Mądry zachwyt

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. (Mt 11,25-27)

Te słowa czytałem nie raz – ale dopiero tym razem uderzyło mnie w nich coś, czego dotychczas nie zauważałem: Jezus zachwyca się stworzeniem, tymi małymi ludźmi, do których został posłany. 

Czytaj dalej →

Najważniejsza – a jej nie widać

Po wyjściu Judasza z wieczernika Jezus powiedział: Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim otoczony chwałą, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie Mnie szukać, ale – jak to Żydom powiedziałem, tak i teraz wam mówię – dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie. Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. (J 13,31-33a.34-35)

Niedzielny fragment Ewangelii to tylko niewielki kawałek większej całości. Ale warto zwrócić uwagę na pewną kwestię – wydawało by się, że my dzisiaj to jesteśmy biblijnymi Alfami i Omegami, wszystko rozumiemy, dokładnie wiemy, o co Panu Jezusowi chodziło. A guzik. Czasami sobie myślę, że im dalej, tym gorzej. Niby staram się nad sobą panować, z tym Bogiem współpracować, słuchać, starać się… A potem otwieram Biblię, czytam, i ni w ząb nic nie rozumiem.

Czytaj dalej →

Uwielbienie tak po prostu, krok po kroku

Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu
na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie,
że  n i e  j e s t e m  s t ą d.
Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej
barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć
wszystkiego, co jest
udziałem człowieka, przemienić co doznane
w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd
przyszedłem.

Rzadko na tym blogu przytaczam wiersze – powyżej to „Gdziekolwiek” Czesława Miłosza z tomiku „To” z 2011 r. Cytuję go nieprzypadkowo – w kontekście źródła, w którym się na te słowa natknąłem – mianowicie książki „Pan Bóg? Uwielbiam” Marcina Jakimowicza, jednego z moich ulubionych autorów z GN (co ciekawe, z wykształcenia, kolegi po fachu bo prawnika). 
Kapitalny wstęp do bardzo dobrej książki, z której kilka co fajniejszych myśli chciałem tu zaproponować dzisiaj. Fakt, jest ich sporo, a to tylko świadczy na korzyść książki – przede wszystkim w sposób kapitalnie prosty rozprawiającej się z mentalnością i schematem „Boga który doświadcza chorobami”. Myśli bardzo kreatywne, zmuszające do konfrontacji z własnym podejściem do Boga, zmierzenia się z własnymi lękami nie tyle dotyczącymi przejścia do zbawienia po śmierci – ale z tym, co może być trudne i fizycznie bolesne już tutaj, na ziemi. Stawienia czoła strachowi przed po prostu uwierzeniem Bogu i Jego obietnicom dla tych, którzy Mu naprawdę uwierzą – nie tylko gdzieś coś podpiszą. Z genialnym, zacytowanym co prawda od o. Michała Zioło OCSO, pojęciem „wspólnoty niedowierzania”. Bardziej trafnie się nie da. 
Ostrzegam, jest tego całkiem sporo.
  • Znakiem pokory jest przyjęcie woli Bożej – pod warunkiem, że jej szukamy, pytamy, o co naprawę chodziło Najwyższemu.
  • Wertuję karty Ewangelii, starając się pochwycić Jezusa na gorącym uczynku i znaleźć choć jedną sytuację, w której zaproponował cierpiącemu, by zaakceptować chorobę. Nie znajduję. 
  • Duch nigdy nie przychodzi tak samo. Nie zna pojęcia stagnacji. Jego obecność jest niezwykle dynamiczna. Jest jak wiatr, ogień, strumień żywej wody. 
  • Można być osobą bardzo religijną i nie wierzyć w Boga. Wszyscy są w jakiś sposób religijni. Mamy wrodzoną religijność naturalną. Prowadzi ona do błędnego schematu – to ja muszę znaleźć Pana Boga, przypodobać Mu się, ofiarować jakieś dary, a jeśli On będzie zadowolony, będzie mi błogosławił.
  • Jezus, zapytany przez uczniów o to, jak mają się modlić, odpowiedział: „Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi” (dosłownie: Niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak w niebie). Jezus modlił się: „Ojcze, niech na ziemi będzie tak jak w niebie” (…) Dopiero teraz widać sens tej wypowiedzi. Bóg zdradził swoje pragnienie: chce, by ten skażony grzechem i przekleństwem świat już teraz zamieniać w królestwo. 
  • Nasze zadanie? Sprowadzanie nieba na ziemię. Chodzenie w Jego obecności. Krótkie pytanie: czy jestem w stanie zrezygnować z własnej chwały, by Jego królestwo wzrastało? czy chcę się zaprzeć samego siebie? Tylko tyle. Cała reszta już jest załatwiona. Jezus zapłacił za wszystko swoją krwią. 
  • Zbyt łatwo wszelkie nasze porażki pieczętujemy dewizą „wola Boża”.
  • Wiesz, dlaczego Bóg nie może dać ci raka? Bo rak do Niego nie należy. 
  • Czytam Biblię i widzę, że Bóg jest dobry. Skoro ja, zły, egoistyczny i samolubny człowiek, nie chcę, by moje dzieci były wyniszczone przez chorobę, to dlaczego miałbym sądzić, że On sam tego pragnie? Po co miałby tego chcieć? By wyćwiczyć je w pokorze? Dać solidną lekcję posłuszeństwa? 
  • Jezus dostał to, na co ja zasłużyłem, aby mógł dostać to, na co On zasłużył.
  • Żyjemy w świecie skażonym grzechem, więc pełnię uzdrowienia zobaczymy dopiero wówczas, gdy powróci Ten, „w którego ranach jest nasze zdrowie”. Wiem o tym. 
  • „Wszystko, co mam, jest twoje” – to obietnica Najwyższego, który zdaje się podpowiadać: dysponujesz całym pakietem darów, charyzmatów, którymi posługiwał się mój Syn. Otrzymaliśmy tego samego Ducha, który wskrzesił Jezusa z martwych.
  • „Powołałem cię po to, abyś szedł i przynosił owoc”. To mocne zdanie. Przez długie lata rozpowiadałem na lewo i prawo: ja jedynie sieję, nie zbieram owoców. To bezpieczny manewr, pobożna wymówka, spełniająca wszelkie wymogi political correctness. Słowa „ie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje” (J 15, 16) zmieniają tę perspektywę. Powołałem cię – wyjaśnia Najwyższy – abyś przynosił owoc. Co więcej – by owoc twój trwał.
  • Wydajcie rozkaz górze. Czyńcie sobie ziemię poddaną. Obowiązują was reguły panujące w królestwie. Trzy lata chodziliście za mną krok w krok. Widzieliście cuda, znaki, uzdrowienia, wskrzeszenia. Dalej nic nie rozumiecie? 
  • To ja drżę. Boję się wydać rozkaz chorobie, aby nie skompromitować się przy innych. Często nawet dorabiam do tego pseudoideologię, by… nie skompromitował się sam Bóg (doprawdy karkołomna konstrukcja)!. Nie twierdzę, że uzdrowi wszystkich, a sale szpitalne opustoszeją. Nie wylewam dziecka z kąpielą, zapominając o teologii cierpienia, o tym, że nasze rany są kanałami Jego łaski. Nie! Wierzę jednak w to, że zanim „pochylimy się z troską nad zagadnieniem choroby” w życiu osoby, która prosi nas o wstawiennictwo, mamy prawo wołać o cud. On sam nas o to prosi. 
  • Nie znajduję w Ewangelii ani jednej sytuacji, w której Jezus podszedłby do chorego ze słowami: „Zaakceptuj swoją chorobę”! On ich uzdrawiał!
  • Co się, do cholery, stało? – to najbardziej dramatyczne pytanie świata. Krótkie, proste jak schemat linii warszawskiego metra instrukcje usłyszeli apostołowie. Uzdrawiajcie, wskrzeszajcie, wyganiajcie. My???
  • „Przechodząc doliną płaczu, przemieniają ją w źródło” – to kwintesencja chrześcijaństwa, które powinno być, jak chce prawosławny teolog Paul Evdokimov – „marszem życia przez cmentarze świata”.
  • To zawsze mocno podejrzane, gdy ktoś zbyt łatwo zgadza się na cierpienie. Bo taka zgoda to ucieczka, po to by nie bolało. Z krzyżem jest trochę jak z tą drogą do Santiago. To nie my pokonujemy drogę, ale ona nas. To nie my radzimy sobie z cierpieniem, tylko ono radzi sobie z nami.
  • Jezus czynił takie cuda, jak wskrzeszenie Łazarza, bo wiedział, że w większości przypadków cuda i znaki potrzebne są nam, byśmy przylgnęli do serca Jego Ojca. Tacy jesteśmy. Nieufni, węszący spisek, odsuwający się na bezpieczną odległość. Na wszelki wypadek. – My, gawiedź. Chytra, kombinująca, szukająca zysku i unikająca ciosu, cyniczna lub może zbyt obolała, żeby wierzyć – opowiada trapista o. Michał Zioło. – Żyjemy, wyczekując. Mamy alibi, zawsze. Boimy się wysokości i jasności zbyt jasnej. Pojednaniu z niskością. Zdaje się, że już na zawsze. Podziwiamy męczenników, gdyż już nam więcej nie zagrażają. My, gawiedź, wspólnota niedowierzania, podobna ludziom przechodzącym od płaczu nad zmarłą dziewczynką do śmiechu i kpin z Jezusa, który odważył się powiedzieć, że dziewczynka nie umarła, lecz śpi. 
  • Chrześcijanie nie gonili za cudami. To cuda goniły za nimi.
  • Ludzie są zmęczeni moralizowaniem, duszpasterskim smrodkiem dydaktycznym. Chcą w Kościele zobaczyć żywego Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Chcą Go dotknąć. I dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą. (bp Grzegorz Ryś)
  • Jeżeli jesteśmy ludźmi, dla których wzorem jest życie Jezusa, to założenie, że Bóg „daje chorobę”, stanowi pogwałcenie nauczania i praktyki Jezusa. 
  • W Kościele często pielęgnujemy cierpiętnictwo, które utwierdza nas w chorobie, zamiast pielęgnować wieź z Duchem Świętym, w mocy którego Jezus zadawał jej kres. 
  • Jeżeli proszę Pana Boga, to nie po to, aby Go o czymś poinformować (wie o wszystkim, zanim otworzę usta!), ale po to, by dać Mu prawo dostępu do konkretnego obszaru mojego życia. Bóg jest niezwykle dyskretny, nie narzucający się. Szanuje naszą wolność. Prosząc Go o uzdrowienie, dajemy Mu prawo do naszego wnętrza. My w tym momencie nie upraszamy u Boga konkretnej łaski, ale zapraszamy Go z nią do naszego życia. Nie upraszamy, ale zapraszamy.
  • Czy Pan Bóg jest bankomatem? Będę się modlił, aby Bóg mnie otworzył na swoją łaskę. Kiedy to „działa”? Wtedy, gdy po stronie zapraszających Boga jest wiara.
  • Fascynuje mnie sposób, w jaki Jezus patrzył na ludzi. On dostrzegał tych, których inni nie chcieli zauważyć. 
  • Wzorem modlitwy wstawienniczej jest dla mnie jedno krótkie zdanie wypowiedziane przez Maryję. Gdy zobaczyła, że impreza weselna w Kanie „dogorywa”, rzuciła krótkie: „nie mają już wina”. Koniec, kropka. 
  • Chcę usłyszeć: „jesteś wolny od niemocy”. Desperacko szukam Jego obecności. Nie interesuje mnie rozmiękczona, grzeczna, pluszowa Ewangelia zredukowana do poziomu niedzielnych kazań. 
  • Lepiej być grzecznym i uradowanym, czy grzesznym i uratowanym? (o. Wojciech Ziółek SI)
  • To Bóg czyni pierwszy krok, jest źródłem dynamiki. 
  • Naszym największym zagrożeniem jest szary pragmatyzm codziennego życia Kościoła, w którym wszystko toczy się na pozór normalnie, w rzeczywistości jednak wiara zanika i zatraca się w małostkowości. Letniość. Bylejakość. Małostkowość. 
  • Jeśli chrześcijaństwo nie promieniuje, to nie dlatego, że napotyka w świecie opór – ale dlatego, że zabrakło mu gorliwości i świętości.
  • Myślę, że wielokrotnie Jezus puka od środka, abyśmy pozwolili Mu wyjść. Kościół zachowuje się, jakby pragnął zamknąć Jezusa wewnątrz i nie pozwolił Mu wyjść. 
  • Ludzie chcą w Kościele zobaczyć Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Problem nowej ewangelizacji nie polega na tym, jak wyjść na ulice, ale… żeby wyjść (bp Grzegorz Ryś). 
  • Zauważyłem, że gadamy na okrągło o jedności i ekumenizmie, a nie potrafimy spotkać się z ludźmi z tej samej duszpasterskiej bajki. Jak możemy opowiadać o „parafii jako wspólnocie wspólnot”, skoro nie znamy swoich imion?
  • Linia podziału przebiega tak głęboko i tak dotkliwie nas rani, że wychodzimy na ewangelizację z hasłem: „Po co mam to robić z kimś, skoro mogę zrobić coś sam?”. Absurd! Głęboko podszyty zazdrością duchową i przekonaniem, że jeśli będę o kimś dobrze mówił i kogoś wywyższę, to automatycznie Bóg zabierze tę część z mojej puli, stracę coś. Tak jakby Bóg miał za mało i jeżeli przeleje na czyjeś konto, to ja już na nic się nie załapię… Nic dziwnego, że w Kościele nie czujemy się jak bracia i siostry, tylko partnerzy w konkurencji, rywalizacji. 
  • Coraz częściej czuję się bankrutem. Wiem, że nie mam absolutnie nic do dania. Nie mam czym zapłacić, dlatego załapuję się na gratisy od Pana Boga. Każdego dnia łapię się na tym, że chciałbym Mu dać wiele rzeczy, ale nie mam nic. Cokolwiek dobrego udało mi się zrobić, to zawsze początkiem była prośba: „zrób coś, bo ja jestem pusty” (Robert „Litza” Friedrich).
  • Im dłużej żyję i im częściej czytam Biblię, tym mocniej przekonuję się, że Pan Bóg nie obraża się, słysząc bezczelne a szczere słowa. Większą bezczelnością jest chyba mówienie do Niego w kościele: „Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego”, a po wyjściu z Mszy narzekanie tu i tam, jak to wiele nam rzeczy brakuje. Większą bezczelnością jest codzienne mówienie: „bądź wola Twoja” i oburzanie się na Boga wtedy, kiedy jest tak, jak On chce, a nie tak, jak my chcemy. Postawmy się trochę na miejscu Boga, który zna serca ludzkie. Czy nie bolała by nas nieszczerość ludzi, którzy zwracaliby się do nas na modlitwie?
  • Kryzysy uzmysławiają nam, że jesteśmy całkowicie zależni od Boga i wbrew temu, co sądzimy na co dzień, On świetnie dałby sobie radę bez nas, a to, że szuka z nami relacji, jest jedynie wyrazem jego przeogromnej tęsknoty.
  • Do momentu gdy nie zrozumiemy, że wszystko, absolutnie wszystko otrzymujemy za darmochę, będziemy siedzieć w czyśćcu, zamkniemy się na niebo.
  • Zobaczmy, kogo wybierał Jezus. Mam wrażenie, że On wybierał świadomie tych, o których wiedział, że do niczego Mu się nie przydadzą. Wybierał i wciąż wybiera tych, którzy sami mówili: „Ja się nie nadaję”. Dlaczego? Bo ci ludzie przyjmują za darmochę to, co chce im dać, przyjmują orędzie zbawienia jako dar i nie chcą za to płacić. Nie mają zresztą czym zapłacić. Nie mają wobec Boga żadnych argumentów. 
  • Bóg, który nie cierpi grzechu, godzi się na moje grzechy. Dlaczego? Bo wie, że stawiają mnie one w pozycji dziecka: nie mam nic, nie mam żadnych zasług. Jak mi nie dasz, zdechnę z głodu. 
  • Jesteśmy gruboskórni, zamknięci na odczucie Bożej miłości. Odczuwamy ją przez nasze rany, pęknięcia. To boli. 
  • „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Nie „z Tym” – ale „w Tym”.
  • „Klient nasz pan” słyszę na każdym kroku. Na szczęście nasz pan nie traktuje mnie jako klienta.
  • Wyskakuję z tramwaju i mijam setki reklam: chwilówek, pożyczek, kredytów i sklepów typu Tani Armani. Potem wchodzę do kościoła i słyszę o darmowej miłości Najwyższego (żadnych promocji, ofert, zniżek) i zaczynam czuć się nieswojo. „Nie musisz płacić!” – przekonuje mnie kaznodzieja, a ja czuję się zakłopotany. Teoretycznie znam definicję charyzmatu – 5xD – dar darmo dany dla drugiego, ale podświadomie szepczę: przepraszam, ile to kosztuje?
  • Zbliżała się Pascha, gdy Jezus, jedyny Baranek, który gładzi grzechy świata, wszedł do świątyni. Nie zastał w niej ludzi, którzy się modlili. Zastał tych, którzy handlowali. Wygląda to tak, jakby ci ludzie chcieli kupić dary Ducha. Zadawali pytanie: „A ile to kosztuje?”. 
  • Ileż w nas jest religijności naturalnej? Zasługiwania na Bożą miłość? Prób kupowania jej litaniami i nowennami? Nie potrafimy przyjąć tego, że jesteśmy zbawieni za darmo. Zachowujemy się tak, jakby przed dwoma tysiącami lat coś poszło nie tak, a krew Jezusa spłynęła niepotrzebnie i zmyła jedynie część grzechów. Odmawiamy kserowaną od sąsiada „koronkę szczęścia”, pilnując, by broń Boże, nie uronić żadnej modlitwy, bo inaczej Główny Księgowy nie zaliczy i będziemy musieli powtarzać wszystko od początku. 
  • Choć w głębi nas samych tęsknimy za miłością bez granic, to stajemy przerażeni, kiedy ta miłość się objawia. Z Bogiem sprawiedliwym można ubijać interesy. Można z Nim kupczyć i próbować pozyskać Jego względy. Ale przeciw Bogu, który jest miłością i tylko miłością, nie mamy broni. 
  • Wyciągając różaniec czy odmawiając koronkę, nie wchodzę już w realizowanie teologii bankomatu. Nie zadaję bezczelnego pytania: „ile płacę?”. 
  • Boża miłość jest za darmo. Nie można jej kupić. Relacja Boga do nas, Jego darmowa miłość, w Biblii jest określona jednym słowem: „łaska”. Bóg ma łaskę. Jakkolwiek się zachowują synowie ojca w przypowieści o synu marnotrawnym, on zawsze kocha. Zawsze „ma łaskę”.
  • Jeżeli patrzymy na Jezusa, na Tego, który jest nam dany za darmo, zaczynamy się uczyć logiki Boga. Przestajemy pytać: ile to kosztuje, bo… On jest ceną, On jest zapłatą. W katechizacji, nauczaniu, kazaniach przez wiele, wiele lat zbyt mocno akcentowano moralność. Moralność była centrum nauczania Kościoła. Tłumaczono nam, jak należy żyć, by być „dobrym człowiekiem”. Owocem tego jest to, że czasami słyszę takie hasło na kolędzie: „ojcze, ja nie chodzę do kościoła, ale jestem dobrym człowiekiem” (o. Wit). 
  • Ja nie muszę niczego płacić. Nie jestem niczego winien. Ofiara Jezusa jest kompletna, całkowita, doskonała, pełna. Niczego jej nie brakuje. 
  • Grzechy, w które jestem uwikłany, były dla Niego ogromnym problemem przed 2000 lat. Odczuł je boleśnie na własnej skórze, poznał ciężar każdego z nich. Od chwili, gdy zmartwychwstał, nie wraca do nich. Nie prowadzi ewidencji: „winien – ma”. 
  • Zmartwychwstały zachowuje się, jakby doznał amnezji. „Zresetowął” nie tylko same grzechy, ale i pamięć o nich! Jezus nie wypomina Rybakowi ucieczki, zdrady, tchórzostwa. Pyta: „Kochasz?”. „Ale przecież uciekłem, zwiałem, stchórzyłem…”. „Piotrze, kochasz?”. „Ale…”. „Kochasz?”. 
  • Nie wolno głosić etyki w nawet tak istotnych kwestiach jak małżeństwo, jeśli najpierw się nie pokaże człowiekowi Jezusa Chrystusa. Jeśli nie doświadczy tej relacji, to każde przykazanie będzie ciężarem nie do uniesienia. Nawrócenie to spotkanie z Jezusem, w którym doświadczam tego, że jestem przez Niego kochany. 
  • Największą barierą w przyjęciu łaski jest nieprzebaczenie.
  • Nie musisz krzyczeć, skakać ani płakać czy miotać się po podłodze, aby coś od Niego dostać. Powinieneś tylko wierzyć w imię Jezus. Jezus nie musi się modlić za ciebie, tylko z tobą. On jest twoim adwokatem w niebie. Kiedy wypowiadasz Jego imię, mówi: „To jest zbyt ważna sprawa! Ja przelałem swoją krew i dałem mu swoje imię. Ojcze, obiecaliśmy, że jeżeli użyje mego imienia, otrzyma to czego pragnie”. „Tak, amen” – mówi Ojciec – „Dajmy mu to”. Imię Jezusa nie jest magiczną sztuczką z pieczątką imprimatur. Nie jest rodzajem katolickiego zaklęcia czy wytrychu. Wiara nie ma nic wspólnego z magią (Ulf Ekman). 
  • Jezus nie odpowiada w tej przypowieści [o miłosiernym Samarytaninie] na pytanie, kogo ja mam kochać, ale kto mnie kocha. Przestawienie akcentów. „Kto jest moim bliźnim?”nie znaczy „Komu mam jeszcze pomóc?”, ale „Kto mi pomoże?” (o. Wojciech Ziółek SI).
  • Mamy wiele szczęścia, że żyjemy w takich czasach jak teraz. Mamy dziś do czynienia z Kościołem, który się zapada, i jednocześnie z Kościołem, który się odradza. Zapada się wiele starych struktur, które nie wytrzymują nowego tchnienia Ducha. W nowym, odradzającym się Kościele są ludzie, którzy przyjmują do serca Jezusa i rzeczywiście oddają Mu swe życie. Nie z powodów socjologicznych: tradycyjnych, rodzinnych, ale dlatego, że odczuwają taką potrzebę. Bóg podwaja dziś swoją łaskę. Zwyciężymy (o. Joseph-Marie Verlinde OP).
  • Jeśli chcecie apostołować, to proście Ducha Świętego o dar radości. Radość jest tym, co najbardziej przekonuje ludzi. A my mamy przecież pokazać życiem, że Jezus zmartwychwstał i pokonał śmierć (o. Raniero Cantalamessa OFMCap.). 
  • Jeśli opowiadasz o Bogu skrojonym na ludzką miarę, zredukowanym do twoich wyobrażeń i przefiltrowanym przez twe duszpasterskie niepowodzenia i wątpliwości, wiążesz Mu ręce. 
  • To, co my nazywamy przebudzeniem, Nowy Testament nazywa chrześcijaństwem.
  • Bóg błogosławi odważnym gestom. To gwałtownicy zdobywają królestwo!
  • Bóg błogosławi odważnym deklaracjom, w których w Jego imię zapieramy się samych siebie. Błogosławi tym, którzy wbrew wszystkiemu wkraczają na pole bitwy, wierząc, że wojna jest wygrana. 
  • Jezus uderzył w szatana ostatnim swoim tchnieniem na krzyżu. Bitwa jest wygrana, wróg pokonany. On nie jest tak mocny, jak usiłuje być. Jesteśmy dziś zaangażowani w działalność oczyszczającą za linią frontu pokonanego przeciwnika. 
  • Błogosławienie Boga w każdych, nawet najtrudniejszych sytuacjach, to absurd. Z punktu widzenia świata. A wynika to wprost z zachęty: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was” (1 Tes 5, 18).
  • Kto jak kto, ale niewinny niesłusznie oskarżony Jezus miałby wszelkie powody do przeklinania swojego losu. Co robił? Łamał chleb i szeptał: „Błogosławię”! 
  • Spójrz w niebo. To naprawdę znakomita perspektywa do oceny twej sytuacji. Zwłaszcza wówczas, gdy twoje położenie wydaje się beznadziejne. 
  • Nie chodzi mi o żadne pobożne czary-mary. Błogosławienie przywraca prawdziwe proporcje: nie ma sytuacji, która wymknęła by się Bogu spod kontroli. 
  • Skąd się w nas to bierze? Może jako naród z natury bardzo religijny dosłownie potraktowaliśmy słowa ewangelisty Mateusza: „Będą narzekać wszystkie narody ziemi” (Mt 24, 30)?
  • Uwielbienie jest okrzykiem zwycięstwa w bitwie, przed którą dopiero stoimy. Jest zawsze na wyrost. Jest rodzajem skoku w nieznane, aktem zaufania, wyznaniem:”To nie moja wojna. Wiem, Kto walczy po mojej stronie”. 
  • Gdy zaczynasz uwielbiać Pana Boga, dochodzi do przemiany: On w twych oczach staje się większy, a problem, z którym się mierzyłeś, maleje. 
  • Uwielbienie zmienia rzeczywistość. Jest ono przecież tak konfrontacyjną rzeczywistością, tak inną od tego, co proponuje świat… To jedyna przestrzeń, w której człowiek nie jest w centrum, ale stoi z boku i jest wpatrzony w Boga, oddaje Mu (dosłownie!) chwałę. To jedyna przestrzeń, w której nie jesteśmy najważniejsi (Mate.o).
  • Uwielbienie jest łaknieniem czegoś, za czym wszyscy tęsknimy – bliskiej relacji z Kimś, kto nas bezgranicznie akceptuje (Grzegorz Głuch). 
  • Wiara to 24 godziny na dobę niepewności minus 1 minuta nadziei (Andre Frossard).
  • Ci, którzy rzucają światło Ewangelii, zazwyczaj stoją w mroku. Po drugiej stronie reflektora. Szukają pociechy, a słyszą: „Błogosławiony, kto we Mnie nie zwątpi”.
  • Wiara jest pójściem w ciemno. Bez fajerwerków, Bez zabezpieczeń. Z GPSem Słowa Bożego, który jak na złość, zamiast wybrać najkrótszą drogę, nakazuje nam jazdę przez jałową, bezkresną pustynię. 
  • Spektakularność jest potrzebna nam, byśmy zwrócili uwagę na Boga. Bóg chce się z nami skomunikować. Ale to nie jest Jego ulubiony język. On stara się do nas dostosować. Widać to jak na dłoni w rozwoju wielu wspólnot. Po początkowym boomie charyzmatów i wysypie darów następuje czas uspokojenia, wyciszenia. I mam wrażenie, że Pan Bóg lepiej się w takiej rzeczywistości czuje (s. Bogna Młynarz).
  • Więc siedź na miejscu. Nie włócz się. I uwielbiaj. Sprowadzaj królestwo na ziemię. Niech spod twoich stóp wytryskują rzeki. 
  • Istnieje ciągłość między tym światem a tamtym. Tyle, że Pan Bóg przeniesie go do wersji 2.0. Podciągniętej, ulepszonej. Wierzę w to, że Bóg – najbardziej kreatywna trój-osoba wszechświata – będzie nas nieustannie czymś zaskakiwał. Niebo będzie dopełnieniem stworzenia. Skoro ten świat będzie przemieniony, to dlaczego miałby być z niego usunięty aspekt estetyczny? Umieramy w Boga. To jedyne „miejsce”, w które można umrzeć. Po śmierci od razu wpadamy w Jego objęcia. Każdemu z nas Jezus obiecuje jednak jeszcze więcej: zmartwychwstanie ciała. Rozbrajająca jest ewangeliczna opowieść o Jezusie spotykającym nad jeziorem uczniów. Nie dowierzają, myślą, że to jakiś duch, a On wypala wprost: macie tu coś do jedzenia? Materialność zmartwychwstania jest dla wielu zgorszeniem. A ten fragment genialnie pokazuje nam, że istnieje niepodważalna ciągłość pomiędzy tym życiem a rzeczywistością zmartwychwstania. Są one – powiedzielibyśmy dziś – kompatybilne. To nie jest tak, że będziemy się musieli wszystkiego wyrzec, że po śmierci stracimy smak, nie będziemy pamiętać, rozpoznawać, rozumieć. Wręcz przeciwnie. Tam ryby będą lepsze! (ks. Grzegorz Strzelczyk)
  • Mam doświadczenie Boga. Nie jakąś wizję, ale poczucie, że zawarliśmy ze sobą konkretną umowę. Jesteśmy razem. Mówię Mu bardzo proste słowa, proszę Go o banalne rzeczy. Nie płaczę Mu w rękaw, tylko mówię, że jest ciężko. I Pan Bóg odpowiada w bardzo precyzyjny sposób. 
  • Przyszedł taki, jakiego się domyślałem już w dzieciństwie. Przyszedł do mnie. Nieśmiały, bezbronny. Nie narzucający się. Bóg przychodzi do mnie takiego, jaki jestem. Przychodzi i mówi: „Czego się smucisz?”. „Bo jest smutno” – odpowiadam. I Pan Bóg to szanuje (o. Michał Zioło OCSO).
  • Zaświaty piją z nami herbatę, stoją na przystanku, cieszą się, płaczą. Jezus w łodzi, na weselu, przy kolacji. Pan z szalejącymi dzieciakami na ręku. Zgłodniały Bóg pytający: „macie coś do jedzenia?”. Bóg przygotowujący dla mnie miejsce przy stole. Czym sobie zasłużyłem? Niczym. 
  • Pan Bóg ma spore poczucie humory. Potrafi dla naszego dobra zakpić z naszego nadęcia, z tego żałosnego napuszenia „kto my nie som”. Ale to nigdy nie jest Bóg-cynik. Chrześcijaństwo nie jest suszeniem zębów, a do jego przykazań nie należy keep smiling. To jest radość na o wiele głębszym poziomie, radość obejmująca również bóle życia. Radość z tego, że śmierć została pokonana.
  • Zostaniemy przytuleni. Tyle że, czuję to nosem, będzie to doświadczenie tak intensywne, że wykroczy poza najszerzej rozumiane pojęcie przyjemności.  

Co to za lato bez opalania

Pierwsze wrażenie – wow! Świetny pomysł, ładna dziewczyna, słoneczne okulary i… Opalajcie się? Jakaś reklama Coli czy emulsji do opalania? Potem kolejna myśl, jak doczytałem – ha! na pewno znowu mój ulubiony bp Grzegorz Ryś! I znowu pudło. Papieski jałmużnik abp Konrad Krajewski. 
Wszystko miało miejsce w rodzinnej Łodzi byłego ceremoniarza Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka, w ramach Wieczoru Uwielbienia za dar Eucharystii 14 czerwca 2015 r.  Piękna i bardzo lubiana przeze mnie forma – koncert Deus Meus, przeplatany świadectwami wokalistów, no i sama adoracja Najświętszego Sakramentu.
Abp Krajewski mówił tak (filmik tutaj):

Jan Paweł II non stop chodził „opalać się” przed Najświętszym Sakramentem, tam nabierał rumieńców. Jeśli będzie wam źle, życie was sponiewiera, idźcie przed Najświętszy Sakrament (…) Byłem na Lednicy. Tam wspólnie z młodzieżą z całej Polski, opalaliśmy się przed Najświętszym Sakramentem. Każdy z nich wyspowiadał się, bo chciał podobać się Bogu (…) Życzę, byśmy dalej byli żywym dowodem na istnienie Boga. Święty Jan Paweł II nie zasłaniał sobą Boga, on się Bogu po prostu podobał!

Piękna prostota. Dawno nie słyszałem tak kapitalnej myśli – opalać się w blasku Największego, który przychodzi ukryty w małym, prostym kawałku delikatnego chleba. A jednak, w tej delikatnej i bezbronnej po ludzku postaci i tak świeci, błyszczy, obdarza łaską każdego, kto do Niego przychodzi. Człowiek, który odchodzi od Niego naładowany, „opalony” Panem Bogiem (i to nie tylko latem!), jest dla świata czytelnym Jego świadkiem.
I ta druga, genialna myśl, którą ja akurat kojarzę z x Janem Twardowskim. Żeby Pana Boga swoją wiarą, sobą, swoim ego nie zasłaniać i bardziej nie o Nim mówić, co fascynować sobą tak, aby ci, którzy Go szukają, sami Go we mnie widzieli. 

Moje narzekanie zamienione w taniec

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. (Mt 11,25-30)

Uwielbiam te słowa 🙂 Rozdział Ewangelii Mateusza, w którym mowa jest o świadectwie Jana Chrzciciela (o którym było ostatnio), o mądrości którą usprawiedliwiają jej czyny, słynne „biada” pod adresem kilku miast wypowiedziane – i na zakończenie, tuż właśnie po owym „biada”: właśnie te słowa. 
Po raz kolejny Jezus wskazuje wprost na wartość prostoty jako takiej. No właśnie… To przekład znany z kościołów polskich, według Biblii Tysiąclecia. Jeśli ktoś dysponuje niewielką książeczką Ewangelia 2014 (Edycja św. Pawła), to ma tekst nieco inaczej przełożony – wersja z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem (również Edycja, 2011). Jak tam brzmi końcówka pierwszego zdania? „(…) a objawiłeś je tym, którzy są jak małe dzieci”. Zmian jest więcej: zamiast „a Ja was pokrzepię” jest „a Ja dam wam wytchnienie”; zamiast „bo jestem cichy i pokorny sercem” jest „bo jestem łagodny i pokorny sercem”; wreszcie zamiast „albowiem jarzmo moje jest słodkie” jest „bo moje jarzmo jest łatwe do niesienia”. 
Niuanse językowe dotyczące przekładów? Może. Ale jednocześnie – wiele z tego wynika. Prostota na wzór tego, u którego ta prostota jest zawsze świeża i autentyczna, bo inaczej nie potrafi działać – czyli właśnie dziecka. Bóg jako Ten, który pokrzepia – nie tyle daje tą krzepę, co daje chwilę wytchnienia, aby udźwignąć to, co mamy na swoich barkach. Bóg, który nie tyle jest cichy, co przede wszystkim Jego przymiotem jest łagodność, z jaką podchodzi do nas i naszych ciągłych wybryków, porażek, kłamstw, złorzeczenia itp. No i ten Bóg, którego ciężary nakładane na człowieka nie są jakąś poetycką przenośnią, którą można okrasić określeniem „słodkie”, ale konkretnym problemem, z którym człowiek się zmaga, ale który jest do uniesienia z Jego pomocą. W tych słowach, jak dla mnie, jawi się Bóg bardziej konkretny, mniej poetycki a bardziej konkretnie nastawiony do człowieka. 
Po co my do tego Boga przychodzimy? Utrudzenie, zmęczenie, brak sił – to już wiemy, czy z tekstu czy z własnej praktyki. Ale czego szukamy? Zaspokojenia – czasami tylko pytań i rozwiania wątpliwości, a czasami tak bardzo namacalnie właśnie pragnień, marzeń, potrzeb. Dokładnie tak, jak to ujął Piotr Żyłka z redakcji deon.pl, laureat Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. Biskupa Jana Chrapka, razem z ks. Janem Kaczkowskim. I co jest najważniejsze – zwrócenie się w takiej sytuacji do Boga to właściwie jedyne sensowne rozwiązanie – bo tylko On jest odpowiedzią w sensie wiedzy, ale i materii tego, czego każdy z nas w swojej indywidualności potrzebuje. 
Wczoraj miałem okazję wziąć udział w wydarzeniu niesamowitym w ramach Tygodnia dla Jezusa. Świetna ekumeniczna inicjatywa – chyba pierwszy raz podjęta u nas na Wybrzeżu, w którą włączył się cały wachlarz wspólnot chrześcijańskich. Wczoraj miał miejsce koncert moich ulubieńców – chóru TGD – pierwszy w Trójmieście od dobrych kilku lat. Nie dość, że pogoda beznadziejna (ale Bóg dał znak – nie padało w ogóle w trakcie grania, za to lunęło momentalnie kiedy zeszli ze sceny!), to dzień jakiś taki nie bardzo. 
Kiedy zaczęli grać, wszystko się zmieniło. Przeszło półtoragodzinny… no właśnie. Koncert? Też. Występ? Nie bardzo – bo była modlitwa, uwielbienie, świadectwo, umiejętnie wplecione w śpiew. Kawałki głównie z ostatniej płyty Uratowani (kto zna ich dorobek – wie, że dość innej od wcześniejszej twórczości) – ale znalazły się też Waterwalker oraz Zanim powiem słowo. Niesamowicie utalentowani ludzie – począwszy od kierownika zamieszania i dyrygenta Piotra Nazaruka, poprzez instrumentalistów (nowa twarz – perkusista – okazało się pierwszy raz występował z grupą), na wokalistach i solistach skończywszy – których połączone w uwielbieniu Boga talenty dawały efekt dosłownie piorunujący. 
Mogę pisać dużo, użyć mądrych słów – ale to nie ma sensu. Kto nie zna, a chciałby to poczuć – odsyłam do ich płyt, oraz na koncerty (najwięcej na południu Polski). To trzeba posłuchać, w tym trzeba wziąć udział, aby zrozumieć. I w tym wszystkim taki fajny nacisk położony nie na jakieś górnolotne modlitwy – ale na osobistą relację, moją, z Bogiem, która powinna znajdować odzwierciedlenie w codziennym życiu, w modlitwie, w postawie (uwielbienie a nie współzawodnictwo). Nie zabrakło także słów bardzo prawdziwych – jedno ze świadectw mówiło o tym, że najbliżsi opowiadającego modlili się nad osobą chorą na raka, a jednak ona zmarła. Osoby te wcześniej modliły się nad 3 innych ludzi z podobnym schorzeniem – i dochodziło do zaniku choroby. Tu było inaczej – i mówiący te słowa podkreślił, że choć zupełnie tego nie rozumie, czemu tak się stało, to jednak nadal wierzy, skoro Bóg uratował tam,tych troje i zesłał cud. 
Różni jesteśmy, różne mamy potrzeby. Jeśli nie widzisz dla siebie miejsca w kościele, nie potrafisz przyjść na Mszę – może warto zacząć od spraw drobniejszych, ot, posłuchania takiego TGD? To nie jest lekki powiew Ducha – to jest potężne Jego uderzenie. Warto Mu się poddać. 

Uwielbiamy Cię

Z głębi naszych serc

Póki serca biją w nas

Niech rozbrzmiewa pieśń 

Ty pochylasz się nad nami

I przywracasz ślepym wzrok

Ty podnosisz załamanych

Oddajemy Tobie hołd

Ty więźniowi dajesz wolność

A głodnemu dajesz chleb

Podziwiamy Twoją dobroć

Panie uwielbiamy Cię

Jahwe

My ufamy Tobie

Ty jesteś wielkim Bogiem

Który stworzył świat 

Jahwe

My ufamy Tobie

Jesteś naszym Bogiem

Nie zawiedziesz nas 

Rzuć okiem na krzyż

Wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon Bogu w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go mówiąc: Panie, chcemy ujrzeć Jezusa. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. A Jezus dał im taką odpowiedź: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię. Wtem rozległ się głos z nieba: Już wsławiłem i jeszcze wsławię. Tłum stojący to usłyszał i mówił: Zagrzmiało! Inni mówili: Anioł przemówił do Niego. Na to rzekł Jezus: Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie. To powiedział zaznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć. (J 12,20-33)

Nic dziwnego, że właśnie takie, a nie inne słowa Kościół odczytuje na 2 tygodnie przed Zmartwychwstaniem, do którego prowadzi przecież i zbliżająca się już Niedziela Palmowa Męki Pańskiej, jak i krwawe i dramatyczne wydarzenia samego Triduum Paschalnego. Jezus, z punktu widzenia Jemu współczesnych, w pewnym sensie nie mówi wprost, używa pewnego rodzaju przenośni. Jedno jest jednak pewne – jest  świadomy tego, co Go czeka, widzi jednoznacznie, że Jego droga i Jego misja mogą znaleźć zakończenie i odnieść sukces jedynie tam, na Golgocie.
Paradoksalny sukces. Sukces, który po ludzku – także przez tych, którzy za Nim chodzili, słuchali Go i których szykował na kontynuowanie Jego misji – uznany zostanie za porażkę, koniec jakby pięknego snu, w którym od 3 lat żyli. Wielu, tak jak tamci Grecy, szukało Pana – niestety, równie wielu On przeszkadzał i szukali tylko pretekstu, aby w taki czy inny sposób Mu zaszkodzić (na początku), co w miarę upływu czasu zamieniło się po prostu w żądzę uśmiercenia Tego, który nie dość, że ich ośmieszał, to jeszcze wyjaśniał Boże prawo w duchu i sposób o wiele bardziej dla ludzi zrozumiały. 
Nadchodzi godzina uwielbienia Boga Ojca w Jego Synu. Syn jest jak to ziarno – wielkie, pełne sił i mocy, mogące bardzo wiele uczynić – a zarazem świadome, że dopóki żyje, nie będzie z Niego takiego pożytku, jaki przynieść może Jego obumarcie. Plon przyjdzie wówczas, gdy ziarno ofiaruje się. Jezus wzywa do pójścia za Nim, choć – jak najbliższe dni pokażą – pod sam krzyż pójdzie za Nim niewielu (na szczęście, odnajdą się razem po fakcie w Wieczerniku, w dniach które my dzisiaj świętujemy jako oktawę Zmartwychwstania), właściwie tylko najmłodszy Jan, Maryja i kobiety; reszta poucieka, niektórzy się Go wyprą czy nawet zdradzą wprost. Ale już w tych słowach jest obietnica – ci, którzy nawet w decydującym momencie zwątpią, mają później szansę aby stać się tymi (użytecznymi?) sługami idącymi tam, gdzie ludzie pragną Boga. A tym samym – idący przez swoje życie tak, aby Bóg miał powód by ich uczcić, by docenić to, co robią. 
Jezus jako człowiek ma świadomość dramatyczności sytuacji, w jakiej się znajduje. Po ludzku po prostu się boi, a przecież człowiekiem jest nie mniej niż każdy z nas. Ta ludzka natura pragnie właśnie wołać: Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Jednocześnie, natura boska ma pełną świadomość, że wszystkie dotychczas dokonane cuda, godziny spędzone na tłumaczeniu, nauczaniu, wyleczeni chorzy, wypędzone złe duchy czy nawet powskrzeszani ludzie – to nic nie ma znaczenia bez tego, ku czemu nieuchronnie się zbliża, co jest sednem i celem Jego misji. Nie mówi nic w stylu: Spoko! Dam radę, w końcu jestem Bogiem! Padają tylko, dziwne może nieco, ale jakże proste słowa: Ojcze, wsław Twoje imię. Ogrom trudu nie ma znaczenia, wszystko ad maiorem Dei gloriam, dla większej chwały Boga. 
To są szczególne dni także dlatego, że odbywa się w nich decydująca walka dobra ze złem (odbywała się – my dzisiaj to wspominamy, choć Zły dalej swoje próbuje robić). Szatan kusił Jezusa na pustyni przez 40 dni, jednak główne pole do popisu ma teraz. Ostatnia okazja, aby odwieźć Syna Bożego od wypełnienia woli Boga Ojca. Namówić, żeby zszedł z drogi prowadzącej na krzyż, by zdezerterował, poddał się. Miał na to nadzieję. Stąd słowa Jezusa o sądzie, ostatecznej walce – rozgrywającej się tak naprawdę we wnętrzu Jezusa, w Jego duszy. To wyrzucenie Złego i wywyższenie to nie są dwie różne sytuacje – to jedno i to samo. To apogeum zbawczego planu Boga Ojca – kiedy drżenie ziemi i przerwanie się zasłony w Przybytku wskazuje ludziom, że Bóg-Człowiek oddał życie. Ostateczne zwycięstwo Boga, Złemu na osłodę pozostaje iluzoryczne poczucie, że choć stracił władzę, to zabił Jezusa (co i tak, po 3 dniach, okaże się nieprawdą, zaś Jezusowe zwycięstwo – tym bardziej pełne, że On żyje). 
Dzisiaj Jezus w sposób szczególny spogląda na nas z wysokości krzyża. Wielki Post to czas, kiedy jakby więcej było w nas zadumy nad tym, co boli, co trudne, co brudne, co wymaga uporządkowania, wysiłku, walki wewnętrznej, rzucenia wyzwania swoim słabościom. Warto w tych dniach (i nie tylko) rzucić choćby okien na (przesłonięty od tej niedzieli) krzyż – jako motywację. Bo nie jest to tylko dramatyczny symbol męki i upokorzenia Jezusa, ale przedsmak i preludium Jego ostatecznego zwycięstwa, do udziału w którym my wszyscy jesteśmy zaproszeni. 
>>>
Okradli nam kościół. Szczegółów nie znam, sprawa jest bardzo świeża. Przykre bardzo, nie doszło na szczęście do profanacji, chodziło o skarbonki i puszki na datki. A jednak, nie mogę pozbyć się odczucia, że jest w tym Boży palec, że to wydarzenie nie pozostaje bez znaczenia w odniesieniu do tła w postaci dość dziwnych i kontrowersyjnych pomysłów inwestycyjnych proboszcza, którymi od jakiegoś czasu zajmuje się w sytuacji, gdy rzeczy do zrobienia/naprawienia w źle i byle jak budowanym kościele jest naprawdę dużo, roboty na wiele lat.