Nie stracić wiary w Watykanie

Dzisiaj kilka słów o książce, którą czytałem już jakiś czas temu – pod koniec sierpnia. Publikacja Więzi, wywiad-rzeka Cezarego Gawrysia z dr. Stefanem Frankiewiczem, członkiem pierwszego składu polskiego wydania L’Oservatore Romano (1979-1989), a następnie naczelnego tejże Więzi (1989-1995) i wreszcie pierwszego ambasadora III przy Stolicy Apostolskiej (1995-2001). Książka pod intrygującym tytułem „Nie stracić wiary w Watykanie”. Pomijając to, że zaintrygował mnie sam tytuł, uważam, że jest to publikacja bardzo ciekawa, ponieważ pozwala na wyobrażenie sobie w jakimś stopniu, jak wyglądały realia osób zaangażowanych w media katolickie czy to jeszcze w czasach głębokiego PRLu, czy to u jego schyłku; wreszcie, pokazuje delikatne niuanse dotyczące tego, jak wygląda praca dyplomatyczna i to jedyna w swoim rodzaju – bo na placówce w Watykanie.

Czytaj dalej →

Minął rok

Najdrożsi Bracia,
zawezwałem was na ten konsystorz nie tylko z powodu trzech kanonizacji, ale także, aby zakomunikować wam decyzję o wielkiej wadze dla życia Kościoła. Rozważywszy po wielokroć rzecz w sumieniu przed Bogiem, zyskałem pewność, że z powodu podeszłego wieku moje siły nie są już wystarczające, aby w sposób należyty sprawować posługę Piotrową. Jestem w pełni świadom, że ta posługa w jej duchowej istocie powinna być spełniana nie tylko przez czyny i słowa, ale w nie mniejszym stopniu także przez cierpienie i modlitwę. Niemniej, aby kierować łodzią św. Piotra i głosić Ewangelię w dzisiejszym świecie, podlegającym szybkim przemianom i wzburzanym przez kwestie o wielkim znaczeniu dla życia wiary, niezbędna jest siła zarówno ciała, jak i ducha, która w ostatnich miesiącach osłabła we mnie na tyle, że muszę uznać moją niezdolność do dobrego wykonywania powierzonej mi posługi. Dlatego, w pełni świadom powagi tego aktu, z pełną wolnością, oświadczam, że rezygnuję z posługi Biskupa Rzymu, Następcy Piotra, powierzonej mi przez Kardynałów 19 kwietnia 2005 roku, tak że od 28 lutego 2013 roku od godziny 20.00 rzymska stolica, Stolica św. Piotra, będzie zwolniona (sede vacante) i będzie konieczne, aby ci, którzy do tego posiadają kompetencje, zwołali konklawe dla wyboru nowego Papieża.
Najdrożsi Bracia, dziękuję wam ze szczerego serca za całą miłość i pracę, przez którą nieśliście ze mną ciężar mojej posługi, i proszę o wybaczenie wszelkich moich niedoskonałości. Teraz zawierzamy Kościół święty opiece Najwyższego Pasterza, naszego Pana Jezusa Chrystusa, i błagamy Jego Najświętszą Matkę Maryję, aby wspomagała swoją matczyną dobrocią Ojców Kardynałów w wyborze nowego Papieża. Jeśli o mnie chodzi, również w przyszłości będę chciał służyć całym sercem, całym oddanym modlitwie życiem świętemu Kościołowi Bożemu.
Watykan, 10 lutego 2013 r.
Minął rok czasu od tej decyzji, jaką Benedykt XVI zadziwił świat, a najbardziej Kościół. Bo ten właśnie człowiek, który uważany był za „pancernego”, jak go nie do końca życzliwi przedstawiali, zdecydował się na krok bez precedensu, z jednym podobnym w zamierzchłym średniowieczu (Celestyn V). Zrezygnował z godności biskupa Rzymu – bo tak chyba należało by to nazwać, bowiem papieżem pozostał, tyle że emerytem. 
Dla wielu z nas był to bardzo trudny moment. Co dalej będzie? Świat nie zmienił kierunku, wszystko działo się jakby normalnie – poza perspektywą, że teraz w Kościele będą równolegle dwaj papieże, przy czym żaden z nich nie był antypapieżem. Benedykt XVI zrozumiał, iż papieska emerytura nie jest czymś nietaktownym, złym czy błędnym – i realnie dokonując oceny swoich sił, podjął decyzję. Chociaż głosy były różne – moim zdaniem to posunięcie Kościołowi pomogło, i to bardzo. 
Dzisiaj – nie zawsze we właściwym kontekście i w duchu jego przesłania – papież Franciszek, wybrany po Benedykcie XVI, cytowany jest często, uznano go za człowieka roku znanego tygodnika, jest popularny medialnie i generalnie lubiany. Wiele jego gestów czy czynów jest nadinterpretowanych, wyciąga się z nich błędne wnioski, waląc w źle rozumianą nową wiosnę Kościoła i zwiastując zmiany właściwie wszystkiego, co stanowi Kościół, według ludzkiego widzimisię. A papież Bergoglio, niezmiennie uśmiechnięty, choć często stanowczy i wyczulony szczególnie na ludzką biedę, w wyjątkowo prosty i piękny sposób idzie swoją drogą, pokazując światu Boga. Zmienił wiele – zarówno w zakresie wizerunku samego papieża, jak i Watykanu – ruszają zmiany administracyjne, znikają relikty stanowiące niezbyt uzasadnione i sensowne posunięcia (przykład – tytuły papieskie prałatów), papież sam daje przykład prostoty i nie przywiązywania wagi do rzeczy, strojów, a stawiania na pierwszym miejscu człowieka, także niewierzącego, zagubionego, potrzebującego. Porównanie go do Franciszka z Asyżu sprzed tych 800 lat jest mocno trafione. 
Dlatego pomodlę się dzisiaj – za nich obydwu. Dla Benedykta o siły i zdrowie do dalszego wspierania Kościoła swoją obecnością i modlitwą. Dla Franciszka o zapał i Boże dary na drodze kontynuowania odnowy Kościoła. 

Kościół to nie rewia mody

Dzisiaj o decyzji papieża wprawdzie zeszłorocznej, jednakże upublicznionej już po nowym roku. Mianowicie chodzi o restrukturyzację papieskich tytułów honorowych – potocznych prałatów i infułatów. 
Zamiast dotychczasowych trzech – dwóch zwanych prałatami (Kapelan Jego Świątobliwości – rokieta, fioletowy pas, sutanna z lamówką, fioletowy pompon w birecie; Prałat Honorowy Jego Świątobliwości – rokieta, fioletowa sutanna biskupia, fioletowy pas oraz fioletowy pompon w birecie) oraz infułata (rokieta, mantolet, fioletowa sutanna biskupia, fioletowy pas, fioletowy pompon w birecie, dystynktorium na piersi, biała infuła) – Franciszek pozostawia zunifikowany jeden tytuł: Kapelana Jego Świątobliwości. Dodatkowe obwarowanie – wymagany wiek 65 lat dla kapłana, który ma być tym tytułem odznaczony. 
Oczywiście, lex retro non agit, zatem dotychczas mianowani prałaci i infułaci nadal zachowują swoje tytuły – natomiast możemy być pewni, że nowych nominacji będzie zdecydowanie mniej. Bardzo dobrze krótko podsumował to rzecznik KEP ks. Józef Kloch: „Zbliżamy się zapewne do Kościoła z czasów apostolskich, a więc Kościoła, który był znacznie prostszy”. 
Ja, powiem szczerze, bardzo się z tego cieszę. O tej sytuacji dowiedziałem się – dzień przed jej publicznym potwierdzeniem – z profilu facebookowego ks. Kazimierza Sowy, który również nie krył entuzjazmu. Krok wg mnie zdecydowanie dobry i we właściwym kierunku. Za Piusa X potoczni infułaci mieli karnawał pełną gębą – bowiem ich stroje nie różniły się niczym od biskupich, co zmieniła soborowa reforma liturgiczna dopiero. Dzisiaj wystarczy wejść na jakąkolwiek stronę diecezji, odszukać zakładkę w stylu „godności papieskie” i widać, ilu jest w danej diecezji zasłużonych… a tak naprawdę: ilu księży dany biskupów postanowił uhonorować, bowiem, o ile wiem, nominacje przechodziły przez Watykan zazwyczaj dosłownie automatycznie, czyli przyklepywano wybór danego ordynariusza. 
Tak, megalomanii było sporo, co niejednokrotnie widziałem na własne oczy. Jakakolwiek uroczystość diecezjalna stanowiła oczywisty pretekst, aby zaprezentować się raz kolegom „po fachu”, a przede wszystkim ludowi wiernemu w galowym uniformie – czyli dawaj, wszystkie ozdóbki, pasy, podbijane fioletem komże (rokiety), rozcięty jakby na pół z przodu fioletowy płaszcz (infułacki mantolet), kolorowe pompony w biretach, błyszczące dystynktoria na piersiach… Jak na jarmarku odpustowym. I widać było nie raz i nie dwa razy dumę – mam więcej błyskotek od tego tam. Niektórzy mówią, że mężczyźni licytują się zegarkami, telefonami czy samochodami – ja mam wrażenie, że w wypadku kleru dochodzą jeszcze „ozdóbki branżowe”. Im bardziej fioletowo, tym fajniej. Czasami – jak w przypadku bardzo przeze mnie lubianego bp. Ryszarda Kasyny, dzisiaj w Pelplinie – dochodziło do absurdalnej sytuacji, że na wizytacji czy bierzmowaniu biskup był ubrany normalnie (stronił od fioletów, czasami ubrał sutannę z obszywką, chyba w życiu go nie widziałem z pasem) niż stado księży naokoło; biskup wyróżniał się mitrą (chyba, że akurat trafił się infułat w infule…) i pastorałem. Dziwactwa te dość ciekawie opisał w jednym ze swoich tekstów x Adam Boniecki:

Sądzę, że nadawanie tytułów honorowych jest dla biskupa wygodnym sposobem wyrażania uznania, wyróżnienia zasłużonych. Wyróżnionemu zaś (wszyscy jesteśmy ludźmi!) liturgiczny strój ozdobiony jakimś fioletowym dodatkiem daje poczucie własnej wartości. Kto nigdy nie cierpiał z tego powodu, że nie został doceniony przez przełożonych, niech pierwszy rzuci w kanoników kamieniem. Można rzec, że nikt na tych kościelnych tytułach nie traci a zyskują: utytułowany (oczywiste), parafia (honor dla parafii), rodzina (honor dla rodziny), biskup (otrzymując tradycyjny gest wdzięczności za promocję), i liturgia, bo kolorowe stroje kanoników i prałatów niby polne maki ożywiają obraz każdej kościelnej procesji.

Cieszę się, bo – jak czytam tu i tam w tekstach internetowych – okazuje się, że dziwactw w tym zakresie było bardzo dużo. Przeraziło mnie, gdy wyczytałem: „Są diecezje w Polsce, w których pewne tytuły są przyznawane „z automatu”, gdy tylko kandydat osiągnie wymagany wiek i  liczbę lat kapłaństwa” (Onet). Jakaś pomyłka. Z własnego diecezjalnego podwórka znam wiele przegięć, niewątpliwie zapoczątkowanych i kultywowanych namiętnie przez obecnego metropolitę. Bo jak inaczej nazwać nominację prałacką dla księdza 10 lat po święceniach, czyli lat 35? I nominacje za stołki – klasyka. Facet z jakiegoś tam powodu mianowany na kurialny stołeczek – kanclerza, dyrektora jakiegoś tam wydziału kurii, notariusza itp. – jak nic w max rok po fakcie dostaje jakiś gadżecik do garderoby: a tu kanonika, a tu prałata. Ludzie patrzą, dziwią się – ani to duszpasterz, ani nawet w tej kurii nic nie zrobił jeszcze (bo nie zdążył) – a dostaje przysłowiowego banana. Po co? Nie wiadomo. Żeby ego rosło chyba tylko. Tym bardziej, że – w opisywanych przeze mnie przypadkach – najczęściej osoby te to niestety miernoty z duszpasterskiego punktu widzenia, a kuria stała się kółeczkiem wzajemnej adoracji, całkowicie oderwanym od rzeczywistości i zapatrzonym w swojego Gener… przepraszam, biskupa. I odwrotnie – księża, którzy dużo robią, starają się (naprawdę, nie dla pozoru i dla biskupa), działają w parafiach, budują kościoły – nie dostają nic, bo i po co; porządny to i bez tytułów będzie robił swoje. Bardzo szanowałem swojego, nieżyjącego od kilku lat, proboszcza – który jako prałat mogący chodzić w fioletach w życiu nigdy chyba nie założył tychże fioletów; na przyjazd Jana Pawła II założył tylko sutannę z lamówką i pas. 
W mojej ocenie decyzja papieża to dobry krok – jako początek. Bo zmiany dotyczą księży diecezjalnych – zatem prałactwo de facto trzystopniowe pozostanie w Kurii Rzymskiej. Po co? Nie rozumiem. Siedmiu (bodajże) protonotariuszy apostolskich de nomero ma rację bytu o tyle, iż zajmują się oni faktycznie papieskimi dokumentami i, o ile pamiętam, mogą potwierdzać papieski podpis. Ok. A cała reszta, tych supra numerum (nadliczbowych) – po co? Nie wiem. To po pierwsze. Po drugie – pozostaje, w Polsce ciągle bardzo żywa, historia przedziwnych i najróżniejszych ozdóbek, do jakich mają prawa członkowie poszczególnych kapituł w diecezjach – przy katedrach, konkatedrach, kolegiatach itp. itd. A poza kapitułami – rozdawane ochoczo przez biskupów na prawo i lewo przywileje rokiety i mantoletu dla księży. Tego papież nie ruszył – bo pewnie i kwestia trudniejsza, choć tutaj nadal karnawał kwitnie (wystarczy wyobrazić sobie mucety fioletowe). To również wymaga ujednolicenia i po prostu ukrócenia. Czytałem w tych dniach też postulaty dotyczące zniesienia tytułów biskupów w zakresie służby dyplomatycznej Stolicy Apostolskiej – właściwie, czemu nie, tym bardziej że praca to mocno dyplomatyczna, do której kierowani są ludzie bardzo często nie mający w swoim kapłańskim życiu nic (lub prawie nic) wspólnego z duszpasterstwem, którzy niekiedy nigdy nie trafią do pracy w żadnej diecezji. Więc po co taki ma być biskupem?
Na koniec – mądry cytat z Franciszka Kucharczaka, GN:

Może kiedyś takie tytuły były do czegoś przydatne, ale dziś już na pewno nie. Dziś to już tylko relikt. Relikty czasem warto zachowywać jako zabytki, ale chyba nie te, bo się po prostu źle kojarzą. Podobnie jak „ekscelencje” i inne „encje”. Jasne, że to tylko zewnętrzna strona tego, co w środku może być całkiem pokorne. Ale jednak chyba lepiej żeby to, co wewnętrzne było spójne z tym, co zewnętrzne. Dlaczego nie mamy być czytelni? Dziś społeczeństwa bardziej niż na słowa reagują na gesty. Zauważa się obrazki, a nie teksty. Dlatego to chyba świetnie, że społeczeństwo otrzymuje komunikat drogą „obrazkową”, że Kościół wciąż jest ubogi i pokorny. Bo jest – od wieków. Od dwóch tysięcy lat święci Kościoła (a jest ich znacznie więcej niż się wydaje) odkrywają wciąż na nowo moc i autentyzm Ewangelii, ale też od dwóch tysięcy lat Kościół jest atakowany pokusami blichtru i pustej fanfaronady. Pewnie, że mnóstwo prałatów i infułatów to dzielni i oddani pracownicy Kościoła, ale równie dzielne i oddane (a może i bardziej) są na przykład chrześcijańskie matki rodzin, a one nigdy żadnego tytułu na ziemi nie dostaną. I też nie muszą, bo Jezus wezwał do gromadzenia skarbu w niebie. Pytanie więc, czy duchowni muszą. Uważam, że nie.

Karnawał się skończył – bez względu na to, czy Franciszek w dniu swojego wyboru powiedział to w tych właśnie dosłownie słowach, czy w inny sposób dał to do zrozumienia. Daje to do zrozumienia nadal, bardzo czytelnie. I o to chodzi. Kościół to nie rewia mody.  

Nowe płuco Kościoła

Natłok myśli, odczuć, informacji. Cały świat „zwariował” na punkcie papieża Franciszka, którym cieszymy się od 4 dni – i to bardzo pozytywnie, z małymi wyjątkami. 
Miałem te słowa napisać nieco wcześniej, natomiast nie było kiedy. Może to i dobrze – było więcej czasu na zastanowienie się, próbę ogarnięcia tego wszystkiego myślami. 
Nie będę pisał o tym, co każdy może wyczytać w Wikipedii – kogo te fakty interesują, tam sięgnie. 76 latek, czyli rocznik 1936. Jezuita, wyświęcony w 1969 r. w „jezusowym” wieku 33 lat. Całą posługę biskupią – od maja 1992 r. – związany z metropolią Buenos Aires, gdzie posługiwał najpierw jako sufragan, po 5 latach jako koadjutor metropolity, wreszcie od 1998 r. jako metropolita. Kreowany kardynałem w lutym 2001 r. jeszcze przez bł. Jana Pawła II. 
Z wykształcenia technik chemik, w wieku 22 lat rozpoczął drogę do kapłaństwa. Także z młodości pochodzi pamiątka – papież, pomimo wieku, jest osobą o bardzo dobrym zdrowiu (co widać po sposobie chodzenia, ruchach, gestykulacji), pomimo iż po infekcji płuc w dzieciństwie posiada tylko jedno płuco. Nikt nie zarzuci mu braku znajomości życia świeckich ludzi i własnych doświadczeń – kochał, był nawet zaręczony, jego ówczesna narzeczona Amalia Demente żyje do dzisiaj. Pan Bóg skierował go jednak inną drogą, która poprowadziła do Towarzystwa Jezusowego, a później biskupiej posługi w Buenos Aires. 
Człowiek, któremu niesamowicie na sercu leżą problemy społeczne – z którymi miał okazję, jak w mało którym miejscu świata, zetknąć się w slumsach argentyńskich. Zadziwiał, gdy w roku kreacji kardynalskiej podczas wielkoczwartkowej litugii umył nogi 12 trędowatym – tym najbardziej możliwie odrzuconym. Nie brzydził się. Widział w nich Jezusa, przychodzącego w sposób szczególny. 
Wydaje się, że nigdy nie dbał o sprawy materialne. Dla każdego – szczególnie w polskich realiach – normalnym jest, że biskup mieszka w okazałej rezydencji, ma limuzynę, szofera, a koniecznie sekretarza. On nie miał – jako kardynał także – żadnego z powyższych. Mieszkał do wyjazdu na konklawe w skromnym mieszkaniu na zapleczu katedry swojej diecezji. Gotował sobie sam. Kapelana/sekretarza nie potrzebował, wiedząc, że tym samym jakiejś grupie wiernych zabrakło by rąk i posługi tego kapłana. Po diecezji najczęściej, na co dzień, poruszał się komunikacją miejską – świat obiegły zdjęcia siedzącego w garniturze z koloratką kardynała, a to w metrze, a to w autobusie. 
Gdy obserwujemy go dzisiaj – zwykła papieska biała sutanna z pelerynką i pasem. Żadnych dodatków – mucetu z gronostajem (pojawił się w nim po raz pierwszy po wyborze, a potem wiele razy później, Benedykt XVI), camauro (ta śmieszna czerwona czapka). Sutanna chyba nadal nie poprawiona – mam wrażenie, że w koloratce zbyt szeroka. Zamiast nowego pektorału (krzyża na piersi) – dotychczasowy, kardynalski. Zwykłe buty, żadne czerwone papieskie. W tej sferze zdecydowanie bezkompromisowy – na hasło ceremoniarza, aby ubrał pelerynę, miał odpowiedzieć, aby to kapelan sam ubrał pelerynę, a w ogóle to karnawał się już skończył. Dobrze, ta prostota przebija w każdym zakresie. Teoretycznie – nazywa się teraz Franciszek I – natomiast poprosił, aby mówić o nim po prostu: Franciszek. 
Skąd jego imię? Wytłumaczył sam dziennikarzom, że – gdy podczas konklawe sytuacja zaczynała wskazywać, iż może zostać wybrany – zaczął, siłą rzeczy, zastanawiać się nad ewentualnym imieniem; zwrócił się wtedy do niego, siedzący obok, kard. Claudio Hummes OFM i poprosił, aby pamiętał o ubogich. Wtedy przyszła myśl – Franciszek! Jak Franciszek z Asyżu. Jest w tym jakiś palec Boży – pracownik Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów ks. Arkadiusz Nocoń w serwisie info.wiara.pl mówił, iż jeszcze w toku kongregacji kardynałów widział na placu św. Piotra transapenty z napisem: „Aspettiamo Papa Francesco” (Czekamy na Papieża Franciszka). Mnie na myśl przychodzą 2 innych świętych jezuitów Franciszków: Salezy, XVI-wieczny apostoł Indii, pierwszy misjonarz Japonii, i jeden z pierwszych towarzyszy założyciela jezuitów Inigo de Loyoli, a także Borgiasz, również XVI-wieczny, potomek słynnego rodu Borgiów, generał jezuitów, współtwórca Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie, Polakom znany z tego, żę przyjął do nowicjatu zgromadzenia (późniejszego świętego) Stanisława Kostkę, znana postać kontrreformacji. W sumie 3 Franciszków, 3 osobowości, z których papież może bardzo obficie czerpać. 
Pierwszy od 1272 lat papież spoza Europy (otatni poprzednik nie będący Europejczykiem – św. Grzegorz III, Syryjczyk z pochodzenia, pontyfikat w latach 731-741). Pierwszy jezuita na Stolicy Piotrowej (jedyny kardynał z tego zgromadzenia biorący udział w konklawe) – co jest o tyle ewenementem i zaskoczeniem dla samych jezuitów, jako że nie przyjmują oni godności kościelnych (co nie przeszkadzało w latach 90. ubiegłego wieku do grona papabili zaliczać, nieżyjącego już, wybitnego jezuickiego biblisty i metropolity Mediolanu kard. Carla Marii Martiniego SI).
Nieustępliwy w kwestiach moralnych, moralny ortodoks, widział równocześnie poza sporem człowieka. Z ówczesnym prezydentem kraju Nestorem Kirchnerem spierał się za jego życia o sprawy rodziny i homoseksualistów, co nie przeszkodziło na pogrzebie tego człowieka powiedzieć pięknej homilii nie o potępieniu, a o otwartych ramionach Jezusa. Adopcję dzieci przez homoseksualistów nazwał wprost dyskryminacją dzieci – co spowodowało jego spór z obecną prezydent Argentyny. Nie rozumiał odmawiania chrztu dzieciom pochodzącym ze związków pozamałżeńskich. 
Niewątpliwie jest człowiekiem otwartym na ekumenizm – podczas jednego z nabożeństwa charyzmatycznych wspólnot nie tylko katolickich nie ograniczył się do nałożenia rąk na jego uczestników, ale pozwolił na dokonanie tego gestu w stosunku do jego osoby. Absolutnym przełomem i wydarzeniem niespotykanym dotąd w historii jest fakt, iż patriarcha Konstantynopola Bartłomiej I zapowiedział, iż weźmie udział we wtorkowej inauguracji pontyfikatu papieża Franciszka (co nie miało miejsca od daty historycznego podziału, schizmy wschodniej z 1054 r.), co musi świadczyć o wielkim szacunku braci prawosławnych dla tego, co w tak krótkim czasie teraz jako papież, a wcześniej jako kardynał prezentuje Franciszek. W swojej pracy duszpasterskiej miał bardzo dobre relacje z tamtejszą wspólnotą żydowską, już w dzień po wyborze został przez prezydenta Izraela zaproszony do odwiedzenia Ziemi Świętej, podziękował także osobiście z gratulacje, przesłane po wyborze przez głównego rabina Rzymu.
Żyjąc w wyjątkowo trudnym regionie świata korzystał z nowoczesnych i przez niektórych nie rozumianych metod duszpasterskich – wobec wysypu sekt w Argentynie, pozornie „fajniejszych” i „ciekawszych” od Kościoła chciał wypełniać Jezusem duchową pustkę, jaka pozostawała w ludziach po rozczerowaniu tymi grupami – na rogach ulic wystawiano chrzcielnice i zapraszano ludzi do ochrzczenia się (nazwał to „rygorystyczną i hipokrycką formą neoklerykalizmu”). Sprzeciwiał się aborcji i antykoncepcji. Apelował do bogatych i zwykłych ludzi, organizował zbiórki na rzecz najuboższych w supermarketach, angażując ludzi także następnie w dostarczanie zebranej pomocy bezpośrednio potrzebującym. Nie tylko pokazywał palcem, ale wskazywał konkretnych ludzi, jakby chcąc powiedzieć – ci biedni to nie jakiś abstrakcyjny problem, nie dotyczący mnie i ciebie, ale ludzie żyjący obok, tu i teraz, którym pomoc z nieba nie spadnie, i za których każdy z nas powinien być odpowiedzialny. Pracująca od 13 lat w Argentynie zmartwychwstanka  s. Karolina Frąk opowiedziała światu, jak ówczesny kardynał poprosił jej zgromadzenie, prowadzące dom opieki, o pomoc dla leczącej się wówczas psychicznie dziewczynki, aby po wyjściu ze szpitala mogła rozpocząć życie godne każdego dziecka; pomagał finansowo, dziewczyna wyzdrowiała i została szczęśliwie adoptowana. 
Posiada ogromne doświadczenie praktyczne wiary i pracy duszpasterskiej w Argentynie, czyli kraju Ameryki Łacińskiej – niewątpliwie dzisiejszego serca i kluczowego miejsca rozwoju Kościoła, gdzie rozwija się najbardziej dynamicznie (483 mln katolików tam wobec zaledwie 200 mln w Europie, ogromna ilość powołań). Europa to korzenie, powstanie, historia – dzisiaj punkt ciężkości Kościoła przesuwa się do Ameryki Łacińskiej właśnie i Afryki, nic dziwnego więc, że trzeba cieszyć się z faktu, iż na czele Kościoła staje człowiek, który zna z doświadczenia problemy tego regionu, tej kultury. Zna również problemy związane z teologią wyzwolenia, w myśl której chrześcijańska miłość bliźniego powinna przejawiać się w sprawiedliwości społecznej, nie politycznej – a ewangelicznej. 
Dlaczego został wybrany? 
Na pewno przez tą wręcz emanującą skromność, prostotę i dobroć. Nie należał nigdy i nie należy do struktur Kurii Rzymskiej ani episkopatu włoskiego – niewątpliwie skompromitowanej za pontyfikatu Benedykta XVI dezinformacją i aferami – zatem dający pewność dokonania koniecznych co do zasady zmian (ich czas i formę papież z pewnością wybierze odpowiednio); konieczne są działania w zakresie przynajmniej częściowego ujawnienia finansów Stolicy Apostolskiej wobec powtarzających się problemów i zarzutów związanych z brakiem zapobiegania praniu tzw. brudnych pieniędzy. Jego kandydatura była w tym sensie naturalna, iż na konklawe w 2005 r. podobno uzyskał drugą ilość głosów, tuż za kard. Josephem Ratzingerem. Musiał posiadać duże poparcie kardynałów elektorów spoza Europy – jego wybór zapadł relatywnie szybko. Media donosiły, iż w sposób dostrzegalny dla innych publicznie przed głosowaniami już na konklawe poparcia udzielił mu dotychczasowy sekretarz stanu kard. Tarcisio Bertone SDB, co miało mieć znaczenie dla wzrostu popularności kard. Bergoglia. Poparcie jego kandydatury dla optujących za wyborem Włocha mogło być tym łatwiejsze, iż pomimo argentyńskiego paszportu, posiada włoskie korzenie. Jak to zostało ujęte dość obrazowo i krótki – właściwy człowiek do posprzątania watykańskiego bałaganu. Wybór, który przyniósł coś nowego, nieoczekiwanego. Przewietrzenie Kościoła. Franciszek, do którego – jak w XIII wieku – Bóg mówi: „Odbuduj mój Kościół”, który niewątpliwie dzisiaj potrzebuje zmian. 
Podbił świat już swoim pierwszym wystąpieniem, kiedy stanął na loggi bazyliki św. Piotra przed wypełnionym placem św. Piotra i milionami ludzi w telewizorach. W mojej ocenie – nieco przestraszony i przytłoczony rozmiarem sytuacji i tym, że oczy wszystkich skupiały się właśnie na nim – a jednocześnie wyjątkowo spokojny, jakby stworzony do roli, jaką rozpoczynał. 

Bracia i siostry, dobry wieczór.

Dobrze wiecie, że zadaniem konklawe było wybranie biskupa dla Rzymu. Wydaje się, że moi bracia kardynałowie wybrali go z końca świata. Dziękuję wam za przyjęcie, wspólnoto diecezjalna Rzymu. Dziękuję wam. Przede wszystkim chciałbym pomodlić się za emerytowanego biskupa Rzymu. Módlmy się aby Pan błogosławił mu, a NMP strzegła.

Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu… 

A teraz rozpoczynamy tę wspólną wędrówkę – biskup i lud. Jest to wędrówka Kościoła rzymskiego, który przewodniczy całemu Kościołowi. Módlmy się za siebie, za cały świat. Życzę wam, aby ta droga Kościoła, którą dzisiaj rozpoczynamy służyła ewangelizacji tego pięknego miasta. A teraz chciałbym udzielić błogosławieństwa, ale najpierw proszę was, zanim biskup pobłogosławi, módlcie się żeby Pan błogosławił biskupa. Módlcie się za swojego biskupa,. W chwili ciszy pomódlcie się za mnie. 

Udzielam błogosławieństwa Wam i całemu światu, wszystkim kobietom i mężczyznom dobrej woli. 

Bracia i siostry, bardzo dziękuję za przyjęcie, módlcie się za mnie. Wkrótce zobaczymy się. Jutro chciałbym pomodlić się do Matki Bożej, aby strzegła Rzymu. Dobranoc i dobrego odpoczynku.

Buona sera – dobry wieczór, pozdrowienie – powiedział by ktoś – laickie, ale jednocześnie bez wątpienia skierowane nie tylko do katolików i chrześcijan, ale wszystkich ludzi dobrej woli słuchających go. Ani razu nie użył słowa „papież”, mówił o biskupie i diecezji Rzymu, ewangelizacji wszystkich ludzi.

Żartobliwa aluzja – że przychodzi z końca świata – tyle, że dzisiaj to właśnie ów koniec świata w Ameryce Łacińskiej przedstawia wielkie problemy społeczne, a zarazem właśnie tam Kościół tak prężnie się rozwija; nie w Europie, która przyzwyczaiła się do bycia odwiecznym centrum i pępkiem świata. Papież Franciszek przychodzi dzisiaj, aby tę Europę – katolicką już głównie z tradycji – obudzić, potrząsnąć, przypomnieć, co jest najważniejsze.

Papież modlitwy – tak można Franciszka nazwać już dzisiaj. Nie tylko mówi, ale modli się z ludźmi, do któych Bóg właśnie go posłał, a których symbolicznie reprezentuje diecezja rzymska. Najpierw za swojego poprzednika – pamięta o nim, choć to także sytuacja raczej w kategorii novum. Nie błogosławi potem wiernych – wykonuje gest dla Europejczyków niezrozumiały, ale powszechny w jego rodzinnych stronach: prosi najpierw o błogosławieństwo w cichej modlitwie dla siebie, a dopiero następnie sam udziela urbi et orbi, miastu i światu apostolskiego błogosławieństwa.

Na tym nie koniec zadziwiania. Wieczorem po wyborze papieża dzwonił jeszcze prywatnie do swoich znajomych z Rzymu, by z nimi porozmawiać.

Nie wprowadza się do Pałacu Apostolskiego – jego apartament papieski będzie w najbliższym czasie remontowany. Pozostaje w Domu św. Marty, czyli miejscu zakwaterowania elektorów, który wybudował w swojej przezorności jeszcze bł. Jan Paweł II. Zajmie pokój nr 201. Gdy przyjeżdżał do Rzymu, jak wspomina ks. Arkadiusz Nocoń, zatrzymywał się w międzynarodowym domu księży koło Panteonu – dokąd również udał się po wyborze, do pokoju nr 203, po swoje bagaże, których nie zabrał na konklawe. Żadna limuzyna – zwykły watykański samochód. Wszedł sam, zabrał wszystko sam… i zapłacił.

W piątek odwiedził w Klinice Piusa XI, przebywającego tam po zawale, 90-letniego kard. Ivana Diasa – gest bardzo podobny do tego, gdy w 1978 r. Jan Paweł II od razu odwiedził w szpitalu krakowskiego kolegę abp. Andrzeja Dsekura, sparaliżowanego w trakcie konklawe. Rozmawiał z chorym i jego lekarzem, błogosławił pacjentów, w kaplicy szpitalnej pozdrowił całą wspólnotę.

Wprost zaapelował, aby ludzie dali sobie spokój z pielgrzymko-wycieczkami na wtorkową inaugurację pontyfikatu, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze spożytkowali na dzieła miłosierdzia na rzecz ubogich i potrzebujących (co, jak zwykle, nasz metropolita miał najwyraźniej w głębokim poważaniu, ponieważ jeszcze 13 marca zaczęło się huczne przygotowywanie wypadu do Rzymu, co uznać należy za dość dziwne i niezrozumiałe, biorąc pod uwagę powszechnie opiswane w mediach zadłużenie diecezji; nic dziwnego – chyba trudniej między nim a papieżem o większą skrajność i odmienność…)

Z kardynałami przemieszczał się normalnie dalej autobusem. Również z nimi jada posiłki. Nie wiadomo, czy powoła kogoś na stanowisko swojego sekterarza – czy też uzna, iż wystarczająca jest funkcja prefekta domu papieskiego (abp Georg Gaenswein).

herb papieski Franciszka I

Nie podjął dotąd decyzji odnośnie swojego zawołania (dotychczasowe: Miserando atque eligendo, Z miłosierdziem i wybraniem). Dopiero też dzisiaj zostali też przywróceni do urzędu szefowie dykasterii Kurii Rzymskiej, którzy ustąpili ze swych funkcji w chwili zakończenia poprzedniego pontyfikatu – co wydaje się być formalnością, ponieważ mało kto ma wątpliwości co do tego, iż nastąpią duże zmiany na kluczowych stanowiskach Kurii Rzymskiej, w tym stanowisku sekretarza stanu; nie bez powodu papież zatwierdził ich tymczasowo. Natomiast wydaje mi się, że stanowisko zachowa ks. Federico Lombardi SI, również jezuita, który w powszechnym mniemaniu bardzo dobrze poradził sobie z informowaniem o sytuacji w Watykanie w czasie sede vacante i konklawe. Prawdopodobnie pierwszy raz ingres do katedry biskupa Rzymu – tak, nie bazyliki św. Piotra, a bazyliki św. Jana na Lateranie – odbędzie się dopiero po uroczystości Zmartwychwstania, przez co Msza Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek będzie miała miejsce wyjątkowo w bazylice św. Piotra.

Dzisiaj papież spotkał się w Aulii Pawła VI z dziennikarzami. Podkreślił, że Chrystus jest centrum Kościoła, zaś Ojciec Święty jest jedynie Jego sługą, Wikariuszem, Następcą Apostoła Piotra. Wskazał również, iż ma marzenie – „Och, jakże bardzo chciałbym Kościoła ubogiego i dla ubogich!” – nie pozostawiające złudzenia co do tego, nad jaką grupą społeczną niewątpliwie szczególnie się pochyli, ale także jaki w jego ocenie Kościół być powinien (albo inaczej – jaki być nie powinien), w jaki sposób Kościół powinienb być bogaty. Zaznaczył, iż o wydarzeniach z historii Kościoła powinno się mówić z perspektywy wiary, wskazywał też, jak ową perspektywę wiary należy rozumieć. Posłużył się pod adresem dziennikarzy słowami: „Abyście usiłowali jak najpełniej poznać prawdziwą naturę Kościoła, a także jego drogę w świecie, z jego zaletami i grzechami oraz poznawali motywacje duchowe, które go prowadzą i są najbardziej właściwe dla jego zrozumienia”. Czyli zwrócił uwagę na to, że wskazał też pewne wprost wymagania adresowane do dziennikarzy. Zakończył zaś pięknym błogosławieństwem, skierowanym nie tylko do wierzących: „Biorąc pod uwagę, że wielu z was nie należy do Kościoła katolickiego, że są też osoby niewierzące, udzielam z serca tego błogosławieństwa w ciszy, każdemu z was, szanując sumienie każdego, wiedząc jednak, że każdy z was jest Bożym dzieckiem. Niech Bóg wam błogosławi”.

Jak jest odbierany nowy papież? Niewątpliwie bardziej niż pozytywnie – i to nie tylko przez pobożnych katolików. Jeden z publicystów portalu gazeta.pl w wieczór wyboru Franciszka napisał o nim: „Mówi prosto, z wielką pewnością treści, a małą pewnością formy. Jest silny w swojej słabości. Jest chyba dobrym człowiekiem. Przede mną, który wszystko, co uważam za wiarę, przeżywam poza jakimkolwiek Kościołem, otwiera jakąś furtkę, za którą migoce zbliżenie. Obiecuje mi skromność, prostotę, chwile świeżego natchnienia. Wszystko, czego oczekuję od papieża, to niezasłanianie. Mam wrażenie, że ten papież nie będzie zasłaniał mi Boga. A nawet, że czasami będziemy patrzeć w stronę Boga stojąc obok siebie. Nie spodziewam się po Kościele, że będzie akceptował moje wybory etyczne czy seksualne. Już wiem, że w tych wyborach pozostanę sam. Jego nieprzejednanie sprawia, że czuję się poza Kościołem, i wolę to przyznać, niż zarzucać Kościołowi, że nie chce być na mój obraz i podobieństwo. We Franciszku widzę więc towarzysza drogi, z którym jestem związany tylko dobrą wolą. Niczego więcej nie chcę. Nie spodziewam się po nim słów nienawiści do nikogo. Tego oczekiwałem, to mam”.

Dlaczego? Ponieważ daje nadzieję na odmitologizowanie struktów i urzędów Kościoła, przybliżenie biskupów do ludzi i przypomnienie im, do czego tak naprawdę są powołani i komu mają służyć, przypomina o świeckich i ich roli w Kościele, czyli akcentuje treść, a nie najpiękniejszą nawet formę. Reforma Kurii Rzymskiej i porządkowani problemów pedofilii w Kościele to tylko jeden z wielu aspektów i zadań przed papieżem. Bóg, na szczęście, zrobił wszystkim – wierzącym i nie, kalkulującym wybory i typującym papabili na konklawe – prezent, a zarazem psikusa, powołując na Stolicę Piotrową tego właśnie Jorge Mario – Franciszka, który najwyraźniej nie zamierza ani trochę zmieniać swoich przyzwyczajeń, sposobu bycia, priorytetów, a wręcz przeciwnie: biorąc sobie do serca to, jakim człowiekiem był jego imiennik z Asyżu, najwyraźniej zamierza (w dobrym tego słowa znaczeniu) namieszać w Kościele co najmniej tyle, co tamten.

I bardzo dobrze, może dzięki niemu skostniały i po prostu popadający w ruinę Kościół w Europie, w nim także  polski Kościół, od odejścia bł. Jana Pawła II nie umiejący sobie chyba poradzić z żadnym problemem w jego dotyczącym, zaczerpnie nieco z bogactwa i charyzmatyczności, prostoty, autentyczności i priorytetów, a także (może głównie) żywiołu Kościoła w Ameryce Łacińskiej – tak bardzo dla nas nowatorskiej i niezrozumiałej.

Czas na wietrzenie!

Gdański biskup afrykański

Archidiecezja gdańska czeka na biskupa – i w pewnym sensie się go doczekała. Mam na myśli wakat na stanowisku sufragana. Doczekaliśmy się biskupa jednak w innym sensie – ponieważ kapłan naszej archidiecezji został, w ramach pewnie jednej z ostatnich decyzji personalnych Benedykta XVI, w dniu 22 lutego 2013 r. mianowany arcybiskupem tytularnym Otriculum i nuncjuszem apostolskim w Liberii, co wiąże się również z akredytacją w Gambii i Sierra Leone. 
ks. prałat Mieczysław Adamczyk (2003)
Mowa o ks. prałacie Mieczysławie Adamczyku. Rocznik 1962, święcenia przyjął w 1987 (kolega rocznikowy jednego z kapłanów, którzy udzielali mi ślubu), absolwent (doktorat) studiów w zakresie prawa kanonicznego, w Papieskiej Akademii Dyplomatycznej przygotowujący się do służby już od 1989 r. W służbie dyplomatycznej Stolicy Apostolskiej od dnia 01 lipca 1993 r., pracował w nuncjaturach na Madagaskarze (1993-1997), w Indiach (1997-1999), na Węgrzech (1999-2002), w Belgii i Luksemburgu (2002-2005), Republice Południowej Afryki (2005-2008) – jako sekretarz nuncjatur, i w Wenezueli (od 2008) jako radca. Człowiek młody, bowiem zaledwie 50-letni, znający 5 języków, a jednocześnie całe życie kapłańskie praktycznie związany ze służbą dyplomatyczną Watykanu. Zastępuje abp. George’a Antonysamy’ego, powołanego 21 listopada 2012 r. na metropolitę Madrasu i Majlapuru w rodzinnych Indiach. 
Tym samym grono polskich nuncjuszy wzrosło do 7 osób: abp Janusz Bolonek – Bułgaria (od 2008) i Macedonia (od 2011), abp Juliusz Janusz – Słowenia oraz delegat apostolski w Kosowie (2011), abp Henryk Nowak – 5 krajów skandynawskich (2012), abp Jan Romeo Pawłowski – Kongo i Gabon (2009), abp Marek Solczyński – Gruzja i Armenia (2011) oraz Azerbejdżan (2012) oraz abp Józef Wesołowski – Dominikana oraz delegat apostolski w Portoryko (2008). 
Jest to jedna z 5 nominacji z zakresu służby dyplomatycznej – 1 nuncjusz został przeniesiony na inną placówkę, natomiast pozostałych 4 – w tym abp nominat Adamczyk – zostali wraz z nominacjami wyniesieni do godności arcybiskupiej. 
I taka smutna konstatacja – informację o powyższej nominacji można znaleźć na wiara.pl, KEP, deon.pl, nawet na stronie archidiecezji łódzkiej. Ale na stronie diecezji gdańskiej do dzisiaj ani słowa na ten temat – bądź co bądź, kapłana tej diecezji. Heh…
Gratulujemy księdzu Mirosławowi, życząc jednocześnie wielu Bożych łask i sił w nowej roli.
>>>
Życzenia ślę również Janowi Turnau, publicyście m.in. Tygodnika Powszechnego, jubilatowi obchodzącemu dzisiaj piękną 80 rocznicę urodzin.
Posłużę się do jego opisu – kto nie zna – słowami x Adama Bonieckiego MIC:

Jan Turnau jest zjawiskiem specjalnym. Bodaj od powstania „GW” pisze w niej teksty religijne. Żadna sztuka pisać takie w „Niedzieli” czy „Gościu Niedzielnym”, nawet w „Tygodniku Powszechnym”, który jest pismem katolickim. Ale w „Gazecie”? Bezbożnej, jak uważają jedni, antyklerykalnej, jak głoszą inni, niebezpiecznej, jak głosi sam Przewodniczący (teksty religijne są tam jego zdaniem tylko po to, by podstępnie captare benevolentiam naiwnych katolików).
I Jan Turnau, wykształcony teolog (tak, tak), wie o czym pisze, a pisze prosto, niekiedy upraszczając pewnie zawiłe, teologiczne kwestie, ale nauki wiary nie deformuje, a raczej ją przybliża. Robi to trochę jak ks. Jan Twardowski, lecz u Turnaua jest sarkazm i zgryźliwość, choć dominują miłość, miłosierdzie, nadzieja i zachwyt.

Powiem tak – nie ze wszystkimi tezami i tekstami pana Jana się utożsamiam, natomiast zdecydowanie popieram jego pracę, zaangażowanie w ekumenizm w zakresie przekładów biblijnych, oraz choćby te właśnie jego teksty w GW oraz w rozdawanym tu i ówdzie bezpłatnym piśmie (bodajże w piątki) Metro. Tak, również za to, że dzięki niemu w GW można znaleźć coś wartościowego, co on tam napisze – a nie tylko, mniej lub bardziej na poziomie lub trafne walenie w Kościół jak popadnie. Czyli generalnie opinię x Bonieckiego podzielam.

Kto jego tekstów nie zna, kto nie zetknął się z jego książkami – a warto – niech zajrzy na blog pana Jana i obejrzy jego pisanki – piękne, proste i zazwyczaj bardzo głębokie rozważania nad Słowem Bożym, choć zdarzą się również komentarze bieżące.