Błogosławione wątpliwości spod celi

Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. (Mt 11,2-11)

Adwent już w pełni – i dzisiejsza liturgia słowa stawia przed nami filar, postać pierwszoplanową tego wyjątkowego czasu – Jana Chrzciciela – który, zamknięty tak naprawdę przez Heroda właśnie z powodu (za) Jezusa, przesyła do Niego z więzienia wiadomość. Co pisze? „Nie dałem się!”? „Będzie dobrze!”? Jestem, Jezus, gotowy na najgorsze”? Nie. On Go pyta, czy to Jezus jest tym Mesjaszem, na którego on, Jan, czekał i tylu innych przepowiadało.

Czytaj dalej →

Przełomowe spotkanie

Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. (Mt 4,18-22)

Wczorajsza Ewangelia z święta św. Andrzeja apostoła. Tego, który jakby pierwszy poszedł do Jezusa, i który zaprowadził do Niego Piotra – Mateusz we fragmencie powyżej o tym w sumie nie wspomina, za to opisuje to dość ładnie Jan we własnej wersji (J 1,35-42). Jan Chrzciciel wskazuje na Jezusa jako Baranka Bożego, i Andrzej z drugim, nie wskazanym z imienia, poszedł za Jezusem. Dopiero po całym dniu z Jezusem Andrzej spotkał swego brata Piotra i powiedział, że znalazł Mesjasza, po czym zaprowadził Piotra do Jezusa.

Tą sytuację – mam nadzieję – każdy z nas jakoś może rozpoznać w swoim życiu. Każdy z nas jest inny, i w życiu każdego z nas gdzieś tam był moment, kiedy Jezus zapukał jakby mocniej, i go zauważyłem. U niektórych spotkanie z Nim jest normalną codziennością, czymś, co jest nieodłącznym elementem życia od małego – i chwała za to jego rodzicom, którzy tak uwrażliwili dziecko na sprawy Boże, że potem taka mała osoba wchodzi w życie z Bogiem jako swoim przyjacielem i powiernikiem. U innych Jezus to jakby osoba, która pojawia się dopiero na jakimś późniejszym etapie – czy to z powodu buntu, kontestacji i sprzeciwu wobec rodziców, dziadków czy po prostu wiary, czy też dorastania w środowisku, w którym zwyczajnie nie stanowi On żadnego punktu odniesienia (a takich miejsc jest coraz więcej).

Najtrudniej ma człowiek, który ma jakiś swój wielki plan na życie i skrupulatnie go realizuje – krok po kroku, systematycznie, mozolnie wspina się na coś, co dla niego stanowi szczyt, punkt docelowy, cel. Pół biedy, kiedy to jest cel jakiś zawodowy – wykształcenie (może doktorat albo i wyżej?), praca (może naukowa)? Najczęściej chodzi o osiągnięcie jakiegoś statusu materialnego, stabilizacji – i nie ma w tym co do zasady nic złego – kupić mieszkanie (najczęściej kredyt do końca życia), założyć rodzinę, móc sobie pozwolić na samochód, wycieczki zagraniczne, parę gadżetów… Szkoda, że w tych kwestiach materialnych potrafimy dosłownie zagryźć język i tyrać, żeby się dorobić, a w relacji z Panem Bogiem najczęściej nie potrafimy włożyć nawet ułamka tego wysiłku, poświęcić czasu, być równie starannym i konsekwentnym. 

Bo pewnego dnia przechodzi obok ciebie Jezus – tak, jak to się miało z Andrzejem. Konkretniej – przechodzi pewnie i codziennie, ale go po prostu nie widzisz, bo jesteś zbyt rozkojarzony, albo zbyt zapatrzony w jakiś swój wytyczony cel. Nie zastawi ci drogi oddziałem policji czy wojska, nie urządzi show z fajerwerkami i bannerami dla zwrócenia uwagi. Czasami może się okazać, że jesteś świadkiem jakiegoś cudu – tak, Bóg zadziałał, i to porusza serce. Przechodzi obok, a Ty uświadamiasz sobie, że nie możesz od Niego oderwać wzroku, że coś przyciąga. Że to On właśnie – wbrew wszystkim planom i założeniom – czujesz to bardzo, stanowi odpowiedź na wszystkie twoje pytania, wątpliwości, smutki, żale, marzenia i porywy serca. 


I tyle. Nie napiszę, jaka jest cudowna i uniwersalna – jak matematyczny wzorek – odpowiedź na to, co Jezus mówi. Bo tylko ty to wiesz, bo mówi to tylko tobie i do ciebie. Po prostu posłuchaj. Nie pozwól życiu z jego bogactwem, kolorami, jazgotem i emocjami zagłuszyć tego, co On ci delikatnie proponuje. Przemódl to. I odkryj w Nim i z Nim swoje powołanie. Andrzeja jego droga doprowadziła na krzyż i musisz być na to gotowy. Ale nie bój się – krzyż nigdy nie jest końcem i celem samym w sobie. 

Kierunek – zbawienie

Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają Mnie ludzie? Oni Mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków. On ich zapytał: A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. (Mk 8,27-33)

Chodził, nauczał, działał. Nie siedział w miejscu. Ciekawe mogą być okoliczności, w jakich ta rozmowa, którą opisuje ewangelista, miała miejsce. Szli gdzieś? A może podczas postoju.
Pytanie padło dość proste. Nie tyle – kim jestem, ale – za kogo inni mnie uważają? Jak mnie widzą? Co o mnie sądzą? Różne słowa, ale sedno to samo. Odpowiedzi padło kilka, pewnie ze strony kilku osób. Co ciekawe, nie odnieśli tego pytania do siebie. Przekazali Mistrzowi, za kogo uważają Go inni, nie oni sami.  Dlatego Jezus precyzuje – a wy, co sądzicie? Można się domyślać, że energiczność i spontaniczność Piotra (którą, nota bene, sam Jezus potępił w Ogrójcu, gdy Piotr rzucił się z mieczem na jednego z żołnierzy) spowodowała, że to właśnie od odpowiedział. Ty jesteś Mesjasz. Kawałek dalej, w innym miejscu, dodano jeszcze: Syn Boga żywego. 
Na czym polega piękno tych słów? Na ich prostocie i tym, że podyktowane były porywem serca Piotra. Bez uszczypliwości, trudno posądzać go – prostego rybaka – aby w tym momencie (nie mówię o tym, co działo się po zmartwychwstaniu) zdawał sobie w pełni sprawę z tego, kim był Jezus. Widział cuda, czuł że jest kimś wielkim, słyszał proroctwa i piękne, bo prawdziwe i z sercem głoszone nauczanie. Szedł za Jezusem – czy jednak wiedział, dokąd ta droga zaprowadzi, nie tylko jego, ale i Jezusa? Wówczas chyba jeszcze nie. 
Co innego – Jezus. Rozumiał, dokąd zmierza. Widział cierpienie, widział drogę krzyżową, biczowanie, krzyżowanie. Ale jego wzrok padał dużo dalej – poza krzyż, nawet poza grób. Wiedział, że Jego droga prowadzi dalej, że ta brutalna i straszna śmierć będzie zaczynem, początkiem czegoś co jest jedynym ratunkiem dla pogubionej kompletnie ludzkości. Wiedział, że swoją śmiercią uczyni wszystko nowe – to przecież Jego własne słowa. On sam będzie istniał dalej, jako zmartwychwstały Bóg-człowiek, jednak tym zmartwychwstaniem otworzy drzwi do życia bez końca dla innych, dla ludzi. 
Na koniec… Piotr dostał po uszach. Czemu nic nie mówić głośno? Czemu siedzieć cicho? Bo myślał po ludzku. Bo Jezus miał jeszcze wiele do zrobienia – a jakiekolwiek, dzisiaj byśmy nazwali, PR-owe działania po porostu by Mu zaszkodziły i przyspieszyły to, co miało się stać w odpowiednim momencie. Chociaż pewnie oznaczały by dla tych, którzy z Nim szli – w tym i Piotra – popularność, sławę i uznanie. Przyjemna perspektywa. Dla nas to też nauczka. Jezus nazwał go szatanem – dlaczego? Bo w piotrowym sposobie myślenia górę brały względy ludzkie, a nie boskie. A my przecież, choć żyjemy w świecie, musimy poruszać się w nim z dobrze ustawionym kompasem. Kierunek – niebo, zbawienie. 

Znak sprzeciwu

Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. (Łk 2,22-35)
Jakoś mi się ten tekst nieodparcie kojarzy z osobą Mojżesza – 40 lat krążył z Narodem Wybranym po pustyni, aby jednak zgrzeszyć i usłyszeć od Pana, że nie wejdzie do Ziemi Obiecanej, mimo że ją ujrzy. Tutaj jakby odwrotnie – Symeon uzyskał od Boga obietnicę, iż nie pozwoli mu umrzeć, zanim ujrzy Mesjasza. 

Musiał się staruszek mocno zdziwić, gdy Boży Duch kazał mu udać się akurat w tym a nie innym momencie do świątyni. Pewnie szukał kogoś wielkiego, dorosłego mężczyzny, może ze zwolennikami, w każdym razie rzucającego się w oczy. A tu – co? Młodzi ludzie z maleńkim dzieciątkiem. On sam przyszedł tam… właśnie dla tego noworodka. To On zbawi świat. To On jest Mesjaszem, Zbawicielem, ten malec. Zbawieniem nie wybranych szczególnie – ale zbawieniem ofiarowanym wszystkim bez wyjątku, o ile tylko tego zbawienia zapragną. Światłem oświecającym drogi życia i kręte dróżki serc ludzi z każdego kraju, języka, wyznania. 
Józef i Maryja wiedzieli, że Jezus nie jest zwykłym dzieckiem. Zbyt wiele działo się od momentu, gdy się poznali, kiedy Maryja zaszła w ciążę bez udziału mężczyzny, kiedy opowiadała o rozmowie z aniołem, kiedy doszła do nich informacja o ciąży Elżbiety, kiedy wreszcie Józefowi przyśnił się anioł i wszystko mu układał, wyjaśniał. Mimo wszystko, te słowa ich zdziwiły. 
Może nieco enigmatycznie zabrzmiały te ostatnie słowa. Jakby proroczo. Przecież Jezus u kresu swych dni doprowadzi do upadku, ni mniej ni więcej, ale samego Szatana. Przecież Jezus przez całą swoją, fakt – krótką, publiczną działalność będzie prowadził ludzi do powstania. Nie powstania w sensie zbrojnym, narodowym, ale powstawania ciągłego ze swoich grzechów, obciążeń, wad, słabości, także tych wszystkich ułomności fizycznych. Powstawania do miłości wzajemnej, do miłosierdzia, do sprawiedliwości (także społecznej), do pokory i odkrywania w sobie ducha służby. Od samego początku, zanim się jeszcze narodził, Jezus był także znakiem sprzeciwu – jak wiele był gotowy zrobić wtedy Herod, aby go zabić; jak wiele czasu, sił i zabiegów poświęcili faryzeusze i uczeni w piśmie, aby się Go pozbyć. Im bardziej świat się rozwija – także dzisiaj – widzimy ten świat zmierzający w takim kierunku, że Jezus i wiara przeszkadza już w prawie wszystkim, zaś wierność Jemu i ewangelii oznacza de facto sprzeciw wobec bardzo wielu spraw i materii. 
To wyzwanie dla nas. Tak, jak Jemu już wypominali poprawność (taką prawdziwą) i Jego tępili, tak i my nie możemy dzisiaj się bać bycia takimi znakami sprzeciwu. To, że komuś działania dyktowane wiarą nie odpowiadają, to znaczy, że wiara staje się zagrożeniem – dla tego, co sztuczne, plastikowe, nastawione na zysk, wykorzystujące ludzką bezradność czy nieświadomość. Tylko że to zagrożenie nie wynika z wiary – wynika z tego, w jakim kierunku zmierza świat, co dzisiaj się promuje. Wiara się nie zmieniła – zmienia się hierarchia wartości na świecie. Jeśli chcesz być naprawdę człowiekiem wiary – pewnym sprawom musisz się sprzeciwić. Żaden to przymus, żadne szukanie dziury w całym czy wymyślanie problemów. Po prostu konsekwencja człowieka współpracującego z Bogiem.

Jan i Jezus – który prorokiem, który Mesjaszem?

Gdy wysłannicy Jana odeszli, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w pałacach królewskich przebywają ci, którzy noszą okazałe stroje i żyją w zbytkach. Ale coście wyszli zobaczyć? Proroka? Tak, mówię wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on. I cały lud, który Go słuchał, nawet celnicy przyznawali słuszność Bogu, przyjmując chrzest Janowy. Faryzeusze zaś i uczeni w Prawie udaremnili zamiar Boży względem siebie, nie przyjmując chrztu od niego. (Łk 7,24-30)
Dosłownie, ciąg dalszy tekstu, o którym ostatnio pisałem. Jezus zrozumiał, że ludzie mają wątpliwości. Szczerość poselstwa Jana, które dopiero co odeszło, Go w tym utwierdziła. Szukali szczerymi i pałającymi sercami Mesjasza – nie byli pewni, kogo widzą przed sobą. Bardzo chcieli, aby okazało się że On jest Mesjaszem. Ale czy był? Wielu było – wcześniej i później – oszustów, przed którymi sam Jezus nie raz ostrzegał. Więc jak to jest? Kim On jest?

Nie zakołysał trzciną na wietrze – co miało być nawiązaniem do proroctwa Izajasza (Iz 42, 1-3) – dokładnie tak, jak Bóg zapowiadał o „swoim słudze, którego podtrzymuje, wybranym jego, w którym ma upodobanie„. Niewątpliwie, Duch Pański na Nim spoczywał – co Bóg poprzez tego właśnie Ducha wprost oznajmił Janowi w momencie chrztu, gdy nad Janem i Jezusem otworzyło się niebo. Nie krzyczał, nie posługiwał się siłą (z wyjątkiem sytuacji, gdy powyganiał kupczących w świątyni). Nie pasował do wizerunku, image’u żadnego z wielkich tamtego świata – żadnych gustownych i kosztownych szat, korony, berła, kosztowności. Te otrzymał tylko raz, od trzech mędrców, którzy prowadzeni gwiazdą przyszli do Jego miejsca narodzenia. Tylko oni z władców uznali Go jako Mesjasza, i w ten sposób uhonorowali. Zresztą On nie takim chciał być królem, w ludzkim rozumieniu zbytku, władzy, przerostu formy nad treścią, nieograniczonych możliwości i najczęściej oderwania od rzeczywistości poddanych. Jezus chciał i zakrólował w sercach ludzkich – to do nich mówił, i do nich chciał dotrzeć, bez względu na to, do jakiego stanu, narodu czy wyznania należeli ci, którzy Go słuchali. 
Prorokiem też nie był. Prorokiem był ten, który Go zapowiadał, i to jak skutecznym. Dziwne, prawda? Swego rodzaju paradoks. Jana uważano za Mesjasza i pytano, czy Nim nie jest – a on wskazywał na Jezusa. Z kolei Jezusa, tego jedynego prawdziwego Mesjasza, uważano za proroka… Tu nie chodziło o żadne konotacje rodzinne, o pokrewieństwo. W wypowiedzianych o Janie słowach Jezus chciał wskazać, jak wielkim był człowiekiem, jednocześnie podkreślając, o ile większym będzie od Jana każdy, kto otrzyma i przyjmie zbawienie.
Ostatnie dni adwentu… Za tydzień i jeden dzień rano ostatnie roraty, a wieczorem już wieczerza wigilijna. Pan jest coraz bliżej. Bliższy wtedy, tamtym ludziom, którym wykazywał, że proroctwa się do Niego właśnie odnoszą. Bliższy też nam. Oby.

Dobra czy radosna?

Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o światłości. Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie! Powiedzieli mu więc: Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie? Odpowiedział: Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem? Jan im tak odpowiedział: Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu. (J 1,6-8.19-28)
Adwent, wbrew pozorom, to trudny czas. Dlaczego? Bo na każdym kroku – samym sobie i wszystkim wokół – staramy się udowodnić, że jesteśmy samowystarczalni, potrafimy zapewnić sobie sami wszystko co naprawdę jest potrzebne, nikt ani nic nie jest nam do szczęścia potrzebne. I jak tu, tak uczciwie, szczerze i autentycznie, oczekiwać Kogoś, kto okazuje się być jedyną prawdą, właściwą drogą i wiecznym życiem – czyli odpowiedzią na wszystkie pragnienia i porywy ludzkiego serca? Ciężko. Trzeba się zdecydować. 
Ewangelista zaczyna dzisiaj w miejscu, gdzie kończy się prolog do ewangelii Janowej, który usłyszymy – ci, którzy będą uczestniczyli we Mszy Świętej w dzień – w uroczystość Narodzenia Pańskiego, już za 2 tygodnie (J 1,1-18). O Światłości Kościół odczyta, gdy ta Światłość nadejdzie. Dzisiaj skupia swój wzrok na tym, który ową Światłość zwiastował – na Janie. Wielkim proroku, ostatnim Starego Przymierza (wbrew temu, jak zaprzecza dzisiaj, gdy zostaje zapytany o to czy jest prorokiem), a jednak nie o Światłości – lecz posłanym, by o Niej świadczyć. To dobitne potwierdzenie, rozróżnienie, w zestawieniu z zadawanymi Janowi dzisiaj wieloma pytaniami pokazuje, jak bardzo ludzie pragnęli i wyczekiwali Mesjasza. Jan dał nadzieję, że być może to właśnie On. 
Pytający chyba się zawiedli. Ani Mesjasz, ani Eliasz, ani prorok. Więc kto? Tylko tak naprawdę – Eliasz przyszedł, wypełnił swoją misję dawno i odszedł. Jaki miało sens czekanie na niego? Nierealnie, mijające się z rzeczywistością. Ludzie tak bardzo wyczekiwali obiecanego Zbawiciela, że chcieli Go zobaczyć tam, gdzie Go nie było. Np. w Janie. Trzeba jednak uważać – szukać szczerze i uczciwie, a nie za wszelką cenę dopasować swoje oczekiwania do człowieka, a może na odwrót, byle by tylko się zgadzało. Nie każdemu dane było żyć w czasach, gdy Mesjasz miał nadejść. Czy to znaczyło, że mieli sobie Go wymyślić albo obwołać Nim kogoś, kto do Jego wyobrażenia pasował? Nie. 
Jan był prorokiem doskonałym, żeby zapowiedzieć „tego, który pośrodku nich stał, a którego oni nie znali”, właśnie dzięki swojej bezkompromisowości, wręcz brawurze w napominaniu i wzywaniu do nawrócenia, także w formie piętnowania nadużyć władzy (co ostatecznie doprowadziło go do śmierci – jedyny przykład w historii Kościoła, gdzie wspomina się osobno zarówno narodzenie, jak i śmierć świętego). Mógł być odbierany jako dewocyjny dziwak, a jednak to właśnie w nim zajaśniała Światłość prawdziwa, która na świat przyszła – dzięki temu, że był przezroczysty, a nie skupiał się na własnym blasku, który wtedy by przesłonił Boga. Był bardzo… no właśnie. Wytrwały. Ktoś by powiedział – monotonny. Do znudzenia mówił o tym samym. Niby proste i oczywiste, a przede wszystkim fundamentalne sprawy – a ile z nimi problemów tamci mieli wtedy, i my dzisiaj mamy. Po ludzku może się wydawać, że nie spełnił swojego celu – bo czy „wszyscy uwierzyli przez niego”? Ci, którzy naprawdę chcieli – tak. W końcu tylko Jan wskazał Go po prostu palcem. Ten jest Mesjaszem. Dokładniej się nie dało. 
Nie sposób nie nawiązać do słów Izajasza z I czytania: „Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim, by opatrywać rany serc złamanych, by zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę; aby obwieszczać rok łaski Pańskiej” (Iz 61,1-2a). To jest sedno Jezusowej misji, którą Jan zapowiadał. A w tych słowach – kluczowe – wyzwolenie. Nie jakieś formalne, państwowe, w postaci rewolucji w Jerozolimie, ani też jakieś magiczne, metaforyczne. Wyzwolenie człowieka – wszystkich, każdego konkretnego, wtedy i dzisiaj – mnie i ciebie. Nie kiedyś w wieczności – tam nie będzie to już potrzebne. Tu i teraz. 
Gdyby tak zapytać przypadkowe osoby, załóżmy nawet – które zadeklarują się jako wierzący katolicy – po co Jezus przyszedł na świat i co chciał zdziałać, usłyszelibyśmy różne odpowiedzi, ale mniej lub bardziej sprowadzające się do tego, że nas zbawił, że dał przykazania. I w sumie się zgadza. Tylko z brzmienia tych słów pewnie mało by brzmiało, że to wszystko są wielkie i wspaniałe, a zarazem absolutnie darmo dane dary. Wielu ewangelie – serce Biblii – sprowadza do przypowieści, nauk, nakazów i zakazów. A to prawdziwe sedno, sens, jest tutaj właśnie, w słowach Izajasza: głosić dobrą nowinę ubogim, opatrywać rany serc złamanych, zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę, obwieszczać rok łaski Pańskiej.
To jest Ewangelia. εὐαγγέλιον, euangelion. Dobra Nowina? Tak. Ale bardziej pasuje – radosna nowina. Radosna, jak to oczekiwanie nasze adwentowe. 

Błogosławione marnotrawstwo

Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który miał Go wydać: Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano. Na to Jezus powiedział: Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie. Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili stracić również Łazarza, gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa. (J 12,1-11)
Dzisiaj słyszymy o wydarzeniu, jakie nastąpiło bezpośrednio po wskrzeszeniu Łazarza, o czym pisałem jakiś tydzień chyba temu. Niewykluczone, że uczta była uwieńczeniem samego świętowania cudu wskrzeszenia gospodarza, czyli brata Marty i Marii. 
I znowu powtórzyła się jakby sytuacja, analogiczna jak wówczas, gdy Jezus wcześniej przybył do nich w gościnę, kiedy Maria siedziała i słuchała, co Marta – krzątającą się w obejściu i przy gościach – miała jej dość mocno za złe (wszyscy wiemy, jak Jezus to podsumował). Marta znowu zajmuje się logistyką, troszczy się o stoły, usługiwała biesiadnikom – a Maria co? Zrobiła coś bardzo dziwnego. Co więcej – z ekonomicznego punktu widzenia, dopuściła się marnotrawstwa, co dość jednoznacznie podsumował Judasz (nie wnikając – był złodziejem, czy to element dopisanej później jego czarnej legendy, żeby uzupełnić obraz tego złego), powołując się na to, jak wielką sumę zmarnowano, a przecież można było taką kwotą wspomóc potrzebujących. 
Wyobraźmy to sobie. Siedzimy przy stole, rozmowa, radosne ucztowanie – a tu nagle kobieta, nie byle jaka, bo pani domu (siostra właściciela), na pewno wystrojona, uczesana, podchodzi do głównego gościa, bierze bardzo drogi i wyrafinowany perfum, wylewa mu na nogi, po czym swoimi włosami zaczyna obmywać oblane owym płynem nogi gościa. Konsternacja? Mało powiedziane. Mniejsza nawet o wartość olejku, która z pewnością była jak na owe czasy bardziej niż znaczna (niektórzy twierdzą – równowartość rocznej pensji średniej klasy robotnika!). 
Jeszcze dziwniejsza okazuje się reakcja samego gościa – Jezusa. Nie gani w żaden sposób Marii, nie udziela gorzkiej reprymendy – to znaczy udziel, ale besztając… Judasza. Nie ma co dopatrywać się już tutaj jakieś wcześniejszego, uprzedniego potępienia tego, który zdradził. Chodziło po prostu o to, że on patrzył tylko na to, co zewnętrzne, materialne. Nawet, jeśli kierował się w tym dobrem ubogich, widząc w tym zdarzeniu marnotrawstwo środków, które mogły by im pomóc. Maria zaś – znowu – zapatrzyła się w Mesjasza, Pana.
Mesjasza, właśnie. Mesjasza – czyli namaszczonego. Namaszczonego – nie przez Piotra, Judasza czy kogokolwiek innego, a właśnie przez Marię. Tym gestem, ni mniej ni więcej, uznała Go za Mesjasza, dała temu piękny dowód. Zrobiła coś, wykonała gest, na który nikt inny się nie zdobył. Trudno o coś bardziej wymownego. Poza tym – Jezus wyjaśnia osłupiałym zgromadzonym – to nie był gest bez sensu. Wiedział, że Jego czas się zbliżał – i to właśnie Maria dokonała namaszczenia Go przed tym wydarzeniem. Mówi wprost – namaściła Go przed Jego pogrzebem. Pozostałym, uczniom, apostołom, pewnie tym bardziej się to jeszcze w głowach nie mieściło – ale On to zrozumiał, i ten gest nie tylko zrozumiał, ale bardzo docenił. 
Bardzo często zdarza się, że na siłę doszukujemy się do w jakiś wydarzeniach i sytuacjach drugiego, trzeciego i dalszego dna, podtekstów i ukrytych znaczeń – w sytuacjach, gdy nic takiego nie ma miejsca. Działamy na siłę. Ta sytuacja pokazuje, jak bardzo łatwo można się pogubić, choć zupełnie odwrotnie – skupić się na tym, co powierzchowne, widoczne na pierwszy rzut oka, na zewnętrznym aspekcie sytuacji. Na tym skupili się wszyscy obecni na tej uczcie – a wyraził to słowami Judasz. Nie chodzi nawet o to, że nie miał racji – bo w pewnym sensie miał, te pieniądze ze sprzedaży olejku nardowego mogły posłużyć biedakom. Czy jednak to oni byli, z całym swym ubóstwem i tym, co sam Jezus nauczał o potrzebie miłosierdzia, najważniejsi w tym konkretnym czasie, gdy Pan był pomiędzy nimi?
Drugi już dzień Wielkiego Tygodnia zmusza do zastanowienia się – ile razy, jak często ulegam pozorom. Czepiam się tego, co na wierzchu, rzucające się w oczy – bo tak jest łatwiej, bo to wydaje się być oczywiste. Bardzo łatwo odpuszczam sobie dociekanie szczegółów, nie zastanawiam się głębiej nad tym, czego jestem świadkiem, co się dzieje obok. Ulegam emocjom – bo tak łatwiej. Porywczość, niecierpliwość – tak, ja sam mam z tym bardzo duży problem. Jezus, a właściwie On i Maria pokazują dzisiaj – nie zawsze to, co pierwsze przyjdzie do głowy, jest jedyną słuszną odpowiedzią i osądem. Nie zawsze po najmniejszej linii oporu. Nie zawsze to, co z pozoru dziwne, nie mające sensu lub wręcz nienormalne jest złe, niewłaściwe i błędne. 
Czasami po prostu trzeba umieć zmarnować coś dla Boga. Po ludzku – bez sensu, wbrew logice, wbrew ekonomii. Dokładnie tak – dla Niego. Tylko dla Niego. A może – aż?

Nie ma Jezusowego widzimisię

Żydzi porwali kamienie, aby Jezusa ukamienować. Odpowiedział im Jezus: Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować? Odpowiedzieli Mu Żydzi: Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga. Odpowiedział im Jezus: Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli Pismo nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym? Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie. Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu. I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk. I powtórnie udał się za Jordan, na miejsce, gdzie Jan poprzednio udzielał chrztu, i tam przebywał. Wielu przybyło do Niego, mówiąc, iż Jan wprawdzie nie uczynił żadnego znaku, ale że wszystko, co Jan o Nim powiedział, było prawdą. I wielu tam w Niego uwierzyło. (J 10, 31-42)
No chociaż raz – powiedzieli wprost i bez owijania w bawełnę przysłowiowego, co im leżało na wątrobie, czego od Jezusa chcieli. Że nie chodziło o to, że im przeszkadzało łuskanie kłosów w szabat. Że nie mieli nic w sumie (poza zazdrością) przeciwko temu, że wielu ludzi różnego pochodzenia, znajdujących się w różnych sytuacjach życiowych, w różnych okolicznościach uzdrawiał, ba, nawet wskrzeszał. Że nie chodziło o to, że choćby dosłownie na głowie stanęli, nie potrafili w żaden sposób złapać Go za słówko, przyłapać Go na niefortunnej czy możliwej do opatrznego zrozumienia wypowiedzi. Był uzurpatorem, fałszywym mesjaszem. 
Problem polega na tym, że w tej prawdziwości swojego oskarżenia i zarzutu przeciwko Jezusowi… byli kompletnie w błędzie. Ani Jezus fałszywy, ani tym bardziej mesjasz przez małe m pisane. Trudno na świecie o kogoś bardziej od Niego prawdziwego; a na pewno nie znajdzie się na świecie – wtedy, dzisiaj, kiedyś w przyszłości – inny Mesjasz. Jeden, jedyny, prawdziwy, Syn Boga żywego, Bóg-Człowiek. Nawet w tej sytuacji Pan potrafi udowodnić faryzeuszom, że ich zarzut jest błędny – wskazuje bowiem na miejsce w Piśmie Świętym, w którym mowa jest o bóstwie Narodu Wybranego (a de facto – wszystkich ludzi, do których Jezus został posłany). Skoro tak mówi Pismo – to gdy każdy z nich był bogiem, jak zatem można bóstwa odmówić Jezusowi, posłanemu przez Boga Ojca? 
Nie kończy jednak na tym. Deklaracje, rodowody nie mają tu znaczenia – bo poza nimi są także czyny. Nie bez powodu Pan nauczał, że po owocach ich poznacie (Mt 7, 16), i nie zamierzał innej miary stosować do Siebie samego. Jeśli nie wierzycie w moje posłanie – uwierzcie, widząc, czego dokonuję. A dokonał bardzo wiele. Nie o wiarę w Jezusa już chodziło, ale zrozumienie, że to Bóg przez Niego działa, i wiarę w Niego – tego prawdziwego Boga miłości, miłosiernego i kochającego Ojca, a nie Boga-krwiopijcę, mściwego, okrutnego (bo tak często w Starym Testamencie mógł się jawić). To, czego dokonał Jezus, dokonał sam Bóg, który w Nim był. 
Kłania się tajemnica Trójcy Świętej – wspólnoty istot Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Żydzi wtedy tego nie rozumieli – nic dziwnego, dzisiaj, po 2000 latach istnienia Kościoła wielu ma z tym problem. Jezusa nie można czytać, obserwować i rozumieć w oderwaniu od istoty Boga Ojca. Oni są jednością. Nie ma Jezusowego widzimisię – tylko wypełnianie woli Ojca, aż do krzyża, aż do Ogrodu Oliwnego i dramatycznego Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22, 42) Jezus był tak samo w pełni Bogiem, pozostając w pełni człowiekiem – stąd ludzki strach przed tym, co jako Bóg z pewnością widział i rozumiał. Wiedział, że Bóg tak chce, i nie będzie bardziej czytelnego świadectwa od tego, gdy Jego Syn, nawet jakby wbrew swej ludzkiej naturze, wypełni wszystko do końca. 
Na koniec – ciekawa, może jakby przemycona, wskazówka (zakończenia zdarza się traktować po macoszemu). Jak Go szukać? Jak śledzić losy Jezusa Chrystusa, od początku? Jak je dobrze, prawidłowo odczytywać? Od Jana Chrzciciela. Więzy pokrewieństwa pozostają tu bez znaczenia – liczy się to, że właśnie Jan Go wskazał palcem innym. Dzisiaj te słowa, jako retrospekcja swego rodzaju, powracają. Ludzie, którzy poszli za Nim – mniej lub bardziej świadomie – własnymi, choć anonimowymi, świadectwami potwierdzają. On jest Synem Bożym.

Za chwilę, w Niedzielę Palmową Męki Pańskiej, zacznie się ostatnia prosta Wielkiego Postu. Ostatni, wcale nie najgorszy, moment, aby coś ze sobą zrobić. Ot, choćby uczciwie przyjrzeć się życiorysowi Jezusa. I równie uczciwie wyciągnąć wnioski. To bardzo dobry początek.

Budzenie otępiałych umysłów

Uczniowie Jezusa zapomnieli wziąć chlebów i tylko jeden mieli z sobą w łodzi. Wtedy im przykazał: Uważajcie, strzeżcie się kwasu faryzeuszów i kwasu Heroda. Oni zaczęli rozprawiać między sobą o tym, że nie mają chleba. Jezus zauważył to i rzekł im: Czemu rozprawiacie o tym, że nie macie chleba? Jeszcze nie pojmujecie i nie rozumiecie, tak otępiały macie umysł? Macie oczy, a nie widzicie; macie uszy, a nie słyszycie? Nie pamiętacie, ile zebraliście koszów pełnych ułomków, kiedy połamałem pięć chlebów dla pięciu tysięcy? Odpowiedzieli Mu: Dwanaście. A kiedy połamałem siedem chlebów dla czterech tysięcy, ile zebraliście koszów pełnych ułomków? Odpowiedzieli: Siedem. I rzekł im: Jeszcze nie rozumiecie? (Mk 8,14-21)
Niezbyt długi, ale świetny tekst. Tekst, który mówi po prostu – skup się i wyciągaj wnioski. Chrześcijaństwo, wiara, Kościół to o wiele więcej niż tylko pójście raz w tygodniu na mszę (z obowiązku bardziej niż z potrzeby), odbębnienie spowiedzi raz w roku (kazali… tylko kiedy to miało być? w adwencie? czy w wielkim poście?), wpuszczenie i przemęczenie się przez kolędę (żeby potem problemu z chrzcinami, komunią czy bierzmowaniem dzieciaka nie było), czy wszystkie inne przejawy chrześcijaństwa na papierze, z metryczki. A właściwie – Kościół to nie tyle o wiele więcej, co coś zupełnie innego. To wszystko jest ważne, ale dopiero jako forma, która stanowi wyraz treści, tego co jest we mnie – a nie jakiś tam tradycji, przyzwyczajeń i konwenansów bo tak wypada

Jezus jakby jest zniecierpliwiony w tym obrazku. Bo i miał powód, gdy zerknie się na szerszy kontekst, cofnie się nieco w ewangelii Markowej. Co poprzedza ten fragment? Wystarczy zerknąć w dwa poprzedzające ów tekst rozdziały tej księgi. Rozmnożenie chleba – i to nie jedno (Mk 6, 30-44), ale dwa (Mk 8, 1-9). Wypędzenie złego ducha z córki syrofenicjanki (Mk 7, 24-30), uzdrowienie głuchoniemego (Mk 6, 31-36), kroczenie Jezusa po jeziorze (Mk 6, 45-52) czy uzdrowienia masowe w Genezaret (Mk 6, 53-56).
Widzimy, patrzymy, poznajemy i zapamiętujemy. I tyle. Gdy chodzi o coś, co ma – po ludzku – przynieść wymierną korzyść, przeliczalny na pieniądze czy jakieś dobra zysk, to kojarzenie pierwsza klasa, wszystko potrafimy poskładać do przysłowiowej kupy, a nawet dopowiedzieć sobie to, co z całości nie wynika wprost. W ewangeliach wszystko jest spójne, Jezus nie raz i nie dwa razy dawał świadectwo o mocy, jaka przez Niego przechodziła, którą działał cuda i dokonywał czynów po ludzku niewytłumaczalnych – a jednak, posiedzimy, pokiwamy głową i tyle. Dzisiejszy tekst to tylko jeden z wielu przykładów, dowodów na to, że Jezus jest Mesjaszem.
Więc dlaczego jeszcze nie rozumiecie? A jeśli uważasz, że rozumiesz – czy cokolwiek z tego, poza uważaniem, wynika dla ciebie, dla tego, jak postępujesz, jakie decyzje podejmujesz, czym się w życiu kierujesz? Samo uważanie nie wystarczy. Trzeba zrozumieć – nie tylko powiedzieć to sobie, ale przyjąć całym serce. Jezus jest Bogiem, który czyni cuda. I nie tylko dlatego, że nakarmił ludzi do sytości. Nie to, że nie ma chleba – jak to widzimy w obrazku powyżej – jest najważniejsze, choć także apostołowie dali się zwieść, skupiając się na samym problemie braku pożywienia. Bóg zaspokoi każde potrzeby człowieka, nie tylko te z pozoru najważniejsze, najbardziej podstawowe.
Pobudka, tępy umyśle.