Miłość na śmierć nie umiera

Dzisiaj piątek przed Niedzielą Palmową, dzień który w moich stronach cechuje się specyficznymi nabożeństwami Drogi Krzyżowej – bowiem odprawianej w terenie, w czasie wędrówki po terenie parafii, czy to po miejskich ulicach między blokami, czy po wiejskich drogach. Zachęcam – kto może i ma czas – aby się w to włączyć.

Jako pomoc dla tych, którzy rozważać będą prywatnie mam dwie propozycje:

Szukanie Kogoś, kto Jest

Jezus powiedział do faryzeuszów: Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać i w grzechu swoim pomrzecie. Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie. Rzekli więc do Niego Żydzi: Czyżby miał sam siebie zabić, skoro powiada: Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie? A On rzekł do nich: Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata. Powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Tak, jeżeli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach swoich. Powiedzieli do Niego: Kimże Ty jesteś? Odpowiedział im Jezus: Przede wszystkim po cóż jeszcze do was mówię? Wiele mam o was do powiedzenia i do sądzenia. Ale Ten, który Mnie posłał jest prawdziwy, a Ja mówię wobec świata to, co usłyszałem od Niego. A oni nie pojęli, że im mówił o Ojcu. Rzekł więc do nich Jezus: Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja jestem i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną: nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba. Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego. (…) Jezus powiedział do Żydów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki. Rzekli do Niego Żydzi: Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy – a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz? Odpowiedział Jezus: Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: Jest naszym Bogiem, ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy – kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał /go/ i ucieszył się. Na to rzekli do Niego Żydzi: Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś? Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem. Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni. (J 8,21-30;51-59)

Skleiłem w jedno, 2 teksty z wtorku i z dzisiaj. 

Jezus tłumaczy faryzeuszom – niby tym mądrym – wręcz łopatologicznie. A oni – nic nie rozumieją, czy może raczej podchodzą do wszystkiego po ludzku, starając się przetworzyć Jego słowa jedynie w ludzkim kontekście. Mówi, że gdzieś idzie i że my za Nim pójść nie możemy – samobójca jeden. No to zaczyna tłumaczyć jeszcze bardziej łopatologicznie, o ile się da. Wy z ziemi, ludzcy do bólu – ja też człowiek, ale równocześnie Bóg, z Wysoka. Wszyscy biegamy po świecie – jednak wy, zwykli ludzie, jesteście w nim zbyt zakorzenieni. 
Pan nie grozi tak po prostu śmiercią. To swego rodzaju proroctwo skierowane do tych wszystkich, którzy szukają tak, aby nie znaleźć. Niby to szukają, a właściwie robią swoje. W wielu sprawach może to mieć jakiś sens – w poszukiwaniu Boga zdecydowanie nie. Takich ludzi czeka właśnie „pomarcie” (nie wiem, czy jest takie słowo – od pomrzecie) w ich własnych grzechach. Samo szukanie dla szukania nie ma żadnego sensu. Już więcej sensu będzie miało szczere otwarcie się, bez specjalnego nastawienia czy poszukiwania, na to, co jest wokół, pozwolenie Bogu, aby został – nawet przypadkiem – usłyszany czy zauważany. 
Mimo tylu znaków, mimo cudów, mimo coraz więcej grupy podążających za Jezusem, faryzeuszom to nie wystarczy. Jedyne, co są w stanie odpowiedzieć, to mniej lub bardziej (z akcentem na bardziej) pogardliwe Kimże Ty jesteś? Nie dziwię się reakcji, typowo ludzkiemu po prostu zniecierpliwieniu. Wiele już słów padło, jeszcze więcej czynów – jakoś innym to wystarczyło, a ci ciągle szukali na Niego haka. W Ewangelii Jana słowa te są zapisane nieco inaczej: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie (J 16, 12). Trafione sformułowanie. Do nas, ludzi, to po prostu nie dociera – nie możemy tego faktu znieść, tu nawet nie chodzi o rozumienie, bardziej o wolę i pogodzenie tego, co słyszymy, z tym co wolimy robić. 
Prawdziwość czynów Jezusa nie wynika z tego, że ich dokonał, choć wielu to wystarczało. Wynikała z tego, że czynił je mocą Bożą, z Bożego nadania i zgodnie z Bożą wolą. Syn Boży nie został przez Boga Ojca wypchnięty z Nieba i zostawiony na pastwę losu. Spełnia Jego misję, działa nawet nie tyle w Jego imieniu, co wręcz z Nim. Najlepsze i najbardziej wiarygodne uwierzytelnienie, jakie można sobie wyobrazić. Jeśli Jemu nie uwierzyć, to komu?
W drugim, dzisiejszym tekście, analogicznie. Abraham, Mojżesz i prorocy umierali – to czemu On nie miał by umrzeć? Tu, przewrotnie, w pewnym sensie mieli rację – umrze, jednak nie na dobre, i za chwilę będzie ponownie żył, zmartwychwstały i zwycięski. Znowu, nie z Jezusowego nadania to wynika, to nie Jego wola i Jego decyzja. Działa w imieniu i z polecenia Boga Ojca, i to od Boga Ojca pochodzi chwała, jaką zostanie – pozornie pokonany na krzyżu – otoczony, gdy pozostawi po sobie pusty grób. Tu tkwił błąd Jezusowych adwersarzy: On nikim sam siebie nie czynił, wynikało to z tego, Kto Go posłał i dla Kogo działał. 
Padają także bardzo mocne słowa, szczególnie bolesne dla nich, którzy się uważali za ludzi wierzących, o ułożonej relacji z Bogiem, którzy właściwości tych relacji przez bardzo restrykcyjne Prawo przestrzegali. Uznają Boga za swego Pana – jednak w praktyce Go nie znają, czego z pewnością nie można zarzucić Jezusowi; który, tym samym, nie może sam zanegować relacji z Ojcem – było by to bowiem wprost kłamstwo. 
Tu jest cały problem mentalności ludzi, którzy przez wieki, do dzisiaj i pewnie jeszcze do końca świata, szukają bez sensu i będą szukać Tego, który dawno przyszedł. Szukają Boga, który jest tuż pod nosem, przyszedł i zostawił po sobie już wszystko, co jest potrzebne, i nic więcej nie przyniesie, bo kolejne Jego przyjście będzie tym ostatecznym, na końcu czasów. Fakt, np. muzułmanie uznają Jezusa za proroka – jednak to za mało. Podstawą jest skojarzenie – Bóg Ojciec i Jezus to jedno, nie można rozpatrywać działalności Jezusa jako samozwańczego mesjasza, który skończył na krzyżu, a tylko jako Boga-Człowieka, który przyszedł w imieniu Boga Ojca, aby ludzi wyzwolić, uczynić wolnymi i otworzyć im bramy do zbawienia. 
W tym wszystkim warto zwrócić także uwagę na inną sprawę. To, jak Jezus mówi o sobie – Ja jestem. Jahwe, czyli tym pierwszym imieniem, jakim przedstawił się Mojżeszowi przed gorejącym krzakiem. Bóg przedstawił się Mojżeszowi, co świadczy o pewnej zażyłości, znajomości. Na „ty” nie przechodzi się z byle kim (chyba że w USA), a jedynie po bliższym zapoznaniu się, nawiązaniu relacji. Bóg przedstawia się Narodowi Wybranemu, i tak samo – tym samym imieniem – posługuje się Jezus. Szkoda, że ludzie tego nie widzą. Niby mały szczegół, a jednak – wiele wyjaśnia. 

Rzuć okiem na krzyż

Wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon Bogu w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go mówiąc: Panie, chcemy ujrzeć Jezusa. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. A Jezus dał im taką odpowiedź: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię. Wtem rozległ się głos z nieba: Już wsławiłem i jeszcze wsławię. Tłum stojący to usłyszał i mówił: Zagrzmiało! Inni mówili: Anioł przemówił do Niego. Na to rzekł Jezus: Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie. To powiedział zaznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć. (J 12,20-33)

Nic dziwnego, że właśnie takie, a nie inne słowa Kościół odczytuje na 2 tygodnie przed Zmartwychwstaniem, do którego prowadzi przecież i zbliżająca się już Niedziela Palmowa Męki Pańskiej, jak i krwawe i dramatyczne wydarzenia samego Triduum Paschalnego. Jezus, z punktu widzenia Jemu współczesnych, w pewnym sensie nie mówi wprost, używa pewnego rodzaju przenośni. Jedno jest jednak pewne – jest  świadomy tego, co Go czeka, widzi jednoznacznie, że Jego droga i Jego misja mogą znaleźć zakończenie i odnieść sukces jedynie tam, na Golgocie.
Paradoksalny sukces. Sukces, który po ludzku – także przez tych, którzy za Nim chodzili, słuchali Go i których szykował na kontynuowanie Jego misji – uznany zostanie za porażkę, koniec jakby pięknego snu, w którym od 3 lat żyli. Wielu, tak jak tamci Grecy, szukało Pana – niestety, równie wielu On przeszkadzał i szukali tylko pretekstu, aby w taki czy inny sposób Mu zaszkodzić (na początku), co w miarę upływu czasu zamieniło się po prostu w żądzę uśmiercenia Tego, który nie dość, że ich ośmieszał, to jeszcze wyjaśniał Boże prawo w duchu i sposób o wiele bardziej dla ludzi zrozumiały. 
Nadchodzi godzina uwielbienia Boga Ojca w Jego Synu. Syn jest jak to ziarno – wielkie, pełne sił i mocy, mogące bardzo wiele uczynić – a zarazem świadome, że dopóki żyje, nie będzie z Niego takiego pożytku, jaki przynieść może Jego obumarcie. Plon przyjdzie wówczas, gdy ziarno ofiaruje się. Jezus wzywa do pójścia za Nim, choć – jak najbliższe dni pokażą – pod sam krzyż pójdzie za Nim niewielu (na szczęście, odnajdą się razem po fakcie w Wieczerniku, w dniach które my dzisiaj świętujemy jako oktawę Zmartwychwstania), właściwie tylko najmłodszy Jan, Maryja i kobiety; reszta poucieka, niektórzy się Go wyprą czy nawet zdradzą wprost. Ale już w tych słowach jest obietnica – ci, którzy nawet w decydującym momencie zwątpią, mają później szansę aby stać się tymi (użytecznymi?) sługami idącymi tam, gdzie ludzie pragną Boga. A tym samym – idący przez swoje życie tak, aby Bóg miał powód by ich uczcić, by docenić to, co robią. 
Jezus jako człowiek ma świadomość dramatyczności sytuacji, w jakiej się znajduje. Po ludzku po prostu się boi, a przecież człowiekiem jest nie mniej niż każdy z nas. Ta ludzka natura pragnie właśnie wołać: Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Jednocześnie, natura boska ma pełną świadomość, że wszystkie dotychczas dokonane cuda, godziny spędzone na tłumaczeniu, nauczaniu, wyleczeni chorzy, wypędzone złe duchy czy nawet powskrzeszani ludzie – to nic nie ma znaczenia bez tego, ku czemu nieuchronnie się zbliża, co jest sednem i celem Jego misji. Nie mówi nic w stylu: Spoko! Dam radę, w końcu jestem Bogiem! Padają tylko, dziwne może nieco, ale jakże proste słowa: Ojcze, wsław Twoje imię. Ogrom trudu nie ma znaczenia, wszystko ad maiorem Dei gloriam, dla większej chwały Boga. 
To są szczególne dni także dlatego, że odbywa się w nich decydująca walka dobra ze złem (odbywała się – my dzisiaj to wspominamy, choć Zły dalej swoje próbuje robić). Szatan kusił Jezusa na pustyni przez 40 dni, jednak główne pole do popisu ma teraz. Ostatnia okazja, aby odwieźć Syna Bożego od wypełnienia woli Boga Ojca. Namówić, żeby zszedł z drogi prowadzącej na krzyż, by zdezerterował, poddał się. Miał na to nadzieję. Stąd słowa Jezusa o sądzie, ostatecznej walce – rozgrywającej się tak naprawdę we wnętrzu Jezusa, w Jego duszy. To wyrzucenie Złego i wywyższenie to nie są dwie różne sytuacje – to jedno i to samo. To apogeum zbawczego planu Boga Ojca – kiedy drżenie ziemi i przerwanie się zasłony w Przybytku wskazuje ludziom, że Bóg-Człowiek oddał życie. Ostateczne zwycięstwo Boga, Złemu na osłodę pozostaje iluzoryczne poczucie, że choć stracił władzę, to zabił Jezusa (co i tak, po 3 dniach, okaże się nieprawdą, zaś Jezusowe zwycięstwo – tym bardziej pełne, że On żyje). 
Dzisiaj Jezus w sposób szczególny spogląda na nas z wysokości krzyża. Wielki Post to czas, kiedy jakby więcej było w nas zadumy nad tym, co boli, co trudne, co brudne, co wymaga uporządkowania, wysiłku, walki wewnętrznej, rzucenia wyzwania swoim słabościom. Warto w tych dniach (i nie tylko) rzucić choćby okien na (przesłonięty od tej niedzieli) krzyż – jako motywację. Bo nie jest to tylko dramatyczny symbol męki i upokorzenia Jezusa, ale przedsmak i preludium Jego ostatecznego zwycięstwa, do udziału w którym my wszyscy jesteśmy zaproszeni. 
>>>
Okradli nam kościół. Szczegółów nie znam, sprawa jest bardzo świeża. Przykre bardzo, nie doszło na szczęście do profanacji, chodziło o skarbonki i puszki na datki. A jednak, nie mogę pozbyć się odczucia, że jest w tym Boży palec, że to wydarzenie nie pozostaje bez znaczenia w odniesieniu do tła w postaci dość dziwnych i kontrowersyjnych pomysłów inwestycyjnych proboszcza, którymi od jakiegoś czasu zajmuje się w sytuacji, gdy rzeczy do zrobienia/naprawienia w źle i byle jak budowanym kościele jest naprawdę dużo, roboty na wiele lat. 

Jest mi wstyd i tego nie rozumiem

Nie jestem fanem Gazety Wyborczej. Niestety, z przykrością stwierdzam, iż udało się jej napisać nt. Kościoła dość spójny i przedstawiający przykrą rzeczywistość tekst. 
We wtorek 20.03.2012 w wersji papierowej pojawił się artykuł pt. Jak w praktyce wygląda zero tolerancji w Tylawie, w wersji on-line nazwany inaczej i znajdujący się tutaj. Dotyka on sprawy jednej z ofiar pedofila z Tylawy (archidiecezja przemyska), księdza, skazanego prawomocnym wyrokiem za swoje czyny. Pani ta wyczytała bowiem w gazecie stanowisko Przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika nt. postępowania wobec księży dopuszczających się przestępstw seksualnych. A wypowiedział się tak: „Stolica Apostolska mówi, że VI przykazanie obowiązuje od zawsze i każdego. Nie ma żadnych przywilejów”. Zresztą, wypowiedzi te medialnie były głośnie – choć raz słusznie – w ostatnich dniach, kiedy m.in. była mowa o możliwości karnego przeniesienia takich duchownych do stanu świeckiego.
Nie w tym jest problem. Problem jest w tym, jak się ma to, co abp. Michalik mówił – do tego, co ten sam abp. Michalik jako ordynariusz owego księdza z Tylawy robił w sytuacji stawianych mu zarzutów seksualnych, zresztą potwierdzonych prawomocnym wyrokiem przez sąd. 
A było tak – sprawa ujrzała światło dzienne w 2001 r. Pojawiło się sporo zarzutów, i to nie ze strony jednej, a kilku osób. Reakcja abp. Michalika? Napisał list, w którym wyraził współczucie duchownemu i nadzieję, „że konfratrzy i parafianie, którzy znają lepiej środowisko niż wrogie Kościołowi i depczące prawdę gazety lub osoby, nie stracą zaufania do swego proboszcza, ale okażą mu bliskość przez gorliwą modlitwę”. Powiedzmy, że jest to zrozumiałe, sytuacja miała swój początek, może nie chciał od razu dyskredytować i osądzać owego księdza. Miał prawo, ale… czy nie należało, przed wyrażeniem się tak zdecydowanie w jego obronie, zasięgnąć informacji innych księży z dekanatu, okolicy, i za ich pośrednictwem informacji od świeckich? Moim zdaniem – należało. Wątpliwości z pewnością by się nasunęły – o takich sprawach się mówi, i przy odrobinie woli można by było dojść do tego, że są wątpliwości co do zachowania tego człowieka. A jednak – nikt niego nie zrobił. Można się tłumaczyć „bo nikt tego wprost nie nakazywał wtedy”. Tylko czy jest to usprawiedliwienie?
Po 3 latach od ujawnienia sprawy, w czerwcu 2004 r. Sąd Rejonowy w Krośnie skazuje księdza na 2 lata więzienia z zawieszeniem na pięć za molestowanie sześciu dziewczynek. Nie opiszę, co robił, ale w kontekście dorosłego człowieka i księdza, takie zachowanie pod adresem dzieci to po prostu obrzydliwość. Do winy człowiek się nie przyznał, ale chociaż się nie odwoływał. Reakcja abp. Michalika? Żadna. To znaczy, na początku 2005 r. – sam? czy może raczej pod wpływem nacisków – przeniósł skazanego księdza. Po co było to pół roku zwłoki? Wyrok był prawomocny po niespełna miesiącu. Skazany prawomocnie za przestępstwa seksualne kapłan przez pół roku był nadal proboszczem. 
Parafianom wielu się to w głowie nie mieściło. Próbowali interwencji w kurii, czyli u abp. Michalika, jedna osoba napisała nawet do papieża Jana Pawła II. Z kurii – zero odpowiedzi. Z Watykanu – informacja, że sekretarz papieski abp. Stanisław Dziwisz przekazał pismo właściwej kurii… czyli do abp. Michalika właśnie. Po kilku wprost formułowanych prośbach o zmianę, w parafii pojawił się nowy ksiądz. Co wcale nie oznaczało, że skazany ksiądz z parafii zniknął – był tam dalej, dalej pełnił swoją posługę. 
Parafianie próbowali działać, pisząc do poszczególnych polskich biskupów w tej sprawie. Znowu – zero odzewu – co jest przykre, bo oznacza obojętność czy brak wyczucia nie tylko jednego, ale wielu biskupów. Co nie powinno mieć miejsca. Żaden z nich nie mógł zareagować? Mógł. To nie jego jurysdykcja, ale są odpowiednie dykasterie, jest nuncjusz, są sposoby do zareagowania na takie sygnały. O ile się chce. Efekt – dopiero po, zrozumiałym dla adresata, napisanym po włosku liście do kar. Josepha Ratzingera, ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, dzisiaj papieża Benedykta XVI. Wystarczył tydzień – skazany ksiądz zniknął z parafii w Tylawie. 
Niestety, co jest dla mnie niezrozumiałe, pozostał… w tym samym dekanacie Dukla, 15 km dalej. Czemu to miało, poza zgorszeniem, służyć? Nie mnie decydować, dokąd powinien wysłać taką osobę ordynariusz – czy na rekolekcje zamknięte do klasztoru gdzieś w głuszy, czy do domu rekolekcyjnego – właściwa osoba powinna to wiedzieć i zadziałać. A tymczasem odprawiał Msze, głosił homilie, a nawet – czego już w ogóle nie rozumiem – spowiadał małe dzieci przygotowujące się do I Komunii świętej. 
Pojawiał się tam do końca 2011 r., czyli przez 5 lat od daty wyroku. A przy okazji – mniej więcej do momentu, kiedy sprawa przestępstw seksualnych duchownych stała się głośna także w Polsce. Wątpię w zbieg okoliczności. Co więcej, ludzie – którzy sprawę znali – także dziwili się, że ksiądz z tak poważnymi i udowodnionymi zarzutami karnymi pojawia się, jakby nigdy nic, w kościele, głosi kazania, odprawia Msze Święte. W odpowiedzi od proboszcza usłyszeli, że dzieje się tak na prośbę biskupa – czyli abp. Michalika właśnie. Na pytanie dziennikarki o potwierdzenie takiej wypowiedzi ów proboszcz odpowiedzieć nie chciał. Wymyślił to, żeby uzasadnić obecność, bądź co bądź pewnie kolegi? Jeśli bowiem takie miało być faktycznie stanowisko biskupa – nie miał powodu, aby go nie ujawnić. 
Jak to wszystko wytłumaczyć? Mnie to wygląda na schizofrenię – jedno się mówi pod publiczkę, a co innego stosuje na własnym diecezjalnym podwórku. Albo na to, że abp. Michalik nie spodziewał się te kilka lat wstecz takiego narośnięcia problemów nadużyć seksualnych duchowieństwa, zakładał że sprawa po wyroku zostanie wyciszona, albo będzie można zwalić problem medialnego zaistnienia sprawy na komunistów, agnostyków, wrogów Kościoła czy kogo tam jeszcze. I teraz, gdy sprawa wraca, reaguje stanowczo Watykan, są kraje gdzie do dymisji podaje się pół episkopatu – trzeba się dopasować z tym, co się mówi.
Dla mnie to jest żenujące. Poza tym, że Watykan zajął w ostatnich latach zdecydowane stanowisko w tych sprawach, nic się nie zmieniło. Przykazanie jest, jakie było. Skazanie prawomocnym wyrokiem oznacza winę – ksiądz też obywatel i podlega prawu państwa, zatem co do winy wątpliwości mieć nie można. Dlaczego zabrakło odpowiednich reakcji? Dlaczego wszystko, co w tej sprawie było robione przez abp. Michalika jako biskupa diecezjalnego i przełożonego proboszcza z Tylawy, było albo wymuszane (przez ludzi lub jego watykańskich zwierzchników), albo było nie było robione nic?
Uważam, że ta sytuacja absolutnie dyskredytuje abp. Michalika – czy to jako ordynariusza, czy tym bardziej osoby stojącej na czele Konferencji Episkopatu Polski. 

Wywyższenie, światło, umiłowanie

A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. (J 3,14-21)

Nie wiem, czemu, ale bardzo lubię ten tekst. Może z powodu ogromu nadziei, jaka z niego bije? 

To druga część rozmowy człowieka poszukującego szczerze, jakim niewątpliwie był dostojnik żydowski Nikodem, z Jezusem, który Nikodema niewątpliwie intrygował. Już jej wstęp był bardzo obiecujący – Nikodem wprost przyznał, że wierzy w Boże pochodzenie Jezusa i Jego misji. Pojawił się problem rozumienia ponownego narodzenia jako warunku dotarcia do Królestwa Niebieskiego. Problem nie byle jaki – bo nie o biologiczne narodzenie się na nowo chodziło, a o narodzenie sakramentalne, wejście w otwarte ramiona Boga zapraszającego katechumena do Kościoła. 
I tu jest problem. Problem, jaki mamy także bardzo często my sami. Bo za dużo rozumujemy po ludzku. Bo po ludzku nie da się zrozumieć spraw Bożych, o ile w ogóle człowiek jest w stanie je zgłębić (pewnie może je zrozumieć, gdy Boga zgłębić nie sposób). Do wszystkiego, co Boże, chcemy podejść i rozłożyć na części pierwsze, zaszufladkować wg naszych małych przyziemnych kryteriów. Tylko że tak się nie da.
Natomiast początek jest bardzo dosłowny. Obrazek z miedzianym wężem z historii Narodu Wybranego znamy, Jahwe pokarał buntowników plagą jadowitych węży, które kąsały ludzi; jednak każdy kto ujrzał węża z miedzi ustawionego w obozie przez Mojżesza, doznawał uzdrowienia (Lb 21, 4-9). To samo miało czekać w przyszłości Jezusa – już niebawem zostanie wywyższony na krzyżu. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Bóg zostanie wywyższony w mękach, aby swoimi cierpieniami ukochać człowieka jeszcze bardziej i ofiarować mu największy i najwspanialszy dar. Człowiek nie musi już robić nic więcej, dosłownie… Tylko i jedynie uwierzyć. Tylko – a może aż? Bóg Ojciec posyła jedynego Syna nie dla swojego widzimisię, ale dla ludzi. 
Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. Ciekawe zdanie. Koronny dowód na to, że decydujemy i dokonujemy wyborów my sami, nikt inny. Bóg kocha nas i szanuje na tyle, że pozostawia wolną rękę. Ale jednocześnie, uprzedza o konsekwencjach. Zrobisz, jak uważasz – ale pamiętaj, czym to się może skończyć. Łatwo i przyjemnie tu i teraz, czy wysiłek, niekiedy cierpienie, wyrzeczenia, ale na pewnej drodze do Boga? 
Światło przychodzi na świat – słowa, porównania takie, jak to Jan opisał wcześniej, w prologu do swojej ewangelii. I znowu – nawiązanie do naszego wyboru, wprost nazwanego sądem – Światło do nas przychodzi, ale zbyt dobrze jest nam babrać się w naszej ciemności, żebyśmy chcieli wyjść z cienia i zwrócić się ku Światłości. Mamy też wprost diagnozę – złe uczynki, tu jest problem. Możemy się uważać za religijnych, porządnych, chodzących może i do kościoła, przyjmujących sakramenty – po czym, odkreślając religijny niedzielno-świąteczny kącik życia religijnego Bogu, postępujemy po swojemu w naszym codziennym życiu. Czyli prawie wszędzie.   
Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. Musimy pozbyć się, odrzucić to wszystko, co neguje lub odciąga od Światłości. Odejść od tego, co ciemne i złe, i już tym samym – niczym innym – wykonać pierwszy krok ku Światłości. Żeby, zbliżając się do tego Światła, z radością zrozumieć, że im dalej na tej drodze, tym bardziej jest ona spójna, logiczna, piękna i po prostu właściwa, jedyna. Pozwólmy Bogu uczynić dobro, rozbłysnąć Światłem w nas.  

Odszedł ks. Stasiu

W chwili, kiedy to piszę, trwają uroczystości pogrzebowe. Bo w sobotę 09.12.2012 r. odszedł ks. prałat Stanisław Dułak, przez większość znanych mi osób nazywany po prostu „ks. Stasiem”. 
Człowiek w sumie młody, bo niespełna 64-letni. Fakt, od lat chorował, dlatego w 2004 r. odszedł ze stanowiska proboszcza parafii św. Michała Archanioła w Sopocie, na czele której stał 15 lat. 28 maja tego roku obchodził by 40. rocznicę święceń kapłańskich. Nie dożył. 
Ja poznałem go w roku 2007. Człowiek na pewno specyficzny na swój sposób, ale we wszystkim bardzo bezpośredni, szczery, radosny. Zawsze nierozłączny ze swoją tabakierką. Samą swoją obecnością wprowadzał radość i wywoływał uśmiech na twarzy, także swoim donośnym głosem. Uwielbiany jako kaznodzieja – z bardzo charakterystycznym sposobem wypowiadania się, niebywałą lekkością słowa, zawsze z polotem, zawsze pięknie, zawsze na temat, zawsze z głowy (nigdy z kartki). Słuchając kazań – jego i ks. prałata Franciszka Cybuli – zawsze odnosiłem wrażenie: tak, młodzi księża także potrafią mówić dobre kazania, ale to nie to samo co ich kazania, księży starej daty. Zawsze dla człowieka miał dobre słowo, czas, potrafił zarażać swoją pogodą ducha.
W sierpniu 1980 r. zaangażował się, obok ks. Henryka Jankowskiego, w posługę kapłańską w Stoczni Gdańskiej. A tak naprawdę to on odprawił pierwszą Mszę Świętą dla stoczniowców. W latach 80. wspierał śp. ks. Jerzego „Kargula” Kuhnbauma w budowie kościoła, słynnego Blaszaka, na gdańskiej Żabiance. Wieloletni proboszcz i dziekan w Sopocie, kapelan Sanatorium MSWiA w Sopocie, duszpasterz rzemieślników i pomysłodawca sopockiej mszy kaszubskiej (jeden z niewielu księży, którzy w j. kaszubskim odprawiali Msze). 
Wieloletni przyjaciel bp. Karola Wojtyły, gdy ten nie był jeszcze metropolitą krakowskim – wspierał budowę kościoła na Krowodrzy, jeżdżąc do pomocy na budowie z młodzieżą z Gdańska. Z tamtego okresu pochodziła także, trwająca do końca, przyjaźń ks. Stasia z jego imiennikiem – sekretarzem ówczesnego biskupa krakowskiego, później kardynała i papieża Jana Pawła II – Stanisławem Dziwiszem, dzisiaj kardynała i metropolity krakowskiego. To nie czas i miejsce, ale słyszałem swego czasu historię o tym, jak to nie kto inny, jak ks. Stasiu, zwracał się do papieża z prośbą o modlitwę za ciężko chorą osobę, która została później uzdrowiona… dokładnie w momencie, gdy (jak się okazało) papież modlił się za tę osobę. 
I tak dla mnie – pamiętam, gdy pożyczył mi książkę dr. Wandy Półtawskiej „Beskidzkie rekolekcje”. To z niej właśnie wziął się tytuł tego bloga „było, więc jest… zawsze w Bożych rękach”. I dzisiaj to ty, księże Stasiu, wróciłeś w Jego ręce, którym zawierzyłeś, które cię prowadziły i którymi błogosławiłeś ludzi. Odpoczywaj w pokoju. 
Michał Rusinek, sekretarz noblistki Wisławy Szymborskiej, na jej pogrzebie mówił, że pewnie – sądząc po upodobaniach zmarłej – siedzi teraz w Niebie, pije kawę, pali papierosa i słucha Elli Fitzgerald. A ty, księże Stasiu? Pewnie z tabakierką, a co… 
Na marginesie – w tym tygodniu w naszej diecezji zmarło 2 księży. 

Dezorganizacja i marnowanie okazji

Kolejny GN, kolejny świetny artykuł – tekst tym razem x Tomasza Jaklewicza pt. Centrum dowodzenia (link znalazłem tutaj, niestety nie działa jakby). Kolejny problem. A może ten Wielki Post to właśnie czas w którym należy się zastanowić nad mankamentami Kościoła? Nie dla samego zastanawiania się, nie dla satysfakcji czy dumy, ale dla pogłębienia refleksji o sprawach nie tak pięknych i napawających dumą, ale właśnie mniej optymistycznych, problematycznych. Nawet gdy są to kwestie, powiedzmy, techniczne. 
Za komuny to było łatwo. Było wiadomo – dobrzy tu, źli tam. Był Prymas Wyszyński, centralna postać Kościoła w Polsce, mający wpływ na relacje ze Stolicą Apostolską, nominacje biskupów, politykę wobec PRL (zatem quasi-nuncjusz). Jak to autor zacytował Georga Weigela – polski Kościół na pontyfikacie Jana Pawła II, początkowo związanym właśnie z kard. Wyszyńskim, jakby chował się za plecami wielkiego papieża. I tak już jest… w sumie 31 lat, od śmierci Prymasa Tysiąclecia w 1981 r. Zgadza się – dzisiaj są relacje na linii III RP-Watykan, jest nuncjusz, Prymas to tytuł stricte honorowy i historyczny, przynależny znowu biskupom gnieźnieńskim (nota bene – dochodzi do absurdu, gdy mamy… 3 prymasów: 2 „prymasów seniorów” [przy czym nie ma czegoś takiego! co nie przeszkadza tak tytułować, niestety, nawet na łamach GN] Glempa i Muszyńskiego, i obecnego – abp. Kowalczyka), stawia się akcent na kolegialność, przy jednoczesnym akcentowaniu pomocniczej roli episkopatów krajowych w stosunku do władzy biskupów w powierzonych im diecezjach. Czy jednak nie jest tak, że większość problemów, z którymi borykają się poszczególne diecezje, jest dla nich wspólna? A co za tym idzie – łatwiej by było się z nimi zmierzyć wspólnymi siłami, działając głosem jednej konkretnej osoby?
Polska i Kościół w naszym kraju nie potrzebuje kopii Prymasa Tysiąclecia, za to zdecydowanie potrzebny jest człowiek, który stanie się kimś a’la papieżem w skali kraju, stając na czele Kościoła, podejmie pewne sprawy które są i czekają na rozwiązanie. Owszem, jest Przewodniczący KEP, drugą już kadencję metropolita przemyski abp Józef Michalik. Niestety, ja tę osobę odbieram raczej nie tyle negatywnie, co nijako. Brak pomysłu na zaistnienie Kościoła w mediach, pozycja zdecydowanie defensywna, umiejący zabrać głos jedynie w wypadku np. profanacji krzyży, a nie w sytuacjach gdy ludzie po prostu czekają na konkretne i szybkie stanowisko Kościoła (vide poprzedni tekst), którego regularnie brakuje lub starają się je przedstawiać duchowni niższej rangi (księża, niekiedy specjaliści, profesorowie) lub świeccy. Co więcej, jest to ordynariusz diecezji, zwierzchnik metropolii, więc siłą rzeczy dzielący czas między diecezję a obowiązki w ramach KEP. Jedyny wyjątek – Sekretarz Generalny KEP bp Wojciech Polak (tytularnie bodajże sufragan gnieźnieński), jedyny stale pracujący przy KEP biskup. 
Gdzie jest problem? Brak fachowego doradztwa. Wiernych często traktuje się wprost jako tych, którzy powinni Kościoła bronić, ale nie za bardzo się wtrącać w decyzyjność, to jest zarezerwowane dla biskupów, którzy – doba ma w końcu tylko 24 h – funkcje przy KEP siłą rzeczy traktują jako sprawę dodatkową poza obowiązkami w diecezjach. Dlaczego jednak nie sięgnąć po specjalistów, fachowców, nawet niekoniecnzie duchownych? Owszem, są ograniczenia finansowe, jednak nie chodzi tu o ilość, ale o jakość. Biskupi spotykają się, nie ukrywajmy, dorywczo – Rada Stała KEP kilka razy do roku, zebrania plenarne 4 razy w roku, plus spora ilość różnych ciał doradczych, niestety działających bardzo delikatnie mówiąc doraźnie, w zależności od pomysłowości i woli osoby stojącej na tego ciała czele. To wszystko mogło by zostać wsparte zatrudnionymi odpowiednimi – duchownymi, świeckimi – specjalistami. Kwestie poruszanych na dniach problemów medialnych (specjaliści PR, znawcy mediów, dziennikarze – jak to wskazano w tekście, strona www KEP niestety jest bardzo przestarzała, co wie każdy, kto ją ogląda w miarę choćby regularnie – identyczna od lat) czy problem Funduszu Kościelnego (prawo nie tylko kanoniczne, ale i cywilne, jak również wyznaniowe czy umowy międzynarodowe na linii RP-Stolica Apostolska) – nad tym wszystkim na bieżąco, a nie od afery do afery (w stylu wypowiedzi o jednostronnych planach rządu, bez konsultacji z KEP, odnośnie spraw finansowych Kościoła w Polsce) mogli by pracować kompetentni specjaliści. Być na bieżąco z pracami legislacyjnymi, przygotowywać materiały dla biskupów (ale i pod kątem katechezy) na bieżące tematy z zakresu nauki Kościoła o rodzinie, seksualności, etyce, problemach nauki (bioetyka).
Można by długo pisać. Mam nadzieję, że sprawy te leżą na sercu samym biskupom, bo to do nich należy ruch i możliwość ew. zmian w zakresie tego, o czym napisałem. Tylko oni między sobą mogą uregulować pewne rzeczy, aby KEP działała sensowniej, lepiej, by więcej wynikało z jej prac niż tylko – niestety, dla mnie również – najczęściej patetyczne i dość oklepane listy pasterskie. Mniej pisania listów (i zmuszania księży do ich czytania zamiast homilii – powinny być w gablotach lub dostępne w kopiach przy wyjściu z kościoła), więcej konstruktywnego działania i zadbania nie o to, aby robić dla samego robienia, ale aby przyciągnąć ludzi, dotrzeć do nich, zainteresować i pokazać, że Kościół ma im naprawdę wiele do zaoferowania. 

A my dalej robimy targowisko

Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: Weźcie to stąd, a z domu mego Ojca nie róbcie targowiska! Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie. W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz? Jezus dał im taką odpowiedź: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo. Powiedzieli do Niego Żydzi: Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni? On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus. Kiedy zaś przebywał w Jerozolimie w czasie Paschy, w dniu świątecznym, wielu uwierzyło w imię Jego, widząc znaki, które czynił. Jezus natomiast nie zwierzał się im, bo wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co w człowieku się kryje. (J 2,13-25)

Nie ma przypadków. Zatem – nieprzypadkowo pociągnę temat uwag pod adresem Kościoła, niestety. Tym razem – w zakresie handlowania kościelnego. Czyli w kościołach – nawach, kruchtach, przy wejściach. Nie jest to mój wymysł. Jezus powiedział wprost – a nawet nie tyle powiedział, co po prostu zrobił swoje: pogonił po prostu sprzedających, rozstawione w świątyni kramy porozwalał, pieniądze porozsypywał. Oszczędził, co ciekawe, (i skrupulatnie zanotowane) jedynie tych, którzy handlowali gołąbkami ofiarnymi.   
A my dalej robimy targowisko. Niestety. Moja rodzinna parafia – piękny ambit, miejsce szczególnie bliskie sacrum czy to prezbiterium, czy pobliskiego tabernakulum – nie mówiąc już o konfesjonałach. I co? Tuż obok, kilka stolików z różnymi „sówenirami” w pewnym sensie tak, że osoba sprzedająca dosłownie stała czasami na przeciwko kapłana w konfesjonale (co wątpliwie wpływa na poczucie intymności spowiedzi – czy to po stronie penitenta, czy wspomnianego kapłana) albo też łańcuszek petentów. Ale co tam, przecież liczyło się to, że tamtą drogą chodzą w sezonie tłumy turystów. Idealne miejsce. 
Nowa parafia – nieco lepiej. Kiedy nie mieli kościoła – stoisko prasowe stało sobie przy drzwiach wyjściowych, w środku. Słabo. Kościół stanął… i nic się nie zmieniło. Niedzielne msze były w kościele, a prasa katolicka dalej sprzedawana była w kaplicy. Która de facto (poza okresem zimowym i mszami dla małych grup) robiła głównie za kiosk parafialny. Dzisiaj troszkę poszło do przodu, jakoś udało się wygospodarować pomieszczenie przy plebanii, nieco na uboczu, obok kościoła, i tam sprzedaje się w niedziele prasę, świece itp. 
Nie znoszę tego i nie mogę tego ścierpieć. Nic na to nie poradzę. To jest typowe kupczenie, w myśl zasady – jak się ludziom stanie na drodze (do wyjścia z kościoła), to większa szansa że coś kupią. No i w sumie tak, podejście jak najbardziej słuszne. Tylko to jest świątynia, Dom Boży, miejsce w którym Bóg jest szczególnie obecny, czy to w czasie Eucharystii na ołtarzu, czy cały czas w tabernakulum! Nie będę wdawał się w polemiki, czy jest Go (Boga) mniej/więcej/tyle samo co „w naturze” naokoło, bo nie w tym rzecz. To nie jest miejsce do handlowania czymkolwiek – czy to różaniec, krzyżyk, świeca z której dochód przeznaczany jest na ten czy inny zbożny cel, opłatek, jakaś pamiątka czy najciekawszą gazetę o tematyce religijnej. 
To jest pole do prawdziwej gorliwości, której jakoś nie widzę – bardzo często przy tych stoiskach stoją świeccy, którym w ogóle one nie przeszkadzają. Tu jest okazja do wykazania się gorliwością, czego bardzo często nie rozumieją księża, nierzadko oburzający się, gdy (także niżej podpisany) zwracał im uwagę na powyższe praktyki. Tym bardziej, co łatwo można zaobserwować, że 95% tych, którzy gazety (bo to największa część asortymentu) kupują co tydzień, i tak je kupią – czy to stoisko będzie stało w nawie, w kruchcie, czy też gdziekolwiek (prawidłowo) poza kościołem, obok. Osoby, które przypadkowo coś kupią, to niewielki odsetek – a to nimi tłumaczy się, że dla nich, żeby ich zachęcić, człowiek musi toto stoisko tolerować w przestrzeni sacrum. Jak widać – tłumaczenie naciągane. Ci, którym zależy, i tak pójdą i obok, i kawałek dalej, aby kupić gazetę na której jej zależy. Wiem to dobrze na swoim przykładzie i z własnych obserwacji. 
Jezus słusznie oburzył się na kupców w tamtej świątyni. Czemu tak mało widać oburzenia z powodu tych samych praktyk dzisiaj? Kawałek dalej Jezus mówił o burzeniu świątyni – nie można powiedzieć, że takie działanie (sprzedaż w kościele) to burzenie wprost, bo to było by zbyt duże słowo; ale to jest takie podkopywanie fundamentów, niszczenie spójności i podkładanie się na zasadzie braku konsekwencji (jedno w Biblii, co innego – sprzeczne – w kościołach). 
>>>
Bardzo dziękuję za wsparcie mamy w jej chorobie. Od piątku jest w domu, w sobotę była już u nas na pierwszych urodzinach synka, i jest naprawdę w lepszej formie. Oczywiście, do zdrowia jeszcze daleko, czekamy na wyniki różnych badań. Ale jest lepiej :)

Problem komunikacyjny i reakcyjny polskiego Kościoła

W ostatnim wydaniu GN z dużym zaciekawieniem przeczytałem artykuł Bogumiła Łozińskiego pt. Reguły gry.

Niestety, łącznie ze zmianą serwisu internetowego, GN postanowił (w czym nie ma nic złego) udostępniać swoje teksty w internecie w całości jedynie w formie płatnego e-wydania. Zmieniła się zatem dotychczasowa praktyka – pod koniec tygodnia, albo po wydaniu kolejnego numeru, zawartość chyba praktycznie cała numeru poprzedniego była bezpłatnie dostępna w internecie. Oznacza to, że dzisiaj mogę podlinkować tylko kawałek, i co najwyżej zachęcić do przeczytania odpłatnie całości. Warto. 
Redaktor Łoziński opisał, bardzo obiektywnie i sensownie, jak to nasz Kościół polski – konkretnie w osobach swoich hierarchów – nie radzi sobie z istnieniem w mediach i reagowaniem na poszczególne sytuacje, wydarzające się na bieżąco, a tegoż Kościoła dotyczące. Skupił się na kwestii, o której od dłuższego czasu jest mowa, mianowicie na deklarowanych wprost w mediach przez Premiera i rząd planach likwidacji Funduszu Kościelnego. A konkretnie, niezrozumiałych i niepoważnych deklaracjach ze strony rządzących, w stylu „zamierzamy zmienić”. Owszem, zamierzać można, jednak zapominają o regulacjach konkordatu jako umowy pomiędzy RP a Stolicą Apostolską, która to umowa międzynarodowa wprost wskazuje, że tego typu zmiany powinny być przygotowywane i ustalane nie samodzielnie przez którąkolwiek ze stron, ale przez obydwie strony w drodze negocjacji. 
Problem problemem, kwestia w tym tekście poboczna, albo bardziej tło. Problemem jest to, co wynika z obserwacji reakcji hierarchii. Czyli jej braku. Co jest zupełnie niezrozumiałe, jako że w mediach liczy się szybkość tejże reakcji, o czym wiedzą wszyscy. Tym bardziej, że wypowiedzieć w tej kwestii mogło się kilka osób – Przewodniczący KEP, Sekretarz Generalny KEP czy biskup stojący na czele odpowiedniej Komisji KEP (ok, zareagował dość lakoniczną odpowiedzią… 2 dni później). Trudno się jednak dziwić polityce KEP, gdy – jak czytamy w tekście redaktora Łozińskiego:

Gdy w wywiadzie przeprowadzonym trzy miesiące temu zapytałem przewodniczącego episkopatu abp. Józefa Michalika, czy episkopat wypracował jakąś metodę przeciwstawienia się złemu obrazowi Kościoła w mediach, odpowiedział, że to katolicy świeccy w nich pracujący powinni dbać o jego wizerunek. To prawda, ale jeszcze większa odpowiedzialność za obraz Kościoła w przestrzeni publicznej spoczywa na ludziach stojących na jego czele, którzy z racji pełnionej funkcji mają tytuł do wypowiadania się w jego imieniu.

Niestety, nie rozumiem (chyba nie jedyny) takiego podejścia. Decydować to mają biskupi, a dbać o dobry wizerunek Kościoła, w którym decydują biskupi, mają… sami świeccy? Jakieś totalne nieporozumienie. Kościół sam powinien w osobach swoich hierarchów zrozumieć, że dzisiaj, gdy ludzie czerpią – także o Kościele – informacje głównie z mediów, to sam Kościół w osobach właśnie hierarchów powinien umieć reagować na bieżąco. Nie chodzi o eskalowanie konfliktu (który wydaje się, prędzej czy później, przy takiej postawie rządu raczej nieunikniony), ale zdecydowane, choć wyważone stanowisko: w odniesieniu do prezentowanych pomysłów rządu, Episkopat wskazuje na taką a taką regulację konkordatu, dotychczasową praktykę i przypomina, iż ustalenia takiej materii powinny być negocjowane i ew. zmieniane w drodze kompromisu pomiędzy Kościołem a rządem, nie zaś jednostronnych deklaracji i podejmowanych przez rząd w oparciu o nie czynności.    
Zabrakło tego. Padło kilka wypowiedzi ze strony niektórych kościelnych specjalistów – m.in. ks. prof. Walencika, znawca prawa kanonicznego. Chwała im za to, chociaż oni zachowali się tak, jak powinni, wykorzystując swoje kompetencje i wiedzę. Tylko że powinien to być głos wtórujący przy zdecydowanych wypowiedziach przedstawicieli Episkopatu, a nie – fachowa, ale jednak prywatna i pojedyncza – opinia pewnego księdza. Brakuje mi tutaj – i nie chodzi o to, że pochodzę z diecezji gdańskiej – zdecydowanego głosu abp. Tadeusza Gocłowskiego, który w czasach, gdy był metropolitą gdańskim nie wahał się zdecydowanie reagować w podobnych sytuacjach. 
Dziwi też to szczególnie w kontekście tego, że Sekretarzem Generalnym KEP został przecież niedawno człowiek nie dość, że młody, to jeszcze z kilkuletnim już „stażem” jako biskup (swego czasu, w chwili nominacji, najmłodszy na świecie) – czyli osoba, dla której realia działania mediów są na pewno dobrze znane, i która w mediach takich jak internet z pewnością porusza się swobodnie, rozumiejąc tym samym konieczność szybkiej i konkretnej reakcji w sytuacjach jak bieżąca, dotycząca kwestii, w której stanowisko Kościół powinien zająć możliwie szybko. A, jak na razie, nie potrafi – mimo, iż jest ono oczywiste, nie wymaga żadnego wypracowywania. 

Przemienienie ogłupia, a Bóg tylko prosi

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych. (Mk 9,2-10)

Niedzielnie, jak zwykle z poślizgiem.

Bardzo często jest tak, że ludzie domagają się, wręcz roszczą od Pana Boga znaków i cudów: na potwierdzenie Jego istnienia, na udowodnienie czegoś, wbrew sobie albo komuś. W postawie: należy mi się, powinno tak być. Jak wiadomo, nie tędy droga, i takie osoby najczęściej po prostu pogrążają się we własnej słabości i małości, bo jak wiadomo – Bóg nie złota rybka i nie robi tego, co Mu się każe, ani wtedy kiedy Mu się każe. Można u Niego wiele zdziałać – ale nie w ten sposób, nie tak. W niedzielę ewangelista Marek pokazuje obrazek, w którym pewnie wziąć udział by chciało wielu. 
Pan Jezus, żyjący, człowiek, przed wielkimi rzeczami jakich dokonał w Triduum, uchyla rąbka swojej boskości przed kilkoma (wybranymi? przypadkowymi?) uczniami. (Może i wybranymi: Piotr jako najbardziej uparty, ale w końcu Skała; Jakub jako ten, który pierwszy zginie; Jan jako jedyny który wytrwa pod krzyżem i nie zginie jako męczennik) I co się dzieje? Apostołowie, świadkowie całego zdarzenia… głupieją. Wiedzą, kogo widzą – Jezusa z Eliaszem i Mojżeszem – i zaczynają proponować stawianie namiotów dla tych, których widzą. A przecież to ludzie wiele wieków wcześniej zmarli! Doświadczają cudu, i nie potrafią się w tej sytuacji odnaleźć. 
Pytanie – co z tej sytuacji zapamiętali? Głos Boga Ojca z obłoku – polecenie, zadanie i zarazem wskazówkę, kogo należy słuchać? Obawiam się, że bardziej przejęli się – co zanotował ewangelista – rozważaniem nad tym, czym miało by być owo „powstanie z martwych”, które Jezus wskazał jako moment, kiedy mogli ujawnić to, co widzieli; nie wcześniej. Refleksja nad tym, czego byli świadkami, pewnie przyszła później, bardzo możliwe że już po zmartwychwstaniu. Ale przyszła. Kolejny kamyczek na wielkiej piramidzie dowodów na to, że Bóg działał przez Jezusa od początku do końca. 
I z tym wszystkim w I czytaniu Kościół zestawił nam (Rdz 22,1-2.9-13.15-18) obrazek Abrahama, którego Bóg wzywa do złożenia ofiary z jedynego, umiłowanego i przecież tak bardzo wyczekiwanego syna – Izaaka. Czas próby. Myślę, że wielu z nas – może i ja sam, od niedawna ojciec? – by się w podobnej sytuacji popukało w czoło i odwróciło plecami od Boga, który żąda czegoś tego rodzaju. Zabić własne, jedyne dziecko? Abraham widzi w tym wolę Bożą, idzie zgodnie ze wskazaniem. Ufa Bogu tak daleko, że wykonuje Jego polecenie. Nie waha się – w ostatniej chwili przed zabiciem dziecka powstrzymuje go anioł pański. Izaak był dla niego największym otrzymanym od Boga darem – a mimo tego nie zastanawiał się. Pan dał, Pan zabrał – niech imię Pańskie będzie błogosławione – jakby zacytować Hioba. 
Niewielu z nas Bóg prosi o porównywalne poświęcenie. Patrząc na wydarzenia ostatnich dni – można powiedzieć, że w sercu Bóg prosi o taką ofiarę rodziny ludzi, którzy przez ludzki błąd zginęły w katastrofie kolejowej w sobotę. Bożą wolą droga tych zmarłych się już zakończyła, są już razem z Nim. A my? Idziemy przez życie, niekiedy mocno bezmyślnie, nie zastanawiając się nad sobą, i bardzo często nie stać nas na nawet na rozmowę z Nim, krótką modlitwę, westchnienie czy poryw serca ku Niemu. On przychodzi i prosi – w Wielkim Poście np. o modlitwę, post i jałmużnę. Tak wiele? No nie. A i tak – jak niewiele osób potrafi na tę prośbę odpowiedzieć. Czasami przychodzi krzyż cierpienia i choroby – jak go znosimy? Najczęściej złorzecząc, i obwiniając Jego właśnie. 
Nie umiemy dostrzegać tego, że Bóg widzi dalej i lepiej od nas, i nigdy nie proponuje niczego bez sensu. Nawet jeśli sytuacja wygląda nie wiem jak beznadziejnie – On potrafi wyprowadzić z niej dobro. Oczywiście, o ile postąpimy tak, jak On prosi. Abrahamowi, po ludzku mówiąc, po prostu się to opłaciło – obietnica Pana, jaką usłyszał, spełniła się. Bo uwierzył, i bo potrafił zawierzyć. A my? Szukamy naokoło takich przemienień pańskich, cudów i tego, co spektakularne, nawet nie zastanawiając się, żeby dać cokolwiek z siebie, żeby spróbować posłuchać tego, co Bóg mówi. Nic dziwnego, że tak wielu szuka bez sensu i bez skutku. Żeby Go odnaleźć, potrzebny jest dialog – nie monolog. Posłuchaj, o co prosi Pan. Może to brzmieć dziwnie, a nawet strasznie. Nie bój się.