Gdzie my jesteśmy – o. Ludwik Wiśniewski OP znów trafnie

Tym razem na temat dwuczęściowego tekstu o. Ludwika Wiśniewskiego OP, opublikowanego przez Tygodnik Powszechny w numerach 10 i 11/2013. 
Tekstu, uważam, bardzo ważnego i potrzebnego. Miło, że autor napisał go i zadedykował, jak wskazał wprost, pamięci + abp. Józefa Życińskiego w 2. rocznicę jego śmierci. Tekst jest bardzo potrzebny – bo niestety jest on jednym z niewielu głosów sygnalizujących i w ogóle zwracających uwagę na tego rodzaju problem, a już w ogóle „rodzynkiem” chyba w tym zakresie pośród duchowieństwa (nie mówię o tych, którzy porzucili kapłaństwo – Tadeusz Bartoś, Stanisław Obirek, Janusz Kotliński – których tekstów, mimo maksimum dobrej woli, nie da się nazwać obiektywnymi, a „waleniem w Kościół”, ot, dla zasady). 
Na początku pierwszej części autor wyjaśnił swoje pobudki – wskazując, iż stawał prze dylematem, czy temat poruszać. Liczył się z tym, że „oberwie”, gdy się odezwie – nie przeliczył się (mnie akurat przykro było z powodu mało merytorycznego i napuszonego artykułu w Gościu Niedzielnym, chyba przedostatnim, na temat tych tekstów o. Ludwika). Wprost także mówi, iż jego celem nie jest oskarżanie i obwinianie – ale analiza i zadanie konkretnie zaadresowanych pytań. 
Faktem jest, iż tekst mówi o w dużej części o problematyce Radia Maryja oraz o. Tadeusza Rydzyka CSsR – szczególnie w okresie, kiedy środowiska związane z Kościołem powtarzają jak mantrę „skandal związany z miejscem na multipleksie cyfrowym dla TV Trwam”. Przede wszystkim jednak, co krytykom umyka, wskazuje o. Ludwik, iż sam jest słuchaczem RM, uznaje rolę tej stacji w otwieraniu na Boga i nauce modlitwy. Zwraca jednakże uwagę, że wszystkie inicjatywy RM prowadzone są przeciw komuś lub czemuś, na zasadzie negatywnej – wieczne zagrożenie, niszczenie, dyskryminacja, oczywiście z odniesieniem do Jezusa, wzywając do obrony przed wrogami, powodując pospolite ruszenie. Przywołał przykłady konkretne – spiskowa teoria o koalicji anty-RM i TV Trwam w osobach Prezydenta RP, rządu i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. 
Co więcej, o. Ludwik wprost stwierdził, iż chciałby aby TV Trwam zaistniała na multipleksie cyfrowym – co więcej, zdanie to podziela szef KRRiT Jan Dworak, znany dominikaninowi osobiście od lat, który jednak musi uczciwie wypełniać obowiązki urzędnicze, bez reakcji na naciski, skąd by nie pochodziły – także od środowisk związanych z o. Rydzykiem. Trudno jednak zapewnić to miejsce, skoro fundacja Lux Veritatis, wnioskująca o przyznanie miejsca na multipleksie, po prostu nie wypełniła warunków formalnych – nie przedłkadając dokumentów koniecznych do uzyskania koncesji w postaci promesy z banku lub np. SKOKu, mocno związanego z redemptorystą. Fundacja bowiem zażądała utajnienia dokumentów, oświadcxzyła iż dysponuje 90 mln majątku, w tym 68 mln pożyczki od warszawskiej prowincji zakonnej, odmawiając ujawnienia warunków spłaty pożyczki. Fundacja tym samym sama zdecydowała się na brak przejrzystości – skąd więc raban wobec takiej a nie innej decyzji KRRiT? Nikt przecież na poważnie nie udzieli nikomu – nawet przysłowiowemu Kowalskiemu – kredytu i na 10.000 zł, jeśli nie przyniesie DOKUMENTÓW, DOWODÓW na zdolność kredytową. Więc czemu w skali makro – przy milionach wchodzących w grę -TV Trwam, o. Rydzyk i jego fundacja obrażają się, kiedy uchybiają podstawowym obowiązkom, rozpętują na skalę ogólnopolską aferę o rzekomej niesprawiedliwości i pokrzywdzeniu ich przez KRRiT, teorie spiskowe? Stosy pomówień o złodzieja, zdrajcach rządzących Polską – medialna hucpa, innymi słowy. Po co? Żeby wymusić swoje. Nawet wbrew prawu. Odsądzając od czci i wiary każdego, kto – na spokojnie i konkretnie – wskazuje przyczyny odmowy, nie bawiąc się w spekulacje i oszołomstwo, operując faktami. 
Dalej o. Ludwik mówi – cytując przykłądy – o lubowaniu się o. Rydzyka w odmienianiu przez wszystkie przypadki i w każdym kontekście słowa „prawda”, oczywiście w odniesieniu do Boga – łącząc je m.in. z miłością, wolnością. A jednocześnie sam nie raz rzuca w ludzi inwektywami (znane sformułowanie „ty czarownico!” rzucone do jednej z polskich pierwszych dam), posługując się półprawdami (dla mnie to kłamstwa), lżąc. W tym duchu rozwija teorię o antykościelnej centrali w ramach prezydentury Bronisława Komorowskiego, antyewangelizacji. Puste słowa. Oszczerstwa. Zero konkretów. I taka sama wartość. Żeby nie było – i tutaj padają konkrete cytaty. Nie mniej zakonnik wali w Jana Dworaka – posługując się m.in. kuriozalnym sformułowaniem „superpapieża, który chce ustawiać Kościół”, snując teorie, iż ów w mediach katolickich pracował swego czasu po to… aby później niszczyć Kościół. Nadziwić się nie mogę, skąd tyle nienawiści, jadu, a przy tym absolutnego oderwania od rzeczywistości. A jednocześnie – jak mocne i w jakiej materii zarzuty stawia się, de facto oczerniając i samego Dworaka, i rządzących, a również – a co! jak wszyscy, to wszyscy – każdego, kto nie podziela poglądów o. Rydzyka. Niszczą Kościół, i tyle. Jak ktoś uważa inaczej – to się nie zna; albo należy do spisku, nawet na pewno. Walczącego z Bogiem. A jak z Bogiem – to i z Narodem. 
Szczytem zaś już absurdu jest twierdzenie, iż centralą antyewangelizacyjną jest… religia.tv, nazywana medium „idącym na układy”, „tworzącym media pseudokatolickie”. Tylko w tym wszystkim zapomina, że kanał ten – skądinąd bardzo ciekawy (ciekawe, czy o. dyrektor pofatygował się pooglądać go choć trochę?) – prezentuje materiały nie tylko o katolicyźmie, ale także o innych wspólnotach chrześcijańskich (w tym np. krótkie rozważania przedstawicieli tych wspólnot na tematy biblijne) i innych religiach. I to z założenia. Co w tym złego? To, że człowiek ogląda materiał o innych religiach, żeby także mieć o nich jakieś pojęcie, wiedzieć coś – to znaczy, że zdrajca od razu? 
Dalej o. Ludwik cytuje dość długie fragmenty wypowiedzi o. Rydzyka, zarzucającego bliżej nieokreślonemu – oczywiście – wrogowi bardzo wiele: rozbijanie Narodu, Kościoła, Polski. Z jednej strony mówi, że zbliża się koniec wolnej Polski – z drugiej, zaprzeczając sam sobie, wskazuje, że „od 1980 r. nic się nie zmieniło” (czyli że tej wolnej Polski nigdy nie było). Że żądzą oszuści, którzy drogą tychże oszustw doszli do władzy. O jakimś precyzyjnym – czyim? – planie, realizowanym na szkodę Polski od lat. Twierdzenia, że niektóre media… szkodzą Polsce bardziej niż komunizm. Co to jest? Podjudzanie, umiejętne dawkowanie emocji i adrenaliny celem konkretnego nastawiania ludzi przeciwko sobie, i to jeszcze na aboslutnie wydumanych i nierealnych podstawach. Przy jednoczesnym – w innym miejscu – wzdychaniu o tym, jak to ojciec dyrektor chciałby aby właśnie „skończyło się w Polsce judzenie Polaka przeciwko Polakowi”. 
Żeby nie było – odpowiadając na apel o. Rydzyka o merytoryczną rozmowę – o. Wiśniewski napisał do redemptorysty. W odpowiedzi na co otrzymał, napisany przez kogoś zupełnie innego, list z podziękowaniami i informacją o „szczelnie wypełnionym kalendarzu ojca dyrektora w miesiącu X”. No, to faktycznie wola dyskusji. Ja się nie dziwię – jak ktoś nie ma argumentów, rzuca sloganami (zresztą często sprzecznymi wewnętrznie), to boi się dyskusji, konkretów, precyzji. 
W kolejnej części tekstu domonikanin napisał bardzo fajnie o zgubnym efekcie łączenia Kościoła i jakiejkolwiek konkretnej partii, opcji politycznej – kiedy po prostu Kościół traci, gubi z oczu swoją zasadniczą misję, wpada w pułapkę. Tymczasem właśnie takie działanie widać po stronie mediów związanych z o. Rydzykiem – kiedyś z PiS, później z koalicją PiS-LPR-Samoobrona, dzisiaj znowu w kierunku PiS. Jak napisałem – nie ma znaczenia, o jaką partię chodzi, ale o zdecydowane popieranie wprost z nazwy i lansowanie konkretnej z nich. 
Zwrócił także uwagę na bolesną kwestię podpisywania się wielu biskupów pod imprezami i spędami, nazywanymi hucznie „marszami w obronie x” (do uzupełnienia w zależności od potrzeby), którzy swoim autorytetem autoryzują takie wydarzenia, odprawiając Msze i raczej bezwiednie (bezmyślnie?) powtarzają slogany żywcem z o. Rydzyka o spiskach, potrzebie walki i obrony, krucjatach. Walki z kim? Z najeźdźcami, uzurpatorami, okupantami – nie Polakami. Wybacz, proszę, ale to jest jakaś paranoja. Władzy obecnej można nie lubić – sam nie jestem fanem PO, Komorowskiego ani Tuska – natomiast konfabulowanie o przejmowaniu państwa i okupacji, prześladowaniu to po prostu absurd (zacytowano co ciekawsze hasła z transparentów) wobec oczywistego faktu wygrania, niestety, przez powyższe środowisko chyba wszystkich możliwych w ostatnich latach wyborów, zgodnie z prawem. Z krzyżem na czele takie spędzy wyśpiewują „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”, jako by RP utraciła niepodległość. Czy ja czegoś nie zauważyłem? A tak być nie powinno. Właśnie biskupi – jeśli księżom brak do tego odwagi czy pomyślunku – powinni w takich sytuacjach zaprotestować, uspokajać nastroje, a nie je podsycać i nakręcać, nazywając takie spędy „lekcjami patriotyzmu i miłości Ojczyzny”. Lekcje? Może i tak. Ale ani miłości, ani jedności – dzielenia na siłę, z urojonych powodów. Działąnia typowo powiązane z polityką – marsze, wiece – ale coś, w czym Kościół w ogóle nie powinien brać udziału, a już tym bardziej tego autoryzować wizerunkiem biskupów. A jak wygląda marsz? Z władzami pewnego, jedynego słusznego, klubu na czele i w roli głównych aktorów wydarzenia. 
Wracając do kwestii koncesji na multipleksie – Rada Stała KEP wydaje 16 stycznia 2013 r. przedziwny dokument, w którym autorytarnie apeluje o poszanowanie dla TV Trwam, narzucając KRRiT wprost rozstrzygnięcie: ma być przyznane i już! Tylko że bazuje przy tym jedynie na manifach i szumie rozpętanym właśnie przez media toruńskie – nie próbując nawet od KRRiT ustalić faktycznych i rzeczywistych przyczyn odmowy. Znowu – bezmyślny zarzut naruszenia prawa, bez minimalnej staranności w wyjaśnieniu sytuacji, dojściu do prawdy. Czy w Kościele prawda ma być po stronie tych, którzy głośniej krzyczą, wymachują rękami, odgrażają się? Chyba nie katolickim. I żadym innym chrześcijańskim też nie. 
Do tego – dokładnie opisana, chronologicznie – kwestia bardzo zręcznego PRowo zagrania pismami ze Stolicy Apostolskiej, którymi o. Rydzyk (a za nim – przychylni jego środowisku biskupi) podpiera swój autorytet. O. Rydzy, w listopadzie AD 2012 wręczył Benedyktowi XVI księgi z modlitwami i ofiarami za papieża – dar piękny – za który, zgodnie ze zwyczajem, Watykan następnie podziękował listownie ofiarodawcy, czyli Radiu Maryja. Czy to świadczy o bezwarunkowej akceptacji ze strony Stolicy Świętej dla Radia Maryja? W opinii tych mediów – tak, co każe bać się jakiegokolwiek słowa krytyki pod ich adresem, bo skoro papież poparł, akceptuje i dziękuje… Czy jednak na pewno? Dokument ten trafił do adresata w bardzo korzystnym dla niego momencie – pomagając mu się uwiarygodnić. Czy papież tym samym jednak popiera wszystkie eventy, spędy i hasła oraz teorie wznoszone na falach i antenie RM i TV Trwam, a także na organizowanych przez nie wydarzeniach? To zdecydowanie zbyt pochopne twierdzenie. Myślę, że gdyby papież wiedział, jak instrumentalnie pismo od niego zostaje wykorzystane – zastanowił by się dwa razy, co w nim napisać, i czy w ogóle je pisać. Tym bardziej zaś, w tych konkretnych okolicznościach uważam, że posługiwanie się w nim do uwiarygodnienia samego siebie, jest po prostu działaniem niegodnym i nieuczciwym. 
Tyle co do pierwszej części. 
W drugiej części swojego tekstu o. Ludwik Wiśniewski skierował po kilka pytań do przedstawicieli Episkopatu Polski, którzy szczególnie mocni zaangażowali się w obronę instytucji o. Rydzyka. 
Nie widzę sensu opisywania ich tutaj, ponieważ dotyczą one kwestii już wyżej poruszonych, a przekształconych w formę pytań do konkretnych adresatów – chodziło o ich konkretne wypowiedzi. M.in., w kwestii nie dotyczącej Radia Maryi i TV Trwam, zapytał abp. Józefa Michalika o to, czemu nie udzielił odpowiedzi na list prof. Stanisława Lufta. Warto zwrócić także uwagę na pytanie skierowane do ordynariusza toruńskiego bp. Andrzeja Suskiego, pod którego jurysdykcją znajduje się siedziba fundacji Lux Veritatis – o to, czy faktycznie, wobec braku jakichkolwiek wypowiedzi, popiera on wszystkie poglądy i wypowiedzi pojawiające się mediach redemtorystów. 
Przytoczył także wypowiedź + ks. Józefa Tischnera – uznającego wiele dobra wykonywanego przez Radio Maryja, jednocześnie zauważając duży problem dalekiego od ewangelicznego języka agresji, nad któym to radio [a dzisiaj i TV Trwam] nie panuje, oraz dążenia do upolitycznienia katolicyzmu. Mówił on o katolicyźmie jako narzędziu walki o władzę nie tylko przeciwko komunistom, ale „gorszym katolikom”. 
Kończąc zaś, o. Ludwik powrócił do wspomnianego tekstu prof. Stanisława Lufta – zwracając uwagę na pewne, niepokojące w jego ocenie, zjawiska. Nie sposób nie zauważyć, że jego obserwacje są zbieżne z obserwacjami dominikanina. Niestety, tekst nie doczekał się ŻADNEGO odzewu – nic. Poza tym, że młodzieżówka Radia Maryja stwierdziła, że Kościół trzeba bronić… przed prof. Luftem właśnie. 
Potrzeba w tym zakresie, opisanym w powyższym tekście, dialogu – przed którym odpowiedzialni przecież w szczególny sposób za Kościół hierarchowie się nie tyle nawet wzbraniają, co po prostu go unikają. Problem istnieje i nie sposób tego nie zauważać – można unikać jego rozwiązywania, ale czy to na dłuższą metę cokolwiek rozwiązuje? 
Dlatego bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie i ucieszyła wypowiedź abp. Henryka Muszyńskiego, byłego prymasa i metropolity gnieźnieńskiego, który w TP nr 11/2013. Wskazał, iż nie ma żadnych wątpliwości co do uczciwości i intencji o. Ludwika w tym, co napisał, działania w duchu odpowiedzialności za Kościół. Zwrócił uwagę na merytoryczność, konkretność, operowanie faktami we wspomnianym tekście – co winno skutkować merytoryczną i konkretną odpowiedzią, szczególnie w zakresie pytań do poszczególnych biskupów. Jednocześnie wskazał, że omawiane przez o. Wiśniewskiego wypowiedzi biskupów dotyczące mediów związanych z o. Rydzykiem przyjął ze zdziwieniem i zażenowaniem. Mówił także o konieczności poszanowania demokratycznie wybranych władz, bez względu na sympatie i antypatie polityczne. Podzielił również pogląd dominikanina, iż traktowanie polityki jako środka wsparcia dla Kościoła jest tragiczną pomyłką, nie pomagającą ani Kościołowi ani ludziom. Ambona jest bowiem miejscem do głoszenia Ewangelii, dawać nadzieję, motywować do wprowadzania w świat pokoju – w które kapłani i biskupi pozwalają się mieszać politykom, tymczasem zniżanie się do poziomu jednej partii jest zaprzeczaniem misji Kościoła. Przede wszystkim zaś wskazał, iż pomyłką jest, gdy biskup z ambony mówi o np. konieczności rozwiązania Sejmu – to nie jest wypowiedź w imieniu Kościoła, a osąd człowieka jako człowieka; nie mają takie wypowiedzi nic wspólnego z nauką Kościoła i Ewangelią. Wyraził również pogląd, że świeccy jak najbardziej powinni, w razie wątpliwości, zwracać uwagę duchownym na mieszanie polityki do wiary – są tak samo członkami Kościoła, a wręcz bierność świeckich oznacza partycypowanie w mieszaniu wiary i polityki. Mówił również o pozostałości jakby z czasów komunizmu w postaci ideologii walki – z kim? nie ma wroga, to tzrba go stworzyć. Pointując zaś, wskazał na odwagę o. Ludwika – świadomego konsekwencji napisania powyższego tekstu i nikłego prawdopodobieństwa doprowadzenia do merytorycznej dyskusji. 
Niewątpliwie, doczekał się – w końcu sam prowincjał dominikański wypowiedział się w tym przedmiocie. Ja jednak nie upatrywał bym w tych słowach przełożonego sztorcowania, przywoływania do porządku o. Ludwika. Wręcz przeciwnie. Jeśli przeanalizować tekst oświadczenia – wynika z niego, że zakon dopuszcza dialog i wzywa do „otwartej, pełnej szacunku dyskusji na temat tej publikacji”, wskazując jednocześnie, że stanowiska o. Wiśniewskiego nie jest stanowiskiem zgromadzenia. Bynajmniej więc nie należy tych słów traktować – jak to opisywano – jako „odcięcia się” zakonu od opinii jego członka. 

Sezamie, otwórz się!

Oby Bóg nie przeleżał naszego życia w szopie – żebyśmy nie zatrzymali się na progu tej szopki betlejemskiej, znanej wszystkim, ale weszli dalej i pozwolili Jemu samemu wejść we własne życie. Gdy Bóg przychodzi, nie wystarczy czekać – trzeba Mu wyjść na spotkanie. Tak jak magom/królom przybyłym ze Wschodu, a później apostołom wędrującym ścieżkami Galilei, tak jak uczniom idącym do Emaus – Jezus objawia się ludziom, którzy wyruszyli w drogę.
Owocnych świąt!
A do posłuchania – bynajmniej nie tylko dla zmęczonych:

Dekalog Turowicza

Postać historycznego Jerzego Turowicza (1912-1999), legendarnego twórcy i wieloletniego redaktora naczelnego Tygodnika Powszechnego, dopiero powoli odkrywam, choć nazwisko nie jest mi nieznane. Niewątpliwie jest to postać bardzo ciekawa, której spuścizna godna i warta jest propagowania, a jednocześnie mocno niedoceniana, której pamięć, mam wrażenie, kultywowana jest jedynie przez środowisko TP i Znaku. 
Dokładnie dzisiaj, 10 grudnia 2012 r., przypada 100-lecie urodzin Turowicza. Grupa posłów Platformy Obywatelskiej chce, by Sejm podjął uchwałę w sprawie uczczenia 100. rocznicy urodzin Jerzego Turowicza, działacza katolickiego, długoletniego redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Mam nadzieję, że do tego dojdzie. W uzasadnieniu tego projektu wskazano go jako redaktora, który na łamy „Tygodnika Powszechnego” nie wahał się zapraszać autorów, dla których inne tytuły, z racji różnic światopoglądowych, były zamknięte”. Jako publicysta Turowicz „nie pomijał żadnej z ważnych mu współcześnie spraw”, poruszał tematy „gdzie indziej nieobecne i trudne, bo dotykające bolesnych stron polskiej historii. (…) Od lat przedwojennych przekonywał, że nie sposób pogodzić chrześcijaństwa – religii, której najważniejszym przykazaniem jest miłość Boga i ludzi – z antysemityzmem. W latach istnienia PRL-owskiej cenzury mierzył się z tematami najtrudniejszymi: obroną Kościoła przed represjami władzy politycznej, dialogiem z niewierzącymi, zasypywaniem rowów podziału między różnymi odłamami polskiej inteligencji. (…) Odsuwając się od bieżącej polityki, był autorem tekstów zajmujących się kwestiami konstytutywnymi dla Polski lat transformacji: miejscem Kościoła w porządku państwa demokratycznego, rozliczeniem z komunistyczną przeszłością, nieustannym monitorowaniem przestrzegania praw i wolności obywatelskich. Uczył swoich czytelników niezależności myślenia i odwagi działania. (…) Jerzy Turowicz od czasów przedwojennej działalności w Stowarzyszeniu Katolickiej Młodzieży Akademickiej 'Odrodzenie’ był zwolennikiem otwarcia Kościoła na współczesny świat i zmierzenia się z nurtującymi go problemami. Aktywny uczestnik dzieła odnowy Kościoła, które rozpoczęło się podczas obrad Soboru Watykańskiego II. Temu powołaniu był wierny całe życie – jako człowiek Kościoła, ale przede wszystkim jako świecki chrześcijanin, który sensu swego aktywnego i bogatego życia upatrywał w istnieniu tego, co niezmienne”.
Nie czytałem tekstu w całości, posiłkuję się wpisem w portalu natemat.pl. Nie wiem, czy trafna jest diagnoza mówiąca o „ratowaniu” polskiego Kościoła, czy nie są to słowa jednak zbyt mocne, natomiast z pewnością Jego (polskiego Kościoła) stan nie jest tak hurraoptymistyczny, jak by to chcieli widzieć niektórzy, duchowni czy świeccy, o czym najlepiej świadczy choćby ostatni wybryk Stanisława Michalkiewicza w kościele w Zielonej Górze. Wydaje się, że można tutaj podpisać się pod słowami autora z GW, który wskazał, iż „Brakuje katolików, którzy mieliby na tyle odwagi, by z otwartą przyłbicą stanąć po stronie katolicyzmu otwartego, przyjaznego, gościnnego, pełnego miłości i wiernego Ewangelii”. Z jednej strony kwitnie wiele pięknych i miłych Bogu inicjatyw, które pokazują Kościół otwarty i zapraszający ludzi – z drugiej pojawiają się nie raz wypowiedzi i gesty sugerujące, jako by Kościół w ogóle zapomniał o Soborze Watykańskim II. 
W tym kontekście zaproponowane „10 przykazań Turowicza” jawią się jako prosta i bardzo klarowna wskazówka, jak być dobrym chrześcijaninem, otwartym na Boga i innych.
1. Nie rodzisz się katolikiem. Katolikiem się stajesz – tylko w zgodzie z tą zasadą katolicyzm może być autentycznie przeżywany.
 
2. Naszą ojczyzną jest sobór – Kościół powinien pamiętać o tym, by być blisko człowieka.

3. Rozmawiaj, nie potępiaj – dialog musi być niezbędnym elementem wiary.

4. Jeśli Kościół kochasz, krytykujesz – konstruktywna krytyka tego, co w Kościele złe, nie musi być od razu uważana za zdradę.

5. Więcej Boga, mniej seksu – Kościół nadmierną uwagę poświęca zagrożeniom związanym z ludzką seksualnością. Wyzbycie się powszechnej w nim “seksofobii” byłoby więcej niż pożądane.

6. Świadectwo – siła bezsilnych – ewangeliczny radykalizm i świadectwo własnego życia to najlepszy sposób, by zachęcić innych do podążania drogą wiary.

7. Kościół ubogich, nie bogatych – Kościół zawsze powinien stawać po stronie “maluczkich”, a nie solidaryzować się z możnymi i władcami.

8. Państwo obywateli, nie katolików – powszechność wiary katolickiej nie oznacza konieczności życia w państwie wyznaniowym.

9. Żydzi, starsi bracia w wierze – w zgodzie z naukami Jana Pawła II katolik nie może być antysemitą.

10. Katoliku, Kultura! – współczesna kultura nie powinna być przez księży i świeckich odbierana jako zagrożenie, lecz sposób na lepsze zrozumienie świata.

Pojawiło się, bodajże w Znaku, kilka pozycji książkowych na temat Turowicza. Dobry pomysł na adwentową lekturę. 
>>>
A ja? Zamiast siedzieć w pracy i pisać – mam tydzień „wolnego”, bo dostałem dzisiaj rano zwolnienie lekarskie. Niestety, od piątku z gardłem lepiej, ale fizycznie ogólnie gorzej + wysoka gorączka. Proszę o modlitwę – nie tyle za siebie, co za żonkę i malutkiego, żeby się nie pochorowali (obydwoje dopiero wychodzą ze swoich przeziębień).

E-wydania tygodników katolickich

Nie tak dawno zainteresowałem się kwestią elektronicznych wydań czytanych przeze mnie gazet, głównie tych związanych z tematyką chrześcijaństwa i wiary. Powód dość prozaiczny – przede wszystkim są tańsze, a poza tym wygodniejsze w „użytku” np. w komunikacji miejskiej, gdzie jest straszny ścisk, i nie zawsze można sobie pozwolić na wymachiwanie gazetą np. formatu A4 i przekładanie kartek. 
Ograniczam się do kilku tytułów będących w moim kręgu zainteresowania, więc żadne to wielkie zestawienie. Poniżej wnioski, które można najbardziej skrócić w stwierdzeniu – niby wszędzie te e-wydania są, ale…
Ładnie od razu „na twarz” pokazany cały cennik prenumeraty elektronicznej, a i cena zachęcająca – 3 zł za pojedynczy numer (czyli o 1 zł taniej od wersji papierowej). Problem zaczyna się, kiedy wchodzimy do serwisu egazety.pl, ponieważ okazuje się, że do korzystania z udostępnianych przez ten serwis wydań prasowych konieczna jest aplikacja, która pomimo dużej popularności serwisu… nadal przewiduje tylko obsługę na komputerach stacjonarnych i ew. notebookach czy netbookach – oferując jedynie wersje pod MS Windows i Mac OS. Co dla mnie jest totalnym nieporozumieniem – bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że dzisiaj sporo (o ile nie większość) osób korzystających z e-prasy przegląda ją na urządzeniach typu smartphone, tabletach – czyli wszystkim, co w lwiej części obsługiwane jest przez Android OS. Dlaczego do dzisiaj nie ma aplikacji, która umożliwiła by czytanie GN na komórce? Jakiejkolwiek, nie tylko z Androidem? Ja prasę czytam w drodze, przemieszczając się – jak pewnie sporo osób – więc czytanie na komputerze mnie nie interesuje. 
Zdecydowany faworyt w zakresie e-wydań, proponowanych w naprawdę wielu wersjach pod kątem różnego rodzaju urządzeń. Tu również dostępna wersja w egazety.pl (zatem tylko na komputer), również e-kiosk.pl (także dodatkowe oprogramowanie, tylko na komputery z systemem MS Windows oraz na iPada), ale także eprasa.pl – gdzie po zamówieniu gazety nie potrzeba żadnego dodatkowego oprogramowania, aby e-gazetę czytać. Pomyślano również o wersjach na najpopularniejsze chyba dzisiaj czytniki marki Kindle, a przede wszystkim – wersji w formacie ePub – czyli obsługiwanej przez większość czytników e-booków, ale także przeróżne aplikacje dostępne w smartphonach (np. mój darmowy freeware FB Reader). Na koniec – wielki plus, bo różnica w cenie – w kiosku za TP zapłacimy 6,90 zł, podczas gdy za e-wydanie przeszło połowę mniej, bo jedynie 3,20 zł. Dla mnie bomba.
Nie czytam, natomiast widzę, że mają ładnie przygotowane e-wydanie w najprostszym możliwym wykonaniu – po prostu PDFach, które otworzy i każdy komputer, i każdy smartphone. 
Zaczyna się bardzo obiecująco, niestety potem już tylko gorzej. Wydawca zadbał o dedykowaną aplikację na urządzenia z Android OS, natomiast już samo przeczytanie opinii użytkowników w Sklepie Play (dawnym Android Markecie) odbiera ochotę do testowania. Przemogłem się i zainstalowałem – aplikacja dramat, działająca gorzej niż wolno, pobieranie treści masakra, brak zapamiętywania miejsca gdzie użytkownik zakończył czytanie, tona reklam zajmujących większość wyświetlacza, straszliwe wykorzystanie zasobów (a telefon mam bardzo wydajny). Absurdalny wygląd – sugerujący korzystanie w pewnym sensie z PDFów, więc czemu e-wydania nie są po prostu w tym formacie? Czyli – pomysł fajny, wykonanie po prostu tragiczne i nie nadające się do wykorzystania. 
A dla mnie wnioski takie:
  1. Fajnie, że ktoś o e-wydaniach myśli i je przygotowuje – pozwala to przede wszystkim dotrzeć z danym tytułem do osób za granicą, ale i tych, którzy nie zawsze znajdą z jakiegoś powodu czas, aby kupić wydanie papierowe. A coraz częściej – tych, którzy chcieli by zachować treści na później, nie magazynując stert papierów.
  2. Szkoda, że brak jest jednego ogólnie przyjętego standardu i rozwiązania dla e-wydań. Cóż, to w pewnym sensie skutek wolnego rynku i konkurencji. Wydaje mi się, że rozwój aplikacji – np. poszczególnych e-kiosków itp. – na komputery (tj. systemy MS Windows i Mac OS) nie ma dzisiaj racji bytu i przyszłości, tutaj najsensowniej i najprościej było by posługiwać się formatem PDF. Z kolei do co wydań na Android OS, czyli na smartphony i tablety – format ePub to dobry przykład, bo dość popularny i obsługiwany przez bardzo wiele także czytników e-booków. 

Konkluzja dla mnie – Tp jak najbardziej w wersji elektronicznej, natomiast co do GN i Uważam że (rzadziej) trzeba pozostać, póki co, przy konwencjonalnych wydaniach papierowych.