy na Paschę, jak to mieli w zwyczaju Żydzi. W takiej Polsce dom Boży mamy na prawie każdym rogu – optymizmem napawa, na ile ja to widzę, że jakby coraz więcej osób to doceniało, biorąc udział nie tylko w Eucharystii i nabożeństwach, ale po prostu wpadając z krótką i niezapowiedzianą wizytą, aby Bogu podziękować, poprosić, czy nawet pozłorzeczyć czy ponarzekać – ale z potrzeby serca. 
Nie wierzę w przypadki i na pewno takiego nie było w tej historii. Ze słów Samarytanki i kierunku tej rozmowy wynika, że była to osoba niewątpliwie bardzo poszukująca szczęścia i spokoju serca, choć pewnie nie wiedziała, co stanowi odpowiedź na jej pragnienia i potrzeby. Odpowiedź przyszła w miejscu i czasie, których się nie spodziewała – przy zwykłej czynności nabierania wody ze studni, w spiekocie zwykłego dnia. Tak, na pewno w jakiś sposób determinowały ją życiowe wybory – to, w ilu związkach była, pewnie nieformalny związek w jakim tkwiła w chwili rozmowy. Dla Boga to nie miało znaczenia. On nas nie skreśla i nie dyskredytuje dlatego, że coś zepsuliśmy, że daliśmy ciała, zgrzeszyliśmy, Jest sakrament pokuty i pojednania. On ciągle jest obok, przychodzi, szturcha i proponuje – może spróbujesz na Mój sposób? 
Decyzja jest zawsze tylko nasza – Bóg się nigdy nie narzuci. Możemy zanegować nawet Jego samego, wmawiać sobie halucynacje, leczyć się albo po prostu kpić. Do czego to prowadzi? Nie wiem – i nikomu nie życzę, aby na własnej skórze u schyłku życia (który, pamiętajmy, nie wiemy, kiedy nastąpi) miał nieprzyjemność się o tym przekonać. Nie warto. Za to warto zaufać i dać Bogu szansę, aby samemu wykorzystać szansę przez Niego ofiarowaną. Spotkanie przy studni – w sklepie, parku, autobusie, na ulicy, gdziekolwiek – to dopiero początek, czasami aż za bardzo zwykły i powszedni. Ale On taki właśnie jest – w szaleństwie miłości do człowieka posunięty do tego, że wchodzi w moje sprawy i tu, obok, przychodzi i zaprasza, a nie tylko czeka gdzieś tam w kościele. 
Jeśli jesteś chrześcijaninem, ochrzczonym i przynajmniej z nazwy wierzącym – zastanów się. Co Ty powiesz Jezusowi, kiedy spotkasz go przy studni swojego życia, którejkolwiek na swojej drodze? Nikt nie jest supermanem i nie o to chodzi, ale czy jesteś uczciwy wobec siebie i wobec Niego? Czy oszukujesz może – siebie, Jego, albo obydwu? A jeśli z Jezusem nie miałeś dotąd nic wspólnego – nic straconego. Spotkanie przy studni może przewrócić wszystko do góry nogami i pomóc odnaleźć sens, którego tak bardzo pragniesz. Nie bój się. W Nim właśnie jest odpowiedź.

Jako obrazek do tej historii – piękny kawałek, w oryginale Michael W. Smith (Draw me close to you), w polskiej wersji zaadaptowany przez TGD, w oryginale właśnie w wykonaniu Beaty Bednarz – tutaj wersja koncertowa, Beata z chórem. „W cieniu Twoich rąk”. Piękne słowa o tym, że w Bożych rękach zmieści się każdy – nawet, kiedy jemu się to w głowie nie mieści. I piękne świadectwo na początku Beaty, płynące prosto z serca – nie mówiąc już o niesamowitym po prostu głosie solistki :)

Stacja 3 – upadek pierwszy z wielu

Nie dziwię się, że upadł.
Wcale nie było tak, że ciążyło tylko drzewo krzyża – ten namacalny po ludzku ciężar. Jezus na swoich barkach nigdy nie niósł tylko tej suchej, kaleczącej skórę belki. W tym momencie, na tej stromej drodze na Kalwarię ważyły się losy całego świata, odgrywał się dramat jedyny w swoim rodzaju w całej historii ludzkości. Na ramionach Zbawiciela zawisły grzechy wszystkich ludzi – tych, którzy przed nim trafili do otchłani, tych, którzy dosłownie złorzeczyli Mu w tym czasie, plując i obrzucając go kamieniami, i wszystkich późniejszych ludzi, aż do teraz, i aż do końca świata. Ciężar duchowy o niewyobrażalnym rozmiarze, nie do udźwignięcia dla zwykłego człowieka. 
Dlatego upadł. Był przecież tak samo człowiekiem, jak każda z tych osób, których grzechy zostały na niego włożone. W tym tak bardzo upodobnił się do nas – ile razy dzisiaj, w tym tygodniu upadłem? To nic złego, to część tej ludzkiej natury. W Bogu jesteśmy powołani do tego, aby powstawać – i tym mamy się wyróżniać od innych ludzi w sensie pozytywnym, być dobrym przykładem. Walczyć, ciągle od nowa, do skutku. Każdego dnia, w każdej godzinie. Świadomi swojej małości i bylejakości – ale wytężający siły i pragnący z całego serca dotrzeć do celu. Zmartwychwstania. 
Tak, jak On, który powstał i szedł dalej. Aby pozwolić się zabić – ale przede wszystkim, aby przez to zwyciężyć każdy grzech, zmartwychwstając. 

Zmiana władz w polskim Episkopacie

W zeszłym tygodniu, o ile pamiętam 12 i 13 marca 2014 r., miały miejsce wybory przewodniczącego oraz jego zastępcy w ramach Konferencji Episkopatu Polski. Nie prymas – ten, tytularnie, funkcjonuje oddzielnie i stanowi godność wyłącznie honorową – ale bardziej koordynator prac polskich biskupów, ten, który w ich imieniu się wypowiada. 
Przewodniczącym KEP na 5-letnią kadencję został metropolita poznański abp Stanisław Gądecki (dotychczasowy z-ca przewodniczącego przez 2 kadencje), zaś zastępcą przewodniczącego KEP został metropolita łódzki abp Marek Jędraszewski. Wyboru dokonali biskupi zgromadzeni na 364. zebraniu plenarnym KEP w Warszawie. Jedyne, co było pewne, to zmiany zarówno na stanowisku przewodniczącego, jak i jego zastępcy – abp Józef Michalik ukończył dopuszczalne 2 kadencje, podobnie abp Stanisław Gądecki będący przez 2 kadencje jego zastępcą. 
Biogramów obydwu biskupów przytaczać tu nie będę – solidne znaleźć można czy na wiara.pl czy na deon.pl. Równolatkowie – po 65 lat. Co więcej, abp Jędraszewski przez szereg lat (1997-2012) posługiwał jako sufragan w archidiecezji poznańskiej, w której całe biskupie posługiwanie spędził abp Gądecki (w latach 1992-2002 również sufragan, od 2002 r. po niesławnym abp. Paetzu metropolita poznański). 
Kilka ciekawostek. Abp Gądecki od 2006 r. odpowiada w polskim Episkopacie za przygotowywanie corocznych programów duszpasterskich jako przewodniczy Komisji ds. Duszpasterstwa Episkopatu Polski. Przygotowania do ŚDM w Krakowie w 2016 r. widzi jako płaszczyznę konkretnej pracy z młodzieżą i jej kontekst, a nie tylko kolejny event. Zwolennik tworzenia w parafiach rad duszpasterskich. W pierwszym roku posługi arcybiskupiej w Poznaniu powołał Radę Społeczną, która zajmuje stanowisko w najważniejszych kwestiach społecznych. Zaangażowany w dialog ekumeniczny, szczególni z judaizmem. Profesor biblistyki i poliglota (języki zarówno martwe, jak i nowożytne), mający świadomość, jak słabo jest u nas, katolików, ze znajomością Pisma Świętego („Poza wąskimi kręgami zainteresowanych, ludzie stracili z oczu podstawowe i najważniejsze pytanie Biblii, czego żąda ode mnie Pan Bóg” – zeszłoroczny cytat). Entuzjasta papieża Franciszka – mający świadomość jednak, iż wcielanie w życie stylu papieża Franciszka może okazać się dla naszego Kościoła niełatwym problemem, także z powodu oporu duchowieństwa. „Polski Bergoglio” to za duże słowa, ale osoba zdecydowanie pozytywna. 
Z kolei abp Jędraszewski znany jest medialnie głównie z powodu, unikatowej w skali Polski (i chyba nie tylko) inicjatywy pod nazwą „Dialogi w katedrze”, w ramach której co miesiąc (z wyjątkiem wakacji) arcybiskup odpowiadał w łódzkiej katedrze na pytania przysłane przez internautów i zadawane przez zebranych w świątyni wiernych. Początkowo cykl zaplanowany był na 10 spotkań, ale jest nadal kontynuowany. Człowiek, który bardzo często podkreśla zagadnienie wolności, a jednocześnie mówi wprost o atakach na Kościół i walce z ludźmi wierzącymi. Raczej konserwatysta, wypowiadający się o niebezpieczeństwach płynących ze świata.
Z plotek i przecieków wiadomo, że w wyborach znaczne poparcie uzyskali również kard. Kazimierz Nycz (Warszawa) oraz abp Wacław Depo (Częstochowa). 
Niewątpliwie pozytywnym aspektem wyborów jest to, że wybrano osoby o praktycznie nieznanych publicznie poglądach politycznych – zatem można przyjąć, iż apolityczne. Tu w kontekście abp. Depo należy wskazać, iż byłby to wybór osoby jednoznacznie popierającej i kojarzonej z osobą o. Tadeusza Rydzyka CSsR i jego mediami – co trudno było by uznać za pozytyw (do tego propozycja stworzenia listy mediów, które miały by być [?] zalecane katolikom…). Z kolei ustępujący abp Michalik nie raz i nie dwa razy negatywnie wypowiadał się o Tygodniku Powszechnym. Jak widać, biskupi wybrali osoby nie obarczone tego rodzaju wadami – co niewątpliwie świadczy o nich dobrze. 
Co to wszystko może oznaczać? Nie rewolucję – ale z pewnością ewolucję i krok w dobrym kierunku. Rewolucją dla mnie byłby wybór człowieka chyba najbardziej dzisiaj radykalnego w pozytywnym sensie – bp. Edwarda Dajczaka (bp Grzegorz Ryś odpadł, jako nie będący ordynariuszem). Można się nieco obawiać – czy zapewnienie w pewnym sensie kontynuacji i ciągłości (w końcu wybrano dotychczasowego zastępcę przewodniczącego przez dwie kadencje) nie świadczy o jakimś nie do końca uzasadnionym czy trafnym poczuciu samozadowolenia i niezagrożenia polskiego Kościoła? Z drugiej jednak strony – znajomość mechanizmów działania w KEP to też zaleta, a abp Gądecki wydaje się rozumieć bieżące problemy i wyzwania przed polskim Kościołem. Potwierdza to też – ku mojej uldze – iż biskupi otwarcie sympatyzujący z toruńską rozgłośnią nie byli w stanie przeforsować korzystnej dla siebie kandydatury na żadne z w/w stanowisk – mówiło się o silnej pozycji abp. Depo, a jednak nie został on nawet zastępcą przewodniczącego KEP. 
I na koniec ciekawostka – Zbigniew Nosowski z Więzi zestawił pewne wypowiedzi odchodzącego i nowego przewodniczącego KEP. Jak by to powiedzieć – wnioski mogą z tego płynąć tylko budujące :) 

Przemiana trwa

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie. (Mt 17,1-9)

To tak się wszystko ładnie układa – od Abrama wędrującego w I czytaniu do Ziemi Obiecanej, aż do Jezusa z trójką uczniów wspinającego się na górę Tabor. Ile wędrował Abram? Lata całe. A oni? Podobno to około dwugodzinna wspinaczka. I jedni i drudzy podjęli wysiłek, ryzyko i poszli za Panem – z tym, że apostołowie za namacalnym człowiekiem (choć równocześnie Bogiem), Abram zaś zawierzył Duchowi Bożemu, który usłyszał. Co ciekawe, podjął się tego w słusznym już wieku, będąc pewnie człowiekiem w swoich czasach sukcesu. A jednak – wyruszył. 
Tak naprawdę nie ma większego znaczenia, w jakim momencie życia jesteś – na początku i nie bardzo jeszcze wiesz, co by tu dalej; masz jakieś plany i w jakimś kierunku zmierzasz, mając skonkretyzowany cel; albo cieszysz się owocami swojej pracy, zbliżając się do jesieni życia. Choćby ludzi – ot, w ten właśnie sposób – podzielić na grupy, sytuacja, historia i kontekst każdego jest jedyny w swoim rodzaju i nie ma drugiego takiego. Bóg przychodzi i proponuje. Motywuje do działania. Jednego do tego, aby faktycznie przeniósł się z miejsca na miejsce. Innego do uporządkowania i przeorganizowania swojej rzeczywistości. Jeszcze innego do tego, aby skupił się w sobie i zadał sobie pewne istotne pytania, a potem na nie odpowiedział. 
Jedno jest pewne – wyjście na taką przygodę z Bogiem to zawsze zostawienie czegoś za sobą – i to celowo, choć nie zawsze rozumiemy i mamy świadomość, o co chodzi; czasami zrozumienie tego przychodzi dopiero z dużej perspektywy czasu. Bóg tak każdego z nas ukochał, że w Jezusie zaprasza do wyjątkowej i jedynej przygody, jaką jest życie każdego z nas. Składa wszystko w moje słabe ręce – ale proponuje: choć ze mną, Ja ci wskażę drogę, wybór zawsze będzie jednak twój. W różne miejsca, do różnych wniosków prowadzi ta droga – jednak wspólne odkrycie na pewnym jej etapie: dobrze, że tu jestem; tak, jak powiedział Piotr (mimo, że nie do końca rozumiejąc, co się działo). 

Znajomy ksiądz w jednej z wiejskich parafii na okolicznych Kaszubach posługuje właśnie wspólnocie pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego – tego, co pokazuje ten niedzielny obrazek w Ewangelii. Świetnie ujął przesłanie z wezwaniem związane, umieszczając je w widocznym miejscu, jakby jako banner, na górze strony: przemiana trwa. To jest sedno. Przemiana jako proces, coś co się w pewnym momencie rozpoczyna i trwa nadal, u każdego inaczej, u każdego w jego własnym tempie. Byle tylko iść dalej tą drogą. Pozwolić się Bogu przemieniać każdego dnia. 
I taka fajna wielkopostna myśl z x Edwarda Stańka:

Wielki Post to okres, w którym Kościół organizuje wyprawę na trzy szczyty znane z Ewangelii. Rozpoczyna od Taboru, by ci, którzy decydują się na tę wędrówkę, mogli doświadczyć obecności Boga, by spojrzeli w świat Bożego życia i doznali przemieniającej mocy modlitwy. Drugim szczytem jest Góra Oliwna. Na niej można poznać prawdę o tajemnicy zła dręczącego ludzkość i siłę modlitwy jako szczepionki uodporniającej na wszelkie jego zakusy. W Wielki Piątek najbardziej odważnych Kościół prowadzi na Kalwarię, by objawić tajemnicę zwycięstwa Boga nad złem. Dramat tego szczytu trwa trzy dni. Początkowo wszystko wskazuje na przewagę zła, ale poranek wielkanocny ujawnia bezapelacyjne zwycięstwo Boga. 

Stacja 2 – wyzwanie krzyża

W tej tajemnicy via dolorosa po raz kolejny splatają się ze sobą jakby dwie rzeczywistości. Wszechmocny Bóg w ludzkim ciele poddaje się osądowi, co tu dużo mówić, ogłupiałego i umiejętnie sterowanego przez żydowskich dygnitarzy tłumu, któremu przed chwilą nie chciał się przeciwstawić z powodu strachu Piłat. Wyrok został wydany – teraz czas go wykonać.
Ubiczowany Syn Człowieczy po raz pierwszy czuje ciężar belki na swoich ramionach. Po raz pierwszy namacalnie odczuwa ciężar grzechów – także moich; tych, które ludzie popełniali w Jego czasach, popełnili później, popełniają teraz i popełnią aż do dnia Jego powtórnego przyjścia. Całe to zło, brud, beznadzieja, słabość. 
Pomijając kontekst historyczny – czy Jezus niósł tylko jedną (i którą) belkę, czy cały krzyż – jedno jest niewątpliwe. Aby ją dźwignąć, musiał się do niej… przytulić. Mesjasz musiał objąć obolałymi z pewnością dłońmi to szorstkie i po ludzku na pewno za ciężkie drzewo krzyża. Dopiero wtedy mógł wyruszyć w swoją ostatnią drogę. To wskazówka dla każdego z nas – słowa: Kto chce pójść za Mną niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Mt 16, 24) nabierają w jej świetle całkiem nowego sensu. 
Wybór krzyża w tym sensie – zgoda na jego przyjęcie, tego mojego, własnego krzyża – to dopiero początek. Żeby dokądkolwiek z nim dojść, gdziekolwiek go dźwignąć – muszę się z nim nie tyle nawet pogodzić w geście rezygnacji, co go pokochać, przylgnąć do niego i podjąć z wiarą wyzwanie krzyża. Bo jest tylko mój i tylko ja sam mogę z nim, z Jego pomocą, zwyciężyć i przekroczyć siebie. 

Odwrócone role

Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą. A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka, którego ulepił. Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu i drzewo poznania dobra i zła. A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu? Niewiasta odpowiedziała wężowi: Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski (Rdz 2,7-9;3,1-7)

Tym razem nie o Ewangelii, a o niedzielnym – i to starotestamentalnym! – czytaniu. Bo to, co wydarzyło się w czasie i ramach tzw. kuszenia Jezusa na pustyni, to jakby pochodna wydarzeń z Edenu, następstwo. Bez błędu Adama i Ewy nie było by tego wszystkiego nadal, także misji Jezusa na ziemi. 
Wszystko było dobrze, dopóki Zły nie zamieszał. Zły – wprost w tłumaczeniu Przeciwnik, opozycja, przeciwieństwo Dobrego Boga. Jest tu pewna prawidłowość – skoro Bóg dał prostemu tworowi, człowiekowi, rajski ogród, to Zły musiał coś z tym zrobić. I zrobił nadzwyczaj skutecznie, co więcej, swoją przewrotną misję kontynuuje do dzisiaj. Nie mógł zakwestionować Boga od początku – więc zaczął mnożyć znaki zapytania od chwili, kiedy skusił naszych protoplastów. 
Dzisiaj Zły działa tak samo. Nie wprost, ale podsuwając (nie bez powodu tak nazwany) zatruty owoc, bardzo często nie wprost – ale jako myśl, która drąży i nie daje żyć. No tak, pozwolił jeść wszystkie owoce z każdego drzewa? Przewrotne pytanie, z od razu widocznym fałszywym założeniem. Zabronił tylko z tego jednego drzewa? A czemu? Na pewno coś kręci, ukrywa, po coś to zrobił (nie da się ukryć – tylko dla dobra człowieka). A prosty ludzik – w dowolny sposób i jakiejkolwiek konfiguracji za Adama czy Ewę możemy podstawić siebie – daje się dzielnie i zazwyczaj niezmiennie robić w przysłowiowego konia. Tu jest dopiero paradoks – myśląc, że właśnie przechytrzyliśmy Boga, przejrzeliśmy jego misterni z gruntu nieuczciwy plan… strzelamy sobie w stopę, nawet nie będąc tego świadomi – ku uciesze Złego. 
Czemu tak? Nie wiem. Taka już chyba nasza natura – od tamtego dnia. Z uporem maniaka, mimo 2000 lat historii pełnej cudów, znaków, a w tych naszych czasach bardzo dosłownie wprost mówionego za pomocą współczesnych świętych – kocham za nic, za darmo, jestem dla ciebie – jesteśmy przekonani, że trzeba być po drugiej stronie niż Bóg, bo On jest ograniczeniem, zacofaniem i w ogóle be. A jest dokładnie na odwrót. Na tym budujemy wątpliwości – sami, już bez pomocy – i tak niejeden z nas marnuje życie na walkę z Kimś, kto jest po jego stronie. Zły nic nie musi robić – sami się błaźnimy. 
Samo stawianie pytań nie jest złe, myślenie także – po to On sam dał nam nie tylko serce, ale i rozum. Jednak tak w pytaniu, jak w odpowiadaniu, trzeba być uczciwym. Wąż od samego początku pyta tendencyjnie i przewrotnie: czy rzeczywiście? Człowiek się podłożył, Eden się kończy – ale Bóg walczy dalej o człowieka, i ta walka uosabia się w Jezusie, który przychodzi, aby zbawić każdego z nas. Kolejna próba – my dzisiaj wiemy, że skuteczna. Gdzie tu jest podstęp? Gdzie tu podstawy, żeby Boga o cokolwiek posądzać, a tym bardziej o złą wolę czy wodzenie na manowce? To kompletnie bez sensu – i trzeba to powiedzieć wprost. 
Ten tekst wieńczy jakby pointa – wzięli i założyli przepaski. Jakby taki symbol tego, że przekroczyli Boży zakaz. Dla nas Wielki Post niech będzie czasem czegoś odwrotnego – wychodzenia na miarę możliwości z pułapki swojego zniewolenia. Taki czas zdejmowania krępujących nas opasek. Pierwszy krok, jaki proponuję każdemu – a sobie najpierw – to stanąć przed Nim takim, jaki naprawdę jestem. Bez zbroi, pelerynki, rajtuz, masek czy bajerów. Normalny. Taki, jakim on mnie ukochał, zanim to do mnie dotarło.