Boży minimalista

36
W miniony czwartek przypadała uroczystość św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. Przyznam się bez bicia – nigdy to nie była osoba, na którą jakoś szczególnie zwracałem uwagę. Aż do teraz. 
Nie chodzi o to, że bardzo często Józef jest przedstawiany o tak właśnie – rzeźba (nota bene o bardzo ciekawej historii) z mojej parafii – czyli taki niezbyt rozgarnięty na oko „dziad”, facet w średnim wieku, o mało sprecyzowanej roli, który na kartach Pisma Świętego się bodajże nie odezwał ani razu i nie ma ani słowa ani choćby jednego cytatu jego wypowiedzi. Na dokładkę, bywa mylony z jedną z Osób Trójcy Świętej (zdarzają się odpowiedzi: Maryja, Józef i Jezus…). 
Ale jak się nad tym zastanowiłem, to nie zgadzam się z takim odbiorem Józefa. I co z tego, że nic nie mówił? Jego czyny mówiły za niego. Wystarczy zajrzeć na sam początek Nowego Testamentu, końcówka 1 rozdziału ewangelii Mateusz (Mt 1, 18-25). Niewykluczone, że był to człowiek prosty – skoro zarabiał na życie pracą własnych rąk jako cieśla. Co w tym złego? Nic nie wiemy o tym, jak doszło do zaślubin z – młodszą pewnie sporo – Maryją. Miał w głowie na pewno plany na to ich wspólne życie, przygotowywał dom itp. A tu – zonk. Nie mieszkali razem (po zaręczynach a przed ślubem), a doszło do Zwiastowania Pańskiego (ha! dzisiejsza uroczystość – 25 marca) i okazało się, że narzeczona Józefowi kobieta jest w ciąży mocą Ducha Świętego. Jego świat się zawalił – jak zresztą wali się świat każdego faceta, kiedy dowiaduje się, że jego kobieta jest w ciąży „z innym” (bo nie z nim). Czy się bał o siebie? Czy się bał tylko o Maryję? Faktem jest, że rozważał oddalenie Maryi – narażona była ona na zarzut cudzołóstwa, skoro nie zamieszkała jeszcze z mężem – co z ludzkiego punktu widzenia było rozwiązaniem całkiem zrozumiałym w zaistniałej sytuacji. 
Józef wybrnął z opresji, bo zawierzył Bogu. Nie zignorował, ale wsłuchał się w głos anioła, który mówił do niego we śnie. Przede wszystkim ze słów tych wynikało, iż Maryja pozostała mu wierna, pozostała dziewicą – a sprawcą „zamieszania” był Bóg w Duchu Świętym. Uwierzył w obietnicę, jaka miała zostać zrealizowana przez dziecko jego narzeczonej – zgodnie z proroctwem Izajasza (Iz 7, 14). To było piękne – ówcześni nie kalkulowali, nie zastanawiali się tyle ile my dzisiaj, ale potrafili otworzyć przed Bogiem serce i zdać się na Jego wolę, a nie za wszelką cenę udowodnić „moje na wierzchu”. Gdyby Józef tak postąpił – kto wie, co by było. 
To był dla niego początek trudnej drogi. Samo narodzenie Jezusa w Betlejem nie kończyło problemów – za chwilę musieli z maleńkim Panem uciekać do Egiptu (Mt 2, 13-15), czyli ponownie Józef zdał się na Bożą wskazówkę, udzieloną mu we śnie. Dopiero po śmierci Heroda mogli powrócić, osiedliwszy w Nazarecie (Mt 2, 19-23). Wystarczy przeczytać poszczególne te fragmenty – aby wyraźnie zobaczyć, jak bardzo droga Jezusa, i powiązana z Nim droga Józefa – wypełniają krok po kroku poszczególne proroctwa Starego Testamentu. 
Dla mnie Józef stał się wzorem, bo był człowiekiem czynu – i to czynu mądrego siłą mądrości Boga, któremu nie wahał się w najtrudniejszych momentach życia i przy podejmowaniu najtrudniejszych decyzji zawierzyć. Życie i droga Józefa pokazują, że człowiek wierzący i ufający Panu nigdy nie jest w sytuacji bez wyjścia – choćby nie wiem jak dramatycznie to wyglądało. Zaryzykuję też stwierdzenie – Józefa nie zrozumie do końca ten, kto sam nie jest ojcem. Już wyjaśniam – bo to proste. Nikt w teorii nie wie i nie zrozumie, ile razy ojciec musi martwić się o zdrowie swojego dziecka, o jego bezpieczeństwo, stawać na głowie aby pogodzić pewne sprawy (praca, dom, opieka), zapewnienie bytu żonie i dzieciom itp. O tym można sobie pięknie (i może prawdziwie) poczytać – ale to zupełnie co innego, niż kiedy doświadcza się tego na własnej skórze, kiedy to twoje dziecko choruje, kiedy nie możesz się dopchać do lekarza, kiedy doby nie starcza na załatwienie wszystkich tylko najpotrzebniejszych spraw, kiedy padasz na pysk ze zmęczenia (albo choroby – ile razy chorujesz równocześnie z dzieckiem, i co z tego?), kiedy pojawia się jakiś typowo bytowy problem (żyjemy od pierwszego do pierwszego na styk – a tu potrzeba jeszcze pieniędzy na…). Kiedy wydarza się jedna z miliona możliwych sytuacji, które zazwyczaj wydarzają się wszystkie razem z najgorszej i najtrudniejszej możliwej konfiguracji. A ty jesteś ojcem,  który musi sobie poradzić dla dobra swoich najbliższych, swojej rodziny. 
Józef nie musiał nic mówić – wystarczyło, że postępował tak, jak to miało miejsce. To wystarczający przykład. Rodzina jest zawsze pierwsza i najważniejsza – i choćby cię szlag trafiał, choćby sił brakowało, trzeba zrobić wszystko tak, aby to rodzina była na pierwszym miejscu i zapewnić jej to, co (tak naprawdę – nie widzimisię) potrzebne. Piękno tego wszystkiego polega na tym, że w takich sytuacjach życiowych Bóg właśnie – jak u Józefa – działa. Doświadczyłem tego choćby w poprzedni, Józefowy czwartek, kiedy pomimo wysokiej gorączki załatwiałem kilka rzeczy bo musiałem, i nie miałem siły iść na Mszę, więc usiadłem za kościołem na dziesiątek różańca przed tym, może mało pięknym, Józefem i poleciłem mu skomplikowane sprawy i spore problemy naszej rodziny. I wiecie, co? Od piątku zaczęło się to powoli układać. 
Józef – może się wydawać, taki minimalista, cichy i pokornego serca. A może właśnie to wystarczy? 

Działo się…

Przede wszystkim chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy wspierali – mnie i nie tylko – podczas zeszłotygodniowych (11-13.03.2015) egzaminów zawodowych. Dużo emocji w tym wszystkim było, szczególnie w ostatnich dniach poprzedzających wszystko… ale jakoś miałem taki wewnętrzny spokój, kiedy szedłem pisać poszczególne prace każdego z tych trzech dni. I to na pewno jest zasługa wszystkich ludzi dobrej woli, którzy się modlili i omadlali tę intencję. Waszą modlitwę mocno czułem. 
A te ostatnie dni… Cóż, jak to zwykle bywa – chcesz rozśmieszyć Boga, to Mu powiedz o swoich planach. 
Miałem generalnie rozplanowaną pracę co do dnia (poza poniedziałkiem i wtorkiem, bezpośrednio przed egzaminami), i generalnie mogę powiedzieć, że się tego grafiku trzymałem i całkiem to wychodziło. W środę tydzień przed miałem szalony dzień – bieganie do najtańszego ksera w mieście (oczywiście na drugim jego końcu w stosunku do mojego miejsca zamieszkania), oddawanie komputera na egzamin do serwisu, żeby go ustawili pod egzamin, i czekanie aż to zrobią – po prostu 6 godzin latania. Żeby nie było, tego dnia na Wybrzeżu dla odmiany padał śnieg, a właściwie były takie kilkunastominutowe zamiecie, pomiędzy którymi świeciło słońce. I ja tak, objuczony kompem i wielką siatą skserowanych i zbindowanych materiałów, latałem po mieście – co łatwo przewidzieć, spociwszy się mocno. W czwartek już łamało mnie w kościach…
W piątek pojawiła się gorączka (39-40 stopni) i właściwie brak możliwości przełykania czegokolwiek, poza płynami i może jogurtem. Bez lekarza wiedziałem – angina. W normalnej sytuacji odczekałbym weekend, jadąc na pyralginie i innych specyfikach – ale w tej sytuacji pobiegłem do przychodni. Jest dobrze, bez kolejki udało się do pani dostać. Wyłuszczyłem trudną sytuację, wyjaśniłem, że ja do środy muszę być rześki i kwitnący, a co najmniej bez gorączki – pani dała leki i poszedłem do domu. Czułem się, jakby mnie tramwaj przejechał. Ten weekend to była masakra jakaś. Nic nie zrobiłem, poza jakimś małym kawałkiem czegoś w niedzielę – nie było jak, leżałem i zdychałem z gorączką, zmieniając kompresy. 
W poniedziałek z rana pobiegłem znowu do lekarza – wytłumaczyłem pani, że chyba nie tak coś jest, bo gorączka nadal trzyma, a nic lepiej nie jest, za to czas leci. Pani zajrzała do gardła – ooo, teraz to już jest ostra angina, piękny książkowy przypadek nalotów. Zmieniła antybiotyk na taki, który – jak powiedziała – do wtorku (dzień po) podziała i postawi mnie na nogi. Powątpiewałem, ale co zrobić. Miała rację. We wtorek było lepiej, nawet conieco się po=uczyłem, tzn. popowtarzałem. 
W środę jechałem na egzamin – lepiej się już czując – i jak na złość, na stopniu przed blokiem połamały mi się kółka w (przeładowanej, oczywiście) walizce. Jakby ktoś nie wiedział – egzamin zawodowy radcowski czy adwokacki cechuje się tym, że ludzie ciągną za sobą walizy pełne komentarzy, tekstów ustaw, orzecznictwa – ja również. Walizkę szlag trafił, i takie 20-kilowe bydlę musiałem z samochodu taszczyć do i z powrotem w rękach, mając ciągle lekki stan podgorączkowy. Bajka. Ale przez adrenalinę nic nie czułem – dopiero następnego dnia wyszły zakwasy… 
Sam egzamin? Pierwszy dzień to był taki stres ogólny – jak to będzie, czy zdążę itp. Miejscówka tego dnia – załamać się można, pierwsza ławka przed komisją. Pisania było dużo, ale chyba rozkminiłem problem (a raczej kilka) na zadaniu z prawa karnego. Drugi dzień – cywilne – nowa walizka mniej obładowana i osobna torba z hipermarketu (patent zdał egzamin, walizka przeżyła całość egzaminu!) – i zadanie dotyczące czegoś, o czym się mówiło od kilku lat (a do tego błąd w zadaniu…). Całkiem w porządku. Trzeci dzień – ludzie już po prostu zmęczeni, dotychczas po 6 godzin, a tego dnia aż 8! – i prawo gospodarcze oraz administracyjne. Gospodarcze – fajna umowa, administracyjne gorzej – ale chyba wyczułem, w czym tkwił problem, i napisałem to jakoś. 
Podsumowując – na 4 zadania łącznie przewidziałem 2. Jestem z siebie umiarkowanie zadowolony. Nie są to prace bezbłędne – w cywilu i gospodarczym mam pewne błędy na pewno – ale wydaje mi się, że nie o to tutaj chodzi, bo środki zaskarżenia powinny być napisane tak, żeby „chwyciły” na korzyść klienta, a umowa z gospodarczego powinna być ważna – które to warunki moja praca w mojej ocenie spełnia. Nie zależy mi na 5, tylko żeby to po prostu zdać. Cały czas czekają wszyscy na opublikowanie przez Ministerstwo Sprawiedliwości kluczy z odpowiedziami. Aha, no i podali termin ogłoszenia wyników – heh, 22 kwietnia dopiero (są izby, gdzie wyniki będą już 1…). 
Teraz „odpoczywam” na tygodniowym zwolnieniu lekarskim – dopiero dzisiaj kończę antybiotyk. Malutki poszedł do przedszkola (odzwyczaił się, biedny, i teraz jest co rano problem żeby go zaprowadzić). A do tego – z teściami bardzo nieciekawie: teściu ledwo chodzi dosłownie i czeka na swój zabieg, który już niebawem ma być; z kolei teściowa wróciła w piątek do domu po 2 tygodniach w szpitalu z ostrym zapaleniem trzustki – i jest baardzo słaba. Dlatego większość dnia jestem z nimi i pomagam im. A póki co, od przyszłego tygodnia malutki musi iść do przedszkola na cały dzień (a nie tylko do obiadu, przed 13, jak dotychczas) bo teściowie nie są w ogóle w stanie się nim zająć. Dlatego proszę dla nich o zdrowie i siły i będę bardzo wdzięczny za modlitwę w tej intencji. 
Tak mi do tego wszystkie pasuje sobotnie czytanie:

Chodźcie, powróćmy do Pana! On nas zranił i On też uleczy, On to nas pobił, On ranę zawiąże. Po dwu dniach przywróci nam życie, a dnia trzeciego nas dźwignie i żyć będziemy w Jego obecności. Dołóżmy starań, aby poznać Pana; Jego przyjście jest pewne jak świt poranka, jak wczesny deszcz przychodzi On do nas, i jak deszcz późny, co nasyca ziemię. Cóż ci mogę uczynić, Efraimie, co pocznę z tobą Judo? Miłość wasza podobna do chmur na świtaniu albo do rosy, która prędko znika. Dlatego ciosałem ich przez proroków, słowami ust mych zabijałem, a Prawo moje zabłysło jak światło. Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń. (Oz 6,1-6)

A teraz? Po prostu czekam na wyniki. Za modlitwę w tej intencji nadal będę wdzięczny :)