Odtąd jest już bliżej do nieba

Święta, święta i po świętach… W planie miałem tekst o świętach w święta – ale taki nie powstał, bo było w tym roku sporo fajnego rodzinnego świętowania. A przecież o to właśnie w święta chodzi? Przy założeniu, że człowiek świętuje narodzenie Pana – a nie jakieś bliżej nieokreślone „zimowe święta”.

Czytaj dalej →

Miłość przekroczy granice życia

Podeszło do Jezusa kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: Jeśli umrze czyjś brat, który miał żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę i niech wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umarł bezdzietnie. Wziął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę. Jezus im odpowiedział: Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa „O krzaku”, gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją. (Łk 20,27-38)

Teoretycznie, nic specjalnego – kolejny obrazek, w którym ci „źli” chcą zagiąć Jezusa, a On oczywiście się nie daje. Ale materia, o której mówi, dla mnie – jako małżonka – i dla wszystkich żyjących w małżeństwie powinna być bardzo interesująca: jak to się ma małżeństwo jako rzeczywistość ziemska do tego, co będzie po zmartwychwstaniu? I to jest pierwsza sprawa. A druga to te kilka słów o tym, czyim Bogiem jest Jezus.

Czytaj dalej →

Żeby chcieć chcieć

A oto znów przemówił do nich Jezus tymi słowami: Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia. Rzekli do Niego faryzeusze: Ty sam o sobie wydajesz świadectwo. Świadectwo Twoje nie jest prawdziwe. W odpowiedzi rzekł do nich Jezus: Nawet jeżeli Ja sam o sobie wydaję świadectwo, świadectwo moje jest prawdziwe, bo wiem skąd przyszedłem i dokąd idę. Wy zaś nie wiecie, ani skąd przychodzę, ani dokąd idę. Wy wydajecie sąd według zasad tylko ludzkich. Ja nie sądzę nikogo. A jeśli nawet będę sądził, to sąd mój jest prawdziwy, ponieważ Ja nie jestem sam, lecz Ja i Ten, który Mnie posłał. Także w waszym Prawie jest napisane, że świadectwo dwóch ludzi jest prawdziwe. Oto Ja sam wydaję świadectwo o sobie samym oraz świadczy o Mnie Ojciec, który Mnie posłał. Na to powiedzieli Mu: Gdzie jest Twój Ojciec? Jezus odpowiedział: Nie znacie ani Mnie, ani Ojca mego. Gdybyście Mnie poznali, poznalibyście i Ojca mego. Słowa te wypowiedział przy skarbcu, kiedy uczył w świątyni. Mimo to nikt Go nie pojmał, gdyż godzina Jego jeszcze nie nadeszła.  Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać i w grzechu swoim pomrzecie. Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie. Rzekli więc do Niego Żydzi: Czyżby miał sam siebie zabić, skoro powiada: Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie? A On rzekł do nich: Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata. Powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Tak, jeżeli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach swoich. Powiedzieli do Niego: Kimże Ty jesteś? Odpowiedział im Jezus: Przede wszystkim po cóż jeszcze do was mówię? Wiele mam o was do powiedzenia i do sądzenia. Ale Ten, który Mnie posłał jest prawdziwy, a Ja mówię wobec świata to, co usłyszałem od Niego. A oni nie pojęli, że im mówił o Ojcu. Rzekł więc do nich Jezus: Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja jestem i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną: nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba. Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego. (J 8, 12-30)

Skleiłem ze sobą 2 teksty, które czytane były w poniedziałek i wtorek – bo właściwie to kolejne części tej samej mowy Jezusa. Słowa bardzo ciekawe, bardzo zdecydowane – ale wydaje mi się, że dość mało znane (poza tym samym początkiem – o Światłości Świata), bo i rzadko czytane w Kościele. Co ciekawe, to tekst bezpośrednio następujący po – czytanym w niedzielę – opisie „afery” z kobietą cudzołożną.

Czytaj dalej →

Niebo dla średnio zaawansowanych – część 01

Trochę – naprawdę niewiele – świetnych myśli z kolejnej książki Szymona Hołowni, tym razem wywiadu-rzeki z ks. Grzegorzem Strzelczykiem pt. „Niebo dla średnio zaawansowanych„. 
Myślałem przed przeczytaniem tej pozycji, że co nieco wiem na ten temat. Oj, mocno byłem w błędzie. Ale to bez znaczenia. To dosłownie kopalnia niesamowitych myśli, których nigdy bym sam nie wymyślił, a któe wyjątkowo obrazkowo do mnie trafiły. 
Póki co, tylko część 🙂
To, jak przeżywam swoje życie, decyduje o tym, jak przeżywam swoją śmierć.
– Ludziom często wydaje się, że podstawową sprawą jest wiara w Boga, czyli w to, że On istnieje. A moim zdaniem, popraw mnie jeśli się mylę, najważniejszą rzeczą jest zaufanie. 
– Oczywiście. 
– Szatan też wie, że Bóg istnieje. 
– Jeżeli mówimy o wierze, to mówimy o zaufaniu. To znaczy oni tam są, żyją sobie, ufając Bogu. Przychodzi śmierć. Co robią? Nic nie zmieniają, ufają Bogu. Wchodzenie w śmierć z zaufaniem Bogu jest innym wchodzeniem w śmierć niż po prostu z zaskoczenia, w stanie buntu. 
– Zależy nam na tym, że by iść do sklepu, kupić bułki i nie myśleć wtedy, że są to bułki o znaczeniu ostatecznym.
– Ostatnie bułki. Ostatni jogurt.
– Gorzej. To, że ostatnie, to pół biedy. Że sposób, w jaki przygotuję te bułki swojej żonie, swojemu mężu, swojemu dziecku, to jest sposób ostateczny, czyli że jest to graniczny wyraz mojej miłości. My tak nie żyjemy (…) Nas czasem tylko, w chwilach duchowego olśnienia, dopada taka świadomość: że w ogóle jak wstaję rano, to to ma ostateczne znaczenie.
– Przecież można się zamęczyć takim myśleniem. 
– Albo przeżyć to jako dar. Tu wraca kwestia zaufania. Jeżeli uda mi się odkryć, że grzechy są mi przebaczone – na przykład to, że smarując te ostateczne bułki, pomyślę źle o 5 swoich sąsiadach – że mimo wszystko jestem umiłowany. I że Bóg poradzi sobie z tym moim paskudnym myśleniem. Wtedy sytuacja trochę się zmienia. 
Świat ma się kręcić na miłości, to jest szaleńczy pomysł ze strony Boga, tak, od początku szaleńczy. Ale tak założył. Jeśli świat ma się kręcić na miłości, to człowiek musi być wolny. W związku z tym także zdolny do potwornych rzeczy. Dopiero z perspektywy ostatecznej zobaczymy, na ile to ryzyko się opłaciło. 
– Ludzie czasami proszą, żeby śmierć była nagła i niespodziewana, ponieważ nie chcą leżeć w łóżku i konać. Ty wolisz leżeć w łóżku?
– Niekoniecznie w łóżku. Tak, żebym zdążył się spokojnie pojednać. Bo tu chodzi – moim zdaniem – w dużej mierze o to, żeby zdążyć przebaczyć przed śmiercią. Do mnie zawsze wraca przypowieść o nielitościwym dłużniku. Ja ciągle jeszcze łapię swoich dłużników i duszę, krzycząc: „Oddaj, coś winien!”. Chciałbym mieć taką śmierć, żebym zdążył te wszystkie długi darować. Bo potem trzeba stanąć z powrotem przed Tym, który przebaczył pierwszy. 
– Staje przed tobą Bóg, Jezus Chrystus, i wiesz, że to jest Bóg, bo wtedy jesteś w stanie Go już zidentyfikować, i wyobrażasz sobie, że mówisz Mu: „Eee, dziękuję bardzo”?
– Próbuję sobie siebie w takiej sytuacji wyobrazić i trochę się boję. Bo gdy pomyślę o wszystkich tych momentach, w których stawało przede mną maksymalne wyzwanie miłości, na jaką mnie stać, i zrejterowałem, to kiedy sobie wyobrażam, że ma stanąć przede mną wyzwanie ostateczne największej miłości, jaka jest w ogóle możliwa, to wcale nie mam bezpiecznej pewności, czy znowu nie wezmę nóg za pas. Myślę, że to, co nam najbardziej grozi, to przywiązanie do swojej wizji rzeczywistości. 
Kiedyś w jakiejś powieści wyczytałem taki opis, że ludzie w momencie sądu szczegółowego, sądu jednostkowego, mają przed sobą dwa pociągi: na jednym jest napis „niebo” i na drugim jest napis „niebo”. Tylko że jeden jest tak naprawdę do nieba i do relacji, a drugi jedzie do tego, co ty tak naprawdę sobie zbudowałeś, wymyśliłeś, co będzie twoim ogródkiem, jeziorkiem przeżywanym przez wieczność. Po tysiącu lat, jeżeli tam byłby czas, zaczniesz wymiotować, bo po prostu będziesz cały czas nad tym cholernym jeziorkiem z tym grillem i z tym wszystkim, co sobie wymyśliłeś. Sam. To jest dramatyczne. Kiedy pierwszy raz to sobie uświadomiłem, to było naprawdę mocne przeżycie: jaka prostoliniowa jest zależność między tarciem sobie oczu brudnymi łapami tutaj, w tym świecie, a stanięciem jak ślepiec przed Chrystusem. 
– Ten wyrok się dzieje. Żyjesz…
– Sąd Ostateczny jest teraz.
– Nawracasz się…
– Tak. Znaczy jesteś już in fieri. Już idziesz w tym kierunku. Nie ma siły. Wszystko, co zrobiłeś, jakoś ustawia twoje życie. Każde nawrócenie lub jego brak. Twoje życie w jakiś sposób uwarunkowuje to, co będzie. Oczywiście, w każdym momencie można się nawrócić. Także w momencie sądu szczegółowego, to znaczy w tej ostatniej decyzji, która jest wobec Boga. 
– Popatrzmy na strukturę naszej modlitwy. Bo w niej ujawnia się trochę dynamika sądu. My się modlimy do Ojca przez Syna w Duchu Świętym, czyli mamy w zasadzie sytuację taką, że jest Ojciec, który stoi na przeciwko nas, do którego ciągle się odnosimy jako do tego najbardziej „zewnętrznego”. Potem jest Duch, który jest w nas. Jest po naszej stronie tak bardzo, że go ignorujemy. I jest Syn, który stoi obok nas jak brat, który przeszedł przez historię człowieka. Taka jest struktura sądu. Bóg jest w nas, Bóg jest obok nas, Bóg jest przed nami w sądzie. W związku z tym jest pewna siła, która mnie sądzi od wewnątrz.
– Sądzi od wewnątrz. Czyli jest tak, jak chyba Hans Urs von Balthasar napisał, że sędzia nie musi nic robić, wystarczy, by był. Staję wobec Boga i cała reszta dzieje się we mnie, ponieważ w tym momencie konfrontuję się z Bogiem. Nie ma odczytywani aktu oskarżenia, nie ma przewodu sądowego, po prostu wstaję, patrzę Mu w oczy i wszystko jest jasne. 
– Czyli Chrystus nam powie: „Słuchaj, a Józkowi zrobiłeś tamto”, tak?
– Nie wiem, czy to będzie musiał mówić, bo Duch mi to właśnie powiedział. Chrystus staje przy nas jako obecność tych wszystkich ludzi. Bardziej nawet intensywnie, niż gdyby oni sami tam byli. 
Sąd szczegółowy to jest sąd, na którym każdy staje indywidualnie przed Bogiem i mamy to trójwymiarowe wydarzenie wobec Ojca z Chrystusem w Duchu Świętym. Natomiast potem przychodzi Sąd Ostateczny, w którym następuję absolutne ujawnienie prawdy o każdym wobec każdego. Im bardziej ktoś był święty, użyjmy tej kategorii, tym bardziej jego przykład błyszczy w tym momencie. Bo to się wtedy właśnie ujawnia. Czyli wobec świadectwa świętego mnie jest bardziej wstyd. 
– No to jak to jest z tym sędzią, co za dobre wynagradza, a za złe karze?
– Gdyby tak było, tobyśmy mieli zupełnie przerąbane. 
– Czyli to jest nieprawda?
– Tak. 
– To dlaczego tak jest w katechiźmie, którego się uczymy?
– (…) Ten tekst jest słuszny, jeżeli go przyłożymy do rzeczywistości ewangelicznej i powiemy: ten sąd działa tak jak przypowieść o robotnikach z winnicy, to znaczy obojętnie, w którym momencie przyjdzie, to i tak sprawiedliwość będzie, bo wszyscy dostali to, na co się umówili, czyli denara za dzień. Nawet jeżeli pracowali godzinę. Jeśli powiemy, że tak jest sprawiedliwie, to ok. Natomiast jeżeli dokładnie „za dobre wynagradza, a za złe karze” na zasadzie prostej księgowości, to po co był Chrystus?
Jeżeli Bóg, za którym tęsknię, tam będzie na mnie czekać, to trzeba powiedzieć, że na szczęście będziemy osądzeni. Właśnie: na nasze szczęście. Jeżeli ja się całe życie zmagam z tym, że nie potrafię się przełamać do pewnych rzeczy, choć wiem, że są dobre, to na szczęście ktoś to kiedyś we mnie pokona. Myśmy, duszpastersko strasząc sądem, może coś ugrali na gruncie moralności. Ale zabiliśmy pragnienie Boga. 
Czasami sobie myślę, że nawet nie tyle Boże przebaczenie w tym momencie jest problemem, ile przebaczenie sobie. Czyli ja muszę sobie bezwarunkowo przebaczyć. Póki tego nie umiem, to jest czyściec. 
– Metafora oczyszczania złota w tyglu. Ona ma korzenie biblijne, wyrasta stamtąd i jest też bardzo fajna, w tym sensie, że tam są 2 rzeczy jednocześnie. Proces, w który ktoś musi tchnąć energię z zewnątrz, bo złoto samo się nie oczyści. Ktoś musi pod tyglem podpalić, skądś musi iść energia. 
– Pan Bóg podpala?
– Pan Bóg i inni. Ich dobro.
– Swoim spojrzeniem. 
– Modlimy się za tych, którzy są w czyśćcu, prawda? Czyli pompujemy w nich dobro, to znaczy podgrzewamy ich tam. 
Czyściec jest takim miejscem, w którym zbiegają się działania – zbawcze działanie Boga, które w ogóle umożliwia czyściec (człowiek nie ląduje daleko od Boga), zasługi Chrystusa związane z krzyżem i Zmartwychwstanie, czyli początek Kościoła, modlitwa i wstawiennictwo tych wszystkich, którzy już osiągnęli chwałę nieba i modlitwa tych wszystkich, którzy są jeszcze w drodze. 
– Po prostu, [niebo] to jest moment, w którym każdy będzie pełny, niezależnie od tego, jaką miarę sobą przedstawia. 
– Ja też pamiętam z bardzo starych czasów to porównanie, ono jest chyba jednym z najbardziej trafionych, to znaczy moja miara, taka, jaką Bóg przymierzył od początku, będzie wypełniona. 
– Będziesz szczęśliwy. 
– Trzecia koncepcja [odnośnie tego, co się dzieje ze świętymi pomiędzy sądem szczegółowym a Sądem Ostatecznym] jest taka, że człowiek bez ciała żyje w Bogu. Wklejony w Boga na razie.
– Taka wlepka. 
– Jest już szczęśliwy, bo jest w Bogu. Jest po sądzie szczegółowym, czyli to, co pomiędzy nim a Bogiem, zostało wyczyszczone. Natomiast czeka tylko na ciało. 

Boże przenikanie

W ramach prasówki, z bardzo fajnego artykułu pt. „Darmowe mycie nóg” – wywiadu Marcina Jakimowicz z s. Marciną Wieszołek (GN z 17 sierpnia 2014 r.):
  • On zawsze patrzy z miłością.
  • [Przystanek Woodstock] to są nasze rekolekcje. A poza tym to nie nasza walka. To On walczy, nie my. To z Niego jest ta przeogromna moc, nie z nas! Kiedy jesteśmy słabi, On objawia swoją chwałę! Naprawdę objawia. Widzisz Jego namacalne działania, moc, z jaką wylewa się Duch Święty, więc wracasz przemieniony. Nie możesz głosić, nie mając doświadczenia Pana Boga, a mając takie doświadczenie, nie możesz nie głosić i milczeć!
  • Dziwne proporcje? Boże proporcje. On patrzy inaczej niż my.
  • Prawdziwym przewrotem kopernikańskim w moim życiu był moment, gdy zrozumiałam, że nie ja mam się pytać Pana Boga o to, co mam dla Niego zrobić, tylko w jaki sposób ma się przeze mnie objawiać Jego chwała. A to nie to samo! Ziemia to nie poczekalnia w kolejce do nieba. Nie mam się zastanawiać, czy się do tego nieba dostanę, czy nie, ale zadawać pytaniem ile tego nieba przez moje ręce przeniknie na ziemię.

Odwrócone role

Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą. A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka, którego ulepił. Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu i drzewo poznania dobra i zła. A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu? Niewiasta odpowiedziała wężowi: Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski (Rdz 2,7-9;3,1-7)

Tym razem nie o Ewangelii, a o niedzielnym – i to starotestamentalnym! – czytaniu. Bo to, co wydarzyło się w czasie i ramach tzw. kuszenia Jezusa na pustyni, to jakby pochodna wydarzeń z Edenu, następstwo. Bez błędu Adama i Ewy nie było by tego wszystkiego nadal, także misji Jezusa na ziemi. 
Wszystko było dobrze, dopóki Zły nie zamieszał. Zły – wprost w tłumaczeniu Przeciwnik, opozycja, przeciwieństwo Dobrego Boga. Jest tu pewna prawidłowość – skoro Bóg dał prostemu tworowi, człowiekowi, rajski ogród, to Zły musiał coś z tym zrobić. I zrobił nadzwyczaj skutecznie, co więcej, swoją przewrotną misję kontynuuje do dzisiaj. Nie mógł zakwestionować Boga od początku – więc zaczął mnożyć znaki zapytania od chwili, kiedy skusił naszych protoplastów. 
Dzisiaj Zły działa tak samo. Nie wprost, ale podsuwając (nie bez powodu tak nazwany) zatruty owoc, bardzo często nie wprost – ale jako myśl, która drąży i nie daje żyć. No tak, pozwolił jeść wszystkie owoce z każdego drzewa? Przewrotne pytanie, z od razu widocznym fałszywym założeniem. Zabronił tylko z tego jednego drzewa? A czemu? Na pewno coś kręci, ukrywa, po coś to zrobił (nie da się ukryć – tylko dla dobra człowieka). A prosty ludzik – w dowolny sposób i jakiejkolwiek konfiguracji za Adama czy Ewę możemy podstawić siebie – daje się dzielnie i zazwyczaj niezmiennie robić w przysłowiowego konia. Tu jest dopiero paradoks – myśląc, że właśnie przechytrzyliśmy Boga, przejrzeliśmy jego misterni z gruntu nieuczciwy plan… strzelamy sobie w stopę, nawet nie będąc tego świadomi – ku uciesze Złego. 
Czemu tak? Nie wiem. Taka już chyba nasza natura – od tamtego dnia. Z uporem maniaka, mimo 2000 lat historii pełnej cudów, znaków, a w tych naszych czasach bardzo dosłownie wprost mówionego za pomocą współczesnych świętych – kocham za nic, za darmo, jestem dla ciebie – jesteśmy przekonani, że trzeba być po drugiej stronie niż Bóg, bo On jest ograniczeniem, zacofaniem i w ogóle be. A jest dokładnie na odwrót. Na tym budujemy wątpliwości – sami, już bez pomocy – i tak niejeden z nas marnuje życie na walkę z Kimś, kto jest po jego stronie. Zły nic nie musi robić – sami się błaźnimy. 
Samo stawianie pytań nie jest złe, myślenie także – po to On sam dał nam nie tylko serce, ale i rozum. Jednak tak w pytaniu, jak w odpowiadaniu, trzeba być uczciwym. Wąż od samego początku pyta tendencyjnie i przewrotnie: czy rzeczywiście? Człowiek się podłożył, Eden się kończy – ale Bóg walczy dalej o człowieka, i ta walka uosabia się w Jezusie, który przychodzi, aby zbawić każdego z nas. Kolejna próba – my dzisiaj wiemy, że skuteczna. Gdzie tu jest podstęp? Gdzie tu podstawy, żeby Boga o cokolwiek posądzać, a tym bardziej o złą wolę czy wodzenie na manowce? To kompletnie bez sensu – i trzeba to powiedzieć wprost. 
Ten tekst wieńczy jakby pointa – wzięli i założyli przepaski. Jakby taki symbol tego, że przekroczyli Boży zakaz. Dla nas Wielki Post niech będzie czasem czegoś odwrotnego – wychodzenia na miarę możliwości z pułapki swojego zniewolenia. Taki czas zdejmowania krępujących nas opasek. Pierwszy krok, jaki proponuję każdemu – a sobie najpierw – to stanąć przed Nim takim, jaki naprawdę jestem. Bez zbroi, pelerynki, rajtuz, masek czy bajerów. Normalny. Taki, jakim on mnie ukochał, zanim to do mnie dotarło.