Chwile oczekiwania

538906_460058027397349_824592219_n

Twoja obecność łączy wszystkie serca,
Przyjdź do nas, Panie, pomóż pokonać słabości.
Z niecierpliwością Ciebie oczekujemy
Tęskniąc za Tobą. 

Jeszcze chwilę czekam tak, aż przyjdziesz, Panie.
Jeszcze chwilę wyśpiewam Tobie powitanie.
Jeszcze chwilę… 

W Twoim domu zawsze świeci jasność,
Dajesz ciepło ludziom, którzy przychodzą,
I kołaczą, Panie, tęskniąc za Tobą
Tęskniąc za Tobą. 

Jeszcze chwilę czekać na Ciebie, Panie, trzeba.
Jeszcze chwilę, by wszystkie znaki ujrzały nieba.
Że Pan się zbliża! 

Jeszcze chwilę czekam tak, aż przyjdziesz, Panie.
Jeszcze chwilę wyśpiewam Tobie powitanie.
Jeszcze chwilę…

Nigdy nie zastanawiałem się nad etiologią tego tekstu. Teoretycznie pasuje do Bożego Narodzenia. Nawet bardziej, bo – jak napisał ks. Artur Stopka – Jezusowi współcześni nie oczekiwali, nie czuwali w tę noc poprzedzającą Zmartwychwstanie. Oni nie wiedzieli, że coś takiego nastąpi, nie mieściło im się to w głowach – więc nie mieli na co czekać. 
Ale chyba żadne inne słowa tu i teraz lepiej nie oddają tego, co jest we mnie, co czuję. Jezus jako brakujące ogniwo łączące wierzących, ten który przyszedł i przeszedł przez krzyż, aby złamać wszelkie słabości, który – choć wtedy wcale nie oczekiwany – przychodził po kolei i objawiał się ludziom, który pozostawił najpiękniejszą obietnicę życia bez końca już po tym życiu, dla każdego, który zapragnie i zakołacze. 
My dzisiaj wiemy, co wtedy się wydarzyło – wspominamy te wydarzenia od przeszło 2000 lat. Szkoda, że tak wielu ludziom nawet taki szmat czaus nie wystarczył, aby się przekonać do Jezusa, aby Mu uwierzyć. My wierzymy i w tej – dziwnej, nawet jak na polskie realia – raczej zimowej i bożonarodzeniowej aurze przeżywamy nasze chwile oczekiwania. Paschalna noc zapada, a nad ranem…? Pusty grób z całą swoją wspaniałością i wymową. 
Czasami aż się boję, kiedy zdaję sobie sprawę, że dla niektórych ten czas oczekiwania może być nawet ważniejszy… bo później wrócą do swoich zajęć, jakby się nic nie stało, nie wyciągając żadnych wniosków. A w tych ostatnich dniach, Świętym Triduum, można się „zarazić” oczekiwaniem – w tym pozytywnym sensie, nie szału zakupów, prezentów, ciasta, żurku, jajek… 
Jezus prawdziwie zmartwychwstał – czy nam się to podoba, czy nie, i bez względu na to, ile czasu poświęcimy na próby udowadniania sobie, że jest inaczej, albo że te dni to jedna wielka laba święta obżarstwa, jajeczek, żurku, ciast, czekoladowych jaj, zająców itp. 

Aby Ten, który przychodzi jak świt, mniej lub bardziej wyczekiwany, zmartwychwstały przecież właśnie dla nas, zmartwychwstał w nas i pozwolił nam samym zmartwychwstawać z tego, co słabe, brudne, bezduszne i małe – tyle razy, ile trzeba, do końca. 

Nie bójmy się konfrontacji z Bożą miłością w obliczu Zmartwychwstałego!

Piątek w ciszy zadumy, albo…

Trudno przytaczać całość tesktu, jaki słuchamy w kościołach w ramach wielkopiątkowej liturgii Męki Pańskiej (żadnej Mszy Świętej – jak to czasami można usłyszeć). 
Dla mnie to był zawsze dzień dużego wyciszenia. Wielki Czwartek jest jakby bardziej wypełniony – rano Msza Krzyżma, wieczorem Msza Wieczerzy Pańskiej, adoracje, przygotowania. W okresie nauki szkolnej był to dzień wolny, był wtedy czas na adorację w ciągu dnia. Wielki Piątek już jakby inaczej. Nie ma Mszy Świętej rano – tabernakulum świeci pustką, a z kolei świecąca zwykle wieczna lampka ani wieczna, ani świecąca. Wszystko ogołocone z ozdób, kwiatów, dekoracji – surowe, postne, powściągliwe. Przez cały Wielki Post nabożeństwa drogi krzyżowej do wyboru – rano, po południu, wieczorem; w Wielki Piątek już tylko jedna, dla wszystkich, którzy to wydarzenie chcą wspominać. Chyba wszędzie pełny kościół. 
Wydarzenia rozważane, z jednej strony wielkie, ale rozgrywające się na bardzo krótkiej przestrzeni, może jednej doby. Jeszcze przed chwilą radosna Pascha – za chwilę pojmanie, atak na Malchusa, kolejne zaparcia się Piotra, „kolędowanie” od Annasza do Kajfasza, Piłata, słynne ecce homo do rozwydrzonego tłumu już po ubiczowaniu, wyrok, aż wreszcie te 14 stacji, prowadzących do umęczenia na drzewie krzyża. Niby każdy je zna, ale dotykają – mnie przynajmniej – za każdym razem bardzo mocno. 
Gdzie my się w tym odnajdujemy? Tak wczoraj właśnie doszedłem do wniosku, że tego dnia wszystko sprowadza się do jednego – wyboru, decyzji, zajęcia stanowiska. Po której stronie jestem? 
Tych, którzy w ciszy (albo w wielkiej rozpaczy – jak pokazywał to Gibson w Pasji) towarzyszyli Jezusowi w drodze krżyzowej do końca wierni – Maryi, Jana, kobiet. Którzy nie przerazili się, doszli do końca, stali pod krzyżem, byli świadkami zarówno ostatniego Jego tchnienia, jak i rozdarcia się zasłony niebios. Tych, którzy choć po ludzku to nie miało żadnego sensu – nie zwątpili i towarzyszyli Mu nawet wtedy, gdy na pierwszy rzut oka przegrywał ostatnie, co Mu pozostało: życie. Czy z powodu wielkiej wiary? Czy z powodu przywiązania, miłości? Czy dla jednego i drugiego? A może nawet nie szli z Nim tą drogą – a dołączyli do Zbawiciela, jak Dyzma, Dobry Łotr, już na krzyżu, tuż obok? Zdążył. 
A może jednak swoimi wyborami, podejmowanymi decyzjami, słowami, czynami,  myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem plasujemy się po drugiej stronie – w rozwrzeszczanej bandzie Żydów, których twarde i nieczułe serca po prostu zamknęły się i nie pozwoliły Mu działać, bo zamiast spróbować posłuchać i zrozumieć, otworzyć się, woleli Go podpuszczać, kombinować i starać się podchwycić na jakimś potknięciu czy błędzie doktrynalnym? Czemu między nimi? Może ze złej woli, olewactwa, pójścia na łatwiznę, relatywizmu. A może właśnie z przekombinowania, przesady, zaplątania się w próbach bycia tym porządnym, ok, ale jednak (coś tam). Albo wreszcie z powodu tego, że w głębi serca zdajemy sobie sprawę z tego, że On miał rację – jednak wobec własnej beznadziei i niekonsekwencji nie stać nas na nic innego, jak tylko wywrzaskiwanie w cichej rozpaczy, pomimo całego bezsensu takiego działania… 
Jest jeszcze trzecia opcja. Szymon z Cyreny. Ten, którego z początku przymusili; nie wiemy, czy Jezusa znał, słyszał o Nim, wiedział, komu karzą mu pomagać. Ja mocno wierzę, że to taki cichy bohater – ten, który może nawet nie zdawał sobie sprawy, kogo wsparł. Nie sądzę, aby Mu nie współczuł, nie ulitował się nad losem Jezusa. Z pewnością postawa tego człowiek, na początku wyciągniętego siłą z tłumu, ewoluowała w miarę upływu drogi. Czy zastanawiał się, kogo i za co tak karzą? Czy próbował się tego dowiedzieć później? Nikt dzisiaj nie zalicza go – oficjalnie – w poczet świętych. A ja myślę, że Kościół i wtedy, i dzisiaj rozwija się właśnie dzięki takim ludziom – w których życie Pan wtargnął przypadkiem, zasiał ziarenko… i nawet umarł na krzyżu. To krótkie zetknięcie, ten wspólny trud dźwigania krzyża z pewnością wystarczył. 

Posłani na peryferia

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: Panie, Ty chcesz mi umyć nogi? Jezus mu odpowiedział: Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział. Rzekł do Niego Piotr: Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał. Odpowiedział mu Jezus: Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę. Powiedział do niego Jezus: Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: Nie wszyscy jesteście czyści. A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. (J 13,1-15)

Co roku mam problem – o którym z tych dwóch tekstów pisać: ewangelii z Mszy Krzyżma, czy z Wieczerzy Pańskiej. Chyba jednak ten drugi jest ważniejszy. 
Myślę, że nazwanie dzisiejszego dnia dniem kapłana i Eucharystii nie jest przesadą. Wszystko, czego dostępujemy dzięki posłudze kapłańskiej i co otrzymujemy z eucharystycznego stołu – pochodzi i swój początek ma właśnie tam, w wielkoczwartkowy wieczór w wieczerniku. Nie z Bożego kaprysu – ale z bezgranicznej miłości, w imię której Jezus „umiłowawszy swoich, któzy byli na ziemi, do końca ich umiłował”
(moje ulubione sformułowanie, o ile pamiętam, ujęte w IV modlitwie eucharystycznej). Bóg-człowiek, świadomy jak nigdy przedtem swojego posłannictwa, rodowodu, misji i nieuchronności zbliżającej się rzeczywistości krzyża, a jednocześnie świadomy zbliżania się ku Bogu Ojcu… czyni coś zupełnie po ludzku niezrozumiałego. Staje przed uczniami nagi, jedynie przepasany prześcieradłem – i zaczyna obmywać im nogi. Piękny gest, którego chyba nigdy w naszej katedrze nie uraczyłem. Absurdalność po ludzku tego gestu najlepiej rozumie sam Piotr – oponuje, nie zgadza się, po czym ustępuje w końcu. 
Ten niesamowicie piękny gest naśladuje dzisiaj papież Franciszek – jako kardynał w 2001 r. obmył nogi chorym na AIDS! – odprawiając tę jedyną w swoim rodzaju w roku liturgicznym Mszę… w zakładzie karnym dla nieletnich. Kolejny ludzki paradoks – widoczny zwierzchnik Kościoła na ziemi swoją posługą dociera do tych nawet przez świat przekreślonych, pogubionych, stłamszonych i naznaczonych, mimo młodego wieku, ciężarem błędów i konsekwencji ich popełnienia. Piękny gest, króciutka kilkuminutowa homilia – powrót do źródeł? Oby. Zero pompatyczności, przepychu, celebry (celebrytyzmu?) – po prostu treść odarta z czasami przesadzonej i zasłaniającej kontekst formy. Skoro dla Jezusa w tak ważnym momencie najistotniejszym było umywanie nóg – co ja z tym zrobię? Nie po to On wezwał do czynienia tego samego innym. Jesteśmy powołani do bycia dla drugich bardziej, niż dla siebie, dla swojego ego. 
Wczoraj, podaczas pierwszej audiencji generalnej, w miesiąc równy po rezygnacji Benedyka XVI, Franciszek mówił: „W Chrystusie Bóg dał nam pewność, że jest z nami, pośród nas. Powiedział: „Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” (Mt 8, 20). Jezus nie miał domu, bo jego domem byli ludzie, to my, jego misją było otworzenie wszystkim bram Boga, uobecnianie miłości Boga.” To my jesteśmy i mamy być dla Boga domem, z którego będzie On mógł wychodzić i docierać na cały świat, i którym my sami ze swojego serca będziemy chcieli i potrafili się dzielić z innymi. Ważna jest Eucharystia – ale bez człowieka, którego serce ma ona umacniać na drodze, nie ma czemu służyć. Niewątpliwie to największy chyba dar dla nas – jednak czy miał by on jakikolwiek cel sam w sobie, bez tych, których miała by ona umacniać, karmić, posilać? Nie wierzę, aby Bóg działał bez celu. Mamy Eucharystię, bo i sami jesteśmy – idąc, mniej lub bardziej sensownie przez ten świat, po to aby móc się nią karmić. Bez znaczenia jest, że dzisiaj tamten wieczernik to muzeum, gdzie Mszy się w ogóle nie odprawia. Ważne jest, że ciągle trwa i ma dla kogo trwać na całym świecie dokonywanie na Jego pamiątkę tego, co po raz pierwszy sam Jezus uczynił, wtedy i tam właśnie, 
Myślę, że nazywanie dzisiejszego dnia „dniem księdza” to nie przesada. Takim zbiorowym – bo co innego dzień poszczegónych rocznic święceń, inna sprawa. To dzień, w którym kapłani dziękują za ten wielki dar, złożony w słabe i często po prostu niegodne ręce. Kiedyś pewien ksiądz powiedział mi, że za nich trzeba się modlić – nie mają rodzin, dzieci, wnuków, którzy by to robili potem; jeśli zapomną o nich ci, którym służyli, pamięć zachowa tylko Bóg. Jest w tym dużo prawdy. Mamy bardzo wiele powodów, aby modlić się za kapłanów. Kiedy są słabi, upadają, robią coś nie tak, ulegają tak bardzo ludzkim słabościom, kręcą się jakby uwięzieni i nieszczęśliwi – przede wszystkim o dar odnajdywania woli Bożej w ich życiu i tym posługiwaniu. Kiedy dają piękne świadectwo, docierają do wielu serc ludzkich, mobilizują, dają dobry przykład, angażują się w różne formy działania – tym bardziej, żeby doby Bóg dawał im siły, aby pozwolił (On sam jako ten, który daje wzrost) owocować efektom ich prac nie tyle najbardziej spektakularnie, co najlepiej. Warto się za nich modlić – nie tylko właśnie, gdy usłyszymy coś mądrego, przekonywującego, trafnego; przede wszystkim wtedy, kiedy mam wrażenie, że w życiu nie słyszałem bardziej beznamiętnie przeczytanego z kartki tekstu albo bardziej pokręconego, niespójnego i przypadkowego „rzeźbienia” na żywo tzw. homilii. Oni są dla nas, żadni supermeni w czarnych ciuchach, a ludzie nierzadko jeszcze od nas słabsi. Przecież moc w słabości się doskonali. 
Nie wiem, czy rację miał ks. Twardowski pisząc, że kapłaństwa się boi, lęka. Mnie się bardziej wydaje, że w kapłaństwo – jako dar i łaskę od Boga, nie dla siebie ale do rozdawania swoimi rękami dla innych – po prostu dany człowiek musi uwierzyć, aby mogło dzięki niemu przynosić owoce. Z niewolnika nie ma pracownika – nieszczęśliwy kapłan owoców nie przyniesie. 
Ja w tym dniu szczególną pamięcią otaczam tych, którzy już odeszli, a z których bogactwa kapłaństwa i posługi czerpałem. A różni, wierz mi, oni byli. Tym niemniej, bez względu na słabości, a może właśnie ze względu na nie szczególnie zasługiwali na szacunek, codziennie się z nimi mierząc. Bóg cały ten Kościół składa w bardziej niż kruche ręce nas, grzeszników – a kapłani nie biorą się z Marsa, tylko spomiędzy nas. Takich kapłanów mamy, jak się modlimy. Czyli jest duże pole do popisu jeszcze. A oni, kapłani, jak to ujął papież Franciszek, mają jeszcze więcej do zrobienia i do dotarcia aż na peryferia – miast, ale przede wszystkim ludzkich. Chociażby po to, aby ci, którzy tam żyją, widzieli w nich i przez nich, że On jest a oni nie są Mu obojętni. 

Radość bez końca

Jezus powiedział do Żydów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto
zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki. Rzekli do Niego Żydzi:
Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy – a Ty mówisz:
Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty
jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy
pomarli. Kim Ty siebie czynisz? Odpowiedział Jezus: Jeżeli Ja sam
siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój,
który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: Jest naszym Bogiem, ale
wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam,
byłbym podobnie jak wy – kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję.
Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień –
ujrzał /go/ i ucieszył się. Na to rzekli do Niego Żydzi: Pięćdziesięciu
lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś? Rzekł do nich Jezus:
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem.
Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i
wyszedł ze świątyni. (J 8,51-59)
To takie bardzo nasze, ludzkie. Kiedy ktoś mówi coś, czego na pierwszy rzut oka nie rozumiemy, co się nam w małych głowach nie mieści – czujemy się zagrożeni, odczuwamy potrzebę zaatakowania. Zaczęło się od słów o opętaniu, potem zdziwienie po słowach na temat Abrahama, wreszcie najlepszy argument – rękoczyny, kamienie. 
Mieli rację – Abraham jako człowiek umarł, i oczekiwał na zmartwychwstanie, które przyniósł światu ten właśnie wyśmiewany i wyszydzany Jezus. To była jego obietnica – życia bez końca, nie po ludzku, ale w Bogu. Ich rozumowanie było proste – Bóg jest Bogiem, po Bogu zaś pierwszy był Abraham, który jako człowiek umarł – więc jak jakiś cieśla z Nazaretu może mówić i oferować życie bez końca? 
Tylko że tych słów nie mówił prosty cieśla, byle kto że tak powiem – ale Syn Boży, współistotny Ojcu, obdarzony tą samą mocą i potęgą, przed którym stało zadanie odkupienia rodzaju ludzkiego. Mógł to obiecywać, ponieważ był władny obdarować życiem wiecznym każdego, kto tego zapragnął. To nie były słowa na wiatr rzucane, czcze i bez pokrycia obietnice szarlatana – ale pełne miłości zaproszenie Boga: pójdź za Mną. Chwała, którą miał zostać otoczony, nie pochodziła od niego – ale od Boga Ojca, którego tak naprawdę mógł poznać tylko ten, który otworzył się na Jezusa. Tego Jezusa, na którego widok rozradował się Abraham i wszyscy sprawiedliwi, którzy odeszli wcześniej i oczekiwali odkupienia. Cóż bardziej mogło ich rozradować? On nadchodził. 
Nie jest sztuką Boga ukamienować – wspominamy to wydarzenie co roku. W tradycji mojej diecezji wczoraj drogi krzyżowe przechodziły na pamiątkę tego wydarzenia ulicami miast i wsi. Za tydzień, w Piątek Wywyższenia będziemy wspominali rocznicę tamtego dnia, kiedy Miłość Boga do ludzi umarła na krzyżu. Po to, abyśmy mogli się rozradować, i aby tej naszej radości nie było końca.

Gdzie my jesteśmy – o. Ludwik Wiśniewski OP znów trafnie

Tym razem na temat dwuczęściowego tekstu o. Ludwika Wiśniewskiego OP, opublikowanego przez Tygodnik Powszechny w numerach 10 i 11/2013. 
Tekstu, uważam, bardzo ważnego i potrzebnego. Miło, że autor napisał go i zadedykował, jak wskazał wprost, pamięci + abp. Józefa Życińskiego w 2. rocznicę jego śmierci. Tekst jest bardzo potrzebny – bo niestety jest on jednym z niewielu głosów sygnalizujących i w ogóle zwracających uwagę na tego rodzaju problem, a już w ogóle „rodzynkiem” chyba w tym zakresie pośród duchowieństwa (nie mówię o tych, którzy porzucili kapłaństwo – Tadeusz Bartoś, Stanisław Obirek, Janusz Kotliński – których tekstów, mimo maksimum dobrej woli, nie da się nazwać obiektywnymi, a „waleniem w Kościół”, ot, dla zasady). 
Na początku pierwszej części autor wyjaśnił swoje pobudki – wskazując, iż stawał prze dylematem, czy temat poruszać. Liczył się z tym, że „oberwie”, gdy się odezwie – nie przeliczył się (mnie akurat przykro było z powodu mało merytorycznego i napuszonego artykułu w Gościu Niedzielnym, chyba przedostatnim, na temat tych tekstów o. Ludwika). Wprost także mówi, iż jego celem nie jest oskarżanie i obwinianie – ale analiza i zadanie konkretnie zaadresowanych pytań. 
Faktem jest, iż tekst mówi o w dużej części o problematyce Radia Maryja oraz o. Tadeusza Rydzyka CSsR – szczególnie w okresie, kiedy środowiska związane z Kościołem powtarzają jak mantrę „skandal związany z miejscem na multipleksie cyfrowym dla TV Trwam”. Przede wszystkim jednak, co krytykom umyka, wskazuje o. Ludwik, iż sam jest słuchaczem RM, uznaje rolę tej stacji w otwieraniu na Boga i nauce modlitwy. Zwraca jednakże uwagę, że wszystkie inicjatywy RM prowadzone są przeciw komuś lub czemuś, na zasadzie negatywnej – wieczne zagrożenie, niszczenie, dyskryminacja, oczywiście z odniesieniem do Jezusa, wzywając do obrony przed wrogami, powodując pospolite ruszenie. Przywołał przykłady konkretne – spiskowa teoria o koalicji anty-RM i TV Trwam w osobach Prezydenta RP, rządu i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. 
Co więcej, o. Ludwik wprost stwierdził, iż chciałby aby TV Trwam zaistniała na multipleksie cyfrowym – co więcej, zdanie to podziela szef KRRiT Jan Dworak, znany dominikaninowi osobiście od lat, który jednak musi uczciwie wypełniać obowiązki urzędnicze, bez reakcji na naciski, skąd by nie pochodziły – także od środowisk związanych z o. Rydzykiem. Trudno jednak zapewnić to miejsce, skoro fundacja Lux Veritatis, wnioskująca o przyznanie miejsca na multipleksie, po prostu nie wypełniła warunków formalnych – nie przedłkadając dokumentów koniecznych do uzyskania koncesji w postaci promesy z banku lub np. SKOKu, mocno związanego z redemptorystą. Fundacja bowiem zażądała utajnienia dokumentów, oświadcxzyła iż dysponuje 90 mln majątku, w tym 68 mln pożyczki od warszawskiej prowincji zakonnej, odmawiając ujawnienia warunków spłaty pożyczki. Fundacja tym samym sama zdecydowała się na brak przejrzystości – skąd więc raban wobec takiej a nie innej decyzji KRRiT? Nikt przecież na poważnie nie udzieli nikomu – nawet przysłowiowemu Kowalskiemu – kredytu i na 10.000 zł, jeśli nie przyniesie DOKUMENTÓW, DOWODÓW na zdolność kredytową. Więc czemu w skali makro – przy milionach wchodzących w grę -TV Trwam, o. Rydzyk i jego fundacja obrażają się, kiedy uchybiają podstawowym obowiązkom, rozpętują na skalę ogólnopolską aferę o rzekomej niesprawiedliwości i pokrzywdzeniu ich przez KRRiT, teorie spiskowe? Stosy pomówień o złodzieja, zdrajcach rządzących Polską – medialna hucpa, innymi słowy. Po co? Żeby wymusić swoje. Nawet wbrew prawu. Odsądzając od czci i wiary każdego, kto – na spokojnie i konkretnie – wskazuje przyczyny odmowy, nie bawiąc się w spekulacje i oszołomstwo, operując faktami. 
Dalej o. Ludwik mówi – cytując przykłądy – o lubowaniu się o. Rydzyka w odmienianiu przez wszystkie przypadki i w każdym kontekście słowa „prawda”, oczywiście w odniesieniu do Boga – łącząc je m.in. z miłością, wolnością. A jednocześnie sam nie raz rzuca w ludzi inwektywami (znane sformułowanie „ty czarownico!” rzucone do jednej z polskich pierwszych dam), posługując się półprawdami (dla mnie to kłamstwa), lżąc. W tym duchu rozwija teorię o antykościelnej centrali w ramach prezydentury Bronisława Komorowskiego, antyewangelizacji. Puste słowa. Oszczerstwa. Zero konkretów. I taka sama wartość. Żeby nie było – i tutaj padają konkrete cytaty. Nie mniej zakonnik wali w Jana Dworaka – posługując się m.in. kuriozalnym sformułowaniem „superpapieża, który chce ustawiać Kościół”, snując teorie, iż ów w mediach katolickich pracował swego czasu po to… aby później niszczyć Kościół. Nadziwić się nie mogę, skąd tyle nienawiści, jadu, a przy tym absolutnego oderwania od rzeczywistości. A jednocześnie – jak mocne i w jakiej materii zarzuty stawia się, de facto oczerniając i samego Dworaka, i rządzących, a również – a co! jak wszyscy, to wszyscy – każdego, kto nie podziela poglądów o. Rydzyka. Niszczą Kościół, i tyle. Jak ktoś uważa inaczej – to się nie zna; albo należy do spisku, nawet na pewno. Walczącego z Bogiem. A jak z Bogiem – to i z Narodem. 
Szczytem zaś już absurdu jest twierdzenie, iż centralą antyewangelizacyjną jest… religia.tv, nazywana medium „idącym na układy”, „tworzącym media pseudokatolickie”. Tylko w tym wszystkim zapomina, że kanał ten – skądinąd bardzo ciekawy (ciekawe, czy o. dyrektor pofatygował się pooglądać go choć trochę?) – prezentuje materiały nie tylko o katolicyźmie, ale także o innych wspólnotach chrześcijańskich (w tym np. krótkie rozważania przedstawicieli tych wspólnot na tematy biblijne) i innych religiach. I to z założenia. Co w tym złego? To, że człowiek ogląda materiał o innych religiach, żeby także mieć o nich jakieś pojęcie, wiedzieć coś – to znaczy, że zdrajca od razu? 
Dalej o. Ludwik cytuje dość długie fragmenty wypowiedzi o. Rydzyka, zarzucającego bliżej nieokreślonemu – oczywiście – wrogowi bardzo wiele: rozbijanie Narodu, Kościoła, Polski. Z jednej strony mówi, że zbliża się koniec wolnej Polski – z drugiej, zaprzeczając sam sobie, wskazuje, że „od 1980 r. nic się nie zmieniło” (czyli że tej wolnej Polski nigdy nie było). Że żądzą oszuści, którzy drogą tychże oszustw doszli do władzy. O jakimś precyzyjnym – czyim? – planie, realizowanym na szkodę Polski od lat. Twierdzenia, że niektóre media… szkodzą Polsce bardziej niż komunizm. Co to jest? Podjudzanie, umiejętne dawkowanie emocji i adrenaliny celem konkretnego nastawiania ludzi przeciwko sobie, i to jeszcze na aboslutnie wydumanych i nierealnych podstawach. Przy jednoczesnym – w innym miejscu – wzdychaniu o tym, jak to ojciec dyrektor chciałby aby właśnie „skończyło się w Polsce judzenie Polaka przeciwko Polakowi”. 
Żeby nie było – odpowiadając na apel o. Rydzyka o merytoryczną rozmowę – o. Wiśniewski napisał do redemptorysty. W odpowiedzi na co otrzymał, napisany przez kogoś zupełnie innego, list z podziękowaniami i informacją o „szczelnie wypełnionym kalendarzu ojca dyrektora w miesiącu X”. No, to faktycznie wola dyskusji. Ja się nie dziwię – jak ktoś nie ma argumentów, rzuca sloganami (zresztą często sprzecznymi wewnętrznie), to boi się dyskusji, konkretów, precyzji. 
W kolejnej części tekstu domonikanin napisał bardzo fajnie o zgubnym efekcie łączenia Kościoła i jakiejkolwiek konkretnej partii, opcji politycznej – kiedy po prostu Kościół traci, gubi z oczu swoją zasadniczą misję, wpada w pułapkę. Tymczasem właśnie takie działanie widać po stronie mediów związanych z o. Rydzykiem – kiedyś z PiS, później z koalicją PiS-LPR-Samoobrona, dzisiaj znowu w kierunku PiS. Jak napisałem – nie ma znaczenia, o jaką partię chodzi, ale o zdecydowane popieranie wprost z nazwy i lansowanie konkretnej z nich. 
Zwrócił także uwagę na bolesną kwestię podpisywania się wielu biskupów pod imprezami i spędami, nazywanymi hucznie „marszami w obronie x” (do uzupełnienia w zależności od potrzeby), którzy swoim autorytetem autoryzują takie wydarzenia, odprawiając Msze i raczej bezwiednie (bezmyślnie?) powtarzają slogany żywcem z o. Rydzyka o spiskach, potrzebie walki i obrony, krucjatach. Walki z kim? Z najeźdźcami, uzurpatorami, okupantami – nie Polakami. Wybacz, proszę, ale to jest jakaś paranoja. Władzy obecnej można nie lubić – sam nie jestem fanem PO, Komorowskiego ani Tuska – natomiast konfabulowanie o przejmowaniu państwa i okupacji, prześladowaniu to po prostu absurd (zacytowano co ciekawsze hasła z transparentów) wobec oczywistego faktu wygrania, niestety, przez powyższe środowisko chyba wszystkich możliwych w ostatnich latach wyborów, zgodnie z prawem. Z krzyżem na czele takie spędzy wyśpiewują „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”, jako by RP utraciła niepodległość. Czy ja czegoś nie zauważyłem? A tak być nie powinno. Właśnie biskupi – jeśli księżom brak do tego odwagi czy pomyślunku – powinni w takich sytuacjach zaprotestować, uspokajać nastroje, a nie je podsycać i nakręcać, nazywając takie spędy „lekcjami patriotyzmu i miłości Ojczyzny”. Lekcje? Może i tak. Ale ani miłości, ani jedności – dzielenia na siłę, z urojonych powodów. Działąnia typowo powiązane z polityką – marsze, wiece – ale coś, w czym Kościół w ogóle nie powinien brać udziału, a już tym bardziej tego autoryzować wizerunkiem biskupów. A jak wygląda marsz? Z władzami pewnego, jedynego słusznego, klubu na czele i w roli głównych aktorów wydarzenia. 
Wracając do kwestii koncesji na multipleksie – Rada Stała KEP wydaje 16 stycznia 2013 r. przedziwny dokument, w którym autorytarnie apeluje o poszanowanie dla TV Trwam, narzucając KRRiT wprost rozstrzygnięcie: ma być przyznane i już! Tylko że bazuje przy tym jedynie na manifach i szumie rozpętanym właśnie przez media toruńskie – nie próbując nawet od KRRiT ustalić faktycznych i rzeczywistych przyczyn odmowy. Znowu – bezmyślny zarzut naruszenia prawa, bez minimalnej staranności w wyjaśnieniu sytuacji, dojściu do prawdy. Czy w Kościele prawda ma być po stronie tych, którzy głośniej krzyczą, wymachują rękami, odgrażają się? Chyba nie katolickim. I żadym innym chrześcijańskim też nie. 
Do tego – dokładnie opisana, chronologicznie – kwestia bardzo zręcznego PRowo zagrania pismami ze Stolicy Apostolskiej, którymi o. Rydzyk (a za nim – przychylni jego środowisku biskupi) podpiera swój autorytet. O. Rydzy, w listopadzie AD 2012 wręczył Benedyktowi XVI księgi z modlitwami i ofiarami za papieża – dar piękny – za który, zgodnie ze zwyczajem, Watykan następnie podziękował listownie ofiarodawcy, czyli Radiu Maryja. Czy to świadczy o bezwarunkowej akceptacji ze strony Stolicy Świętej dla Radia Maryja? W opinii tych mediów – tak, co każe bać się jakiegokolwiek słowa krytyki pod ich adresem, bo skoro papież poparł, akceptuje i dziękuje… Czy jednak na pewno? Dokument ten trafił do adresata w bardzo korzystnym dla niego momencie – pomagając mu się uwiarygodnić. Czy papież tym samym jednak popiera wszystkie eventy, spędy i hasła oraz teorie wznoszone na falach i antenie RM i TV Trwam, a także na organizowanych przez nie wydarzeniach? To zdecydowanie zbyt pochopne twierdzenie. Myślę, że gdyby papież wiedział, jak instrumentalnie pismo od niego zostaje wykorzystane – zastanowił by się dwa razy, co w nim napisać, i czy w ogóle je pisać. Tym bardziej zaś, w tych konkretnych okolicznościach uważam, że posługiwanie się w nim do uwiarygodnienia samego siebie, jest po prostu działaniem niegodnym i nieuczciwym. 
Tyle co do pierwszej części. 
W drugiej części swojego tekstu o. Ludwik Wiśniewski skierował po kilka pytań do przedstawicieli Episkopatu Polski, którzy szczególnie mocni zaangażowali się w obronę instytucji o. Rydzyka. 
Nie widzę sensu opisywania ich tutaj, ponieważ dotyczą one kwestii już wyżej poruszonych, a przekształconych w formę pytań do konkretnych adresatów – chodziło o ich konkretne wypowiedzi. M.in., w kwestii nie dotyczącej Radia Maryi i TV Trwam, zapytał abp. Józefa Michalika o to, czemu nie udzielił odpowiedzi na list prof. Stanisława Lufta. Warto zwrócić także uwagę na pytanie skierowane do ordynariusza toruńskiego bp. Andrzeja Suskiego, pod którego jurysdykcją znajduje się siedziba fundacji Lux Veritatis – o to, czy faktycznie, wobec braku jakichkolwiek wypowiedzi, popiera on wszystkie poglądy i wypowiedzi pojawiające się mediach redemtorystów. 
Przytoczył także wypowiedź + ks. Józefa Tischnera – uznającego wiele dobra wykonywanego przez Radio Maryja, jednocześnie zauważając duży problem dalekiego od ewangelicznego języka agresji, nad któym to radio [a dzisiaj i TV Trwam] nie panuje, oraz dążenia do upolitycznienia katolicyzmu. Mówił on o katolicyźmie jako narzędziu walki o władzę nie tylko przeciwko komunistom, ale „gorszym katolikom”. 
Kończąc zaś, o. Ludwik powrócił do wspomnianego tekstu prof. Stanisława Lufta – zwracając uwagę na pewne, niepokojące w jego ocenie, zjawiska. Nie sposób nie zauważyć, że jego obserwacje są zbieżne z obserwacjami dominikanina. Niestety, tekst nie doczekał się ŻADNEGO odzewu – nic. Poza tym, że młodzieżówka Radia Maryja stwierdziła, że Kościół trzeba bronić… przed prof. Luftem właśnie. 
Potrzeba w tym zakresie, opisanym w powyższym tekście, dialogu – przed którym odpowiedzialni przecież w szczególny sposób za Kościół hierarchowie się nie tyle nawet wzbraniają, co po prostu go unikają. Problem istnieje i nie sposób tego nie zauważać – można unikać jego rozwiązywania, ale czy to na dłuższą metę cokolwiek rozwiązuje? 
Dlatego bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie i ucieszyła wypowiedź abp. Henryka Muszyńskiego, byłego prymasa i metropolity gnieźnieńskiego, który w TP nr 11/2013. Wskazał, iż nie ma żadnych wątpliwości co do uczciwości i intencji o. Ludwika w tym, co napisał, działania w duchu odpowiedzialności za Kościół. Zwrócił uwagę na merytoryczność, konkretność, operowanie faktami we wspomnianym tekście – co winno skutkować merytoryczną i konkretną odpowiedzią, szczególnie w zakresie pytań do poszczególnych biskupów. Jednocześnie wskazał, że omawiane przez o. Wiśniewskiego wypowiedzi biskupów dotyczące mediów związanych z o. Rydzykiem przyjął ze zdziwieniem i zażenowaniem. Mówił także o konieczności poszanowania demokratycznie wybranych władz, bez względu na sympatie i antypatie polityczne. Podzielił również pogląd dominikanina, iż traktowanie polityki jako środka wsparcia dla Kościoła jest tragiczną pomyłką, nie pomagającą ani Kościołowi ani ludziom. Ambona jest bowiem miejscem do głoszenia Ewangelii, dawać nadzieję, motywować do wprowadzania w świat pokoju – w które kapłani i biskupi pozwalają się mieszać politykom, tymczasem zniżanie się do poziomu jednej partii jest zaprzeczaniem misji Kościoła. Przede wszystkim zaś wskazał, iż pomyłką jest, gdy biskup z ambony mówi o np. konieczności rozwiązania Sejmu – to nie jest wypowiedź w imieniu Kościoła, a osąd człowieka jako człowieka; nie mają takie wypowiedzi nic wspólnego z nauką Kościoła i Ewangelią. Wyraził również pogląd, że świeccy jak najbardziej powinni, w razie wątpliwości, zwracać uwagę duchownym na mieszanie polityki do wiary – są tak samo członkami Kościoła, a wręcz bierność świeckich oznacza partycypowanie w mieszaniu wiary i polityki. Mówił również o pozostałości jakby z czasów komunizmu w postaci ideologii walki – z kim? nie ma wroga, to tzrba go stworzyć. Pointując zaś, wskazał na odwagę o. Ludwika – świadomego konsekwencji napisania powyższego tekstu i nikłego prawdopodobieństwa doprowadzenia do merytorycznej dyskusji. 
Niewątpliwie, doczekał się – w końcu sam prowincjał dominikański wypowiedział się w tym przedmiocie. Ja jednak nie upatrywał bym w tych słowach przełożonego sztorcowania, przywoływania do porządku o. Ludwika. Wręcz przeciwnie. Jeśli przeanalizować tekst oświadczenia – wynika z niego, że zakon dopuszcza dialog i wzywa do „otwartej, pełnej szacunku dyskusji na temat tej publikacji”, wskazując jednocześnie, że stanowiska o. Wiśniewskiego nie jest stanowiskiem zgromadzenia. Bynajmniej więc nie należy tych słów traktować – jak to opisywano – jako „odcięcia się” zakonu od opinii jego członka. 

Awantura o Generała

Mam świadomość, że w takim dniu jak dzisiaj – inauguracji pontyfikatu – wypadało by coś na ten temat napisać, jednak ten wpis poświęcę sprawie zgoła innej, i zdecydowanie mniej przyjemnej, a jednakże leżącej mi na sercu – bo sprawa, powiedzmy, z mojego podwórka.
Ze 2 dni temu powstała wrzawa, bowiem w najnowszym (12/2013) numerze tygodnika Wprost pojawił się artykuł Cesarz Trójmiasta, traktujący o metropolicie gdańskim abp. Sławoju Leszku Głódziu. Nawet nie tyle o nim, co o sprawach, które w ocenie autorki Magdaleny Rigamonti oraz osób, z którymi rozmawiała, wystawiają biskupowi bardzo negatywną ocenę, wręcz dyskredytując do roli i funkcji, jaką pełni. 
Bynajmniej nie będąc fanem ani czytelnikiem Wprostu, zainwestowałem 5 zł polskich celem zapoznania się w całości z powyższym tekstem – w internecie bowiem (m.in. WP) można było znaleźć zajawki, urywki zaledwie. 
Przede wszystkim autorka już na samym wstępie wskazuje w pierwszym zdaniu, że nie będzie to tekst o molestowaniu czy pedofilii – bo to jest dzisiaj na topie, niestety. Wprost wskazała także, iż nie ma być on atakiem na Kościół w Polsce – co w mojej ocenie świadczy o dobrej woli i nie pozwala z góry założyć, że jest dokładnie odwrotnie, niż autorka pisze. 
Na początek opisała sytuację najświeższą – gdy po wyborze papieża Franciszka (całkowite przeciwieństwo Generała (potoczna nazwa abp. Głódzia, jedna z bardziej parlamentarnych) abp. Głódź wymyślił wylot na odbytą dzisiaj inaugurację pontyfikatu. Okazja! 1650 zł, wylot i powrót tego samego dnia. Co tam, życzenia i prośby papieża – nie róbcie pielgrzymek, dajcie te pieniądze na biednych – Generał wie lepiej. Sprawa, na szczęściej, się rypła – bo po prostu ludzie, wśród których momentalnie rozpoczęto kampanię reklamową, popukali się w czoło i nie zebrała się odpowiednia grupa. Co nie przeszkadzało metropolicie (tuż po tekście jest króki wywiad) w mojej ocenie minąć się z prawdą, żeby nie powiedzieć: skłamać, że do wyjazdu nie doszło z przyczyn technicznych. No chyba że przyczyną techniczną uznamy brak chętnych, ale mało to w mojej ocenie techniczne. Wszystko się zgadza – konto na FB mam, wiem co się tam działo, z ilu stron byłem bombardowany zaproszeniami na w/w wyjazd. Po cichu formułowano komentarze, że pomysł poroniony, cena absurdalna – ale wszyscy milczeli. Powiem szczerze, z mojej strony – pozytywnie – było sporo zdziwienia, kiedy okazało się, że Generał nie dopiął swego (co, jak wskazałem, nie przeszkodziło mu skłamać w zakresie takiego a nie innego stanu rzeczy). 
Generalnie tekst sprowadza się do opisów sytuacji z udziałem biskupa Głódzia przez kilku, anonimowych księży (niestety, nie do końca – sam bez trudu zidentyfikowałem 2 z nich…) w ramach powstającej tzw. czarnej listy dotyczącej hierarchy, która ma trafić do Watykanu. Nie dziwię się woli anonimizacji – środowisko to niestety jest mocno donosicielskie, wielu jest takich, którzy chcą się przypodobać, zabłysnąć, a to stołek w kurii złapać, a to kanonika tytuł czy prałata uzyskać, albo jakieś niezgorsze probostwo. Wystarczy spojrzeć na gdańską kurię – aż w oczy kłuje, dobieraną w zakresie pracowników w myśl zasady MBW (mierny, bierny, ale wierny), czego świadomość ma każdy, znający realia diecezji.
Problem podstawowy to sprawa alkoholu. Wszyscy wiedzą, i to nie są złośliwe plotki, pomówienia, atak na Kościół czy Bóg wie co jeszcze, że metropolita ma w tym zakresie problem. Medialnie wyrazem powyższego był stan ówczesnego Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego (żenująco tłumaczony później „chorobą filipińską”), który m.in. w towarzystkie Generała zabalował, po czym ledwo stał w Charkowie. Czytamy więc o wyzywaniu łaciną podwórkową samych księży, ich rodzin, upokarzaniu. Problem jest znany powszechnie od wielu lat – o ile nie był rozdmuchiwany w okresie pełnienia przez zainteresowanego funkcji biskupa polowego (1991-2004), kiedy w wojsku pewne sprawy można było dość łatwo ukryć, natomiast nabrał rozgłosu wraz z przeniesieniem go do diecezji warszawsko-praskiej (2004-2008). Już wtedy tamtejsi co odważniejsi duchowni skarżyli się na ordynariusza do Watykanu – bez skutku. To z tego powodu bardzo szybko z rezydencji biskupiej w Gdańsku Oliwie wyniósł się do odremontowanego za okrągły milion pałacyku w Starych Szkotach, na wyjeździe z Gdańska. Po co? Żeby się nie rzucać w oczy ze swoją słabością do trunków. Jednocześnie, ze strategicznego punktu widzenia był to ruch bardzo dobry – nieruchomość nie należy do diecezji, tylko do tamtejszej parafii, zatem w razie utraty płynności finansowej przez diecezję nie grozi jej egzekucja. Żeby podnieść prestiż, specjalnie ulokował przy niej kolejną kolegiatę, w poczet której jednym z prałatów ustanowił… księdza, wobec którego już wówczas toczył się proces karny o molestowanie nieletniej, ostatecznie prawomocnie skazanego (choć nadal widywanego „w towarzystwie”). 
Tak, nie było mnie tam. Nie piłem nigdy z metropolita, nie widziałem tego na własne oczy. Ale słyszałem swoje z pierwszej ręki od osób, które to widziały, i które nie mają żadnego powodu, aby wymyślać czy konfabulować. 
Problem kolejny do absolutny feudalizm i przyzwyczajenie za wszelką cenę do otrzymywania tego, co sobie wymyślił, przy jednoczesnym – co sam dodam – niestety prostactwie, którego osobiście miałem nieprzyjemność doświadczyć i to również w czasie liturgii. To, że arcybiskup Głóź nie szanuje ludzi, widziałem osobiście w wielu jego wypowiedziach, w stosunku do różnych osób – bez względu na to, czy świecki, czy ksiądz. Widać to także po wielu zmianach i nominacjach – przy czym trzeba znać środowisko i kontekst, aby bez problemu zrozumieć, dlaczego w tej parafii zmieniono proboszcza: czy awansował, czy został wygryziony przez kogoś bardziej Generałeowi „zasłużonego”. Porównując poziomem obecnego i poprzedniego metropolitów gdańskich – szkoda słów. Owszem, abp Gocłowski odpowiadał jako biskup za problem ze Stella Maris, nie tyle zawiniony co nie dopilnowany, natomiast różnica klas dosłownie bije po oczach. Ale mniejsza o to. To, że abp Głódź postanowił poprawić nieco sytuację finansową diecezji – owszem, słusznie, pytanie tylko: za jaką cenę? Rządzi od pewnie 5 lat, w któym to okresie zdążył w dużej części zmienić wnętrze archikatedry oliwskiej (na plus: przywrócenie wiernym dawnej kaplicy seminaryjnej, nowa ambona,  wyświetlacz tekstów pieśni, renowacje; na minus: przemeblowanie prezbiterium z usunięciem balasek, ustawienie na gigantycznym postumencie wielkiego tronu z herbem biskupim oświetlonego specjalnie bez względu na porę dnia, upstrzenie kościoła własnym herbem w wielu miejscach, i tragiczna złota firuga Jezusa przed wejściem do kościoła oraz dramatyczna świecąca droga krzyżowa – tak po krótce). Naraził się ludziom – wykorzystując błędy miasta Gdańska, zagroził zagrodzeniem części (należącej do diecezji) parku oliwskiego, po czym przehandlował go z miastem za teren pod kontrowersyjny kościół w Gdańsku-Łostowicach, czyli miejscu gdzie kościół już funkcjonuje; nie mówiąc o (nie nazwę wprost) pomyśle budowy kolejnego wielkiego kościoła w śródmieściu Gdańska – kto zna, wie, że tam kościoły i to piękne, zabytkowe, stoją na co drugim roku, wiele z nich to rektorskie, bo nie ma potrzeby istnienia nawet już obecnie tylu parafii. 
Generał po prostu jest zachłanny. Prawdą jest to, co pani Rigamonti opisała w zakresie ściągania pieniędzy z parafii za wszelką cenę. Abp Gocłowski, znając realia, co biedniejsze parafie z tego obowiazku zwalniał – jego następca kazał płacić wszystkim, żądając jeszcze pieniędzy za okresy wstecz. Stawka – kilka groszy od wiernego, przy czym liczono wg ilości wszystkich mieszkańców parafii (a co, korzystniej wyjdzie), zamiast wynikającej ze statystyki ilości wierzących i praktykujących. Jeśli któryś kościół posiadał na dachu antenę telefonii komórkowej – lwia część idzie w ręce diecezji, bez względu na potrzeby parafii, nie patrząc czy dany rządca parafii cokolwiek w niej robi, czy nie.Wspomniany kościół na Łostowicach miał powstać zgodny z planem zagospodarowania przestrzennego – co tam, walnięto okropny projekt molocha nijak nie pasującego do okolicy i pod każdym względem przekraczającego dopuszczalne gabaryty – w myśl zasady: im większe, tym lepiej. Sprawa, póki co, stoi w miejscu. Wiem jednak, w jaki sposób „pogoniony” został z kurii ówczesny diecezjalny konserwator zabytków – który ośmielił się zakwestionować podejście biskupa do zabytków. W ostatnich tygodniach było w mediach głośno o hipotekach pod co bardziej prestiżowymi świątyniami diecezji, dodatkowo niedawno zakończył się bodajże w I instancji kolejny proces dotyczący zapłaty przez diecezję kwoty kilku milionów złotych – co świadczy o niezbyt dobrej kondycji finansowej. Jak widać – jest to bez znaczenia, skoro biskup mógł pozwolić sobie na przepuszczenie miliona złotych na odnowienie dworku, w którym zamieszkał. To niewątpliwie był słuszny cel, prawda?
Przykro, że pisze te słowa w dniu inauguracji pontyfikatu człowieka tak zgoła odmiennego od Generała, który potrafił funkcjonować jako kardynał bez sekretarza (gdyby przyjrzeć się strukturze kurii – okaże się, że w praktyce abp Głódź ma ich kilku), mieszkał w małym mieszkaniu (a nie w odremontowanym za ciężkie i bezmyślnie wywalone pieniądze dworku), i – o zgrozo! – sam sobie gotował. Tak to się niestety zbiegło. Owszem, dla osób postronnych sytuacja może się wydawać niejednoznaczna – zapewniam jednak, że w tym tekście we Wproście nie ma przekłamań i bardzo dobrze oddaje on obraz sytuacji, z komentarzem (cytat): „My tu wszyscy mamy go dość. On jest mieszanką buty generalskiej i sobiepańskiej. Jest kościelnym latyfundystą. Kurię traktuje jak folwark”. Różnica polega na tym, że część ludzi mówi to wprost – a część myśli jedynie, udając, że jest wszystko ok. 
Tym bardziej jest mi wstyd, gdy na stronie diecezji czytam: 

O Ś W I A D C Z E N I E

W nawiązaniu do artykułu „Cesarz Trójmiasta” opublikowanego w Tygodniku „Wprost” z dnia 18 marca 2013 r. jako duchowieństwo Archidiecezji Gdańskiej wyrażamy nasz protest i oburzenie na tak skandaliczny tekst przeciwko osobie Księdza Arcybiskupa Metropolity Gdańskiego.

Publikacja ta wyczerpuje znamiona zniesławienia prawnie ustanowionego biskupa diecezjalnego Kościoła Rzymsko-Katolickiego. W artykule Tygodnika „Wprost” widać wyraźny zamiar poniżenia hierarchy, który w swych wypowiedziach odważnie broni wolności mediów i promuje wartości patriotyczne.

Domagamy się zaprzestania obraźliwych pomówień, których rozpowszechnianie uderza w godność osób duchownych i całej wspólnoty Kościoła. Przyjmujemy to z bólem i oburzeniem, jako powrót do praktyk z czasów PRL-u. Takie stanowisko jednomyślnie deklarują wszyscy Dziekani Archidiecezji Gdańskiej. Otaczamy naszego Pasterza solidarną i szczerą modlitwą.

/-/ Ksiądz Infułat Stanisław Bogdanowicz
Wikariusz Generalny 

/-/ Ksiądz Grzegorz Świst
Kanclerz Kurii 

w imieniu Duchowieństwa Archidiecezji Gdańskiej
/-/ Dziekani 24 Dekanatów Archidiecezji Gdańskiej

Jest mi wstyd najpierw z powodu przekłamania – bowiem nie wierzę, aby choćby ułamek wskazanego na początku duchowieństwa podzielał ten pogląd (tak samo, jak nie wierzę, aby wszyscy rzekomi dziekani poszczególnych dekanatów – z których niejednego znam – jako sygnatariusze oświadczenia bezkrytycznie takie stanowisko podzielali). Dalej, nie rozumiem oburzenia i tego, w którym miejscu oraz z jakiego powodu tekst miałby być skandaliczny lub poniżający. Oddaje sytuację, nie widzę rozminięcia się z prawdą. A że prawda jest inna, niż to się zwykle przyjmuje… Skoro podnosi się zarzut zniesławienia – czekam na odpowiedni ruch prawny, choć wątpię, aby do tego doszło; Generał zbyt wiele ryzykuje w zakresie tego, co ludzie mogli by się dowiedzieć więcej. Co do występowania przez biskupa w obronie wolności mediów – ok, o ile przyjąć, iż media w tym kraju sprowadzają się do RM i TV Trwam, od czego nas Boże uchowaj. Aż wreszcie – nie rozumiem, w którym miejscu tekst ten uderza w godność całej wspólnoty Kościoła – nie widzę tego, traktuje o osobie i nie ma tam nawet pół uogólnienia czy zarzutu pod adresem Kościoła jako takiego. Niewątpliwie natomiast modlitwa abp. Głódziowi jest potrzebna.

Paradoksalnie, diecezja nie zajęła stanowiska w sprawie – w dzisiejszej GW można wyczytać, że próbowano się skontaktować (prawidłowo, odpowiedni człowiek) z ks. Filipem Krauze, dyrektorem Centrum Informacyjnego Archidiecezji Gdańskiej – rzekomo chory i nikt go nie zastępuje. Zamiast skorzystać z okazji – pozostawiono pole na domysły. Pytam się więc – na czym ma polegać rola tego księdza, skoro – w takiej sytuacji – zamiast zajmować stanowisko, co do niego należy, po prostu udaje, że go nie ma i problemu nie ma? Niewątpliwie za abp. Gocłowskiego tego problemu nie było – był powszechnie znany ks. Witold Bock jako rzecznik prasowy, zawsze dostępny i potrafiący odpowiedzieć na pytania, co było doceniane na skalę ogólnopolską. Cóż, dzisiaj w cenie jest to, aby o niczym nie informować i udawać, że problemu nie ma.

Duże nadzieje pokładam w nowym papieżu, w zmianach w Kurii – gdzie nie od wczoraj abp Głódź ma spore poparcie, nie wiedzieć czemu. Może jest szansa, że coś w tej sytuacji się zmieni – i jeśli nie zmieni się (w co wątpię) człowiek, to człowiek zostanie zamieniony na innego, bardziej wpisującego się w wizerunek kapłana i biskupa odpowiadającego papieżowi Franciszkowi.

Płodnego Wielkiego Postu

Te słowa co prawda pisał tylko dla swojej diecezji, dzisiaj jednakże wybrzmiewają w mojej ocenie jako pierwsze przesłanie dla świata. Wtedy jeszcze nie papieża – jednak niewątpliwie osoby mającej bardzo wiele do powiedzienia, o ile tylko znajdą się chętni do słuchania. 

Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty.Wróćcie już teraz do Pana, waszego Boga,bo On jest współczujący i łagodny,nieskory do gniewu, bogaty w miłosierdzie.
Powoli przyzwyczajamy się do słuchania i oglądania, dzięki środkom społecznego przekazu, czarnej kroniki współczesnego społeczeństwa, przedstawianej z nieomal perwersyjną radością, a także przyzwyczajamy się do tego, by jej doświadczać i by ją odczuwać w naszym otoczeniu i na sobie. Dramat rozgrywa się na ulicy, w dzielnicy, w naszym domu, i – dlaczego by nie – w naszym sercu.
Wszystkie maski świata
Żyjemy z przemocą, która zabija, która niszczy rodziny, wywołuje wojny i konflikty w tylu państwach świata. Żyjemy z zawiścią, nienawiścią, oszczerstwem, świeckością w naszym sercu. Natomiast cierpienie niewinnych i nastawionych pokojowo nie jest dla nas policzkiem.
Pogarda dla praw osoby i narodów słabszych nie leży daleko od nas. Potęga pieniądza z jego demonicznymi skutkami, jak narkotyki, korupcja, handel żywym towarem – łącznie z handlem dziećmi – w połączeniu z biedą materialną i moralną to moneta obiegowa.
Upadek godnej pracy, smutek emigracji i brak perspektyw dołączają do tego chóru, a nasze błędy i grzechy jako członków Kościoła też nie są czymś obcym. Nasz własny egoizm, choć potrafimy go usprawiedliwić, nie jest przez to mniejszym grzechem. Brak wartości moralnych w społeczeństwie wkracza do rodzin, do dzielnic, do miasteczek i miast, mówi nam o naszych ograniczeniach, o naszej słabości i naszej niezdolności do tego, aby naprawić tę niekończącą się listę czynników sprzyjających destrukcji.
Pułapka, w której doświadczamy naszej niemocy, zmusza nas do refleksji: Czy ma sens próba zmiany tego wszystkiego? Czy możemy w związku z tym coś zrobić? Czy warto w ogóle chcieć coś zmieniać, jeśli świat kroczy w tańcu karnawałowym, traktując wszystko jako tylko chwilowe? Oczywiście, gdy już maski opadną, ukazuje się prawda i – choć dla wielu zabrzmi to anachronicznie – znowu pojawia się grzech, który rani nasze ciało z całą swą niszczycielską mocą, wykrzywiając przeznaczenie świata i historii.
Na wirażu
Wielki Post ukazuje się nam jako krzyk prawdy i pewnej nadziei, która przychodzi do nas, by odpowiedzieć, że tak, że można nie używać makijażu i nie trzeba sztucznie się uśmiechać, jakby nic się nie stało. Tak, jest możliwe, że wszystko będzie nowe i odmienione, ponieważ Bóg ciągle jest „bogaty w dobroć i miłosierdzie, ciągle gotów, by przebaczać” i nas pobudza, aby zaczynać od nowa.
Dziś na nowo jesteśmy zaproszeni, aby wejść na drogę wielkanocną ku Życiu, drogę, na której jest krzyż i wyrzeczenie, która jest uciążliwa, ale nie jałowa. Jesteśmy zaproszeni, aby zobaczyć, że coś jest nie w porządku w nas samych, w społeczeństwie lub w Kościele – i byśmy to zmienili, weszli w wiraż, byśmy się nawrócili.
W tych dniach mocno wybrzmiewają i stanowią wyzwanie słowa proroka Joela: „Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty! Nawróćcie się do Pana Boga waszego!” (Jl 2, 13). To jest zaproszenie skierowane do każdego ludu, nikt nie jest wykluczony.
Rana grzechu
Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty sztucznej pokuty pozbawionej gwarancji na przyszłość.
Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty w sposób czysto zewnętrzny i mając na widoku tylko własne zadowolenie.
Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty modlitwy powierzchownej i egoistycznej, która nie dociera do wnętrza prawdziwego życia, aby pozwolić się dotknąć Bogu.
Rozdzierajcie serca wasze, aby powiedzieć za psalmistą: „Zgrzeszyliśmy”.
„Grzech jest raną duszy: Och, biedna rano, pozwól się opatrzyć twojemu Lekarzowi! Pokaż mu ból twych win. I pamiętaj, że przed Nim nie skryją się nasze sekretne myśli. Spraw, żeby odczuł jęk twojego serca. Porusz Go, aby współczuł twoim łzom, twojemu uporowi. Naprzykrzaj się! Aby posłuchał twych westchnień, aby twój ból dotarł do niego w taki sposób, że w końcu będzie mógł ci powiedzieć: Pan wybaczył ci twój grzech” (św. Grzegorz Wielki).
Taka jest rzeczywistość naszego ludzkiego rodzaju. To właśnie ta prawda może zbliżyć nas do autentycznego pojednania… z Bogiem i z ludźmi. Nie chodzi tutaj o umniejszenie poczucia własnej wartości, tylko o to, aby zgłębić najdalsze zakamarki naszego serca i wziąć na swe barki tajemnicę cierpienia i bólu, która ciąży na nas od wieków, od tysięcy lat… od zawsze.
Rozdzierajcie serca wasze, abyśmy mogli dzięki powstałej szczelinie widzieć prawdę.
Pojednajcie się
Rozdzierajcie serca wasze, otwórzcie wasze serca, gdyż tylko do serca rozdartego i otwartego może wejść miłość miłosiernego Ojca, który nas kocha i nas uzdrawia.
Rozdzierajcie serca wasze, mówi prorok, a św. Paweł nieomal na kolanach nas prosi: „pojednajcie się z Bogiem”. Zmiana dotychczasowego trybu życia to znak i owoc rozdartego i pojednanego serca, doświadczonego miłością, która nas przerasta.
To jest właśnie wskazówka, w obliczu tylu ran, które nas bolą i które mogą nas doprowadzić do pokusy bycia zatwardziałym.
Rozdzierajcie serca wasze, aby modląc się w ciszy i skupieniu, doświadczyć słodyczy Bożej czułości.
Rozdzierajcie serca wasze, aby odczuwać tyle cierpiących istnień, na które nie możemy pozostawać obojętni.
Rozdzierajcie serca wasze, abyśmy mogli obdarowywać taką miłością, jaką sami jesteśmy obdarowywani, abyśmy mogli pocieszać w taki sam sposób, w jaki nas pocieszono, i dzielić się tym, co otrzymaliśmy.
Solidarność w pokucie
Okres liturgiczny, który dzisiaj zaczął się w Kościele, nie jest potrzebny tylko nam osobiście, gdyż ma także przemienić naszą rodzinę, naszą społeczność, nasz Kościół, naszą ojczyznę, cały świat.
Mamy czterdzieści dni na to, by się nawrócić, biorąc za wzór świętość samego Boga; przemieńmy się we współpracowników, aby otrzymać łaskę i możliwość odbudowania na nowo ludzkiego życia, aby każdy człowiek doświadczył zbawienia, które otrzymaliśmy dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa.
Oprócz modlitwy i pokuty, jako znaków naszej wiary w moc Świąt Wielkanocnych, które wszystko przemieniają, podejmiemy, jak poprzednio [2010], naszą inicjatywę „gestu pokutnej solidarności”. Tak jak Kościół w Buenos Aires, który wychodzi na spotkanie Świąt Wielkanocnych i wierzy w istnienie Królestwa Bożego, musimy sprawić, by z naszych zranionych serc, które spragnione są nawrócenia, narodziła się łaska i gest potrzebny do tego, aby ukoić ból tylu naszych braci, którzy idą razem z nami: „Żaden akt cnoty nie może być wielki, jeżeli za nim nie idzie pożytek dla innych… Tak więc, im bardziej spędzasz dzień na poszczeniu, im częściej śpisz na gołej ziemi i karmisz się popiołem, i ciągle wzdychasz, jeśli nie czynisz dobra dla innych, nie robisz nic wielkiego” (św. Jan Chryzostom).
Módlcie się za mnie
Jako że obchodzimy Rok Wiary, jest to także szansa, którą ofiarował nam Bóg, abyśmy dorośli i dojrzeli do spotkania z Panem, którego możemy dostrzec w cierpiącej twarzy tylu dzieci bez przyszłości, w drżących dłoniach zapomnianych staruszków, w chwiejących się kolanach tylu rodzin, które każdego dnia muszą stawić czoło życiu, często bez nikogo, kto by ich wsparł.
Życzę Wam świętego Wielkiego Postu, pokutnego i płodnego Wielkiego Postu, a przede wszystkim proszę Was o to, żebyście się za mnie pomodlili. Niech Jezus Wam pobłogosławi, a Najświętsza Maryja Panna ma Was w swej opiece.

Z ojcowskim oddaniem
Kardynał Jorge Mario Bergoglio SJ
Buenos Aires, 13 lutego 2013 r., Środa Popielcowa

Zmęczeni kombinowaniem

Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił? A ona odrzekła: Nikt, Panie! Rzekł do niej Jezus: I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz. (J 8,1-11)

Wiedzieli, że będzie Mu trudno wybrnąć z tej sytuacji. Jeśli opowiedział by się za literą prawa Mojżeszowego – wydał by wyrok na kobietę. Gdyby stanął wprost w jej obronie – wystąpił by przeciwko prawu, złamał je. Mieli Go w garści – a przynajmniej tak im się wydawało. Tu nie chodziło o sprawiedliwość,  o moralną ocenę cudzołóstwa, ale okazję do przyłapania, znalezienia haka na Jezusa. 
Tradycja mówi – Jezus pisał na piasku ich grzechy (więc pewnie tego pisania było sporo). Nie dawali za wygraną – a Ty co mówisz? Wystarczyło jedno zdanie – kto jest bez grzechu. Tylko prawdziwa świętość dawała prawo do dokonywania tak surowej oceny innych, która miała prowadzić do poważnych, wręcz życiowych konsekwencji – w innym obrocie wydarzeń kobietę pewnie by ukamienowano. Jezus powiedział, że kto jest bez grzechu, ten może rzucić kamień. Zabrzmiało to jednak w pewnym sensie jak pytanie – kto? No właśnie – z tego towarzystwa nikt, a z całej sytuacji zapewne tylko On sam jeden. 
To nie jest tak, że my nie mamy prawa do oceniania innych – mamy. Tylko że najpierw musimy dokonać swojej oceny, zestawić oceniany czyn czy zachowanie ze swoją osobą – i w przypadku pozytywnej weryfikacji (ja w tym zakresie jestem w porządku wobec Boga i ludzi) dopiero możemy napominać, oceniać, wyrokować. A najczęściej jest tak, że w gębie to każdy jest najmocniejszy, oskarżać, plotkować, oczerniać przychodzi łatwo – po czym, jak przychodzi co do czego, to sam okazuje się mieć za uszami dwa razy tyle co nieszczęśnik, na którym przed chwilą jeszcze psy wieszał. 
Piękne słowa w tym kontekście wypowiedział dzisiaj papież Franciszek: – Gdy tylko zostałem biskupem w 1992 r., do Buenos Aires przybył obraz Matki Boskiej Fatminskiej. Odbyła się wtedy msza dla chorych, w czasie której spowiadałem. Podeszła do mnie skromna, pokorna kobieta, ponad 80-letnia. Powiedziałem do niej: „Babciu, czy masz dużo grzechów?”. „Wszyscy mamy dużo grzechów” – odpowiedziała. Zapytałem: „Skąd ta pewność?”, a ona pewna odpowiedziała: „Gdyby Bóg wszystkiego nie wybaczał, świat już by nie istniał”. To była mądrość Ducha Świętego. Bóg nigdy nie męczy się wybaczaniem nam. Problem polega na tym, że my męczymy się proszeniem o łaskę. (…) W tych dniach mogłem przeczytać ksiązkę kard. Caspera. (…) Bardzo dobrze mi ona zrobiła. Kardynał mówi w niej, że miłosierdzie wszystko zmienia. Odrobina miłosierdzia ociepla świat i dodaje mu sprawiedliwości

Tego właśnie miłosierdzia zabrakło wtedy faryzeuszom, jego także brakuje nam dzisiaj. Dlatego też tak trudno przychodzi nam wybaczanie innym, dlatego też – w cichości serca – nie potrafimy bardzo często wybaczać samemu sobie sytuacji nawet sprzed wielu lat. Zapędzamy się w tym swoim wyrokowaniu i ocenianiu, a potem jakoś tak głupio prosić o wybaczenie Boga, skoro samemu potępiło się właśnie wszystkich ludzi, którzy przyszli do głowy. Nie ma się jednak czego obawiać – na szczęście Bóg działa zupełnie inaczej, a Jego specjalnością jest właśnie miłosierdzie. 
Idź i nie grzesz więcej – to słowa, które usłyszeć może każdy, które mogą rozradować także twoje serce. O ile przyjdziesz i o to miłosierdzie poprosić. Wielki Post, za chwilę Niedziela Palmowa – to bardzo dobry czas, aby tę prawdę zrozumieć.  

Nowe płuco Kościoła

Natłok myśli, odczuć, informacji. Cały świat „zwariował” na punkcie papieża Franciszka, którym cieszymy się od 4 dni – i to bardzo pozytywnie, z małymi wyjątkami. 
Miałem te słowa napisać nieco wcześniej, natomiast nie było kiedy. Może to i dobrze – było więcej czasu na zastanowienie się, próbę ogarnięcia tego wszystkiego myślami. 
Nie będę pisał o tym, co każdy może wyczytać w Wikipedii – kogo te fakty interesują, tam sięgnie. 76 latek, czyli rocznik 1936. Jezuita, wyświęcony w 1969 r. w „jezusowym” wieku 33 lat. Całą posługę biskupią – od maja 1992 r. – związany z metropolią Buenos Aires, gdzie posługiwał najpierw jako sufragan, po 5 latach jako koadjutor metropolity, wreszcie od 1998 r. jako metropolita. Kreowany kardynałem w lutym 2001 r. jeszcze przez bł. Jana Pawła II. 
Z wykształcenia technik chemik, w wieku 22 lat rozpoczął drogę do kapłaństwa. Także z młodości pochodzi pamiątka – papież, pomimo wieku, jest osobą o bardzo dobrym zdrowiu (co widać po sposobie chodzenia, ruchach, gestykulacji), pomimo iż po infekcji płuc w dzieciństwie posiada tylko jedno płuco. Nikt nie zarzuci mu braku znajomości życia świeckich ludzi i własnych doświadczeń – kochał, był nawet zaręczony, jego ówczesna narzeczona Amalia Demente żyje do dzisiaj. Pan Bóg skierował go jednak inną drogą, która poprowadziła do Towarzystwa Jezusowego, a później biskupiej posługi w Buenos Aires. 
Człowiek, któremu niesamowicie na sercu leżą problemy społeczne – z którymi miał okazję, jak w mało którym miejscu świata, zetknąć się w slumsach argentyńskich. Zadziwiał, gdy w roku kreacji kardynalskiej podczas wielkoczwartkowej litugii umył nogi 12 trędowatym – tym najbardziej możliwie odrzuconym. Nie brzydził się. Widział w nich Jezusa, przychodzącego w sposób szczególny. 
Wydaje się, że nigdy nie dbał o sprawy materialne. Dla każdego – szczególnie w polskich realiach – normalnym jest, że biskup mieszka w okazałej rezydencji, ma limuzynę, szofera, a koniecznie sekretarza. On nie miał – jako kardynał także – żadnego z powyższych. Mieszkał do wyjazdu na konklawe w skromnym mieszkaniu na zapleczu katedry swojej diecezji. Gotował sobie sam. Kapelana/sekretarza nie potrzebował, wiedząc, że tym samym jakiejś grupie wiernych zabrakło by rąk i posługi tego kapłana. Po diecezji najczęściej, na co dzień, poruszał się komunikacją miejską – świat obiegły zdjęcia siedzącego w garniturze z koloratką kardynała, a to w metrze, a to w autobusie. 
Gdy obserwujemy go dzisiaj – zwykła papieska biała sutanna z pelerynką i pasem. Żadnych dodatków – mucetu z gronostajem (pojawił się w nim po raz pierwszy po wyborze, a potem wiele razy później, Benedykt XVI), camauro (ta śmieszna czerwona czapka). Sutanna chyba nadal nie poprawiona – mam wrażenie, że w koloratce zbyt szeroka. Zamiast nowego pektorału (krzyża na piersi) – dotychczasowy, kardynalski. Zwykłe buty, żadne czerwone papieskie. W tej sferze zdecydowanie bezkompromisowy – na hasło ceremoniarza, aby ubrał pelerynę, miał odpowiedzieć, aby to kapelan sam ubrał pelerynę, a w ogóle to karnawał się już skończył. Dobrze, ta prostota przebija w każdym zakresie. Teoretycznie – nazywa się teraz Franciszek I – natomiast poprosił, aby mówić o nim po prostu: Franciszek. 
Skąd jego imię? Wytłumaczył sam dziennikarzom, że – gdy podczas konklawe sytuacja zaczynała wskazywać, iż może zostać wybrany – zaczął, siłą rzeczy, zastanawiać się nad ewentualnym imieniem; zwrócił się wtedy do niego, siedzący obok, kard. Claudio Hummes OFM i poprosił, aby pamiętał o ubogich. Wtedy przyszła myśl – Franciszek! Jak Franciszek z Asyżu. Jest w tym jakiś palec Boży – pracownik Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów ks. Arkadiusz Nocoń w serwisie info.wiara.pl mówił, iż jeszcze w toku kongregacji kardynałów widział na placu św. Piotra transapenty z napisem: „Aspettiamo Papa Francesco” (Czekamy na Papieża Franciszka). Mnie na myśl przychodzą 2 innych świętych jezuitów Franciszków: Salezy, XVI-wieczny apostoł Indii, pierwszy misjonarz Japonii, i jeden z pierwszych towarzyszy założyciela jezuitów Inigo de Loyoli, a także Borgiasz, również XVI-wieczny, potomek słynnego rodu Borgiów, generał jezuitów, współtwórca Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie, Polakom znany z tego, żę przyjął do nowicjatu zgromadzenia (późniejszego świętego) Stanisława Kostkę, znana postać kontrreformacji. W sumie 3 Franciszków, 3 osobowości, z których papież może bardzo obficie czerpać. 
Pierwszy od 1272 lat papież spoza Europy (otatni poprzednik nie będący Europejczykiem – św. Grzegorz III, Syryjczyk z pochodzenia, pontyfikat w latach 731-741). Pierwszy jezuita na Stolicy Piotrowej (jedyny kardynał z tego zgromadzenia biorący udział w konklawe) – co jest o tyle ewenementem i zaskoczeniem dla samych jezuitów, jako że nie przyjmują oni godności kościelnych (co nie przeszkadzało w latach 90. ubiegłego wieku do grona papabili zaliczać, nieżyjącego już, wybitnego jezuickiego biblisty i metropolity Mediolanu kard. Carla Marii Martiniego SI).
Nieustępliwy w kwestiach moralnych, moralny ortodoks, widział równocześnie poza sporem człowieka. Z ówczesnym prezydentem kraju Nestorem Kirchnerem spierał się za jego życia o sprawy rodziny i homoseksualistów, co nie przeszkodziło na pogrzebie tego człowieka powiedzieć pięknej homilii nie o potępieniu, a o otwartych ramionach Jezusa. Adopcję dzieci przez homoseksualistów nazwał wprost dyskryminacją dzieci – co spowodowało jego spór z obecną prezydent Argentyny. Nie rozumiał odmawiania chrztu dzieciom pochodzącym ze związków pozamałżeńskich. 
Niewątpliwie jest człowiekiem otwartym na ekumenizm – podczas jednego z nabożeństwa charyzmatycznych wspólnot nie tylko katolickich nie ograniczył się do nałożenia rąk na jego uczestników, ale pozwolił na dokonanie tego gestu w stosunku do jego osoby. Absolutnym przełomem i wydarzeniem niespotykanym dotąd w historii jest fakt, iż patriarcha Konstantynopola Bartłomiej I zapowiedział, iż weźmie udział we wtorkowej inauguracji pontyfikatu papieża Franciszka (co nie miało miejsca od daty historycznego podziału, schizmy wschodniej z 1054 r.), co musi świadczyć o wielkim szacunku braci prawosławnych dla tego, co w tak krótkim czasie teraz jako papież, a wcześniej jako kardynał prezentuje Franciszek. W swojej pracy duszpasterskiej miał bardzo dobre relacje z tamtejszą wspólnotą żydowską, już w dzień po wyborze został przez prezydenta Izraela zaproszony do odwiedzenia Ziemi Świętej, podziękował także osobiście z gratulacje, przesłane po wyborze przez głównego rabina Rzymu.
Żyjąc w wyjątkowo trudnym regionie świata korzystał z nowoczesnych i przez niektórych nie rozumianych metod duszpasterskich – wobec wysypu sekt w Argentynie, pozornie „fajniejszych” i „ciekawszych” od Kościoła chciał wypełniać Jezusem duchową pustkę, jaka pozostawała w ludziach po rozczerowaniu tymi grupami – na rogach ulic wystawiano chrzcielnice i zapraszano ludzi do ochrzczenia się (nazwał to „rygorystyczną i hipokrycką formą neoklerykalizmu”). Sprzeciwiał się aborcji i antykoncepcji. Apelował do bogatych i zwykłych ludzi, organizował zbiórki na rzecz najuboższych w supermarketach, angażując ludzi także następnie w dostarczanie zebranej pomocy bezpośrednio potrzebującym. Nie tylko pokazywał palcem, ale wskazywał konkretnych ludzi, jakby chcąc powiedzieć – ci biedni to nie jakiś abstrakcyjny problem, nie dotyczący mnie i ciebie, ale ludzie żyjący obok, tu i teraz, którym pomoc z nieba nie spadnie, i za których każdy z nas powinien być odpowiedzialny. Pracująca od 13 lat w Argentynie zmartwychwstanka  s. Karolina Frąk opowiedziała światu, jak ówczesny kardynał poprosił jej zgromadzenie, prowadzące dom opieki, o pomoc dla leczącej się wówczas psychicznie dziewczynki, aby po wyjściu ze szpitala mogła rozpocząć życie godne każdego dziecka; pomagał finansowo, dziewczyna wyzdrowiała i została szczęśliwie adoptowana. 
Posiada ogromne doświadczenie praktyczne wiary i pracy duszpasterskiej w Argentynie, czyli kraju Ameryki Łacińskiej – niewątpliwie dzisiejszego serca i kluczowego miejsca rozwoju Kościoła, gdzie rozwija się najbardziej dynamicznie (483 mln katolików tam wobec zaledwie 200 mln w Europie, ogromna ilość powołań). Europa to korzenie, powstanie, historia – dzisiaj punkt ciężkości Kościoła przesuwa się do Ameryki Łacińskiej właśnie i Afryki, nic dziwnego więc, że trzeba cieszyć się z faktu, iż na czele Kościoła staje człowiek, który zna z doświadczenia problemy tego regionu, tej kultury. Zna również problemy związane z teologią wyzwolenia, w myśl której chrześcijańska miłość bliźniego powinna przejawiać się w sprawiedliwości społecznej, nie politycznej – a ewangelicznej. 
Dlaczego został wybrany? 
Na pewno przez tą wręcz emanującą skromność, prostotę i dobroć. Nie należał nigdy i nie należy do struktur Kurii Rzymskiej ani episkopatu włoskiego – niewątpliwie skompromitowanej za pontyfikatu Benedykta XVI dezinformacją i aferami – zatem dający pewność dokonania koniecznych co do zasady zmian (ich czas i formę papież z pewnością wybierze odpowiednio); konieczne są działania w zakresie przynajmniej częściowego ujawnienia finansów Stolicy Apostolskiej wobec powtarzających się problemów i zarzutów związanych z brakiem zapobiegania praniu tzw. brudnych pieniędzy. Jego kandydatura była w tym sensie naturalna, iż na konklawe w 2005 r. podobno uzyskał drugą ilość głosów, tuż za kard. Josephem Ratzingerem. Musiał posiadać duże poparcie kardynałów elektorów spoza Europy – jego wybór zapadł relatywnie szybko. Media donosiły, iż w sposób dostrzegalny dla innych publicznie przed głosowaniami już na konklawe poparcia udzielił mu dotychczasowy sekretarz stanu kard. Tarcisio Bertone SDB, co miało mieć znaczenie dla wzrostu popularności kard. Bergoglia. Poparcie jego kandydatury dla optujących za wyborem Włocha mogło być tym łatwiejsze, iż pomimo argentyńskiego paszportu, posiada włoskie korzenie. Jak to zostało ujęte dość obrazowo i krótki – właściwy człowiek do posprzątania watykańskiego bałaganu. Wybór, który przyniósł coś nowego, nieoczekiwanego. Przewietrzenie Kościoła. Franciszek, do którego – jak w XIII wieku – Bóg mówi: „Odbuduj mój Kościół”, który niewątpliwie dzisiaj potrzebuje zmian. 
Podbił świat już swoim pierwszym wystąpieniem, kiedy stanął na loggi bazyliki św. Piotra przed wypełnionym placem św. Piotra i milionami ludzi w telewizorach. W mojej ocenie – nieco przestraszony i przytłoczony rozmiarem sytuacji i tym, że oczy wszystkich skupiały się właśnie na nim – a jednocześnie wyjątkowo spokojny, jakby stworzony do roli, jaką rozpoczynał. 

Bracia i siostry, dobry wieczór.

Dobrze wiecie, że zadaniem konklawe było wybranie biskupa dla Rzymu. Wydaje się, że moi bracia kardynałowie wybrali go z końca świata. Dziękuję wam za przyjęcie, wspólnoto diecezjalna Rzymu. Dziękuję wam. Przede wszystkim chciałbym pomodlić się za emerytowanego biskupa Rzymu. Módlmy się aby Pan błogosławił mu, a NMP strzegła.

Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu… 

A teraz rozpoczynamy tę wspólną wędrówkę – biskup i lud. Jest to wędrówka Kościoła rzymskiego, który przewodniczy całemu Kościołowi. Módlmy się za siebie, za cały świat. Życzę wam, aby ta droga Kościoła, którą dzisiaj rozpoczynamy służyła ewangelizacji tego pięknego miasta. A teraz chciałbym udzielić błogosławieństwa, ale najpierw proszę was, zanim biskup pobłogosławi, módlcie się żeby Pan błogosławił biskupa. Módlcie się za swojego biskupa,. W chwili ciszy pomódlcie się za mnie. 

Udzielam błogosławieństwa Wam i całemu światu, wszystkim kobietom i mężczyznom dobrej woli. 

Bracia i siostry, bardzo dziękuję za przyjęcie, módlcie się za mnie. Wkrótce zobaczymy się. Jutro chciałbym pomodlić się do Matki Bożej, aby strzegła Rzymu. Dobranoc i dobrego odpoczynku.

Buona sera – dobry wieczór, pozdrowienie – powiedział by ktoś – laickie, ale jednocześnie bez wątpienia skierowane nie tylko do katolików i chrześcijan, ale wszystkich ludzi dobrej woli słuchających go. Ani razu nie użył słowa „papież”, mówił o biskupie i diecezji Rzymu, ewangelizacji wszystkich ludzi.

Żartobliwa aluzja – że przychodzi z końca świata – tyle, że dzisiaj to właśnie ów koniec świata w Ameryce Łacińskiej przedstawia wielkie problemy społeczne, a zarazem właśnie tam Kościół tak prężnie się rozwija; nie w Europie, która przyzwyczaiła się do bycia odwiecznym centrum i pępkiem świata. Papież Franciszek przychodzi dzisiaj, aby tę Europę – katolicką już głównie z tradycji – obudzić, potrząsnąć, przypomnieć, co jest najważniejsze.

Papież modlitwy – tak można Franciszka nazwać już dzisiaj. Nie tylko mówi, ale modli się z ludźmi, do któych Bóg właśnie go posłał, a których symbolicznie reprezentuje diecezja rzymska. Najpierw za swojego poprzednika – pamięta o nim, choć to także sytuacja raczej w kategorii novum. Nie błogosławi potem wiernych – wykonuje gest dla Europejczyków niezrozumiały, ale powszechny w jego rodzinnych stronach: prosi najpierw o błogosławieństwo w cichej modlitwie dla siebie, a dopiero następnie sam udziela urbi et orbi, miastu i światu apostolskiego błogosławieństwa.

Na tym nie koniec zadziwiania. Wieczorem po wyborze papieża dzwonił jeszcze prywatnie do swoich znajomych z Rzymu, by z nimi porozmawiać.

Nie wprowadza się do Pałacu Apostolskiego – jego apartament papieski będzie w najbliższym czasie remontowany. Pozostaje w Domu św. Marty, czyli miejscu zakwaterowania elektorów, który wybudował w swojej przezorności jeszcze bł. Jan Paweł II. Zajmie pokój nr 201. Gdy przyjeżdżał do Rzymu, jak wspomina ks. Arkadiusz Nocoń, zatrzymywał się w międzynarodowym domu księży koło Panteonu – dokąd również udał się po wyborze, do pokoju nr 203, po swoje bagaże, których nie zabrał na konklawe. Żadna limuzyna – zwykły watykański samochód. Wszedł sam, zabrał wszystko sam… i zapłacił.

W piątek odwiedził w Klinice Piusa XI, przebywającego tam po zawale, 90-letniego kard. Ivana Diasa – gest bardzo podobny do tego, gdy w 1978 r. Jan Paweł II od razu odwiedził w szpitalu krakowskiego kolegę abp. Andrzeja Dsekura, sparaliżowanego w trakcie konklawe. Rozmawiał z chorym i jego lekarzem, błogosławił pacjentów, w kaplicy szpitalnej pozdrowił całą wspólnotę.

Wprost zaapelował, aby ludzie dali sobie spokój z pielgrzymko-wycieczkami na wtorkową inaugurację pontyfikatu, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze spożytkowali na dzieła miłosierdzia na rzecz ubogich i potrzebujących (co, jak zwykle, nasz metropolita miał najwyraźniej w głębokim poważaniu, ponieważ jeszcze 13 marca zaczęło się huczne przygotowywanie wypadu do Rzymu, co uznać należy za dość dziwne i niezrozumiałe, biorąc pod uwagę powszechnie opiswane w mediach zadłużenie diecezji; nic dziwnego – chyba trudniej między nim a papieżem o większą skrajność i odmienność…)

Z kardynałami przemieszczał się normalnie dalej autobusem. Również z nimi jada posiłki. Nie wiadomo, czy powoła kogoś na stanowisko swojego sekterarza – czy też uzna, iż wystarczająca jest funkcja prefekta domu papieskiego (abp Georg Gaenswein).

herb papieski Franciszka I

Nie podjął dotąd decyzji odnośnie swojego zawołania (dotychczasowe: Miserando atque eligendo, Z miłosierdziem i wybraniem). Dopiero też dzisiaj zostali też przywróceni do urzędu szefowie dykasterii Kurii Rzymskiej, którzy ustąpili ze swych funkcji w chwili zakończenia poprzedniego pontyfikatu – co wydaje się być formalnością, ponieważ mało kto ma wątpliwości co do tego, iż nastąpią duże zmiany na kluczowych stanowiskach Kurii Rzymskiej, w tym stanowisku sekretarza stanu; nie bez powodu papież zatwierdził ich tymczasowo. Natomiast wydaje mi się, że stanowisko zachowa ks. Federico Lombardi SI, również jezuita, który w powszechnym mniemaniu bardzo dobrze poradził sobie z informowaniem o sytuacji w Watykanie w czasie sede vacante i konklawe. Prawdopodobnie pierwszy raz ingres do katedry biskupa Rzymu – tak, nie bazyliki św. Piotra, a bazyliki św. Jana na Lateranie – odbędzie się dopiero po uroczystości Zmartwychwstania, przez co Msza Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek będzie miała miejsce wyjątkowo w bazylice św. Piotra.

Dzisiaj papież spotkał się w Aulii Pawła VI z dziennikarzami. Podkreślił, że Chrystus jest centrum Kościoła, zaś Ojciec Święty jest jedynie Jego sługą, Wikariuszem, Następcą Apostoła Piotra. Wskazał również, iż ma marzenie – „Och, jakże bardzo chciałbym Kościoła ubogiego i dla ubogich!” – nie pozostawiające złudzenia co do tego, nad jaką grupą społeczną niewątpliwie szczególnie się pochyli, ale także jaki w jego ocenie Kościół być powinien (albo inaczej – jaki być nie powinien), w jaki sposób Kościół powinienb być bogaty. Zaznaczył, iż o wydarzeniach z historii Kościoła powinno się mówić z perspektywy wiary, wskazywał też, jak ową perspektywę wiary należy rozumieć. Posłużył się pod adresem dziennikarzy słowami: „Abyście usiłowali jak najpełniej poznać prawdziwą naturę Kościoła, a także jego drogę w świecie, z jego zaletami i grzechami oraz poznawali motywacje duchowe, które go prowadzą i są najbardziej właściwe dla jego zrozumienia”. Czyli zwrócił uwagę na to, że wskazał też pewne wprost wymagania adresowane do dziennikarzy. Zakończył zaś pięknym błogosławieństwem, skierowanym nie tylko do wierzących: „Biorąc pod uwagę, że wielu z was nie należy do Kościoła katolickiego, że są też osoby niewierzące, udzielam z serca tego błogosławieństwa w ciszy, każdemu z was, szanując sumienie każdego, wiedząc jednak, że każdy z was jest Bożym dzieckiem. Niech Bóg wam błogosławi”.

Jak jest odbierany nowy papież? Niewątpliwie bardziej niż pozytywnie – i to nie tylko przez pobożnych katolików. Jeden z publicystów portalu gazeta.pl w wieczór wyboru Franciszka napisał o nim: „Mówi prosto, z wielką pewnością treści, a małą pewnością formy. Jest silny w swojej słabości. Jest chyba dobrym człowiekiem. Przede mną, który wszystko, co uważam za wiarę, przeżywam poza jakimkolwiek Kościołem, otwiera jakąś furtkę, za którą migoce zbliżenie. Obiecuje mi skromność, prostotę, chwile świeżego natchnienia. Wszystko, czego oczekuję od papieża, to niezasłanianie. Mam wrażenie, że ten papież nie będzie zasłaniał mi Boga. A nawet, że czasami będziemy patrzeć w stronę Boga stojąc obok siebie. Nie spodziewam się po Kościele, że będzie akceptował moje wybory etyczne czy seksualne. Już wiem, że w tych wyborach pozostanę sam. Jego nieprzejednanie sprawia, że czuję się poza Kościołem, i wolę to przyznać, niż zarzucać Kościołowi, że nie chce być na mój obraz i podobieństwo. We Franciszku widzę więc towarzysza drogi, z którym jestem związany tylko dobrą wolą. Niczego więcej nie chcę. Nie spodziewam się po nim słów nienawiści do nikogo. Tego oczekiwałem, to mam”.

Dlaczego? Ponieważ daje nadzieję na odmitologizowanie struktów i urzędów Kościoła, przybliżenie biskupów do ludzi i przypomnienie im, do czego tak naprawdę są powołani i komu mają służyć, przypomina o świeckich i ich roli w Kościele, czyli akcentuje treść, a nie najpiękniejszą nawet formę. Reforma Kurii Rzymskiej i porządkowani problemów pedofilii w Kościele to tylko jeden z wielu aspektów i zadań przed papieżem. Bóg, na szczęście, zrobił wszystkim – wierzącym i nie, kalkulującym wybory i typującym papabili na konklawe – prezent, a zarazem psikusa, powołując na Stolicę Piotrową tego właśnie Jorge Mario – Franciszka, który najwyraźniej nie zamierza ani trochę zmieniać swoich przyzwyczajeń, sposobu bycia, priorytetów, a wręcz przeciwnie: biorąc sobie do serca to, jakim człowiekiem był jego imiennik z Asyżu, najwyraźniej zamierza (w dobrym tego słowa znaczeniu) namieszać w Kościele co najmniej tyle, co tamten.

I bardzo dobrze, może dzięki niemu skostniały i po prostu popadający w ruinę Kościół w Europie, w nim także  polski Kościół, od odejścia bł. Jana Pawła II nie umiejący sobie chyba poradzić z żadnym problemem w jego dotyczącym, zaczerpnie nieco z bogactwa i charyzmatyczności, prostoty, autentyczności i priorytetów, a także (może głównie) żywiołu Kościoła w Ameryce Łacińskiej – tak bardzo dla nas nowatorskiej i niezrozumiałej.

Czas na wietrzenie!

Habemus

No i mamy.

Nie wiemy, kogo, bo nowy papież pewnie w tej chwili przyjmuje homagium kolegium kardynalskiego lub ubiera się w białą sutannę (ciekawe, czy „trafi” w któryś z 3 przygotowanych rozmiarów), można się domyślać. W TVN24 mówili o kard. Angelo Comastrim, bp. Pieronek wspomniał coś o jednym z dwóch faworytów – kard. Angelo Scoli. Ja dzisiaj przypomniałem sobie, w kontekście mojego „typowania” kandydatów 2 wpisy wstecz, o pominiętym nieopatrznie bardzo dobrym kandydacie – kard. Seanie Patricku O’Malleyu OFMCap., metropolicie Bostonu. Szybkość dokonania wyboru sugerować może jedno z dwóch:  jeden z faworytów, albo bardzo szybki kompromis co do innej osoby. 
Niewątpliwie modlitwy całego Kościoła zostały wysłuchane i pewnie ok. godz. 20:00 dowiemy się, kim jest 266 następca św. Piotra. To człowiek, kimkolwiek by był, któremu modlitwy wszystkich ludzi dobrej woli w jego misji niewątpliwie w dzisiejszych realiach świata i Kościoła będą bardzo potrzebne.