Piękny początek

bydgoszcz-chrzest-2

Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie? Jezus mu odpowiedział: Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe. Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. (Mt 3,13-17)

Nie waham się powiedzieć wprost – w sumie, nie rozumiem: po co konkretnie Jezus przyjął ten chrzest? Przecież nie zgrzeszył, nie był w Nim nigdy (ani wcześniej, ani wtedy, ani później) żadnego występku. Bardzo chciałbym wysłuchać argumentacji osoby, która by to wyjaśniła w sposób jednoznaczny, natomiast pozostaje nam chyba tylko „gdybanie”. Oby twórcze i inspirujące.

Czytaj dalej →

Błogosławione wątpliwości spod celi

005-john-baptist-prison

Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. (Mt 11,2-11)

Adwent już w pełni – i dzisiejsza liturgia słowa stawia przed nami filar, postać pierwszoplanową tego wyjątkowego czasu – Jana Chrzciciela – który, zamknięty tak naprawdę przez Heroda właśnie z powodu (za) Jezusa, przesyła do Niego z więzienia wiadomość. Co pisze? „Nie dałem się!”? „Będzie dobrze!”? Jestem, Jezus, gotowy na najgorsze”? Nie. On Go pyta, czy to Jezus jest tym Mesjaszem, na którego on, Jan, czekał i tylu innych przepowiadało.

Czytaj dalej →

Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. Ty i ja.

YARDENIT, ISRAEL - OCTOBER 04:  Brazilian Evangelist Christians embrace in prayer during their mass baptism ceremony in the Jordan River on October 4, 2009 at Yardenit in northern Israel. Hundreds of worshippers from northern Brazil immersed themselves in the biblical river as part of their pilgrimage to the Holy Land.  (Photo by David Silverman/Getty Images)

Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. (Łk 3,15-16.21-22)

Naprawdę przez długi czas nie rozumiałem – po co On to zrobił? Komu był potrzebny ten janowy chrzest Jezusa? Skoro był Bogiem-Człowiekiem, bez grzechu, to na pewno nie Jemu. Tym bardziej, że w innym zapisie tego zdarzenia, od Mateusza, wskazano wyraźnie, że Chrzciciel nie chciał się podjąć tej czynności: „to ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?” (Mt 3, 14).

Czytaj dalej →

Wystarczy się Nim podzielić

Jan Chrzciciel stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: Oto Baranek Boży. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: Czego szukacie? Oni powiedzieli do Niego: Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz? Odpowiedział im: Chodźcie, a zobaczycie. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: Znaleźliśmy Mesjasza – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas – to znaczy: Piotr. (J 1,35-42)

Myślę, że każdy z nas w pewnym momencie życia uświadamia sobie, że chciałby spotkać Boga – jako Tego, który jest sednem, odpowiedzią na wszystkie moje pragnienia, tęsknoty i potrzeby.
Czasami dramat sytuacji polega na tym, że właśnie nie ma kto mi Boga pokazać. Że jestem tak bardzo zacietrzewiony, zawzięty, wściekły na Pana, na siebie, właściwie to na wszystkich i na wszystko, że… No właśnie. Zamykam się w takiej bezmyślnej spirali, nakręcając się coraz bardziej, obwiniając wszystko naokoło (oczywiście, poza sobą…) za moje niepowodzenia, porażki, niewłaściwe decyzje, a przede wszystkim ich konsekwencje.
Jakie szczęście miał Piotr. Bo miał przy sobie Andrzeja, i to właśnie jego brat pokazał Mu Jezusa. Z kolei Andrzejowi – jak pokazuje ten obrazek – na Baranka Bożego wskazał nie kto inny, tylko Jan Chrzciciel. Działamy jak połączone naczynia i prawdą jest, że nikt nie jest samotną wyspą (John Donne). Wpływamy na siebie, dochodzi pomiędzy nami do interakcji. Pięknie, gdy sobie pomagamy i prowadzimy we właściwym kierunku – jak Jan Andrzej, a potem Andrzej Piotra. Gorzej, kiedy jeden niepoukładany człowiek zwodzi drugiego; jak to powie w innym miejscu ewangelista: jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną (Mt 15, 14b), i w dużym uproszczeniu tak to właśnie się kończy.
Czasami to jest człowiek, czasami jakieś zdarzenie, bodziec, coś czego nie utożsamiamy może z nikim konkretnym. Dostajemy „na twarz” taki mocny i czytelny znak – właśnie tutaj i na ciebie działa Bóg. Przechodzi obok. Ogarnij się!
 
Kiedyś zastanawiałem się: o co chodzi z tym pytaniem Jezusa, gdzie mieszka? Człowiek wyraża zaciekawienie, zainteresowanie – bo Bóg przyciąga. Oczywiście, odpowiada i zachęca – chodź, sam zobacz. Ale sam – w sensie, wykonaj wysiłek, poświęć czas, zobacz sam. W tym obrazku po prostu poszli za Jezusem i spędzili z Nim dzień – ale nie zawsze musi być i będzie tak łatwo.Czasami ta droga, jaką człowiek musi odbyć, aby znaleźć Boga, będzie dłuższa, i będzie wymagała cierpliwości, uporu, konsekwencji. 
 
Ale warto. Dlaczego? Pewnie Andrzej nawet nie zauważył, ale od razu, może bezwiednie, sam zaczął przyciągać ludzi do Boga. Zaprowadził do niego Piotra – tego, który miał stać się Skałą.Pomyśl, kim ty sam możesz stać się dzięki Bogu i w Bogu. Wystarczy się Nim podzielić. 

Test zwątpienia

Za czasów Heroda, króla Judei, żył pewien kapłan, imieniem Zachariasz, z oddziału Abiasza. Miał on żonę z rodu Aarona, a na imię było jej Elżbieta. Oboje byli sprawiedliwi wobec Boga i postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich. Nie mieli jednak dziecka, ponieważ Elżbieta była niepłodna; oboje zaś byli już posunięci w latach. Kiedy w wyznaczonej dla swego oddziału kolei pełnił służbę kapłańską przed Bogiem, jemu zgodnie ze zwyczajem kapłańskim przypadł los, żeby wejść do przybytku Pańskiego i złożyć ofiarę kadzenia. A cały lud modlił się na zewnątrz w czasie kadzenia. Naraz ukazał mu się anioł Pański, stojący po prawej stronie ołtarza kadzenia. Przeraził się na ten widok Zachariasz i strach padł na niego. Lecz anioł rzekł do niego: Nie bój się Zachariasz! Twoja prośba została wysłuchana: żona twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan. Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu z jego narodzenia cieszyć się będzie. Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym. Wielu spośród synów Izraela nawróci do Pana, Boga ich; on sam pójdzie przed Nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych – do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały. Na to rzekł Zachariasz do anioła: Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku. Odpowiedział mu anioł: Ja jestem Gabriel, który stoję przed Bogiem. A zostałem posłany, aby mówić z tobą i oznajmić ci tę wieść radosną. A oto będziesz niemy i nie będziesz mógł mówić aż do dnia, w którym się to stanie, bo nie uwierzyłeś moim słowom, które się spełnią w swoim czasie. Lud tymczasem czekał na Zachariasza i dziwił się, że tak długo zatrzymuje się w przybytku. Kiedy wyszedł, nie mógł do nich mówić, i zrozumieli, że miał widzenie w przybytku. On zaś dawał im znaki i pozostał niemy. A gdy upłynęły dni jego posługi kapłańskiej, powrócił do swego domu. Potem żona jego, Elżbieta, poczęła i pozostawała w ukryciu przez pięć miesięcy. Tak uczynił mi Pan – mówiła – wówczas, kiedy wejrzał łaskawie i zdjął ze mnie hańbę w oczach ludzi. (Łk 1,5-25)

Generalnie Zachariasz – bohater sobotniego obrazka – jest postacią pozytywną, jak podaje autor, byli ludźmi sprawiedliwymi i wypełniającymi przykazania dane od Boga. A jednak, wydaje się po ludzku, że był pechowcem, skoro Bóg – pomimo wybrania w rodzie kapłańskim do pełnienia służby w Świątyni Jerozolimskiej – był on bezdzietny. Tu nie chodzi o to, że był jakiś „lepszy”, błękitnokrwisty dzięki swojej kapłańskiej posłudze – po prostu był człowiekiem żyjącym w relacji z Bogiem, zwyczajnym, jak setki czy tysiące innych. Mógł więc być postrzegany jako osoba w pewien sposób stygmatyzowana; w tamtych czasach przecież fakt posiadania potomstwa był znakiem i świadczył przede wszystkim o tym, że Bóg danej osobie błogosławi (stąd na końcu słowa o hańbie, którą okryci są ludzie bezdzietni). A tak między nami, mężczyznami, wiadomo – każdy facet chciałby mieć dziecko, syna. Po prostu.  
Myślę, że Zachariasz w swojej wierze i relacji z Panem nie raz zadawał pytanie, albo wręcz czynił zarzut: Boże, dlaczego ja? Czemu nie mam dzieci? I nie ma w tym nic złego. Jestem bardziej niż pewien, że Bóg o wiele bardziej cieszy się ze szczerych żali i autentycznej złości, niż z maski zadumania i bezmyślnego odtwarzania rytuałów przy braku jakiejkolwiek z Nim relacji. Docenia autentyczność i szczere myśli człowieka – nawet, gdy są to zarzuty, bo z czymś się nie godzę. 
Jedna rzecz to kwestia, że cudowne zapowiedzenie narodzin Jana ma miejsce właściwie tuż przed Zwiastowaniem Pańskim – pół roku przed. Jest to całkiem po ludzku logiczne – skoro Jan miał poprzedzić Jezusa i ogłosić Go przed ludem jako Mesjasza. Dwa cuda Boga właściwie w jednej rodzinie i w tak krótkim odstępie czasu – Niepokalane Poczęcie czyli dziewica rodząca dziecko i zachowująca, jak to nazywa Kościół, chwałę dziewictwa; i staruszka Elżbieta, która w wieku już sędziwym rodzi syna. Dwie cudowne ciąże. Druga rzecz, że Bóg nawiązuje dialog z Zachariaszem nie gdzie indziej, a właśnie w trakcie pełnienia przez niego posługi w świątyni – kiedy wszyscy wierni stali poza Przybytkiem i czekali na kapłana Zachariasza. 
Można uznać, że Zachariasza spotyka niebywałe szczęście – anioł zapowiada, że oto dostanie z żoną dokładnie to, czego w ich małżeństwie brakowało: wyczekiwanego dziecka. Niesamowite jest nie to, że spotyka go ta obietnica narodzenia się Jana – ale to, że w jej świetle… wątpi. Niektórzy myślą, że Zachariasz zwątpił wcześniej – ja nie wiem. Według mnie zwątpienie przychodzi na niego dopiero wobec tej obietnicy anioła, kiedy mówi: „Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku”. Tak te słowa odbiera archanioł Gabriel – a mimo wszystko  Bóg nijak nie wycofuje się ze swojej obietnicy – stąd słowa:  „oto będziesz niemy i nie będziesz mógł mówić aż do dnia, w którym się to stanie, bo nie uwierzyłeś moim słowom, które się spełnią w swoim czasie„.
Bóg jest bogiem rzeczy niemożliwych – to bardzo mądre słowa. Niepłodność to dramat wielu par i małżeństw – dla Boga nie jest to jednak żadna trudność. Pytanie jest skierowane do każdego z nas – czy ty i ja dopuszczamy w ogóle sferę, dajemy Mu miejsce do działania w przestrzeni swojego życia? Czy mieści mi się w głowie to, że pewnego dnia przyjdzie to mnie tak, jak przyszedł przez anioła do Maryi czy Zachariasza? To nie działa tak, że z automatu Bóg – gdy w Niego uwierzysz – po prostu zastępuje, jak taka uniwersalna zmienna w matematycznym równaniu, wszystkie sytuacje problemowe, dylematy, trudności i rzeczy bolesne w życiu. On daje siłę do tego, aby walczyć z tym, co jest we mnie małe, złe, brudne, grzeszne, niedoskonałe – i w tym wszystkim z otwartym sercem czekać na „niesamowitość” tego, co może nastąpić, gdy On wejdzie z mocą w moje życie. Najpewniej zupełnie inaczej, niż ja bym się tego spodziewał czy kalkulował. 

Już taki jest ten świat – jedynie Bóg zna odpowiedź

Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Pana z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? W tym właśnie czasie wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i [uwolnił] od złych duchów; oraz wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. (Łk 7,18b-23)

Zwolennicy jednej teorii powiedzą, że Jan tak naprawdę nie zwątpił – no bo jak to, ten, który wskazał Jezusa, miałby być niepewny? Ja jednak skłaniam się do podzielenia stanowiska odmiennego. Jan miał jakieś wątpliwości i stąd właśnie ten ewangeliczny środowy obrazek.
Nie bez powodu Jan nazwany jest pierwszym prorokiem Nowego Testamentu – bo przecież to, czego on tutaj doświadczał, jest takie bardzo „nasze”; w na pewno moje. Kiedy człowiek rozpoczyna swoją relację z Bogiem, odkrywa Go, zachłystuje się prawie dosłownie doświadczeniem dobrego i wyrozumiałego Ojca, który zawsze jest i kocha – wtedy jest pięknie. Jan całe życie przygotowywał się na pustyni do swojej misji, która wypełniła się, kiedy zaczął w wodach Jordanu chrzcić Żydów, a potem pokazał palcem: Mesjasz! Pewnie po ludzku był w swoim żywiole – nie mam wątpliwości, że i wtedy, i dzisiaj mogli go uważać za nieco ekscentrycznego, szalonego.
A potem budzimy się któregoś dnia w zwykłej, szarej rzeczywistości – tylko że ona taka po prostu zawsze była, raczej specjalnie się nic nie zmieniło, tylko we mnie to wszystko jakoś… okrzepło? spowszedniało? Przyzwyczaiłem się. U Jana to miało miejsce, kiedy „zrobił swoje”, jego uczniowie podążyli za Jezusem – i co dalej? Pojawił się zły i zasiał wątpliwości. A może źle? Może to nie ten? Może Jan coś źle zrozumiał i wprowadził tylu ludzi w błąd?
Wtedy wariantów jest kilka. Można dramatyzować, zamykać się w sobie i rozpaczać – co jest kompletnie bez sensu i całkiem niekonstruktywne. Nic nie da. Można też zacząć to wszystko rozkminiać w sobie – rozkładać na czynniki pierwsze, składać, i tak w kółko, dzieląc przysłowiowy włos na czworo. Niby mądrzejsze, ale według mnie bez sensu. Albo można udać się do źródła, przyczyny wszystkiego i odpowiedzi na wszystko – czyli do Boga. To właśnie zrobił Jan, wysyłając uczniów. Nie unosząc się emocjami – ale działając do bólu racjonalnie, mimo że zwracając się w tym sensie do Boga.
Tak naprawdę, nie było by niczym specjalnie dziwnym, gdyby Jezus poczuł się trochę zawiedziony postawą Jana. Ale – zwróć uwagę – czy Jezus kiedykolwiek zrobił komukolwiek jakiś wyrzut z tego tylko powodu, że ktoś pyta, docieka? Nic takiego nie pada również tutaj. Co ciekawe, bynajmniej nie poklepuje go po ramieniu, nie opowiada banałów w stylu „spoko, jakoś to będzie, ułoży się” i nie rysuje idyllicznego obrazu tego, jak to będzie świetnie. Powołuje się nie na siebie jako Syna Bożego – ale na konkretne, zmierzalne niejako, dowody działania Boga: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. Mówi wprost – żeby ci posłańcy poszli i przekazali to Janowi. To nie jest komentarz, dygresja – ale wprost odpowiedź na pytanie.
„A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Wątpienie to jedno, i przychodzi do mnie bardzo często nie tylko codziennie, ale nawet po kilka razy. Upadamy i wstajemy. Mamy nie zwątpić – czyli permanentnie, nie poddać się, nie usiąść i załamać ręce po prostu. Zasada „kto pyta, nie błądzi” nie jest obwarowana wyjątkiem dotyczącym Boga. Co innego – my bardzo często chcemy dostać konkretną odpowiedź – i tu się robi problem. Jeśli pytasz – pytaj szczerze i przygotuj się, że na 99% zdziwisz się odpowiedzią. Taki już jest Bóg.

Radość pytania i szukania odpowiedzi

Gdy Jezus przyszedł do świątyni i nauczał, przystąpili do Niego arcykapłani i starsi ludu z pytaniem: Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę? Jezus im odpowiedział: Ja też zadam wam jedno pytanie; jeśli odpowiecie Mi na nie, i Ja powiem wam, jakim prawem to czynię. Skąd pochodził chrzest Janowy: z nieba czy od ludzi? Oni zastanawiali się między sobą: Jeśli powiemy: z nieba, to nam zarzuci: Dlaczego więc nie uwierzyliście mu? A jeśli powiemy: od ludzi – boimy się tłumu, bo wszyscy uważają Jana za proroka. Odpowiedzieli więc Jezusowi: Nie wiemy. On również im odpowiedział: Więc i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię. (Mt 21,23-27)

Trudny tekst i dość mało popularny. Trzeba się z nim zmierzyć.

Chyba nie można z gruntu zakładać, że ci, którzy „przystąpili” do Jezusa to ludzie źli. Pewnie, w tym gronie raczej mogli znaleźć się również tacy, którzy chcieli przyłapać Zbawiciela na jakimś potknięciu, niezgodności nauczania z tradycją czy Pismem Świętym, proroctwami; znaleźć przysłowiowego „haka” na Niego. Bo i to, co Jezus mówił, pomimo popularności – jak by nie patrzeć – stało w sprzeczności z tym, co głosili faryzeusze. Ich literze prawa nade wszystko Mesjasz przeciwstawiał działanie z Duchem Bożym. Raczej można zaryzykować tezę, że ludzie ci byli na swój sposób – a może i autentycznie – pobożni i zatroskani, pytając dlatego właśnie, że pojawił się jakiś facet, ot tak sobie, i zaczyna nauczać. Poza świątynią mógł – tutaj w środku musiał już udowodnić, skąd czerpie do tego prawo. Pomijając już kwestię zwykłej ludzkiej ciekawości jako przyczyny do zadania pytania.
Kto mieczem wojuje… Znamy to. Tak było w tym właśnie przypadku. Człowiek jest po prostu za malutki, aby przechytrzyć Boga. To się nie mogło udać. Wystarczyło jedno pytanie i to kwestię podstawową – skąd pochodzi, z nieba czy od ludzi, chrzest. Przyznanie pochodzenia niebieskiego stawiało by pytających wobec krępującej konieczności uzasadnienia, czemu w takim razie go nie przyjmują? A z kolei uznanie go jako pochodzącego od ludzi, narażali się tłumowi wręcz zwolenników i słuchaczy Jana Chrzciciela.
My tak mamy bardzo często i na własnej skórze „testujemy” Pana Boga. A jakby Go tu… Pan Bóg – tak jak na tym obrazku – nie wścieka się o to, bo to nie w Jego stylu, ale potrafi tak celnie i zmyślnie ripostować, że stawia nas wobec potrzeby konkretnego zadeklarowania, opowiedzenia po jednej konkretnej stronie. Tamci z Ewangelii się tego bali i unikali – bo tutaj kończy się mentalność tłumu, w kupie raźniej itp. Trzeba odpowiedzieć na pytanie samemu – konkretny jeden ja. A jeśli, nie daj Bóg, uznać, że właściwie ten Bóg ma rację? Olaboga…
Jezus Chrystus nigdy nie unika odpowiedzi na pytanie człowieka. On sam jest właściwie pełnią tej odpowiedzi, odpowiedzią samą w sobie. Tylko bardzo często jest tak, żeby usłyszeć Jego odpowiedź – trzeba najpierw odpowiedzieć na inne pytania, które gdzieś tam na dnie serca się rodzą, kiełkują, albo nagle uświadamiam sobie, że właściwie to one są tam od zawsze albo od dość dawna, tylko jakoś nie wychodziło mi/nie chciało mi się ich zauważyć, albo udawanie że ich nie ma było po prostu bardziej na rękę.
To nie będzie łatwe, a czasem może być bolesne. Ale prowadzi ku radości wyzwolonego serca, w którym jest bardzo dużo miejsca na autentyczną radość z tego, że On jest i znowu przychodzi. Nie uciekaj od Boga, który pyta o sprawy trudne – ale spróbuj właśnie w Nim i z Nim znaleźć odpowiedzi. Na te pytania, które już padły. I wszystkie inne, które się pojawią.

Jan od oczywistych oczywistości

Pytały go tłumy: Cóż więc mamy czynić? On im odpowiadał: Kto ma dwie suknie, niech [jedną] da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni. Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali go: Nauczycielu, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono. Pytali go też i żołnierze: A my, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie. Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę. (Łk 3,10-18)

Nie bez powodu Jezus powie – cztery rozdziały tej samej ewangelii później – że „między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on” (Łk 7, 28), równocześnie, o czym wielu zapomina, dopowiadając, że tam, dokąd zmierzamy, każdy jeden najmniejszy będzie… większy od Jana. 
Na czym polegał fenomen Jana Chrzciciela? Wtedy tylko Jana – przydomek dostał później, a jeszcze później zaczęto określać go „świętym”. Fenomen był, bo ludzie za nim szli, miał całą grupę uczniów – ewangelista zaś mówi o tłumach wręcz. Jan wymagał od ludzi. Nie oferował cukierkowych, lukrowanych i kapiących serduszkami obrazków o tym, jak to jest świetnie, sielsko, idealnie i nic nie trzeba robić, „tak mnie, Boże stworzyłeś, to mnie masz”. My jesteśmy z natury bardzo leniwi (czego piszący te słowa jest przykładem wręcz fenomenalnym…), a mimo tego, cenimy, kiedy ktoś czegoś od nas wymaga. Zwracamy na taką osobę uwagę, słuchamy jej – kiedy na pytanie „co mamy czynić” dostajemy nawet trudną, ale konkretną odpowiedź. A to pytanie, prędzej czy później, stawia każdy. 
Z jednej strony się nie chce – ale z drugiej: hm, skoro on czegoś chce, formułuje jakieś twierdzenia i zalecenia, to mu na mnie zależy. Tak właśnie to działa Jezus, do którego Jan – czy sobie zdawał z tego sprawę, czy nie – prowadził ludzi. I może właśnie dlatego Jan jest taką klamrą, spinającą Stary Testament i otwierającą Nowy Testament, ostatnim prorokiem starotestamentalnym – tym, któremu dane zostanie, jak Symeonowi, wskazanie Syna Bożego (Łk 2, 25-32). Bóg nigdy nie obiecał, że będzie sielankowo, z górki, lajtowo – ale mówi wyraźnie: to rób, od tego wara. Może łatwo nie jest, ale nagroda murowana. Pretensje możemy mieć tylko do swoich własnych wyborów – a najczęściej, do ich konsekwencji. Róbta, co chceta – tylko się potem nie dziwta (jak to pewien ksiądz sparafrazował świetnie Jerzego Owsiaka). Bo mamy wolność wyboru – do konsekwencji tych wyborów włącznie; będą tylko nasze, ale i tam będzie przy mnie Bóg. 
O czym mówi Jan? Nic nowego w stosunku do tego, co powie Jezus. Nie kradnij. Nie wykorzystuj swojej pozycji do uciskania innych. Podziel się z tym, który ma mniej. Tu nie ma żadnej magicznej uniwersalnej recepty na wszystkie problemy życia – Jan nie mówi nic odkrywczego. A jednak, tłumy go słuchają. Nie dochodzi do żadnego cudu, powołania (jak w przypadku apostołów po spotkaniu Jezusa). Mówi – prozaicznie – do urzędników (celników i żołnierzy) o tym, aby przyzwoicie i uczciwie robili swoje. Nie każe porzucić wszystkiego i zamknąć się w jakiejś pieczarze na pustyni, aby się pościć i modlić. 
Brzmi dziwnie, jakoś tak… Smętnie? No właśnie nie. Nie bez powodu właśnie taki a nie inny tekst czytany jest w III niedzielę adwentu, czyli Gaudete. Nie żadna „niedziela radości” – ale wręcz tryb rozkazujący: radujcie się! Za 10 dni przyjdzie Pan. To nie jest tak, że Bóg nam opowiada jakieś truizmy i mamy sobie radzić. Bóg pokazuje, że radość od Niego płynącą można odnaleźć zawsze i do tego nas zaprasza. 

Mówi o tym I czytanie (So 3,14-18a) – zaufaj Panu, mocarzowi, w Nim złóż nadzieję, a on po prostu rozwali to, co jest na twojej drodze i co faktycznie (a nie w twoim odczuciu) jest złe. Bóg sobie z wszystkim poradzi – nasza rola to Mu zaufać i uwierzyć w to, co trochę ciężko zrobić z miną przegranego, który nie wierzy w nic i nikogo (a tak to wygląda często – wiem po sobie). Mówi o tym też kapitalne II czytanie, które uwielbiam:

Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko! O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. (Flp 4,4-7)

Nie mamy, jak jakieś klauny, biegać i cieszyć się z byle czego. Bóg daje nam radość ostateczną, tą, która z Niego wypływa – bo On jest tuż, tuż, stoi prawie za płotem, nadchodzi. I znowu nawiązuje do tego, co mamy robić – złóż swoje troski i problemy przed Nim, przedstaw to wszystko Jemu, zostaw to Jemu. Podobnie jak u Sofoniasza, tam były słowa: „On zbawi, uniesie się weselem nad tobą, odnowi swą miłość, wzniesie okrzyk radości”. To wystarczy. Nigdy dość mówienia o tym, że my mamy jakoś wbite do głów, że na Jego miłość musimy „zapracować”, nie wiem, odmawiając konkretną ilość różańców czy litanii – nie! Po prostu uwierzyć, że On może i chce się zająć tym, co w moim życiu jest trudne, zagmatwane, poranione i tragiczne. Ale ja muszę Mu na to pozwolić. 


Ta radość jest dla każdego. Ale jest jeden warunek – musisz chcieć się nawrócić. I mieć świadomość, że może być niebezpiecznie – Jan, dosłownie, z powodu Jezusa stracił głowę. 

Plac budowy

Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi! I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże. (Łk 3,1-6)

W sumie może dziwić ten przydługawy wstęp – po co ta „metryczka”? Ano nie bez powodu. Bóg pokazuje, że zawsze Jego plan i działanie nie jest abstrakcyjne, gdzieś tam, ale konkretnie osadzone w czasie i miejscu, w precyzyjnych okolicznościach. Jego moc i Jego zbawienie dotykają człowieka w konkretnych okolicznościach – zawsze innych, ale i zawsze wyjątkowych i zaplanowanych. Tu Bóg zadziałał przez Jana Chrzciciela. 
Co jest niesamowitego w Janie? Dla mnie osobiście to, że… głosił w ciemno. Nie znał po ludzku Tego, o którym mówił, Tego, którego zapowiadał. Wiedział, że głosi Mesjasza, i zawierzył Bogu tak dalece, że nie wnikał w to, kim Zbawiciel obiecywany będzie. Wiedział, że Bóg Go objawi – i zamierzał to uczynić jego – Jana – rękami. 
To „prostowanie”, o którym traktuje Jan Chrzciciel, to po naszemu właściwie porządkowanie, ogarnianie – tak bardziej zrozumiale. Drepczemy – jedni dłużej, inni krócej – drogami naszego własnego życia, które w różnych dziwnych momentach i konfiguracjach przecinają się z drogami życia innych ludzi, mniej lub bardziej dla nas ważnych, kochanych, lubianych, czy w ogóle zrozumiałych. Zawsze jednak ku celu – temu mojemu, założonemu, gdzieś tu w tym świecie, ale mniej lub bardziej świadomie przede wszystkim ku Bogu, zmierzając do Tego, od którego pochodzimy, i który sam w sobie jest celem i odpowiedzią, choć nie zawsze taką, jak bym chciał. 
Ale uwaga – bardzo ważne – nie dla siebie, dla udowodnienia tylko czegoś samemu sobie, dla sprawdzenia tylko, czy dam radę. Konkretnie, dla Boga, dla Niego – dla Tego, który za chwilę przyjdzie w ciszy i skupieniu betlejemskiej szopki, przez którym uklękną bydło i pasterze, a przez pół ówczesnego świata przyjdą trzej mędrcy z darami symbolizującymi to, co wielkie w świecie: po to, aby je złożyć przez nowonarodzonym i bezbronnym Panem. Zdążamy z jednej strony z Nim, ale i ku Niemu, a z drugiej strony z tymi, których On stawia na naszej drodze (a nas na ich drodze życia). Taka niekończąca się plątanina ludzkich losów, myśli, pragnień, zwycięstw i radości, porażek i łez. 
To, do czego w tej niedzielnej liturgii zaprasza Bóg, to prostowanie tego, co można wyprostować i co ma sens – bo to jest o tyle istotne, że – jak to na drodze – zdarzają się ślepe zaułki, drogi jednokierunkowe. Nie ma pewnie dróg bez wyjścia – są jednak takie, które prowadzą właściwie donikąd, w których tylko traci się czas. Czasami najlepszym bowiem, co można zrobić, to przyznać się do porażki i spróbować skorygować kurs swojego życia. Takie prostowanie dróg na pewno nie jest lekkie, łatwe i przyjemne – ja to mało techniczny jestem, ale widać po tempie i mozole prac na drogach, że najpierw trzeba ileś tam warstw zdzierać, spiłować, potem wyrównać na nowo, coś tam powylewać, rozjechać walcem, odczekać. Kupa pracy. Ale każdy z nas wie, że dopóki się buduje i wznosi cokolwiek, co stoi na lewym, niepewnym, nierównym fundamencie – ryzykujemy, że się to wszystko po wybudowaniu po prostu złoży i rozwali. 

Bóg proponuje nam dzisiaj generalne porządki – w życiu, w sercu, w przywiązaniach, w celach, założeniach, punktach odniesienia. Jak się to w życiu pomiesza, wychodzą straszne serpentyny, ostre zakręty, wyboiste trasy i drogi donikąd. Będzie na pewno dużo roboty, potrzeba zaparcia, wysiłku, kto wie czy nie pojawią się przysłowiowe „krew, pot i łzy” – ale Jego zaproszenie to trasa nie dla idących na łatwiznę, ale dla ambitnych. Uwielbiam cytat z Mateusza: 

od czasów Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je (Mt 11,12)

który wprost odnosi się właśnie do Jana Chrzciciela jako początku. Jezus poszukuje Bożych gwałtowników, ludzi konkretnych, radykalnych! Jeśli myślisz, że pójdziesz raz do spowiedzi, zmówisz „paciorek”, jakąś litanijkę i będzie „cacy” – zapomnij, bo Bóg uwielbia zaskakiwać. 
Po co? No właśnie – dla zbawienia. Nagrody, celu tego wszystkiego. Jezus mówi to wprost – dla każdego, dla wszystkich. Dla ciebie. Te doliny do wypełnienia, góry do zrównania, drogi do wyprostowania – to ty i ja. Twoje i moje życie. Plac budowy, a właściwie przebudowy twojego życia. 

Jan jak każdy z nas

Dzisiejszy dzień w liturgii jest mocno nietypowy, wyjątkowy. Nie dość, że uroczystość – więc najwyższy stopień w hierarchii (uroczystość – święto – wspomnienie obowiązkowe – wspomnienie dowolne) – to jeszcze uroczystość związana z narodzeniem świętego; jedyny taki przypadek, kiedy świętuje się narodziny ziemskie, a nie te niebieskie (zresztą w przypadku Jana Kościół wspomina obydwa). Nie byle jakiego, bo takiego świętego przełomów. Jana Chrzciciela mianowicie. Tego, który swoją osobą połączył Stary Testament z Nowym Testamentem, bo będąc ostatnim prorokiem Testamentu Starego wskazał równocześnie jako jedyny wprost na Jezusa jako obiecanego Mesjasza. 
Cudownie wymodlone w starości Anny i Zachariasza dziecko, o pół roku od Jezusa starszy daleki Jego kuzyn, po którego poczęciu (samo w sobie cudowne, mając na uwadze wiek matki) działy się cuda jeszcze przed narodzeniem, kiedy ojcu Zachariaszowi Bóg odebrał mowę (dzisiejszy obrazek ewangeliczny – tak to jest, jak człowiek Bogu nie wierzy). Człowiek, który – można chyba powiedzieć – gromadził wokół siebie ludzi na pustyni tylko po to, żeby w końcu pokazać im palcem to, co dzisiaj powtarzamy w każdej Mszy Świętej: oto Baranek Boży, żaden inny. 
Rola na pewno niewdzięczna, którą Jan podjął z dużym wdziękiem. Nie raz i nie dwa razy musiał się pewnie tłumaczyć, jak to przytoczone w II czytaniu: „Ja nie jestem tym, za kogo mnie uważacie. Po mnie przyjdzie Ten, któremu nie jestem godny rozwiązać sandałów na nogach”. Urzekająca pokora, takie mocne porównanie – mógł skończyć tylko na tym pierwszym zdaniu, a jednak, podkreśla, że nie jest godny wykonać Jezusowi najprostszej posługi ostatniego ze służących. To, że był konsekwentny, przypłacił głową – krytykowany za niemoralny związek z żoną własnego brata Herdodiadą Herod Antypas, niby nie chcąc ale bojąc się złożonej bezmyślnie obietnicy, skrócił Jana o głowę (stąd często przedstawiany jest z głową na misie). 
Znamienne są ostatnie słowa dzisiejszej Ewangelii: „Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem (…)”. To o Janie oczywiście, ale wydaje mi się, że można je odnieść do każdego z nas, jaki by nie był. Kiedyś my sami, także pewnie rodzice, zastanawiali się – kim on/ona będzie, na kogo wyrośnie? Tak czy siak, Bóg pozostaje z nami całe życie, towarzyszy, jest obok, gotowy pomóc i wspierać. Ale tę Jego obecność można przyjąć z wdzięcznością, albo ją negować i zaprzeczać. Wszyscy rośniemy – a potem się starzejemy – i plan Boży zawsze sprowadza się do tego, abyśmy dojrzeli nie tylko fizycznie po ludzku, ale wzrastali w środku, tym, co mimo zniszczenia ciała pozostanie i będzie trwało dalej: duchem, duszą. Żebyśmy – tak się rozwijając i dojrzewając – każdego dnia odkrywali swoje powołanie, przyjmowali je i realizowali, na miarę swoich możliwości i talentów.