Nie ma grzechów międzypokoleniowych

Temat od jakiegoś czasu gdzieś tam mi się przewijał, ale – jak wynikało z materiałów, które widziałem – kwestia pozostawała otwarta w tym sensie, że Kościół nie powiedział jednoznacznie „nie”. Co zmieniło się w ostatnich dniach. 
W dniu 06 października 2015 r. Episkopat Polski podjął uchwałę o zakazie celebrowania Mszy świętych i wszelkich nabożeństw z modlitwą o uzdrowienie z „grzechów pokoleniowych” czy o „uzdrowienie międzypokoleniowe”.

Przesądzenie powyższej kwestii zostało poprzedzone opinią teologiczną Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski, dostępną m.in. na Deonie (poniżej ogólnego artykułu). Tak naprawdę, jest w niej zawarte bardzo syntetyczne, a zarazem dokładne opisanie stanu faktycznego i problemu, jaki powstał na jego kanwie. 
Ja z tym zagadnieniem spotkałem się kilkakrotnie, a na potrzeby niniejszego tekstu poszukałem conieco. Nie zdziwiło mnie (niestety), że teksty na ten temat – w tym sensie, że nie tyle dotykające tematu, co po kontekście sądząc radzące jak zwalczać takie grzechy pokoleniowe – odnalazłem na Frondzie, stronie jezuickiego pisma Odnowy w Duchu Świętym.
Z mojej perspektywy wygląda to nieco na żerowanie na strachu ludzkim i wynajdowanie, tworzenie problemu, mającego leżeć u podstaw innych, wytwarzanie sztucznie problemu dla jego następnie rozwiązania. Przede wszystkim zaś błąd, z którym mamy do czynienia, to nic innego jak wmawianie ludziom – co nie znajduje oparcia w niczym i nie jest niczym uzasadnione – twierdzenia o niejako „dziedziczności” grzechów. Stąd czasami można spotkać się z używanym w kontekście tzw. grzechów pokoleniowych pojęciem „grzechów naszych ojców”, „skażeniu międzypokoleniowym”, „uzdrowieniu międzypokoleniowym”. 
Jak jest to opisane na Frondzie: ‚„grzech pokoleniowy” jest to odziedziczona po przodkach niegodziwość, czyli skłonność ludzkiego serca do buntu, do nieposłuszeństwa przeciw Bożemu prawu i Jego przykazaniom, jest to podatność na grzech, tendencja do grzeszenia’. Sugeruje się tam nieświadome „wchodzenie” w grzechy ojców. Kompletnie absurdalnie brzmi przykładowe pytanie i odpowiedź: „Jakie grzechy mogą być pokoleniowymi? Aborcja, skłonności samobójcze, niepowodzenia w interesach, bieda, choroby genetyczne, depresje, kłamstwo, oszustwo”. Choroba genetyczna jako grzech? Inny przykład: „Dziecko poczęte poza związkiem sakramentalnym może cierpieć na duszy i psychice z powodu grzechu swojej matki” albo upatrywanie grzechu międzypokoleniowego w nałogu alkoholowym w rodzinie (pismo Odnowy „Szum z nieba”) – nie skomentuję. 
Równocześnie, ciekawe wydaje się to, że w każdym tekście pojawia się w miarę silnie zaakcentowane stwierdzenie odnośnie tego, że nie należy jako grzechu międzypokoleniowego rozumieć dosłownego przejścia grzechu np. z dziadka czy rodzica na daną osobę, jego dosłowne dziedziczenie. Więc co? A równocześnie pojawia się sformułowanie w stylu: ” trzeba uznać, że moi przodkowie zgrzeszyli, po drugie muszę uznać, że ja popełniłem ten sam grzech, który widziałem u ojca, dziadka i pradziadka i muszę Pana Boga za niego przeprosić i odpokutować”. Hm, kompletnie niespójne: bo albo to nie jest mój grzech i nie muszę wtedy za nic odpokutować, albo w jakiś dziwny sposób miałby przejść on na mnie co rodziło by konieczność pokuty. 
Pomocny tutaj wydaje się tekst sufragana wrocławskiego bp. prof. dr hab. Andrzeja Siemieniewskiego (opublikowany w maju 2014 r. – a więc zanim Episkopat zajął w tej materii jednoznaczne stanowisko):

Z jednej strony mamy tysiące ludzi garnących się do rekolekcji i sesji modlitewnych na temat uzdrowienia międzypokoleniowego, z drugiej zaś strony są raczej wątłe, by nie powiedzieć – wątpliwe podstawy tej modlitewnej praktyki: Pismo Święte i katolicka Tradycja takiej praktyki nie znają. Dochodzą do tego przestrogi przed przekraczaniem granicy między biblijną pobożnością chrześcijańską a pewnymi pojęciami New Age. Jaka więc winna być droga wyjścia? Przypomnijmy mądre uwagi Katechizmu: Kościół popiera formy religijności ludowej, ale równocześnie czuwa, by je rozświetlać światłem wiary. Mają rację gorliwie wierzący katolicy, jeśli domagają się od nas, swoich duszpasterzy, abyśmy wiedzieli, jak można dostąpić spotkania z Chrystusem, z Jego mocą uzdrowienia i zmiany życia. 

1. Korzystamy z nauk inicjatora i pomysłodawcy modlitwy o uzdrowienie międzypokoleniowe, Kennetha McAlla? To korzystajmy po katolicku. Po pierwsze, z zachowaniem jego roztropności co do uprzedniego badania medycznego trudniejszych przypadków, bez czego łatwo można stać się psychiatrycznym znachorem. Po drugie, on sam, choć nie był katolikiem, główny nacisk w swojej metodzie kładł na zbawienne skutki Eucharystii sprawowanej w intencji zmarłych z rodziny. Niech więc w tę samą stronę pójdzie i nasza modlitwa, jak to czyniliśmy w Tradycji Kościoła modlącego się w Mszach św. za naszych drogich zmarłych. 

2. Modlimy się za zmarłych? To módlmy się po katolicku, niekoniecznie korzystając z lektur, w których po latach ktoś znajdzie newage’owe pojęcia, gnostyckie hipotezy czy ezoteryczne wizualizacje. 

Można także przeczytać stanowisko w/w biskupa Siemieniewskiego w formie udzielonej w 2012 r. odpowiedzi na pytanie o kwestię grzechów międzypokoleniowych ze strony katolickiej Wspólnoty Droga we Wrocławiu.

Przytoczę w tym zakresie także dość obszerne fragmenty wspomnianej opinii komisji Episkopatu dla zobrazowania przyczyny zajęcia takiego, a nie innego stanowiska:

2. U podstaw mówienia o grzechu pokoleniowym leży przekonanie, że grzechy przodków wywierają wpływ na życie obecnie żyjących członków ich rodziny. Wpływ ten może mieć wymiar duchowy i cielesny, wyrażać się np. w postaci jakiejś choroby, może też być powodem kłopotów w dziedzinie psychiki i niepowodzeń w życiu małżeńskim czy rodzinnym. Obciążenie grzechem dziedziczonym po przodkach – według zwolenników tej teorii – domaga się uwolnienia człowieka, które dokonuje się w modlitwie o uzdrowienie lub przez egzorcyzm.
Uzdrowienie międzypokoleniowe jest specjalną modlitwą, którą należy objąć przodków osoby cierpiącej, sięgając w przeszłość nawet do piętnastego czy szesnastego pokolenia. Taka modlitwa obejmuje odmawianie egzorcyzmów, modlitwę wstawienniczą i Mszę świętą. Stąd modlitwy i nabożeństwa o uzdrowienie międzypokoleniowe czy Msze święte w tej intencji. (…)  

3. Praktyka „uzdrowienia międzypokoleniowego” wywodzi się z tradycji zakorzenionej w wierzeniach religii wschodnich, które szczególnym kultem otaczają przodków i wierzą w reinkarnację. To znaczy, że praktyka ta jest skutkiem synkretyzmu religijnego, który wykształcił nowe zjawisko nazwane „reinkarnacją grzechu”. (…)  

5. Cytowane przez zwolenników „uzdrowienia międzypokoleniowego” fragmenty Biblii, które jakoby miały potwierdzać ich tezę o grzechu pokoleniowym i jego następstwach w życiu następnych pokoleń, mają swoje rozwinięcie i dopowiedzenie. Okazuje się, że są one trochę dłuższe, niż te cytowane w książkach. Czasem teksty te są tak manipulowane, by potwierdzały tezę o grzechu pokoleniowym czy o potrzebie międzypokoleniowego uzdrowienia. (…)  

6. „Grzech pokoleniowy” stoi w sprzeczności z prawdą o Bożym Miłosierdziu i o Jego przebaczającej Miłości. Jeśli nawet Lud Starego Przymierza dopatrywał się w różnych nieszczęściach kary Bożej za winy przodków, to Ludowi Nowego Przymierza takie przeświadczenie jest obce. Ta wyraźna zmiana optyki wiąże się z misją Wcielonego Syna Bożego, który doskonale wypełnił Prawo i Proroków, zwiastując miłość i miłosierdzie Boga. Wcześniej na gruncie legalizmu żydowskiego w Bogu widziano przede wszystkim Sędziego, skorego do wymierzania kary. Obraz Boga jako miłosiernego Ojca nie dopuszcza takiej myśli; otwiera człowieka na możliwość zyskania Bożego przebaczenia, ułaskawienia w każdej sytuacji. 

7. Kościół od samego początku naucza, że grzech jest zawsze czymś osobistym i wymaga decyzji woli. Podobnie jest z karą za grzech. Każdy osobiście ponosi karę za swój grzech. Wyraźnie pisze o tym św. Paweł w Liście do Rzymian, że „każdy z nas o sobie samym zda sprawę Bogu” (Rz 14,12). (…)  

8. Jedynym grzechem, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenie jest grzech pierworodny. (…)  

10. Praktyka modlitwy, czy Mszy św. z modlitwą o uzdrowienie międzypokoleniowe, czy o wyzwolenie z grzechu pokoleniowego zdradza bardzo wyraźnie brak wiary, czy przynajmniej niedowierzanie w skuteczność łaski sakramentalnej, na pierwszym miejscu chrztu świętego. W tym sakramencie zostajemy wyzwoleni z wszelkiego grzechu. (…)  

Konkluzja: Mając na uwadze wszystkie poczynione uwagi, postuluje się, by władza kościelna jednoznacznie ostrzegała przed używaniem w przepowiadaniu pojęć: „grzech pokoleniowy” i „uzdrowienie międzypokoleniowe”. Powinna też oficjalnie zakazać celebrowania Mszy świętych i nabożeństw z modlitwą o uzdrowienie z grzechów pokoleniowych czy o uzdrowienie międzypokoleniowe.  

W tym kontekście duszpasterzom byłoby dobrze przypomnieć, że najróżniejsze formy praktykowanej przez wieki modlitwy o uzdrowienie chorych, także w ramach liturgii Mszy św., powinny być celebrowane zgodnie z przepisami ksiąg liturgicznych oraz instrukcją Kongregacji Nauki Wiary Ardens felicitatis desiderium. 

W kościelnym przepowiadaniu należy zadbać o jasny wykład nauki Magisterium Kościoła na temat grzechu pierworodnego i jego skutków, rozumienia grzechów osobistych i ich skutków społecznych, skuteczności łaski sakramentalnej, zwłaszcza chrztu oraz sakramentu pokuty i pojednania, kwestii pojednania z Bogiem i z ludźmi, poczucia winy i przebaczenia.

A więc sprawa jest jasna i dokładnie wyjaśniona. Pytanie, czy – chyba dość liczni – zwolennicy takich praktyk przyjmą to do wiadomości?

Rozmawiali o Franciszku

Kilka dni temu trafiłem na dość ciekawą dyskusję, mianowicie dotyczącą osoby Ojca Świętego Franciszka w kontekście książki Austena Ivereigh’a „Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego” wydanej przez wydawnictwo Niecałe
Trudno powiedzieć, kiedy dyskusja miała miejsce – film na YT opublikowano 07.11.2015, więc zapewne dość niedawno. Wzięli w niej udział: sufragan krakowski, przewodniczący Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji przy Konferencji Episkopatu Polski bp Grzegorz Ryś, z-ca redaktora naczelnego Gościa Niedzielnego ks. Tomasz Jaklewicz oraz dziennikarz Tygodnika Powszechnego Artur Sporniak. 
Całość nagrania, a więc całość dyskusji, trwa blisko 2 godziny – pewnie mało kto ma tyle czasu, żeby całość przesłuchać (może na smartfonie w podróży? tak jak ja). Rozmowa jest ciekawa. 
Pierwszy wypowiadał się ks. Jaklewicz, który jakby z założenia… w ogóle zanegował możliwość oceny papieża. Dość dziwne, biorąc pod uwagę, że nie zastrzegł jednocześnie, iż ma na myśli wypowiedzi ex cathedra – wiadomo, z nimi nie ma dyskusji, papież wypowiada się jako Głowa Kościoła. Ale inne? Nie chodzi o recenzowanie, skrupulanctwo – ale jakby rozmowę, także stawianie pytań, nawet trudnych. Co w tym złego? 
Bardzo fajnie zaczął Sporniak, który rozpoczął od wskazania, że on się papieżem cieszy. Mówił o tym, że papież przybliża Boga człowiekowi, w cudzysłowiu: sprowadza Go na ziemię. Trafnie ujęte, mając na uwadze bezpośredniość Franciszka (równocześnie zaznaczając na marginesie, że mamy – bo mamy – tendencję do uciekania „od majestatu”, chowania się za wysokimi ołtarzami). Wskazał na to także, że papież musi mieć mocną i głęboką relację z Bogiem, skoro od samego początku – znowu, w mojej ocenie trafnie – zabrał się za reformę Kurii Rzymskiej, czyli [to już moja myśl] molocha, nad którym papieże w ostatnich latach po prostu nie panowali, co pokazało życie i szereg afer. 
No i wreszcie bp. Ryś, który czuje się odpowiedzialny bardzo za osoby, które biorą Franciszka na poważnie – wprost, w samym sednie tego, co on chce, czyli wyjścia Kościoła do ewangelizacji. O biskupie nie jako „człowieku na koturnach”. Uwielbiam tego faceta :) Przy czym wyraźnie podkreślił, że wszelkie spory „franciszko-podobne” są po prostu obok tego, co jest w Kościele najważniejsze; można je toczyć, o ile się chce, i prawdziwa „robota dzieje się w Kościele gdzie indziej”. Tym bardziej – trafnie – prowadząca dyskusję Dominika Szczawińska stwierdziła po tej – krótkiej, prostej, zamyślonej – wypowiedzi biskupa, że właściwie na tym spotkanie można by skończyć.  
Co ciekawe – w mojej ocenie nawiązując do osób jego rozmówców (Jaklewicz i Sporniaka) w jednej z wypowiedzi bp Grzegorz wskazał, iż brał udział w innej rozmowie dotyczącej papieża Franciszka, gdzie wypowiadali się także dziennikarze Paweł Lisicki i Adam Szostkiewicz – a więc, jak to ujął, których „dzieli znacznie więcej niż tych dwóch, którzy siedzą przy tym stole”. Cóż, trudno odmówić – z tą różnicą, że we wspomnianej dyskusji Lisicki z Szostkiewiczem mieli się niejako spotkać i zejść w jednej tezie, zaś w niniejszej rozmowie Jaklewicz i Sporniak zdecydowanie zajmowali odmienne stanowiska, wręcz nie szczędząc sobie złośliwości (o dziwo, głównie ks. Jaklewicz wobec Sporniaka – nieładnie – z powodu czego bp Grzegorz lekko go napominał; ale także Jaklewicz wobec Rysia, czego już w ogóle nie rozumiem). 
Bp Ryś przytoczył również sytuację, w której – ponoć jeden z redaktorów Więzi – miał stwierdzić, iż obawia się, że Franciszek zgubi gdzieś po drodze ludzi, którzy go i jego postępowania nie rozumieją – co w ocenie biskupa odzwierciedla lęki dotyczące tego pontyfikatu. Równocześnie, tego strachu nie mają środowiska, które odczytują franciszkowy charyzmat ewangelizacji, słuchają papieża jako człowieka trafiającego w sedno tego, co dla takich osób stanowi ich miejsce w Kościele – więc nic dziwnego, że tak dobrze się tam czują. 
Kawałek dalej pada dość ciekawe odniesienie bp. Grzegorza – który nieco przerwał Sporniakowi – mówiąc: „bo wy tam w tym Tygodniu jesteście intelektualistami, i w związku z tym charyzmat wam się wymyka [ich opisom]”. Zdania co do TP są podzielone, ja to pismo cenię, natomiast nie da się ukryć, że czasami także im zdarza się przysłowiowe „robienie wideł z igieł” czy przesada. Natomiast sama wypowiedź – jako spostrzeżenie – niewątpliwie warta zastanowienia. 
Jest też świetna wypowiedź, znowu (ha!) biskupa Grzegorza odnośnie tego, że strach przed Franciszkiem to jest strach przed pełnym Kościołem. Chodzi o doświadczenie Kościoła w każdym czasie i każdym miejscu – także dzisiaj, z prorockim Franciszkiem i wyczuciem Ducha Świętego działającego także poza strukturami Kościoła katolickiego (o czym mówił już św. Jan Paweł II). Że poza Kościołem katolickim nie ma „eklezjalnej pustki”, ale jest ekumenizm, czyli wzajemna wymiana darów. Papież łamie schematy – właśnie mając dobry kontakt z prawosławiem czy wspólnotami starej reformacji, ale także prosić np. o modlitwę pastorów z najmłodszych wspólnot protestanckich – co pokazuje, że to właśnie Kościół katolicki ma charyzmat jedności: głowa Kościoła potrafi rozmawiać i spotykać się z ludźmi ze wspólnot, które same ze sobą nie mają kontaktu. Nie można się bać – albo dajemy się prowadzić Duchowi Świętemu, albo nie. Papież rozeznaje – słucha, analizuje, odczytuje sprawy przed Bogiem, prowadząc Kościół w takim a nie innym kierunku – i kiedy rozeznaje, iż coś jest z Ducha, to nic go nie jest w stanie zatrzymać. 
Ks. Jaklewicz za to bardzo dobrze stwierdził, że dużą grupą ludzi, którzy „mają problem” z Franciszkiem to… duchowni. Przeszedł następnie płynnie w kwestię synodu o rodzinie – ale to akurat inna kwestia. Słusznie także zauważył, że trudno mówić o „prorockim” pontyfikacie Franciszka tylko z tytułu tego, że przytula dzieci, spotyka się z ludźmi itp. – trudno bowiem nie uznać, że tego samego nie czynili poprzednicy: Benedykt XVI czy Jan Paweł II, więc racze nie ma w tym nic przełomowego samego w sobie. 
Potem ks. Jaklewicz wypowiedział bardzo mocne zdanie, że jest grupa ludzi, zaangażowanych w Kościele, która czuje, że traci grunt pod nogami; że Skała (Piotr, papież) przestała być skałą. Znowu nawiązał do synodu, niefortunnej wypowiedzi o królikach, czy też żartach – w ocenie wypowiadającego się – były na granicy dopuszczalnej papieżowi. 
Odbił piłkę ponownie biskup Ryś – mówiąc, że księża wszyscy się boją, ale mało który (prawie żaden) nie sięgnął do tekstów źródłowych, w tym wypowiedzi kard. Waltera Kaspera, która legła u podstaw synodalnej dyskusji; prawie nikt nie czytał także lineamentów przygotowanych na synod. I teraz – czy to oznacza, że katolikom usuwa się skała spod nóg, czy też to, co raczyli byli za skałę uważać? Papież zaprasza do czegoś bardzo poważnego – a my oczekujemy prostych i szybkich rozstrzygnięć, od których on się uchyla. Synod to miejsce, gdzie ma objawić się Duch Święty, wobec którego biskupi mają stanąć w posłuszeństwie – i jeśli nie ma się takiej perspektywy, oznacza to „spłaszczenie” Kościoła do poziomu, na którym nie warto się poruszać. Albo przyjmujemy Boga, który prowadzi Kościół, a my chcemy Go słuchać – albo lepiej się rozejść. Propozycja Franciszka do doświadczenie Boga, który jest miłosierdziem – zapraszając do tego doświadczenia w roku jubileuszowym po to, żeby wiedzieć, w jakiej relacji ma być Kościół do człowieka (bo Kościół obok człowieka jest, delikatnie rzecz biorąc, bez sensu). Stwierdził także, że lęk przed synodem można odczytać u dziennikarzy wszędzie – od lewa do prawa – przy braku zaufania do Ducha Świętego, który ma prowadzić Kościół, i w którego właśnie tylko należy się wsłuchać. Nie gadanie o Bogu jako źródle miłosierdzia – ale Jego przeżycie w spotkaniu z Nim, bo tylko to może umożliwić przekazanie takiego doświadczenia innym. A synod? To przesłanie – dokument końcowy – nie jest skierowany do Ludu Bożego, a do papieża Franciszka, oczekując, że zrobi z tym to, co mu Duch Święty podpowie. 
Ja starałem się powyżej omówić treść dyskusji mniej więcej w połowie (ok. 45 minuty). Naprawdę, to nagranie warto obejrzeć choćby dla samych tylko wypowiedzi bp. Grzegorza :) 

Pani Danusia

Wpis kompletnie nieplanowany. A jednak, życie jest bogate.

Poranna Msza Święta w kościele nieopodal. Czekam na księdza w zakrystii, a tu pojawia się nagle starsza pani, nazwijmy ją (anonimizacja przede wszystkim :D) Danusią. Widzę, że czai się przy wejściu do zakrystii – ksiądz w tym czasie spowiada.
Pani Danusia czai się, żeby poprosić księdza, żeby mogła przeczytać czytanie – i teoretycznie w samym takim pragnieniu nie ma nic złego. Ksiądz się pojawia, pani Danusia zadaje pytanie, czy ona może przeczytać, na co ksiądz, niechętnie, zgadza się – patrząc na mnie i mówiąc, że ja zaśpiewam psalm. Dla mnie – żadna różnica, może być. Co się dzieje na Mszy? Czyta czytanie… i nie odchodzi. Dobrze, że nie wstałem do tego psalmu – bo by zabawnie wyglądało: ja idę, a ona mi zagradza drogę i kurczowo trzyma się ambony. I pani Danusia zaczyna śpiewać psalm. Dramat, zawodzi, jęczy i fałszuje. Proboszcz osłupiał i patrzy na mnie, ja na niego. Widzę, że go szlag przysłowiowy trafia. Ja zaśmiałem się pod nosem – takie sytuacje biorę „na miękko”, nie ma co się napinać, nie pierwsza taka i nie ostatnia – „żeby tylko księdza puściła do ambony do przeczytania Ewangelii”. Widzę, proboszcz wkurzony. Bez sensu – na Mszy. Przecież nie po to – ani on, ani ja, ani nikt inny z kilkunastu osób w kościele – przyszliśmy do ołtarza.
Msza się kończy, wracamy do zakrystii. Jeszcze się nie przebraliśmy, a w drzwiach staje – oczywiście, pani Danusia. Nie czekając i nie znoszącym sprzeciwu tonem „każe” proboszczowi podejść, bo ona ma „3 sprawy”. Proboszcz się wkurzył na bezczelność i jej mówi, słychać nerwy, że nie może tak być, że ona sobie robi w trakcie Mszy Świętej to, co się jej podoba, i w takim razie nie będzie czytała. Ja w tym czasie chowam albę do szafy. Pani Danusia spokorniała? Bynajmniej. „Niech ksiądz sobie lepiej otworzy Biblię, tam gdzie jest napisane o miłosierdziu i życzliwości. A teraz proszę tu podejść”. Zgłupiałem – co za tupet. Nie śledziłem dalej dyskusji, bo proboszcz się dopiero wtedy wściekł – i nie dziwię się.
Szerszy kontekst. Pewnie każda – albo większość – parafia ma taką swoją panią Danusię. Tu nie chodzi o to, że ona chce – ale po co, i czego ona chce. Pani Danusia ma w sposób oczywisty zaburzenia psychiczne – co przejawiało się w szeregu zupełnie niezrozumiałych zachowań, jak choćby to, że kiedyś jednego z księży wyzwała przy osobach trzecich od świń, aby może 2 dni później na jakimś opłatku duszpasterstwa biec do niego z opłatkiem i zasypywać życzeniami. Nie bardzo kontaktuje, co robi, przynajmniej czasami – to jest przykre. Nie wnikam, być może jest osobą bardzo wierzącą – a może dewotką? Nie mnie to oceniać. Wszystkim wiadomo, że mąż pani Danusi jest szafarzem w parafii obok i pani Danusia po prostu nie może znieść tego, że ona nie może zaistnieć jakoś wyraźnie w swojej parafii. Należy do wszystkich możliwych tradycyjnych grup duszpasterskich – Żywy Różanie, Akcja Katolicka itp. … i grupy te z dużym uporem rozwala od środka. Wszystko wie najlepiej, wszystkich ustawia, nie przyjmuje do wiadomości, że ona nie jest wodzirejem i wszyscy nie będą robili tego, co ona chce (czyli siedzą a ona robi wszystko sama). Osoby z tych duszpasterstw często w niedziele zbierają przed kościołem po Mszach Świętych ofiary na różne cele – kiedy wypada kolej pani Danusi, zawsze zabierze większą puszkę na ofiary i przegoni drugą osobę, która też ma zbierać, do mniejszego bocznego wyjścia. Nie przyjmuje żadnych argumentów, czy to od ludzi, czy od duszpasterzy – w tym roku pojawili się 2 nowi księża, każdy z założenia otwarty, ale bardzo szybko przekonali się co do jej zamiarów. 
Pani Danusia po prostu lubi być widziana w kościele, i w tym zakresie nie wystarczy jej siedzenie w pierwszej ławce (bliżej, bardziej na środku się nie da) – więc pcha się do prezbiterium przy byle okazji. Pycha? Pewnie tak. Nie chcę oceniać – na ile to są jakieś jej cechy, a na ile choroba, widoczna gołym okiem. 
Problem polega na tym, że pani Danusia zniechęca ludzi do uczestniczenia w Mszach Świętych i wchodzenia w grupy duszpasterskie. Dzisiaj także – kiedy jedna osoba zobaczyła ją „startującą” do ambony, po prostu wstała i wyszła. Ludzie, jak to w parafii (miejska, nie wiejska) znają panią Danusię dobrze, doświadczyli sami jej „życzliwości” (wszystkim zwraca na wszystko uwagę – ten źle klęka, ten źle się żegna, ten za głośno drzwi zamyka – oj, długo by można), czy to w kościelnej ławce, czy w ramach jakiegoś duszpasterstwa czy inicjatywy – albo co najmniej o niej słyszeli. To ludzi odstrasza i zniechęca – widzą to jej gwiazdorstwo, religijność na pokaz, parcie na szkło. Czyli, koniec końców, szkodzi więcej niż daje. 
Żeby było jasne – co do zasady ja jestem bardzo gorącym zwolennikiem tego, aby świeccy angażowali się w liturgię. Oczywiście, że tak. Szczególnie, gdy nie ma zbyt wielu lektorów – nie ma komu czytać czytań mszalnych, śpiewać psalm i aklamację, przeczytać wezwania modlitwy powszechnej; a nawet, jeśli są, to przecież można się podzielić (ja nie mam z tym problemu: czytanie, psalm, modlitwa powszechna – 3 elementy, można się spokojnie podzielić). Jeśli ludzie chcą i to wyartykułują – świetnie, niech czytają, śpiewają; oczywiście, o ile nie ma obiektywnych przeciwwskazań (jakaś wada wymowy, która czyni czytanie niezrozumiałym, albo brak umiejętności w zakresie śpiewu). To jest bardzo fajne i budujące, kiedy świeccy włączają się w liturgię – nie tylko poprzez liturgiczną służbę ołtarza. W tym kontekście zastanawiam się – ile osób zaniechało zamiaru włączenia się w liturgię w parafii – bo zobaczyło, że muszą „konkurować” z panią Danusią. 
Smutne to jest. Mam nadzieję, że proboszcz kwestię pani Danusi rozwiązał. Za nią po prostu trzeba się modlić… o co? Po prostu modlić. 

Akcja Charamsa i dlaczego się nie udała

Życie nie znosi pustki, Zły nie śpi. A więc zadziało się na dniach. Jak zażartował jeden z autorów – w Watykanie same kłopoty z tymi Polakami: niedawno Wesołowski, teraz inny Charamsa… 

Kto? Ks. prałat dr Krzysztof Charamsa, 42 lata, kapłan diecezji pelplińskiej, z urodzenia gdynianin, zatrudniony w Kongregacji Nauki Wiary, wykładowca teologii na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim oraz na Papieskim Ateneum Regina Apostolorum w Rzymie, drugi sekretarz Międzynarodowej Komisji Teologicznej. 
Osoba – mimo, iż prałat papieski, pracujący w „centrali” – tak naprawdę do zeszłego tygodnia nieznana szerzej. Jego twarz pojawiła się w ostatnim numerze TP na okładce w kontekście sporego artykułu pt. Teologia i przemoc, w którym – całkiem sensownie, nie ukrywajmy – wypunktował liczne mankamenty twórczości ks. dr hab. Dariusza Oko (tytułowanego dzielnie na wyrost profesorem – które to stanowisko, owszem, zajmuje, ale tytułu naukowego nie posiada) w kontekście tego, że karygodnym jest posługiwanie się chrześcijanina i katolika językiem tak pełnym nienawiści i pogardy, jak to czyni niejednokrotnie ks. Oko. 
W mojej ocenie, i to zamierzam podkreślić, pomimo kontekstu sytuacyjnego – tekst dobry i krytyczny, dość obszerny i konkretnie uwypuklający taki a nie inny (karygodny, w mojej ocenie) styl twórczości ks. Oko. Wreszcie ktoś podjął rzeczową dyskusję z owym księdzem, który znany jest głównie z plucia i upowszechniania w tym kraju pojęcia „gender”… do granic absurdu, które już chyba nie raz przekroczył, czego przykrą pochodną – niestety, trafnie – były pojawiające się komentarze, że dla Kościoła w Polsce zagadnienie gender stało się właściwie centrum działania, i więcej mówi się o gender niż o Jezusie, zbawieniu, Ewangelii. Słabo, co? Stąd moje po pierwsze zainteresowanie, po drugie pewna satysfakcja, że wreszcie ktoś podejmuje polemikę z ks. Oko i otwarcie, ale i na poziomie, nazywa sprawy po imieniu. „Gdy teologia staje się manifestem nienawiści, a nie racjonalnym wykładem myśli biblijnej i tradycyjnej wspólnoty chrześcijańskiej, nie jest już teologią, tylko zaczynem wojny ideologicznej”. Trudno być wiarygodnym świadkiem Jezusa, kiedy mówi się tylko o gender, ruchach gejowskich czy rzuca niepokojącymi statystykami. 
Za chwilę jednak, dzień czy dwa później, światło dzienne ujrzy materiał video, w którym tenże ks. Charamsa z uśmiechem, wręcz dumą oznajmia światu – przedstawiając się tak mniej więcej, jak ja to uczyniłem o nim powyżej – „jestem gejem”. Skrótowo – jest gejem, czuł się nim od zawsze, jest z tym szczęśliwy, od 5 lat pozostaje w związku z narzeczonym Eduardem. Zapowiada konferencję prasową, która odbywa się w jednej z popularnych rzymskich knajpek – pojawia się sam cały na czarno, pod koloratką, a obok ów narzeczony. Tworzy wizerunek współczesnego Lutra, bojownika o prawa uciśnionych, pogromcy homofobii – formułuje w tym zakresie bardzo konkretne i daleko idące postulaty, a wręcz żądania
Tu nie jest problemem to, że ks. Charamsa się zakochał – w końcu to zjawisko samo w sobie raczej nie jest obce większości ludzkości. Nie chodzi nawet o to, że zakochał się w osobie tej samej płci (co akurat dla mnie jest niesmaczne). Z kontekstu wypowiedzi wynika, że związek kwitnie, zatem należy uznać, iż dochodzi do aktów seksualnych, że bohater tej smutnej historii zamierza żyć długo i szczęśliwie z narzeczonym – a zatem ks. Charamsa jako kapłan i flagowy prałat jednej z najważniejszych rzymskich dykasterii z pełną świadomością łamie jedną z podstawowych zasad związanych z kapłaństwem (tak, wiem, żaden to dogmat czy przykazanie – tradycja – a jednak oczywista, niepodważona cały czas i obowiązująca: bezżeństwo i celibat), wykładowca akademickie jakby jednym wystąpieniem przekreśla i podkreśla, że to, co robił dotychczas, było nieszczere. Chodzi o to, że ma pełną świadomość, że grzeszy – zaś jego postawa to nic innego jak rozpierająca duma, radość, radość z możliwości podzielenia się z innymi swoim grzechem. Nikt nie kazał mu być księdzem, nikt go nie zmuszał. Skoro jednak zdecydował się przyjąć święcenia, dokonując wyboru i przyjmując wyrzeczenie w sferze seksu – ciśnie się kolokwialnie na usta: wtf? Co to ma być? 
Co ciekawe – a w sposób dość jaskrawy widać było np. w materiale przygotowanym przez TVN i Katarzynę Kolendę-Zalewską, którą to stację trudno uznać za prokatolicką czy sympatyzującą z Kościołem – skonsternowanie sytuacją nie tylko prezentują środowiska katolickie, chrześcijańskie, ale także dalekie od posądzenia o wszelkiego rodzaju sprzyjanie Kościołowi czy reklamowanie osób duchownych. Jak by nie patrzeć – w kontekście zwykłej uczciwości, rzetelności, wiarygodności osoby duchownej – trudno jest zrozumieć, jak żył przez 18 lat kapłaństwa facet, który funkcjonował w swoistej schizofrenii, sprzeniewierzając się zasadom moralnym, na których straży z definicji i powołania (kapłaństwo), nie mówiąc już o „pracy” (taka a nie inna kongregacja) powinien stać. Celibat to przyrzeczenie nawet nie tyle wobec Kościoła, co Boga. „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5, 37) – gdzieś coś dzwoni? Hipokryzja. Która zakończyła się w tak dramatyczny sposób, wręcz wybuchem emocji, frustracji, złości, zmęczenia podwójnym życiem. 
Czy można uwierzyć, że to działanie ks. Charamsy wypłynęło faktycznie z potrzeby chwili, jego spontanicznej reakcji na krytykę po zajętym stanowisku i postawach w Kościele? Ja nie jestem skłonny, aby w to uwierzyć, szczególnie przy ewidentnej medialności i wyreżyserowaniu poszczególnych etapów tego, co obserwowaliśmy w ostatnich dniach. Ktoś z komentatorów przytoczył bardzo dobre porównanie – sytuacja ks. Charamsy i innego duchownego, również homoseksualisty, oraz jego coming out, dla którego ujawnienie orientacji seksualnej bynajmniej nie było manifestacją, protestem, widowiskiem medialnym (dokonał jej po konsultacji z przełożonymi zakonnymi), i któremu nie przeszkadza ona trwać nadal jako celibatariuszowi. 
I teraz wrócę jeszcze do początku – czyli artykułu w TP. Jak już to wyraziłem, niezłego. I co z tego – to już jest teraz bez znaczenia. Może ktoś kiedyś skojarzy ks. Charamsę z nim – mała szansa, bo nie mam żadnych wątpliwości, że w świadomości społecznej większości zdecydowanej zapisze się jako „ten ksiądz gej (etc.)” w kontekście zachowania, postawy autora, a nie argumentów i słuszności lub braku jego tez. Powtórzę – pisząc o ks. Oko ks. Charamsa miał rację, używał trafnych argumentów – tylko że o tym pies z kulawą nogą nie będzie pamiętał. Na własne życzenie tegoż księdza, na skutek takiej a nie innej postawy (czego nie należy utożsamiać z samym faktem, że jest gejem – chodzi o postawę, działanie). A szkoda. 
To jest to, co napisał w oświadczeniu na okoliczność całej sytuacji ks. Adam Boniecki MIC. Kontekst sytuacyjny nie wpływa na merytorykę tekstu, dzięki któremu ks. Charamsa stał się szerzej znany. Gdyby redakcja TP była świadoma orientacji seksualnej autora, rzetelność wymagała by ujawnienia tejże w ramach tekstu lub przypisu. Nie wiedzieli. Co nie przeszkadza – celowo użyję tego słowa – prawicowym autorom mającym chyba jednak pewien problem z postrzeganiem rzeczywistości (wyzywającym, wypisującym brednie o tym, że Charamsa nigdy duchownym nie był ?, ubliżającym) wypisywania głupot o tym, że oto „wielka nierządnica” TP wreszcie ukręciła bata sama na siebie, że to koniec itp. Skąd to znamy? Zwolennicy ks. Oko, posługujący się bardzo podobnym językiem. Tym bardziej cieszy, że redakcja nie zamierza porzucić tematu, w którym ks. Charamsa zabrał głos swoim tekstem. 
W oświadczeniu TP wskazano, że „Ks. Charamsa przyznaje, że publikując artykuł w „Tygodniku” nie myślał o ujawnianiu swojej orientacji ani nas o niej nie informował”. Znowu przykrość, bo to jest zwyczajne kłamstwo – co można w tej chwili stwierdzić wręcz z pewnością. Ani bowiem moment skomasowania tych działań nie był przypadkowy, ani też nie zaistniały one spontanicznie. Tekst o objętości jak rzeczony opublikowany w TP musiał być przygotowywany, podobnie wysokiej jakości nagrania video z coming out’em ks. Charamsy – nie jedno, a szereg. Przyznał też, że napisał książkę – ktoś uwierzy, że to wszystko, ot, na kolanie, spontanicznie, wczoraj-dzisiaj? To po prostu dobrze sfinansowana i skrupulatnie przygotowana akcja nastawiona na promocję środowiska gejowskiego w przededniu rozpoczęcia Synodu Biskupów poświęconego rodzinie, do wywarcia nacisku na gremium ojców synodalnych. Nie, to nie teoria spiskowa – daleki jestem od nich. Tak to po prostu wygląda. Ksiądz, jeszcze przed wypuszczeniem tekstu w TP, kontaktował się z wieloma tytułami prasowymi, dostosowując swoją „ofertę” do ich profilu, podkreślając wartość materiału – potwierdziły to redakcje Newsweeka i Wprostu. W efekcie – pomimo chwilowego rozgłosu i popularności, którą pewnie zachowa przez jakiś czas, utracił raczej w większości wiarygodność. Tę, którą zyskał od początku, mając na uwadze, kogo (papieża) reprezentuje, do której pozyskania wykorzystał w sposób wyrachowany i jak najbardziej zaplanowany swoją pozycję, stanowisko, tytuły (kościelne i naukowe). 
Ludzie mają prawo czuć się oszukani – i czytelnicy TP (w tym ja). I osoby spoza grona, którym leży na sercu poziom i sposób językowy prowadzenia dyskusji w Kościele, którzy nie akceptują sposobu wypowiadania się przez ks. Oko – bo na skutek tej sytuacji mocno prawdopodobnym będzie sprowadzenie jakiegokolwiek kontestowania wypowiedzi ks. Oko do poziomu i wspólnego mianownika mniej więcej „gejostwo” itp. Zaszkodził w mojej ocenie też homoseksualistom, którzy starają się żyć zgodnie z przykazaniami – bo ugruntował tylko stereotyp, że gej to taki, który robi wokół siebie dużo zamieszania, chce aby go widziano, i wszystko chce pozmieniać. Wreszcie, na pewno takie zachowanie duchownego nie przyczyni się do przekonania do Kościoła i wiary w Jezusa kogokolwiek, to modelowe wręcz antyświadectwo. Boję się myśleć, ile zła ta sytuacja może przynieść tym najprostszym, nie wchodzącym w żadne niuanse, po prostu wierzącym… 
Przykre jest także to, że w swoich wypowiedziach po coming out’cie ks. Charamsa zbliżył się w zakresie używanych sformułowań, sposobu wypowiedzi… do tego, kogo punktował, czyli ks. Oko właśnie. Pomijając już kwestię niesamowitej ilości emocji, jakie mnie uderzyły w jego nagraniach video – niestety, wydaje mi się, odgrywanych w sposób, co tu dużo mówić, mało wiarygodny. Kościelna homofobia, gloryfikacja nienawiści, terroryzowanie, homofobiczne kłamstwo Kościoła, paskudne znieważanie – to tylko kilka przykładów.  
Ta sytuacja pokazuje coś bardzo bolesnego – że Kościół (bynajmniej nie tylko polski) ma duży problem z dwulicowością, podwójnym życiem, schizofrenią pewnej części swoich duchownych, którzy oddają się niejakiej grze pozorów, udają, oszukują. Obrazek ks. Charamsy tylko pokazuje, że ludzie z takimi problemami i skłonnościami bez problemu dostają się do „centrali”, awansują. On nie działał tam sam, nie zorganizował tego sam. Można mówić o „lobby”, można to określić inaczej – w Watykanie jest grupa duchownych, którzy taką „akcję Charamsa” współorganizowali, sfinansowali, zaplanowali. Można by się pokusić o stwierdzenie – Charamsa miał mniej do stracenia, w końcu to tylko monsignor, żaden biskup… Przywołanie pół żartem, pół serio zmarłego abp. Józefa Wesołowskiego to nie przypadek – a kolejny przykład tego, że filtr nominacji, awansów, szwankuje w zakresie moralności wybieranych osób, i to pomimo tego, że mamy kolejny już rok pontyfikatu papieża Franciszka, bardzo wyczulonego na kwestie nadużyć seksualnych. 
Pięknie wypowiedział się o. Józef Augustyn SI: „Musimy bardzo uważać, by ten skandal nie spowodował paniki i fobii homoseksualnej w seminariach. Pierwszym problemem nie jest bowiem pewien rodzaj wrażliwości, taka czy inna skłonność. Problemem nie jest homoseksualizm, ale wierność żyjącemu Bogu i przykazaniom przez Niego nadanym. Wrażliwość homoseksualna nie jest przekleństwem człowieka, lecz wyzwaniem i zadaniem, okazją do wierności żyjącemu Bogu. Bywa, że okazją trudniejszą. Ludzi dojrzałego sumienia, szukających Jezusa szczerze, nigdy nie trzeba wyrzucać z seminarium. Oni sami podejmą odpowiednią decyzję, rozeznając, jakie są warunki do godnego przyjęcia święceń. Człowiek głęboko uczciwy sam poprosi o stosowną pomoc, gdy ma problem i szczerze szuka rozwiązania współpracując z przełożonymi i wychowawcami. Wiem o tym z bezpośredniego spotkania z setkami, setkami alumnów. Człowiek wierny swojemu sumieniu znajdzie rozwiązania dla swojej wrażliwości, takiej czy innej; rozwiązania uczciwe, zgodne z intencją Kościoła. Kościół – odwołując się do nauki Chrystusa – ma prawo stawiać wymagania i warunki. Tak było w Kościele przez dwa tysiące lat, jest dzisiaj i tak będzie”. 
Tym bardziej więc – cześć i wdzięczność dla tych duchownych, którzy pomimo własnej słabości potrafią żyć w szczerości wobec Boga i samych siebie, unikając schizofrenii moralnej. 
W efekcie – zamiast szansy na rzeczową dyskusję i polemikę na temat poziomu, sposobu wyrażania, języka duchownych (i nie tylko) w Kościele, mamy skandal, który – poza dodaniem popularności samemu ks. Oko i niewątpliwie tym, że będzie sam w sobie przywoływany na potwierdzenie słuszności jego tez i sposobu ich wygłaszania – nie przyniesie nic dobrego. 
Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że – pomimo odnotowania sytuacji nie tylko na krajowym podwórku – całe przedsięwzięcie o kryptonimie Charamsa nie wpłynie i nie wymusi jakiegokolwiek działania w ramach Synodu Biskupów. Wręcz zaryzykowałbym stwierdzenie, że zajście może mieć skutek odwrotny do zamierzonego. Duch Święty ciągle czuwa. 
Prymas Polski abp Wojciech Polak mówił w kontekście sytuacji ks. Charamsy o osobistym dramacie, wzywając dla niego łaski opamiętania. Biskup pelpliński Ryszard Kasyna wezwał księdza do powrotu na drogę Chrystusowego kapłaństwa – co, niestety, wydaje się w świetle jego deklaracji mało prawdopodobne. 
Nie jestem w tym dobry, więc na koniec oddam głos Franciszkowi Kucharczakowi z GN: „„Coming out” ks. Charamsy, dokonany w przeddzień rozpoczęcia Synodu o Rodzinie w Rzymie, nie jest, oczywiście, przypadkiem. Patrząc z perspektywy ziemskiej, jest to happening zorganizowany przez księdza, który chce uznania Kościoła dla swoich grzesznych upodobań seksualnych. Ale świadomi chrześcijanie wiedzą, że takie rzeczy to zawsze coś dużo więcej. To wyzwanie rzucone Kościołowi przez osobowe zło, które nigdy nie śpi i aktywizuje się właśnie wtedy, gdy w Kościele dzieje się coś ważnego. To diabelskie „machnięcie ogonem” powinno uświadomić katolikom, że to nie przelewki. Zaczyna się synod. Patrzą na nas niebo i piekło. Na kolana, ludzie”. 

Syndrom oblężonej twierdzy?

Już jakiś czas temu, idąc za radą Szymona Hołowni, który na spotkaniu z blogerami radził, aby nie pisali „o tym, co wszyscy”, ale o tym, co dla nich ważne – postanowiłem nie pisać o wszystkim, a o tym, co mnie jakoś tam dotyka (wyjątkiem tu w zasadzie jest, a raczej była, kwestia ks. Wojciecha Lemańskiego, który został potraktowany przez swoją diecezję i biskupa niedopuszczalnie). 
W mediach zaistniał był raban medialny dotyczący kwestii uchwalenia ustawy dotyczącej kwestii zapłodnienia in vitro. Temat na pewno ważny, sprawa dość zasadnicza – i, żeby nie było, nie uważam, że propagowanie tej metody jest czymś właściwym, mimo że jestem sam rodzicem i staram się zrozumieć dramat rodziców, którzy własnych dzieci z przyczyn medycznych mieć po prostu nie mogą (ale przecież dziecko można adoptować, prawda? wszyscy zachwycają się schroniskami dla zwierząt, skąd można wziąć pieska – ale już żeby czyjeś dziecko adoptować i przyjąć do swojego domu? tu już nie…).
Oczywiście co do zasady dobrze jest, że głos zabrał Episkopat i poszczególni biskupi, dobrze że znalazły się odniesienia do tej kwestii w mediach katolickich. Problem widzę gdzie indzie – w jakim tonie pojawiają się wypowiedzi, jakim językiem. Problem widzę w dość częstej (przeważającej?) w wypowiedziach duchownych tzw. mentalności oblężonej twierdzy. Z jednej strony dobry Kościół – a wszystko poza nim be, złe, negatywne. Taka „czarno-białość”. Wszystko, co nie jest inicjatywą kościelną – złe, co najmniej podejrzane, wszyscy spiskują przeciwko Kościołowi i chcą go zniszczyć. Co jest jeszcze bardziej przykre – w końcu hierarchowie to, z małymi wyjątkami, osoby raczej starsze – niestety podobny charakter wydają się mieć niektóre, a czasami prawie wszystkie inicjatywy poszczególnych wspólnot czy grup katolickich, ruchów. Skrzyknięcie się i protest, walka z czymś. Musi być wróg – wtedy jest ok, jest w kogo „walić”. 
Czy to jest konieczne? Hmm… Czy to jest dobre? No w Ewangelii nie kojarzę perykopy, która by takie działanie afirmowała w jakiejkolwiek formie – co więcej, Jezus znany był z tego, że nad ludźmi biednymi, chorymi, grzesznikami (czyli wyrzucanymi poza ówczesny społeczny margines) wręcz się pochylał, przytulał, wspierał, uzdrawiał i pocieszał. O co więc chodzi? 
Oczywiście, Kościół niejednokrotnie jest atakowany. A to w kwestii tradycyjnej nauki dotyczącej rodziny, zjawiska gender (matko! słowo, które chyba najczęściej pojawia się w wypowiedziach pisemnych biskupów na każdy/jakikolwiek temat – i to jest jakaś pomyłka?!) i wielu innych. Jeśli spojrzeć na pewne media – niestety, tu można wymienić z nazwy powiązane z osobą o. Tadeusza Rydzyka CSsR – można by uznać, że katolicy są w stanie permanentnej i strasznej wojny ze wszystkim i wszystkimi; obraz całkowicie przejaskrawiony, a przez wielu – tak świeckich, jak i duchownych – dość bezmyślnie przyjmowany. Ale czy jedyne, czym Kościół może reagować, to różne formy protestów i walki, bycia „anty”? 
Chyba jednak można zaproponować ludziom coś zupełnie innego. Inicjatywy pro, popierające pewne zjawiska, eventy, działania – jako odpowiedzi na to, kiedy Kościół faktycznie jest atakowany. Jaskrawy przykład to tzw. ruchy „pro-life”, które bardziej pasowało by nazwać „antyaborcyjne”, ponieważ głównie walczą one ze zwolennikami aborcji, niż propagują kwestie dotyczące ochrony życia. 
Wybór należy do nas. Można załamywać ręce, ciskać gromy, wyklinać, wzywać do krucjat i kolejnego „anty” czegoś – a można przedstawić Boga jako propozycję pięknej przygody dla człowieka i chrześcijaństwo, katolicyzm jako sposób na bycie samemu szczęśliwym i pomaganie innym w odnalezieniu się na tej samej dobrej drodze we właściwym kierunku. Co jest lepsze? Grożenie ogniem piekielnym – czy pokazywanie czegoś nowego, może nieznanego, może źle zrozumianego, ale tak naprawdę dużo lepszego o ile tylko człowieka się do tego zachęci? Można zrazić się do Kościoła z powodu bełkotliwego języka w takim czy innym liście biskupim, a można chcieć posłuchać czy poczytać bp. Grzegorza Rysia i zobaczyć, jak wiele pięknej pracy robi (którego posługi trudno nie odnieść do charakteru i specyfiki, otwartości pontyfikatu papieża Franciszka). 
Kościół po prostu musi umieć pokazać, co i ile ma do zaoferowania. Nie chodzi o przejaskrawioną i nieprawdziwą reklamę, nie chodzi o udawanie, że Kościół popiera właściwie i seks przedmałżeński, i in vitro, i właściwie aborcję, żeby tylko ludzie przyszli. Świat dzisiaj naprawdę daje bardzo dużo ku temu możliwości – osiągnięcia techniczne pozwalają na szereg form prowadzenia ewangelizacji czy to w mediach, w formie wydawnictw, w internecie – nie tylko w parafii i na skalę jednej parafii. 
Ale trzeba chcieć.  

Wielki Tydzień, wielka wtopa z Jasienicą w tle

Myślałem, miałem nadzieję i liczyłem na to, że o Jasienicy już w mediach nie usłyszymy, tak samo o diecezji warszawsko-praskiej w kontekście sporu na linii Hoser-Lemański. Niestety. 
Od połowy lipca 2013 r. w parafii w Jasienicy obowiązki proboszcza pełni administrator ks. Grzegorz Chojnicki. Ks. Lemański odwołał się od tej decyzji do Watykanu, ale zgodnie z porozumieniem jakie zawarł z abp Hoserem, mógł mieszkać na terenie parafii i sprawować tam funkcje kapłańskie. Był spokój. Cytując Lemańskiego: „Zastępowałem go [administratora parafii] czasem w kancelarii, mogłem spokojnie odprawiać mszę i spowiadać. Jednocześnie mieszkałem i nadal mieszkam u zaprzyjaźnionego ks. Jana w Tłuszczu”. Wydawało by się – problem zażegnany, ku uldze chyba wszystkich. 
Sprawa się rypła w sobotę przed Niedzielą Palmową, niecały tydzień temu. W trakcie rekolekcji ks. Lemański spowiadał w Jasienicy, po czym od administratora parafii otrzymał kopertę – z treścią której zapoznał się dopiero po powrocie do Tłuszcza. Dekret, z którego wynika, że ma on zakaz sprawowania funkcji kapłańskich w Jasienicy. W Niedzielę Palmową nie został dopuszczony do koncelebry w Jasienicy i usłyszał, że ma opuścić kościół – zamiast czego usiadł w pierwszej ławce z wiernymi. Grupa wiernych, widząc to, postanowiła wyjść z kościoła – w czym Lemański próbował im przeszkodzić, prosząc o spokój, choć nie obyło się bez pokrzykiwań wiernych. 
Jak twierdzi rzecznik diecezji warszawsko-praskiej Mateusz Dzieduszycki – wierni zablokowali także wyjście z kościoła. Twierdził on, iż dekret biskupa stanowić miał doprecyzowanie dekretu watykańskiej Kongregacji ds. Duchowieństwa z zeszłego roku. Pytanie jednak – z jakiego powodu biskup wykonuje taki manewr, kiedy konflikt ucichł i sprawa wreszcie wydaje się zamknięta, i to tyle czasu później? 
Rzecznik diecezji twierdzi: „chociażby to, co się stało wczoraj w parafii, świadczy o tym, że w obecności ks. Wojciecha sprawy w Jasienicy nie idą w dobrą stronę”. A jakie dokładnie sprawy i co innego niepokojącego wydarzyło się od pamiętnego sporu w Jasienicy? Według mojej wiedzy – nic, dopóki abp. Hoser nie wystosował wspomnianego wyżej dekretu, czyli spokój był od lipca 2013 r. do kwietnia 2014 r. A jednak: „Zabranie głosu, poprzez zastawienie ławkami wejścia do kościoła i nie wpuszczanie na mszę świętą innych wiernych, pan uznaje za zachowanie właściwe?”. No tak, ale czy to Lemański to zrobił? To reakcja ludzi – spontaniczna – na to, co go spotkało, w tej sytuacji ewidentnie niewłaściwie i błędnie, bo nie zrobił zupełnie nic od czasu medialnego sporu, co faktycznie czyniło by zasadnym podejmowanie jakichkolwiek kroków przez biskupa celem jego dyscyplinowania. Rzecznik uważa jednak inaczej: „W ciągu tych ostatnich miesięcy kuria przyglądała się sytuacji i stwierdziła, że nie zmierza ona w dobrą stronę i potrzebne jest kolejne pismo zobowiązujące ks. Lemańskiego do dostosowania się do tego grudniowego dekretu”. Ładnie brzmi – ale nic z tego nie wynika. Co „szło w złą stronę”? To jest frazes, pustosłowie i gołosłowie. Niestety, kolejny raz – bo poprzednim razem było podobnie. A z drugiej strony – jeśli przyjąć, że coś się w Jasienicy miało w tym okresie od lipca zeszłego roku dziać – dlaczego ten dekret nie został wydany wcześniej, skoro abp Hoser utrzymuje, że obecność ks. Wojciecha wprowadza konflikty? 

Żeby było jasne – nie uważam, aby prawidłową i godną pochwały była postawa, która posłuszeństwo kapłana biskupowi rozumie jako to, że posłucham, jak wyczerpię środki odwoławcze – bo tu nie o to chodzi. Ale naprawdę, im dłużej na całość sytuacji patrzę – a tym bardziej na niezrozumiały dekret przykręcającego śrubę biskupa, wydany blisko rok czasu, kiedy nic się nie działo (o co jestem spokojny – sprawa jest medialnie na tyle lotna, że z pewnością w sytuacji afery usłyszelibyśmy o tym w mediach).  
Stało się, jak się stało – ucierpieli na tym ludzie, doszło do jakiejś zupełnie niezrozumiałej dla mnie reakcji na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej. Tego dnia bowiem kuria warszawsko-praska poinformowała o zamknięciu kościoła parafialnego do odwołania „w trosce o bezpieczeństwo wiernych uczestniczących w liturgii oraz w celu uchronienia przed profanacją sakramentów świętych i świątyni”. Wyczytać tam można, iż „Nabożeństwa sprawowane w Niedzielę Palmową były wielokrotnie zakłócane przez nieliczną grupę osób. Wiernym uniemożliwiano uczestnictwo w liturgii” – tzn. że zakłócał je ktoś z poza parafii, ktoś inny niż parafianie. A wydaje mi się, że jest to przysłowiowe odwracanie kota ogonem, bo działali sami parafianie – ich część, która nie godzi się (nic dziwnego) na takie a nie inne traktowanie ich byłego proboszcza. Co ciekawe, wspomniany wyżej rzecznik diecezji wskazał wczoraj, iż zamknięcie kościoła nastąpiło na prośbę… parafian
Których? Jest tu ewidentny konflikt i widoczny podział w parafii. Biskup bierze więc ludzi na przeczekanie, siłą. Pytanie tylko, czy ma ku temu prawo? Oczywiście – do niepokojów doszło, i to w toku liturgii, pytanie jednak: z jakiego powodu? Sprawa dotyczy ks. Lemańskiego, ale czy w tej sytuacji nie ma on – i ci, którzy zaprotestowali – racji, że właściwie z niczego, bez jakiegokolwiek konkretnego zarzutu ani wskazania przewinienia, nagle zostaje on ponownie ukarany, co niezręcznie maskuje się twierdzeniem o „precyzowaniu” dekretu z Watykanu? 
Żeby było ciekawiej – także sam biskup Hoser przyznaje, że jest świadomy rozłamu wśród wiernych. Szkoda, że równocześnie nie raczy zauważyć, że w sposób jednoznaczny sam go obecnie wywołał – swoją bezzasadną decyzją, która (w pełni dla mnie zrozumiale) wywołuje łatwe do przewidzenia skutki, sam zaś prowodyr sytuacji bardzo niezręcznie próbuje zwalić winę na Lemańskiego. 
Trafnie ks. Kazimierz Sowa stwierdził na swoim blogu, że czas i forma, styl i metody tych działań (diecezji) mają się nijak do Ewangelii. Kolejne strzelanie sobie w stopę – podobnie jak było ze słynnym już i na szczęście byłym rzecznikiem diecezji prałatem Lipką. Wiernym zafundowano bieganie do kościołów okolicznych parafii, a w Polskę i świat idzie kolejny „budujący” obrazek: „zamknęli kościół bo ludzie powiedzieli co myślą, że kara spotyka księdza, który ma odwagę mówić o wielu trudnych i bolesnych a czasem skandalicznych zdarzeniach w życiu Kościoła a w tej samej diecezji toleruje się duchownych mających na sumieniu (a często w orzeczeniu prawomocnego wyroku) poważniejsze uchybienia i grzechy”. I ostatni cytat z ks. Sowy: „Sprawa konfliktu ks. Lemańskiego z jego biskupem i władzami diecezji warszawsko – praskiej od początku wygląda na kliniczny wręcz przykład, że zawsze może być gorzej i zawsze można zdobyć się na kolejne słowa i czyny, które nie mają nic wspólnego ani z poczuciem sprawiedliwości ani z troską o dobro wiernych. Błędy popełniają obie strony, ale kolejne komunikaty kurii są niezrozumiałą demonstracją urzędowej siły i władzy”. Niestety, bardzo trafnie. 
Ks. Lemański jest uparty – ale nie da się ukryć, że w jego sytuacji chyba postąpiłbym podobnie, bo nie rozumiem tych konkretnych działań biskupa, czemu robi to co robi, z jakiego faktycznie powodu, i akurat teraz. On pewnie też ich nie rozumie – skoro z dekretu nic konkretnego nie wynika, a także rzecznik diecezji nie potrafi (nie chce?) powiedzieć, o co dokładnie chodzi, na czym polegają rzekome dalsze (po lipcu 2013 r.) przewinienia Lemańskiego, które uzasadniałyby działanie Hosera. Przede wszystkim zaś nie rozumiem lekkomyślności i braku wyobraźni abp Hosera – dlaczego pasterz, który – jak sądzę – jest też (a przynajmniej powinien być) ojcem dla księży i wiernych swojej diecezji – nie potrafi przewidzieć tego, co mogą wywołać jego decyzje? On powinien być mądrzejszy z tych dwojga. A wykonał swój ruch w przededniu Niedzieli Palmowej – ostatni prosta Wielkiego Postu, otwieranie serc na przebaczenie, pojednanie (z Bogiem i między sobą), refleksję i pokutę. Albo ja źle widzę – albo tu jest działanie, które w sposób oczywisty musiało wywołać efekt dokładnie odwrotny. 
Konkluzja? Pięknie to ujął Błażej Strzelczyk: „W czasie, gdy papież obmywa nogi chłopakom w poprawczakach i mówi, że nie ma w Kościele miejsca dla przeciętnych księży, to my, tu nad Wisłą, nie możemy sobie wyobrazić, żeby biskup obmył stopy księdzu ze swojej diecezji, a później ten ksiądz obmył nogi swojemu biskupowi. Bo przecież o to chodzi w ten Wielki Czwartek. O gest braterstwa i uniżenia. Zamiast tego dostajemy: dekret, rekurs, kanon, komisje, radiowóz przed kościołem i zdezorientowanych parafian w Jasienicy i protest wiernych przed katedrą”. 
I jeszcze jedno piękne i krótkie podsumowanie z cyklu „I had a dream…” – Konrad Sawicki z Więzi.

(h)Ej (?), kolęda, kolęda

Wizyta duszpasterska, potocznie zwana kolędą, stanowi obyczaj niewątpliwie mocno polski – ponieważ jest to tradycja nie występującą chyba nigdzie indziej w Europie według mojej wiedzy (we Włoszech księża odwiedzają parafian w okolicach Zmartwychwstania Pańskiego). Kto miał duszpasterza przyjąć – pewnie już go przyjął, a wraz z nieuchronnym sobotnim 02 lutego, czyli Ofiarowaniem Pańskim (a potocznie – bo wielu to nic nie mówi – Matki Bożej Gromnicznej) okres kolędowy zmierza do końca. Co skłania do dokonania pewnej refleksji. 
Nie zaskoczę pewnie, przyznając się, iż z moją rodziną kolędę przyjmujemy. Za to chyba z zupełnie innych powodów niż większość tych (coraz bardziej malejącej liczby), którzy otwierają drzwi przed kolędą – dla poświęcenia i błogosławieństwa naszego domu. Nie zależy mi na odhaczeniu w kartotece (nota bene – wyróżnia się nasza karta, biała a nie pożółkła stara, jako że mieszkamy od niedawna), specjalnie także nie zależy mi na opinii odwiedzającego księdza – bo tak naprawdę, co człowiek może się dowiedzieć o absolutnie obcych osobach, które może (i tak ze sporym marginesem błędu przy miejskich parafiach) kojarzy albo i nie z kościoła, w czasie 10-15 minutowego pobytu w domu? 
Podoba mi się to, jak kolęda wygląda na wsiach – choćby na jednej znanej mi wsi na Podhalu. Fakt, tam sytuacja jest jakby prostsza, wiara bardziej chyba zakorzeniona, i raczej niewielki jest odsetek tych, którzy takiej wizyty odmawiają. Ktoś z pierwszego domu po księdza wychodzi, prowadzi (wiezie), zaprasza, a potem „przejmuje” go człowiek z danego domu, i tak dalej. Kolęda trwa czasami całymi dniami – bo duszpasterz w parafii jeden, więc inaczej by się nie dało – mniej pośpiechu. Dzisiaj wydaje mi się lepszy jest także pomysł – widziałem w jednej z trójmiejskich parafii – gdzie po prostu księża informują w ramach ogłoszeń duszpasterskich: kolędujemy, prosimy o zgłaszanie adresów, pod które mamy się udać. Selekcja pozytywna – idą tylko tam, dokąd ludzie ich zapraszają, gdzie tej wizyty pragną (inna sprawa – z jakiego powodu – z potrzeby, czy „żeby nie było problemu” przy sakramentach czy pogrzebie), a nie na 15 mieszkań w klatce bloku dobijają się i otwierają im ludzie w 3. 
Jeśli ma to kolędowanie mieć sens – przede wszystkim musi być spokojniej – a nie, jak u mnie w tym roku, gdzie ksiądz prawie drzwi wyrwał z futryny, bardzo szybkim krokiem prawie wybiegając od sąsiadów i wchodząc do nas. Modlitwa – przykro mi – w mojej ocenie na odwal, machnięcie kropidłem jakby od niechcenia (chciałem poprosić o poświęcenie pokoju synka, ale jakoś mi się odechciało…). Kolęda – nieśmiertelne „Przybieżeli do Betlejem” na przemian z „Wśród nocnej ciszy” (kurcze, nie ma innych? ja jako ministrant na kolędzie bez śpiewnika operowałem ok. dziesięcioma). Rozmowa – drętwa, ewidentnie podtrzymywana przeze mnie, z naprawdę bardzo słabo maskowanym zerkaniem na zegarek. Chciałem porozmawiać, poznać go – ja jego – bo nowy w parafii, zapytać o pewne rzeczy – i wydaje mi się, że tylko ja jego, a nie na odwrót (a chyba temu powinno to służyć?). Wreszcie prawie gonienie go z kopertą – na szczęście, w przeciwieństwie do poprzednika z zeszłego roku, nie próbował udawać „a czy na pewno?”. 
Przykre – w mojej ocenie kolęda w ten sposób nie ma sensu. Niestety. To znaczy sens ma – mamy pobłogosławione mieszkanie. Cała reszta to niestety pic na wodę, fotomontaż. I to – jeszcze bardziej niestety – nie z powodu naszego nastawienia, a tego, jak w tym „systemie kolędowym” odnajdują się i działają księża. Taki system w mojej ocenie jest bez sensu – a przynajmniej takie „odfajkowywanie” kolędy, z jednoczesnym czasami próbowaniem podpytania o ploteczki w stylu „a ten spod X to czemu nie przyjmuje?”. 
Bardzo, bardzo liczę, że to się zmieni – może właśnie pierwszym krokiem będzie wprowadzenie kolędowania nie jak leci, ale tam, dokąd zapraszają. Z ilości na jakość. Żeby ta kolęda – poza dochodem parafii i poczuciem odfajkowania kartoteki – dawała coś ludziom, którzy księdza zapraszają nie dla formalności i podrzucenia koperty (datek można złożyć i przez internet), ale dla porozmawiania, czasami poradzenia się, zapytania w zaciszu domowym o to, czego nie poruszą np. w zakrystii czy biurze parafialnym, wspólnej z serca (a nie obowiązku) płynącej modlitwy – może i czasami też na końcu wizyty, w konkretnych intencjach mieszkańców. 

Awantura o Generała

Mam świadomość, że w takim dniu jak dzisiaj – inauguracji pontyfikatu – wypadało by coś na ten temat napisać, jednak ten wpis poświęcę sprawie zgoła innej, i zdecydowanie mniej przyjemnej, a jednakże leżącej mi na sercu – bo sprawa, powiedzmy, z mojego podwórka.
Ze 2 dni temu powstała wrzawa, bowiem w najnowszym (12/2013) numerze tygodnika Wprost pojawił się artykuł Cesarz Trójmiasta, traktujący o metropolicie gdańskim abp. Sławoju Leszku Głódziu. Nawet nie tyle o nim, co o sprawach, które w ocenie autorki Magdaleny Rigamonti oraz osób, z którymi rozmawiała, wystawiają biskupowi bardzo negatywną ocenę, wręcz dyskredytując do roli i funkcji, jaką pełni. 
Bynajmniej nie będąc fanem ani czytelnikiem Wprostu, zainwestowałem 5 zł polskich celem zapoznania się w całości z powyższym tekstem – w internecie bowiem (m.in. WP) można było znaleźć zajawki, urywki zaledwie. 
Przede wszystkim autorka już na samym wstępie wskazuje w pierwszym zdaniu, że nie będzie to tekst o molestowaniu czy pedofilii – bo to jest dzisiaj na topie, niestety. Wprost wskazała także, iż nie ma być on atakiem na Kościół w Polsce – co w mojej ocenie świadczy o dobrej woli i nie pozwala z góry założyć, że jest dokładnie odwrotnie, niż autorka pisze. 
Na początek opisała sytuację najświeższą – gdy po wyborze papieża Franciszka (całkowite przeciwieństwo Generała (potoczna nazwa abp. Głódzia, jedna z bardziej parlamentarnych) abp. Głódź wymyślił wylot na odbytą dzisiaj inaugurację pontyfikatu. Okazja! 1650 zł, wylot i powrót tego samego dnia. Co tam, życzenia i prośby papieża – nie róbcie pielgrzymek, dajcie te pieniądze na biednych – Generał wie lepiej. Sprawa, na szczęściej, się rypła – bo po prostu ludzie, wśród których momentalnie rozpoczęto kampanię reklamową, popukali się w czoło i nie zebrała się odpowiednia grupa. Co nie przeszkadzało metropolicie (tuż po tekście jest króki wywiad) w mojej ocenie minąć się z prawdą, żeby nie powiedzieć: skłamać, że do wyjazdu nie doszło z przyczyn technicznych. No chyba że przyczyną techniczną uznamy brak chętnych, ale mało to w mojej ocenie techniczne. Wszystko się zgadza – konto na FB mam, wiem co się tam działo, z ilu stron byłem bombardowany zaproszeniami na w/w wyjazd. Po cichu formułowano komentarze, że pomysł poroniony, cena absurdalna – ale wszyscy milczeli. Powiem szczerze, z mojej strony – pozytywnie – było sporo zdziwienia, kiedy okazało się, że Generał nie dopiął swego (co, jak wskazałem, nie przeszkodziło mu skłamać w zakresie takiego a nie innego stanu rzeczy). 
Generalnie tekst sprowadza się do opisów sytuacji z udziałem biskupa Głódzia przez kilku, anonimowych księży (niestety, nie do końca – sam bez trudu zidentyfikowałem 2 z nich…) w ramach powstającej tzw. czarnej listy dotyczącej hierarchy, która ma trafić do Watykanu. Nie dziwię się woli anonimizacji – środowisko to niestety jest mocno donosicielskie, wielu jest takich, którzy chcą się przypodobać, zabłysnąć, a to stołek w kurii złapać, a to kanonika tytuł czy prałata uzyskać, albo jakieś niezgorsze probostwo. Wystarczy spojrzeć na gdańską kurię – aż w oczy kłuje, dobieraną w zakresie pracowników w myśl zasady MBW (mierny, bierny, ale wierny), czego świadomość ma każdy, znający realia diecezji.
Problem podstawowy to sprawa alkoholu. Wszyscy wiedzą, i to nie są złośliwe plotki, pomówienia, atak na Kościół czy Bóg wie co jeszcze, że metropolita ma w tym zakresie problem. Medialnie wyrazem powyższego był stan ówczesnego Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego (żenująco tłumaczony później „chorobą filipińską”), który m.in. w towarzystkie Generała zabalował, po czym ledwo stał w Charkowie. Czytamy więc o wyzywaniu łaciną podwórkową samych księży, ich rodzin, upokarzaniu. Problem jest znany powszechnie od wielu lat – o ile nie był rozdmuchiwany w okresie pełnienia przez zainteresowanego funkcji biskupa polowego (1991-2004), kiedy w wojsku pewne sprawy można było dość łatwo ukryć, natomiast nabrał rozgłosu wraz z przeniesieniem go do diecezji warszawsko-praskiej (2004-2008). Już wtedy tamtejsi co odważniejsi duchowni skarżyli się na ordynariusza do Watykanu – bez skutku. To z tego powodu bardzo szybko z rezydencji biskupiej w Gdańsku Oliwie wyniósł się do odremontowanego za okrągły milion pałacyku w Starych Szkotach, na wyjeździe z Gdańska. Po co? Żeby się nie rzucać w oczy ze swoją słabością do trunków. Jednocześnie, ze strategicznego punktu widzenia był to ruch bardzo dobry – nieruchomość nie należy do diecezji, tylko do tamtejszej parafii, zatem w razie utraty płynności finansowej przez diecezję nie grozi jej egzekucja. Żeby podnieść prestiż, specjalnie ulokował przy niej kolejną kolegiatę, w poczet której jednym z prałatów ustanowił… księdza, wobec którego już wówczas toczył się proces karny o molestowanie nieletniej, ostatecznie prawomocnie skazanego (choć nadal widywanego „w towarzystwie”). 
Tak, nie było mnie tam. Nie piłem nigdy z metropolita, nie widziałem tego na własne oczy. Ale słyszałem swoje z pierwszej ręki od osób, które to widziały, i które nie mają żadnego powodu, aby wymyślać czy konfabulować. 
Problem kolejny do absolutny feudalizm i przyzwyczajenie za wszelką cenę do otrzymywania tego, co sobie wymyślił, przy jednoczesnym – co sam dodam – niestety prostactwie, którego osobiście miałem nieprzyjemność doświadczyć i to również w czasie liturgii. To, że arcybiskup Głóź nie szanuje ludzi, widziałem osobiście w wielu jego wypowiedziach, w stosunku do różnych osób – bez względu na to, czy świecki, czy ksiądz. Widać to także po wielu zmianach i nominacjach – przy czym trzeba znać środowisko i kontekst, aby bez problemu zrozumieć, dlaczego w tej parafii zmieniono proboszcza: czy awansował, czy został wygryziony przez kogoś bardziej Generałeowi „zasłużonego”. Porównując poziomem obecnego i poprzedniego metropolitów gdańskich – szkoda słów. Owszem, abp Gocłowski odpowiadał jako biskup za problem ze Stella Maris, nie tyle zawiniony co nie dopilnowany, natomiast różnica klas dosłownie bije po oczach. Ale mniejsza o to. To, że abp Głódź postanowił poprawić nieco sytuację finansową diecezji – owszem, słusznie, pytanie tylko: za jaką cenę? Rządzi od pewnie 5 lat, w któym to okresie zdążył w dużej części zmienić wnętrze archikatedry oliwskiej (na plus: przywrócenie wiernym dawnej kaplicy seminaryjnej, nowa ambona,  wyświetlacz tekstów pieśni, renowacje; na minus: przemeblowanie prezbiterium z usunięciem balasek, ustawienie na gigantycznym postumencie wielkiego tronu z herbem biskupim oświetlonego specjalnie bez względu na porę dnia, upstrzenie kościoła własnym herbem w wielu miejscach, i tragiczna złota firuga Jezusa przed wejściem do kościoła oraz dramatyczna świecąca droga krzyżowa – tak po krótce). Naraził się ludziom – wykorzystując błędy miasta Gdańska, zagroził zagrodzeniem części (należącej do diecezji) parku oliwskiego, po czym przehandlował go z miastem za teren pod kontrowersyjny kościół w Gdańsku-Łostowicach, czyli miejscu gdzie kościół już funkcjonuje; nie mówiąc o (nie nazwę wprost) pomyśle budowy kolejnego wielkiego kościoła w śródmieściu Gdańska – kto zna, wie, że tam kościoły i to piękne, zabytkowe, stoją na co drugim roku, wiele z nich to rektorskie, bo nie ma potrzeby istnienia nawet już obecnie tylu parafii. 
Generał po prostu jest zachłanny. Prawdą jest to, co pani Rigamonti opisała w zakresie ściągania pieniędzy z parafii za wszelką cenę. Abp Gocłowski, znając realia, co biedniejsze parafie z tego obowiazku zwalniał – jego następca kazał płacić wszystkim, żądając jeszcze pieniędzy za okresy wstecz. Stawka – kilka groszy od wiernego, przy czym liczono wg ilości wszystkich mieszkańców parafii (a co, korzystniej wyjdzie), zamiast wynikającej ze statystyki ilości wierzących i praktykujących. Jeśli któryś kościół posiadał na dachu antenę telefonii komórkowej – lwia część idzie w ręce diecezji, bez względu na potrzeby parafii, nie patrząc czy dany rządca parafii cokolwiek w niej robi, czy nie.Wspomniany kościół na Łostowicach miał powstać zgodny z planem zagospodarowania przestrzennego – co tam, walnięto okropny projekt molocha nijak nie pasującego do okolicy i pod każdym względem przekraczającego dopuszczalne gabaryty – w myśl zasady: im większe, tym lepiej. Sprawa, póki co, stoi w miejscu. Wiem jednak, w jaki sposób „pogoniony” został z kurii ówczesny diecezjalny konserwator zabytków – który ośmielił się zakwestionować podejście biskupa do zabytków. W ostatnich tygodniach było w mediach głośno o hipotekach pod co bardziej prestiżowymi świątyniami diecezji, dodatkowo niedawno zakończył się bodajże w I instancji kolejny proces dotyczący zapłaty przez diecezję kwoty kilku milionów złotych – co świadczy o niezbyt dobrej kondycji finansowej. Jak widać – jest to bez znaczenia, skoro biskup mógł pozwolić sobie na przepuszczenie miliona złotych na odnowienie dworku, w którym zamieszkał. To niewątpliwie był słuszny cel, prawda?
Przykro, że pisze te słowa w dniu inauguracji pontyfikatu człowieka tak zgoła odmiennego od Generała, który potrafił funkcjonować jako kardynał bez sekretarza (gdyby przyjrzeć się strukturze kurii – okaże się, że w praktyce abp Głódź ma ich kilku), mieszkał w małym mieszkaniu (a nie w odremontowanym za ciężkie i bezmyślnie wywalone pieniądze dworku), i – o zgrozo! – sam sobie gotował. Tak to się niestety zbiegło. Owszem, dla osób postronnych sytuacja może się wydawać niejednoznaczna – zapewniam jednak, że w tym tekście we Wproście nie ma przekłamań i bardzo dobrze oddaje on obraz sytuacji, z komentarzem (cytat): „My tu wszyscy mamy go dość. On jest mieszanką buty generalskiej i sobiepańskiej. Jest kościelnym latyfundystą. Kurię traktuje jak folwark”. Różnica polega na tym, że część ludzi mówi to wprost – a część myśli jedynie, udając, że jest wszystko ok. 
Tym bardziej jest mi wstyd, gdy na stronie diecezji czytam: 

O Ś W I A D C Z E N I E

W nawiązaniu do artykułu „Cesarz Trójmiasta” opublikowanego w Tygodniku „Wprost” z dnia 18 marca 2013 r. jako duchowieństwo Archidiecezji Gdańskiej wyrażamy nasz protest i oburzenie na tak skandaliczny tekst przeciwko osobie Księdza Arcybiskupa Metropolity Gdańskiego.

Publikacja ta wyczerpuje znamiona zniesławienia prawnie ustanowionego biskupa diecezjalnego Kościoła Rzymsko-Katolickiego. W artykule Tygodnika „Wprost” widać wyraźny zamiar poniżenia hierarchy, który w swych wypowiedziach odważnie broni wolności mediów i promuje wartości patriotyczne.

Domagamy się zaprzestania obraźliwych pomówień, których rozpowszechnianie uderza w godność osób duchownych i całej wspólnoty Kościoła. Przyjmujemy to z bólem i oburzeniem, jako powrót do praktyk z czasów PRL-u. Takie stanowisko jednomyślnie deklarują wszyscy Dziekani Archidiecezji Gdańskiej. Otaczamy naszego Pasterza solidarną i szczerą modlitwą.

/-/ Ksiądz Infułat Stanisław Bogdanowicz
Wikariusz Generalny 

/-/ Ksiądz Grzegorz Świst
Kanclerz Kurii 

w imieniu Duchowieństwa Archidiecezji Gdańskiej
/-/ Dziekani 24 Dekanatów Archidiecezji Gdańskiej

Jest mi wstyd najpierw z powodu przekłamania – bowiem nie wierzę, aby choćby ułamek wskazanego na początku duchowieństwa podzielał ten pogląd (tak samo, jak nie wierzę, aby wszyscy rzekomi dziekani poszczególnych dekanatów – z których niejednego znam – jako sygnatariusze oświadczenia bezkrytycznie takie stanowisko podzielali). Dalej, nie rozumiem oburzenia i tego, w którym miejscu oraz z jakiego powodu tekst miałby być skandaliczny lub poniżający. Oddaje sytuację, nie widzę rozminięcia się z prawdą. A że prawda jest inna, niż to się zwykle przyjmuje… Skoro podnosi się zarzut zniesławienia – czekam na odpowiedni ruch prawny, choć wątpię, aby do tego doszło; Generał zbyt wiele ryzykuje w zakresie tego, co ludzie mogli by się dowiedzieć więcej. Co do występowania przez biskupa w obronie wolności mediów – ok, o ile przyjąć, iż media w tym kraju sprowadzają się do RM i TV Trwam, od czego nas Boże uchowaj. Aż wreszcie – nie rozumiem, w którym miejscu tekst ten uderza w godność całej wspólnoty Kościoła – nie widzę tego, traktuje o osobie i nie ma tam nawet pół uogólnienia czy zarzutu pod adresem Kościoła jako takiego. Niewątpliwie natomiast modlitwa abp. Głódziowi jest potrzebna.

Paradoksalnie, diecezja nie zajęła stanowiska w sprawie – w dzisiejszej GW można wyczytać, że próbowano się skontaktować (prawidłowo, odpowiedni człowiek) z ks. Filipem Krauze, dyrektorem Centrum Informacyjnego Archidiecezji Gdańskiej – rzekomo chory i nikt go nie zastępuje. Zamiast skorzystać z okazji – pozostawiono pole na domysły. Pytam się więc – na czym ma polegać rola tego księdza, skoro – w takiej sytuacji – zamiast zajmować stanowisko, co do niego należy, po prostu udaje, że go nie ma i problemu nie ma? Niewątpliwie za abp. Gocłowskiego tego problemu nie było – był powszechnie znany ks. Witold Bock jako rzecznik prasowy, zawsze dostępny i potrafiący odpowiedzieć na pytania, co było doceniane na skalę ogólnopolską. Cóż, dzisiaj w cenie jest to, aby o niczym nie informować i udawać, że problemu nie ma.

Duże nadzieje pokładam w nowym papieżu, w zmianach w Kurii – gdzie nie od wczoraj abp Głódź ma spore poparcie, nie wiedzieć czemu. Może jest szansa, że coś w tej sytuacji się zmieni – i jeśli nie zmieni się (w co wątpię) człowiek, to człowiek zostanie zamieniony na innego, bardziej wpisującego się w wizerunek kapłana i biskupa odpowiadającego papieżowi Franciszkowi.

Niepodległościowe delicje

Jezus nauczając mówił do zgromadzonych: Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie. (Mk 12,38-44)

Objadają domy wdów… Niestety, przykro mi się to kojarzy z naszą polską rzeczywistością. Przykład z mojego podwórka. Miejska parafia, albo emeryci albo mniej więcej moi rówieśnicy, czyli młodzi z małymi dziećmi. Księży kilku. Proboszcz, na parafii od 3 lat, ma 3 z kolei samochód – kolejny quasi terenowy. Ok, jak wikary od nas szedł na probostwo na wieś, to rozumiem, że taki może się do czegoś przydać. Ale jemu? Wikary – może nie najnowsza (ostatni model), ale poprzednia wersja limuzynki bmw, czarnej oczywiście. Nie wiem, ile to kosztuje, ale na pewno ok. 100.000 zł. Czy to wypada? Kościół stoi jak cię mogę (tak to jest, jak pierwszy proboszcz ścigał się z kolegą z dekanatu, budując – no i wygrał, ale już za jego życia kościół taniej było by zburzyć i postawić nowy, niż go doprowadzić do porządku), nie wiadomo za co się w nim brać – a tutaj kapłani takimi furami się rozbijają. Ja nie bronię – każdy ma swoje pieniądze i robi z nimi, co ma ochotę – ale czy im akurat wypada? Widać po ludziach, że u wielu się nie przelewa – może nie bieda, ale skromnie. I tacy ludzie idą do kościoła, i słyszą o konieczności dzielenia się i wspierania od księdza, który ma samochód za równowartość pewnie ok. 75 ich wypłat/rent, czyli coś na co oni nigdy sobie pozwolić nie będą mogli. Tak, w mojej ocenie to rozpusta, przepych i po prostu próżność. Ciekawe, czy rusza ich sumienie, gdy w takim dniu czytają powyższe słowa. 
Inna sytuacja – ludzie mają niewiele, a potrafią się dzielić. Kilka lat temu, gdy odchodził poprzedni proboszcz, opisałem tutaj, jak pożegnać się z nim przyszedł (bo człowiekiem lubianym był i dobrym) jeden z żebrzących pod kościołem (wiem, że człowiek faktycznie bez perspektyw, żaden naciągacz). Wręczył mu… paczkę ciasteczek, delicji, tłumacząc się, że on też chce się pożegnać, a na więcej go nie stać. Trudno o lepszy dowód na to, że i dzisiaj na każdym kroku można zaobserwować ten wdowi grosz, poświęcenie, wyrzeczenie, rezygnację z czegoś dla siebie – aby w jakiś sposób okazać serce, włączyć się w coś, wziąć udział – nawet gdy udział taki ma być bardziej niż symboliczny. To nie ma znaczenia – liczy się, że jest, że stanowi wysiłek, i że powstał ze zbożnych intencji. Kwota czy wartość to kwestia dalsza, drugorzędna. Ilu jest takich, którzy prawie nie mają – a dają ten wdowi grosz, a ilu mają więcej niż wiele, nie mają pomysłu na co to spożytkować, a i tak nie dadzą nawet z tego zbytku? Właśnie – zbytku, jak wskazuje Jezus, czyli np. dla uspokojenia sumienia. Tu nie ma ofiary, nie ma wyrzeczenia, więc znowu – liczy się pobudka, czyli złożenie ofiary na miarę swoich możliwości.
Kilka razy o tym czytałem, jakoś ostatnio do wraca i chyba się zdecyduję – ok, ostatnio finansowo jest ciężko, ale spróbować chyba trzeba oddawać Bogu – na ofiarę, na zbożne cele, jakieś inicjatywy – dziesięcinę, czyli 10% swojego zarobku. Ludzie mówią, że postępujący tak wiele łask otrzymują – tak naprawdę więcej biorąc, niż dając. 
Ks. Artur Stopka dzisiaj pyta: na ile procent twojego życia ma szansę Bóg? Dobre pytanie. Bóg nie pyta tylko o pieniądze. Bóg pyta – ile chcesz mi dać, w ogóle, z siebie. Nie chodzi o kasę, przelewy, banknoty, przeliczalne dobra – ale wskazuje jednocześnie, że człowiek naprawdę wierzący i żyjący z Nim nie może przechodzić obojętnie wobec potrzeb Kościoła i konkretnych potrzebujących, na tyle na ile ma możliwość im zaradzić. Tak, to jest wyrzut sumienia, i to dla wielu – wystarczy popatrzeć, kto jakim wozem zajeżdża pod kościół, a jakie kwoty i w jakich monetach (papierowe? rzadko) padają na tacę – rozdźwięk jest oczywisty. Masz rodzinę, żonę, dzieci, chorych rodziców czy starszych dziadków na utrzymaniu? Nikt ci nie każe od ust im czy sobie odejmować – ale na pewno masz możliwość złożenia ofiary, zaangażowania się, wykonania prawdziwego i z serca płynącego gestu złożenia jałmużny. A jeśli nie masz – to możesz na pewno w innej formie pomóc, swoim czasem czy pracą – rozejrzyj się wokół.
Bóg czeka na twój grosz. Może być wdowi – i nawet lepiej niech taki będzie, niż będzie „okrągłą sumką” rzuconą na odczepne. 
Dzisiaj wielkie święto narodowe – szkoda, że większość nie wie nawet, która to jest rocznica. W stolicy przekrzykiwać się będą pewnie ze 3 co najmniej marsze zwołane na tę okoliczność, w prasie od kilku dni przeżywano, która osoba medialna z jakiego komitetu organizacyjnego postanowiła się wypisać, bo nie pasowała tej osobie inna osoba w komitecie, itp. Zadowoleni na pewno są sprzedawcy i firmy szyjące flagi – tych widzę z okna zdecydowanie więcej niż np. dekoracji na Boże Ciało – i wszyscy sprzedający w okolicach jakichkolwiek ewentów rocznicowych pamiątki i gadżety. A co my z tą niepodległością robimy? Jak ją wykorzystujemy? Czy w ogóle? Czy po prostu coraz bardziej dyskretnie, a zarazem skutecznie, dajemy się otumanić, zrobić wodę z mózgu, ogłupić i podejmować w tym stanie błędne decyzje? To dobry dzień, aby zrobić rachunek sumienia z tego, jak wykorzystujemy swoje czynne prawo wyborcze – kogo wspieramy, komu oddajemy władzę w Polsce w ręce, i czy jakkolwiek potrafimy to uzasadnić, czy jest to tylko przejaw bezmyślnej rutyny? Ja z przerażeniem stwierdzam, że ci, którzy o tę wolność dla nas (i nie tylko dla nas) swego czasu walczyli to dzisiaj najpewniej się w grobach przewracają…

Karol – człowiek, który nie został papieżem

1_0_617326
Tytuł banalny, przypisywany rzekomo x Adamowi Bonieckiemu z jego tekst sprzed lat, na dniach wykorzystany również przez Gazetę Wyborczą. Ale jakże bardzo trafnie opisujący wielkiego człowieka, który odszedł do Pana dokładnie tydzień temu.
+ kard. Carlo Maria Martini SI (1927-2012)
Mam na myśli Karola Marię Martiniego SI, kardynała tytularnego kościoła s. Cecilia, przeszło 20 lat metropolity Mediolanu. Rocznik 1927, w Towarzystwie Jezusowym od 17 roku życia. Doktor teologii i biblistyki – jednoznacznie kojarzony jako egzegeta. Wyświęcony w 1952 r., profesję wieczystą złożył 10 lat później. Wykładowca i rektor Papieskiego Instytutu Biblijnego, później rektor Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego. Rekolekcjonista papieski z 1978 r. W grudniu 1979 r. mianowany metropolitą Mediolanu, konsekrowany w święto Przemienienia Pańskiego następnego roku osobiście przez bł. Jana Pawła II. Wieloletni sekretarz generalny Światowego Synodu Biskupów, przewodniczący Rady Konferencji Episkopatów Europy, kilkukrotny specjalny wysłannik Papieża z Polski do różnych miejsc świata. Z uwagi na postępującą chorobę Parkinsona w 2002 r. odszedł na emeryturę, osiadając w ukochanej Jerozolimie w prostym jezuickim domu zakonnym. Ostatnie lata życia spędził we Włoszech, zmarł w domu swego zakonu jezuitów w Gallarate w północnych Włoszech.
Piękne i trudne słowa wybrał na swoje zawołanie biskupie: Pro veritate adversa diligere, Dla prawdy kochać przeciwności. Wiele tych ostatnich go spotkało w życiu, wiele doznał niezrozumienia. Jak podaje portal deon.pl, papież Benedykt XVI opisał zmarłego w sposób następujący: „całe życie zmarłego purpurata najtrafniej podsumowują słowa Psalmu: „Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce”. Tą ścieżkę wskazywał innym, nie ograniczając się tylko do diecezji mediolańskiej i tych, którzy przychodzili do kościołów, ale szukał dróg do dotarcia właśnie do całej reszty – obojętnych, porzuconych, czy nawet w ogóle nie mających z Kościołem nic wspólnego.
Słusznie jest uznawany za wielkiego orędownika dialogu między ludźmi wszelkich nacji, przekonań, bez względu na dzielące ich bariery. Rabin Rzymu 97-letni Elio Toaff w wydanym po jego śmierci oświadczeniu napisał, że włoski hierarcha był „jednym z najbardziej światłych głosicieli i zwolenników filozofii dialogu między chrześcijaństwem a judaizmem”.
Carlo Maria Martini szukał porozumienia ze światem na poziomie języka i komunikacji. Jego teologia wchodziła w interakcję z nowoczesnością. Pogadanki w Corriere della Serra, czyli odpowiedzi kardynała na pytania stawiane przez czytelników były popisem erudycji i kultury teologicznej. Duchowny w prosty sposób objaśniał najbardziej zawiłe kwestie dotyczące śmierci, dogmatów, liturgii czy seksualności. – Wielu z nas, obserwując wydarzenia ostatnich czasów, wielkie katastrofy naturalne, a także wojny i przejawy nienawiści – pisał – odnosi wrażenie, że zbliża się koniec świata. Ten świat – komentował – któregoś dnia musi się skończyć, zresztą potwierdza to nauka, ponieważ słońce zbliża się do swego nieuchronnego zachodu. Chrześcijanin ma pewność, że Bóg przyjdzie mu z pomocą – twierdził teolog wierząc, że otoczenie laickie nie jest wrogiem Kościoła, ale jego partnerem w postępie ludzkości. Kardynał tłumaczył braciom w biskupstwie, że rozumne przekonywanie i szanowanie reguł świeckości są gwarantem spokojnej i silnej obecności Kościoła. Odważnie poruszał najgorętsze tematy dialogu chrześcijaństwa ze światem laickim. Dzisiaj nie trudno podzielić pogląd Benedykta XVI, że Kościół zmierza w kierunku wspólnoty coraz mniejszej, ale bardziej zaangażowanej, czynnej, ludzi naprawdę żyjących wiarą; a kard. Martini chciał ten Kościół otworzyć, przybliżyć coraz dziwniejszemu i bardziej zlaicyzowanemu światu. 
Paradoksalnie, gdyby konklawe po śmierci Jana Pawła II odbyło się 10 lat wcześniej, w gdzieś w połowie lat 90., kard. Martini miał duże szanse na zostanie jego następcą. Wtedy jeszcze w sile wieku, w 2005 r. również typowany na jednego z papabili, zaprzeczał jednak wszelkim spekulacjom. Po prawdzie, wówczas nie miał już szans – po odejściu jednego papieża, który w dużej mierze zmarł z powodu choroby Parkinsona, kardynałowie nie zdecydowali by się raczej na wybór kolejnej osoby, cierpiącej na to schorzenie w stopniu bardziej już niż widocznym. 
Szerokim echem odbił się jego wywiad-rzeka z Umberto Eco, agnostykiem, zatytułowany „W co wierzy ten, kto nie wierzy?”. Mówił w niej: „Słusznie przywołuje Pan cel tej naszej epistolarnej rozmowy. Chodzi nam mianowicie o zakreślenie wspólnego dla laików i katolików pola dyskusji obejmującego również punkty, w których nie ma zgody. Zwłaszcza te, z których powstają głębokie nieporozumienia, znajdujące wyraz w konfliktach na płaszczyźnie politycznej i społecznej.”
Zaskakiwał otwartością, jednak – niestety, błędnie – zarzucano mu przekraczanie granic (tak jak tutaj – pomijając fakt, że – wbrew tytułowi – zmarłemu poświęcono niewielką część tekstu z kwietnia 2012 r.). Postulował dopuszczanie stosowania prezerwatyw w sytuacjach ekstremalnych, gdy jedno z małżonków jest zakażone („Z pewnością użycie prezerwatywy może w pewnych sytuacjach być mniejszym złem. Chodzi tutaj o szczególną sytuację małżonków, spośród których jeden małżonek jest zarażony AIDS. Każdy jest zobowiązany do ochrony drugiego współmałżonka, który z kolei powinien być zdolny do ochrony siebie”). Nazywał wprost dyskryminacją stosunek w Kościele do osób rozwiedzionych – trudno się z tym nie zgodzić, obecnie w Polsce rozkwitają duszpasterstwa takich osób, szczególnie pod egidą dominikanów i jezuitów, jednakże wydaje się to być kroplą w morzu potrzeb; nie chodzi tu o żadne uproszczenia i udawanie, że problemu w związku z rozwodami nie ma – brakuje jednak akcentowania tego, że rozwód nie przekreśla człowieka, że Bóg nadal jest dla niego, kocha go. Zarzucono mu pochwałę parad gejowskich – czego nigdy nie uczynił, sugerując jedynie, iż samo zjawisko homoseksualizmu i próby zaistnienia medialnego należy umieć zrozumieć (bynajmniej nie akceptować) jak fakt, i tylko w takim zakresie – jako faktu – mówił o związkach homoseksualnych. Bo istnieją, są faktem. Gdzie tu herezja, o którą zmarłego oskarżano? To fakt, a kwestia jego oceny to zupełnie inna sprawa. Wzywał do tolerancji, nie do akceptacji – czego wielu nie rozumiało. Otwarcie sprzeciwiał się postawieniu znaku równości pomiędzy homo związkami a rodziną. 
Jak to ujął o. Dariusz Piórkowski SI, „niektórzy, wyciągając wypowiedzi Kardynała z szerszego kontekstu, próbują go zdyskredytować, ośmieszyć i zaliczyć do ukrytych wrogów Kościoła, rozmontowujących go od środka. Najbardziej smutne jest to, pomijając brak szacunku dla zmarłego, iż nie próbują zrozumieć, co rzeczywiście Kardynał miał na myśli, lecz powtarzają obiegowe opinie i półprawdy, by mieć pożywkę dla swoich lęków. To jest wykwit mentalności, która działa zgodnie z zasadą „dajcie mi winnego, a ja znajdę paragraf”. Prawdą jest, zdarzały się uproszczenia – które osobom klasyfikującym na zasadzie: czarne albo białe, dobre albo złe, mogły wydać się znaczącymi coś innego niż to, co miał na myśli autor. 
Narażał się także hierarchom Kościoła o zamkniętych horyzontach. W opublikowanej niedawno niewielkiej książce «Biskup» kard. Martini pisze: «Niech żaden biskup nie sądzi, że będzie skutecznie kierował powierzonymi mu ludźmi wielością poleceń i dekretów, zakazów i negatywnych sądów. Niech skupi się raczej na duchowej formacji, rozbudzając zamiłowanie do Pisma Świętego, niech przedstawia pozytywne racje naszego działania według Ewangelii. Uzyska w ten sposób dużo więcej niż surowym nawoływaniem do przestrzegania norm». Sama prawda – ale czy każdy biskup chciał ją słuchać? 
W (niewydanej w Polsce) książce „Nocne rozmowy w Jerozolimie. O ryzyku wiary” wskazywał na negatywne efekty encykliki „Humanae vitae” Pawła VI – nie krytykując, ale wskazując, iż rozumiał zamysł papieża Montiniego, jednakże przyznać należy, iż przyniosła ona również zło w postaci choćby tego, że po jej wydaniu, na skutek tak a nie inaczej przedstawionego konkretnego stanowiska, Kościół przestał być postrzegany na serio. Stanowisko papieża było właściwe, jednak zabrakło wyjaśnienia, tłumaczenia. Nie każdy ją zrozumiał, wielu z tych, którzy jej nie zrozumieli, zdystansowała jeszcze bardziej od Kościoła. Stąd sugerował kontynuację i nową encyklikę, wyjaśniającą sprawę. 
Jego propozycja życia była bardziej niż prosta: cisza i modlitwa Pismem Świętym, bo – jak mówił – nie ma lepszego sposobu rozmowy z Bogiem aniżeli dialog z Jego słowem w Ewangelii. 
Przede wszystkim jednak był realistą. Te słowa mogą boleć i smucić, ale są po prostu prawdziwe. „Kiedyś miałem marzenia o Kościele. Marzył mi się Kościół, który postępuje swoją drogą w ubóstwie i pokorze, Kościół, który nie zależy od potęg tego świata. Marzyłem, że zniknie nieufność. Marzyłem o Kościele, który daje przestrzeń osobom zdolnym do myślenia w sposób otwarty. O Kościele, który daje odwagę tym przede wszystkim, którzy czują się mali albo grzeszni. Marzyłem o Kościele młodym. Dziś już nie mam tych marzeń. Kiedy osiągnąłem 75 lat, postanowiłem się za Kościół modlić”. Kościół jest, jaki jest, ale trzeba się za niego modlić… choćby właśnie po to, aby dla nas albo dla tych, co przyjdą po nas, był lepszy, bardziej otwarty na ludzi z ich problemami. 
On sam stoi już przed obliczem Pana, i nie mam wątpliwości, że jest tam szczęśliwy. To był wielki człowiek, na miarę Kościoła, i na miarę problemów tego Kościoła z jego (zmarłego) i naszych czasów; problemów, których nie bał się dotykać i z którymi mierzył się, zamiast udawać, że ich nie ma. Oby znaleźli się dzisiaj i w przyszłości ludzie o tak szerokich horyzontach, o podobnym spojrzeniu, wrażliwości i uporze – dla dobra zarówno Kościoła, jak i świata. Tacy ludzie są po prostu potrzebni. Kościół musi iść do przodu – nie tyle ścigać się z nowoczesnym światem, co próbować być przez niego zrozumianym, przede wszystkim wykazać wolę, chcieć temu światu coś zaproponować. Samo bycie to dzisiaj trochę mało.