Stacja 3 – upadek pierwszy z wielu

Nie dziwię się, że upadł.
Wcale nie było tak, że ciążyło tylko drzewo krzyża – ten namacalny po ludzku ciężar. Jezus na swoich barkach nigdy nie niósł tylko tej suchej, kaleczącej skórę belki. W tym momencie, na tej stromej drodze na Kalwarię ważyły się losy całego świata, odgrywał się dramat jedyny w swoim rodzaju w całej historii ludzkości. Na ramionach Zbawiciela zawisły grzechy wszystkich ludzi – tych, którzy przed nim trafili do otchłani, tych, którzy dosłownie złorzeczyli Mu w tym czasie, plując i obrzucając go kamieniami, i wszystkich późniejszych ludzi, aż do teraz, i aż do końca świata. Ciężar duchowy o niewyobrażalnym rozmiarze, nie do udźwignięcia dla zwykłego człowieka. 
Dlatego upadł. Był przecież tak samo człowiekiem, jak każda z tych osób, których grzechy zostały na niego włożone. W tym tak bardzo upodobnił się do nas – ile razy dzisiaj, w tym tygodniu upadłem? To nic złego, to część tej ludzkiej natury. W Bogu jesteśmy powołani do tego, aby powstawać – i tym mamy się wyróżniać od innych ludzi w sensie pozytywnym, być dobrym przykładem. Walczyć, ciągle od nowa, do skutku. Każdego dnia, w każdej godzinie. Świadomi swojej małości i bylejakości – ale wytężający siły i pragnący z całego serca dotrzeć do celu. Zmartwychwstania. 
Tak, jak On, który powstał i szedł dalej. Aby pozwolić się zabić – ale przede wszystkim, aby przez to zwyciężyć każdy grzech, zmartwychwstając. 

Dodaj komentarz