Prostota i ufność

Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: «Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego». I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je (Mk 10,13-16)

Ten czas urlopu to możliwość dla mnie – jak dla każdego rodzica – spędzenia więcej czasu ze swoją pociechą (pociechami). Warto w tym kontekście zastanowić się i przypomnieć, co o stosunku i relacji do dzieci mówił Jezus.

Czytaj dalej →

My jesteśmy trzej, Ty jesteś Trzej

Jezus powiedział swoim uczniom: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz [jeszcze] znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi. (J 16,12-15)

Nie dalej jak tydzień temu pisałem tutaj, że Duch Święty jest tajemnicą – a tak naprawdę wychodzi to i ujawnia się jeszcze bardziej właśnie dzisiaj, czyli w dzień nie tylko Jednej z Osób Trójcy, ale całej Trójcy właśnie. Jak to mówią słowa poświęconej Trójcy – i pewnie w większości kościołów dzisiaj odmawianej prefacji – „wyznając prawdziwe i wiekuiste Bóstwo * wielbimy odrębność Osób, * Jedność w istocie i równość w majestacie„. Czyli że co? Może to, że Trójca jest taką koniczynką – nie czterolistną, wystarczy z trzema listkami – która tak naprawdę jest jedną rośliną, wyrastającą z jednej łodygi?

Czytaj dalej →

Moje narzekanie zamienione w taniec

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. (Mt 11,25-30)

Uwielbiam te słowa 🙂 Rozdział Ewangelii Mateusza, w którym mowa jest o świadectwie Jana Chrzciciela (o którym było ostatnio), o mądrości którą usprawiedliwiają jej czyny, słynne „biada” pod adresem kilku miast wypowiedziane – i na zakończenie, tuż właśnie po owym „biada”: właśnie te słowa. 
Po raz kolejny Jezus wskazuje wprost na wartość prostoty jako takiej. No właśnie… To przekład znany z kościołów polskich, według Biblii Tysiąclecia. Jeśli ktoś dysponuje niewielką książeczką Ewangelia 2014 (Edycja św. Pawła), to ma tekst nieco inaczej przełożony – wersja z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem (również Edycja, 2011). Jak tam brzmi końcówka pierwszego zdania? „(…) a objawiłeś je tym, którzy są jak małe dzieci”. Zmian jest więcej: zamiast „a Ja was pokrzepię” jest „a Ja dam wam wytchnienie”; zamiast „bo jestem cichy i pokorny sercem” jest „bo jestem łagodny i pokorny sercem”; wreszcie zamiast „albowiem jarzmo moje jest słodkie” jest „bo moje jarzmo jest łatwe do niesienia”. 
Niuanse językowe dotyczące przekładów? Może. Ale jednocześnie – wiele z tego wynika. Prostota na wzór tego, u którego ta prostota jest zawsze świeża i autentyczna, bo inaczej nie potrafi działać – czyli właśnie dziecka. Bóg jako Ten, który pokrzepia – nie tyle daje tą krzepę, co daje chwilę wytchnienia, aby udźwignąć to, co mamy na swoich barkach. Bóg, który nie tyle jest cichy, co przede wszystkim Jego przymiotem jest łagodność, z jaką podchodzi do nas i naszych ciągłych wybryków, porażek, kłamstw, złorzeczenia itp. No i ten Bóg, którego ciężary nakładane na człowieka nie są jakąś poetycką przenośnią, którą można okrasić określeniem „słodkie”, ale konkretnym problemem, z którym człowiek się zmaga, ale który jest do uniesienia z Jego pomocą. W tych słowach, jak dla mnie, jawi się Bóg bardziej konkretny, mniej poetycki a bardziej konkretnie nastawiony do człowieka. 
Po co my do tego Boga przychodzimy? Utrudzenie, zmęczenie, brak sił – to już wiemy, czy z tekstu czy z własnej praktyki. Ale czego szukamy? Zaspokojenia – czasami tylko pytań i rozwiania wątpliwości, a czasami tak bardzo namacalnie właśnie pragnień, marzeń, potrzeb. Dokładnie tak, jak to ujął Piotr Żyłka z redakcji deon.pl, laureat Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. Biskupa Jana Chrapka, razem z ks. Janem Kaczkowskim. I co jest najważniejsze – zwrócenie się w takiej sytuacji do Boga to właściwie jedyne sensowne rozwiązanie – bo tylko On jest odpowiedzią w sensie wiedzy, ale i materii tego, czego każdy z nas w swojej indywidualności potrzebuje. 
Wczoraj miałem okazję wziąć udział w wydarzeniu niesamowitym w ramach Tygodnia dla Jezusa. Świetna ekumeniczna inicjatywa – chyba pierwszy raz podjęta u nas na Wybrzeżu, w którą włączył się cały wachlarz wspólnot chrześcijańskich. Wczoraj miał miejsce koncert moich ulubieńców – chóru TGD – pierwszy w Trójmieście od dobrych kilku lat. Nie dość, że pogoda beznadziejna (ale Bóg dał znak – nie padało w ogóle w trakcie grania, za to lunęło momentalnie kiedy zeszli ze sceny!), to dzień jakiś taki nie bardzo. 
Kiedy zaczęli grać, wszystko się zmieniło. Przeszło półtoragodzinny… no właśnie. Koncert? Też. Występ? Nie bardzo – bo była modlitwa, uwielbienie, świadectwo, umiejętnie wplecione w śpiew. Kawałki głównie z ostatniej płyty Uratowani (kto zna ich dorobek – wie, że dość innej od wcześniejszej twórczości) – ale znalazły się też Waterwalker oraz Zanim powiem słowo. Niesamowicie utalentowani ludzie – począwszy od kierownika zamieszania i dyrygenta Piotra Nazaruka, poprzez instrumentalistów (nowa twarz – perkusista – okazało się pierwszy raz występował z grupą), na wokalistach i solistach skończywszy – których połączone w uwielbieniu Boga talenty dawały efekt dosłownie piorunujący. 
Mogę pisać dużo, użyć mądrych słów – ale to nie ma sensu. Kto nie zna, a chciałby to poczuć – odsyłam do ich płyt, oraz na koncerty (najwięcej na południu Polski). To trzeba posłuchać, w tym trzeba wziąć udział, aby zrozumieć. I w tym wszystkim taki fajny nacisk położony nie na jakieś górnolotne modlitwy – ale na osobistą relację, moją, z Bogiem, która powinna znajdować odzwierciedlenie w codziennym życiu, w modlitwie, w postawie (uwielbienie a nie współzawodnictwo). Nie zabrakło także słów bardzo prawdziwych – jedno ze świadectw mówiło o tym, że najbliżsi opowiadającego modlili się nad osobą chorą na raka, a jednak ona zmarła. Osoby te wcześniej modliły się nad 3 innych ludzi z podobnym schorzeniem – i dochodziło do zaniku choroby. Tu było inaczej – i mówiący te słowa podkreślił, że choć zupełnie tego nie rozumie, czemu tak się stało, to jednak nadal wierzy, skoro Bóg uratował tam,tych troje i zesłał cud. 
Różni jesteśmy, różne mamy potrzeby. Jeśli nie widzisz dla siebie miejsca w kościele, nie potrafisz przyjść na Mszę – może warto zacząć od spraw drobniejszych, ot, posłuchania takiego TGD? To nie jest lekki powiew Ducha – to jest potężne Jego uderzenie. Warto Mu się poddać. 

Uwielbiamy Cię

Z głębi naszych serc

Póki serca biją w nas

Niech rozbrzmiewa pieśń 

Ty pochylasz się nad nami

I przywracasz ślepym wzrok

Ty podnosisz załamanych

Oddajemy Tobie hołd

Ty więźniowi dajesz wolność

A głodnemu dajesz chleb

Podziwiamy Twoją dobroć

Panie uwielbiamy Cię

Jahwe

My ufamy Tobie

Ty jesteś wielkim Bogiem

Który stworzył świat 

Jahwe

My ufamy Tobie

Jesteś naszym Bogiem

Nie zawiedziesz nas 

Maluszki

Uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim? On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje. Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie. Jak wam się zdaje? Jeśli kto posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich: czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się zabłąkała? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych. (Mt 18,1-5.10.12-14)
Czasami pytania uczniów mogą się wydać jakieś dziwne, niezrozumiałe. A to prosili o wyjaśnienie jakiejś przypowieści (to akurat dobrze i słusznie – nie rozumiem, więc pytam), a to kłócili się ze sobą o pierwszeństwo – zajęcie prawego i lewego miejsca po stronie Pana (Jakub i Jan), a teraz przychodzą i właściwie zadają pytanie – jak być tym pierwszym?
Na czym ma polegać to uniżenie na wzór dziecka? Moim zdaniem – na prostolinijności, prostocie serca, autentyczności, prawdziwości. Tak się składa, że jako młody ojciec maluszka, mam okazję na co dzień obserwować maleńkie dziecko, na tyle jednak duże, aby wyrażać już emocje, aby móc nawiązać z nim kontakt. Jest przepiękny właśnie dlatego, że zawsze taki zwyczajny i prawdziwy. Kiedy jest mu smutno – po prostu płacze. Kiedy jest szczęśliwy – śmieje się do rozpuku, szczerząc małe (i nie wszystkie jeszcze) ząbki. Kiedy chce okazać uczucie – przydrepcze i obejmuje cię, czasami da buziaka.
Pewnie, małe dziecko można oszukać, przekabacić, źle wychować, pozwolić na zakorzenienie się w nim niewłaściwych nawyków, nawstawiać przeciwko komuś. Wtedy staje się, niestety, takie bardziej dorosłe – podobne dorosłym, którzy najczęściej działają i okazuję na zewnątrz to, co w danej chwili się najbardziej opłaca, jest mile widziane czy pożądane, co przyniesię teraz/kiedyś mniej lub bardziej wymierną korzyść.
Brakuje nam tej dziecięcej prostoty. W imię naprawdę ważnych spraw (choć nie zawsze) ganiamy za sprawami naprawdę mało ważnymi, zatracami się dla spraw nieistotnych, tracimy czas i siłę, a życie ucieka między palcami i brakuje czasu na to, co najprostsze, ale i najważniejsze. Prawdę. Miłość. Nadzieję. Oddanie. Przyjaźń. Serce. Troskę. Odwagę. Roztropność. Wiarę.
Jak tak czytam te słowa – przykład dziecka zestawiony z zagubioną owcą – mam wrażenie, że nic w nim przypadkowego. Dzieci to takie owce, te które idą tam, gdzie trzeba. Ta zagubiona – to każdy, kto z dziecka przekształca się w dorosłego, dorasta, zaczyna być narażony na ten cały brud właściwy relacjom dorosłych. To dobry moment, aby się zastanowić – co jest tak naprawdę ważne? Owszem, każdy ma swoje obowiązki – szkoła, uczelnia, praca, rodzina. Ale czy w tym wszystkim nie brakuje dystansu do spraw wokół, upraszczania tego co nie wymaga komplikowania, bycia otwartym, szczerym i jednoznacznym?
Dokładnie tak jak to maleństwo, które ak wielu z nas wita w domach, kiedy wracamy po pracy. Zachwycamy się dziećmi, poświęcamy im czas, darzymy miłością. A dzisiaj Bóg wzywa do czegoś jeszcze – do wzięcia z nich przykładu, tak na serio. Do bycia jak dzieci.

Twarda świętość bł. Jana Pawła II

Jutro kolejna, 33. już rocznica wyboru metropolity krakowskiego kard. Karola Wojtyły na papieża, początkowej daty pontyfikatu, który tak wiele zmienił – w Kościele, ale i w Polsce. 
Zamiast wielu pustych słów – kilka prostych myśli Jana Turnaua, jak zwykle bezbłędnego:
33 lata temu zaistniał papież Jan Paweł II. Zaczęło się wiele nowego w historii Kościoła rzymskokatolickiego, w historii Polski, w dziejach całej ludzkości. Nie napiszę jednak o pontyfikacie, tylko o samym człowieku. 
Był naprawdę święty. Oczywiste to dla wielu, ale nie dla wszystkich. Nawet i wśród katolików zagranicznych nie ma takiego uwielbienia dla niego, jakie jest u nas. Dla mnie to jednak aksjomat. Świętość to, mówiąc po świecku, bardzo wielka dobroć. Twarda walka z własnym egocentryzmem, twarda troska o innych ludzi. Był w tym twardy. A do tego delikatny. Nie lubił robić bliźnim przykrości, wolał ich radować nieustannymi żartami. Był pokorny, nie znosił zadzierania nosa. 
Co nie znaczy, że był nieomylny. Ze nie mylił się w swoich decyzjach personalnych ani w swoich poglądach. Nie zawsze przekraczał swój czas. Zawsze jednak przekraczał siebie. 
Czy i kiedy ostatnio mi udało się zwalczyć w sobie, przekroczyć, cokolwiek?

Kto, z kim i po czyjej stronie – wyrzucanie palcem Boga czy Złego?

Gdy Jezus wyrzucał złego ducha niektórzy z tłumu rzekli: Przez Belzebuba, władcę złych duchów, wyrzuca złe duchy. Inni zaś, chcąc Go wystawić na próbę, domagali się od Niego znaku z nieba. On jednak, znając ich myśli, rzekł do nich: Każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali. Jeśli więc i szatan z sobą jest skłócony, jakże się ostoi jego królestwo? Mówicie bowiem, że Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy. Lecz jeśli Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy, to przez kogo je wyrzucają wasi synowie? Dlatego oni będą waszymi sędziami. A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Gdy mocarz uzbrojony strzeże swego dworu, bezpieczne jest jego mienie. Lecz gdy mocniejszy od niego nadejdzie i pokona go, zabierze całą broń jego, na której polegał, i łupy jego rozda. Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza. Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku. A gdy go nie znajduje, mówi: Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem. Przychodzi i zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze siedem innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I stan późniejszy owego człowieka staje się gorszy niż poprzedni. (Łk 11,15-26)

Na początku dzisiejszej ewangelii, Jezus używa argumentacji, która powinna trafić do każdego, a szczególnie do tych wszystkich, którzy racjonalnie, rozkładając na części pierwsze, naukowo chcą podejść do kwestii wiary, istnienia Boga czy w końcu tego: jest ten Jezus Mesjaszem, czy nie jest. Pozory – pozorami, udawanie – udawaniem – ale wewnętrzna sprzeczność nigdy nie może stanowić podstawy budowania czegokolwiek, czy to przez Boga (ale On takimi metodami nie posługuje się), ani przez człowieka, zatem także przez Złego.

Piękny argument (prawniczy prawie :D) – skoro Jemu, Jezusowi, zarzucali, że mocą władcy demonów wyrzucał złe duchy z opętanych, to czemu analogicznie nie podchodzili do tego, co robili – z ich rodzin, wspólnot, miast, wsi wywodzący się – uzdrowiciele i kapłani? Im byli wdzięczni, okazywali podziw i szacunek – bezkrytycznie podchodząc do tego, czyją mocą i w czyim imieniu tego dokonywali (no właśnie…). Jezusa – wyzywali od najgorszych. Jak to czasem w życiu bywa – prawda okazuje się dokładnie odwrotna niż to, na co wskazując pozory i ocenianie drugiej osoby na ich podstawie.

Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza. No właśnie, mnie to trochę dziwi. Bo nie tak dawno, w nieco innym fragmencie padły słowa jakby odwrotne:

Wtedy Jan rzekł do Niego: Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami. Lecz Jezus odrzekł: Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie.  Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. (Mk 9, 38-40)

Chociaż… Właściwie, to zgadza się. Dzisiaj Jezus mówi o tym, że kto nie działa w Jego imię – działać musi w imię tego, który jest Jego przeciwnikiem, czyli Złego. A w tym zacytowanym fragmencie z Marka, mówiąc Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami Jezus mówił o tym, że jeśli ktoś – nie chodząc (dosłownie) z Nim i Jego uczniami działa w Jego imię, nie będzie mógł od razu działać w imię Złego.

Proste, prawda? 🙂

Ostatni fragment dzisiejszego tekstu jest także bardzo ciekawy – choćby ze względu na to, że jest…Czym? Najpewniej, o ile nie pierwszym, to jednym z pierwszych, skróconym bardzo, podręcznikiem demonologii (nauka Kościoła o Szatanie), wskazówkami dla pierwszych (i nie tylko) egzorcystów. I co najważniejsze – dowodem, wprost (choć na przykładzie pokazanym) z ust Jezusa, dla tych wszystkich niedowiarków, którzy ułatwiają Złemu zadanie, wpychając go między bajki dla niegrzecznych dzieci i mitologię. Tak, właśnie dzięki temu tak łatwo Zły działa i tak skutecznie – bo dzisiaj mało kto wierzy (nie, nie w niego :]) w to, że on w ogóle istnieje, że działa, zwodzi i kusi. Trzeba się mieć na baczności.

Pięknie – dzisiaj na rannej mszy, niewiele osób w kościele, pewni państwo obchodzili 49. rocznicę zawarcia sakramentu małżeństwa. Cieszyłem się po pierwsze dlatego – że wytrwali. Tacy ludzie, szczególnie od momentu mojego ślubu, są dla mnie inspiracją, motywacją i dowodem – że można wytrwać razem dosłownie całe życie, do późnej starości. Cieszyłem się także dlatego, że to swoje eucharystyczne dziękczynienie Bogu za to, co już było, i prośba o Jego błogosławieństwo na to, co będzie, nawet u schyłku pewnie już życia, miało miejsce w takk kameralnych warunkach – żadna pompatyczna uroczystość na sumie niedzielnej (żeby wszyscy sąsiedzi i pół parafii widziało), siedząc na środku kościoła przed ołtarzem, z Bóg wie jaką oprawą. Piękna prostota.

Może dlatego właśnie tyle małżeństw się rozlatuje, że ludzie za bardzo skupiają się na tym, co zewnętrzne, na pozorach, na opakowaniu i oprawie – że zapominają o tym, co najważniejsze, co pozwala być razem, trwać, kochać się coraz mocniej (chociaż też inaczej – w sposób bardziej dojrzały)? A nawet, jeśli formalnie się nie rozlatują – nie dochodzi do rozwodu, separacji – to żyją obok siebie, w tym samym domu, a każdy chodzi swoimi drogami, obok siebie…

A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Królestwo Boże w nas jest. Nie samo z siebie – ale dzięki łasce Boga, którą otrzymaliśmy w sakramencie chrztu. A nawet – zaryzykowałbym stwierdzenie – ci, którzy z jakiś tam przyczyn Boga chrześcijańskiego nie znają, Dobra Nowina do nich nie dotarła, a żyją w sposób prawy, kochając i szanując innych, w zgodzie ze swoim sumieniem i z drugim człowiekiem. I od nas zależy, czy ten dar wykorzystamy, czy go zmarnujemy. Syn Boży umarł za każdego z nas i to zbawienie ma być darem. Tylko trzeba chcieć ten dar przyjąć.

Skarb ciągle do zdobycia – o ile jesteś gotowy

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę! Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie! A wy [bądźcie] podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie. A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,32-48)
Gotowość, gotowość i jeszcze raz – gotowość. Cel, nieustanna świadomość bliskości tego, co nieokreślone w czasie, ale bardziej niż pewne, że nastąpi. Nie wiesz, kiedy – ale będzie. Obrazek, jaki Jezus przytoczył dla wyjaśnienia potrzeby gotowości, jest bardzo prosty i dosadny. Administrujesz jakimiś dobrami – czy to jako ten sługa, zarządca domu, czy jako manager w firmie. Czy możesz sobie pozwolić, żeby zacząć przepuszczać to i zachowywać się jak pan na folwarku w czasach feudalnych? Wiadomo – nie. Bo kiedyś to się kończy, kiedyś ten, który jest na stołku wyżej, szef wszystkich szefów, najważniejszy dyrektor – czy jak w historii ewangelicznej, po prostu właściciel – powraca. 
Z życiem jest tak samo. To, co dostajemy od Boga – te talenty, dary, umiejętności – to skarby, które złożone są w nasze ręce jako w depozyt. Na ile? Trudno powiedzieć. On wie na pewno – my nie, bo nie wiemy, kiedy życie dojdzie do swego kresu. My tym tylko rozporządzamy. Czy to oznacza, że mamy się wyzbywać wszystkiego, podchodzić minimalistycznie zupełnie do wszelkiego rodzaju potrzeb? Można. Są ludzie, którzy się na to decydują – np. radykalne wspólnoty zakonne, zero własności, wszystko wspólne, tylko to co najbardziej potrzebne i konieczne. Ale nie trzeba. 
Bóg nigdy nie piętnuje tego, że ktoś jest majętny, że dobrze mu się powodzi. Ale Bóg – a przede wszystkim samo życie, to co widzimy naokoło – pokazuje, że bogactwo bardzo często ludzi po prostu psuje, i nawet najlepsi przyjaciele, tacy do rany przyłóż towarzysze wielu niedoli, ludzie hojni i gotowi do przyjścia z pomocą – stają się drapieżnymi rekinami, dybiącymi tylko na okazję, aby dorobić jeszcze trochę, kogoś oskubać, dodać jeszcze jedno zero na końcu w swoim portfelu. A to, że kasy ma już x razy za dużo, że nawet nie ma pomysłu ani czasu wymyślić, co z nią zrobić? Ee, czepiasz się, bo jesteś zazdrosny. Pewnie, po ludzku, trochę tak. 
Prostota jest tym, co było na początku. A brak przywiązania do tego, co materialne, choćby najładniejsze- jest cechą, która życie bardzo ułatwia. Czy jest zbawienna? Pewnie można tak powiedzieć. Nie można powiedzieć, że Bóg nakazuje być prostym – choć wskazuje np. dzieci jako przykład. Prostota pomaga, a całkowite jej zatracenie wikła człowieka w różne intrygi i kombinowanie, które prędzej czy później przekłada się na każdą płaszczyznę życia. A że tylko prawda wyzwala – to się człowiek gubi… Można być majętnym, gdy się te bogactwa traktuje jako dar i jako dar wykorzystuje nie tylko na własny zbytek, ale do pomocy innym. Gdy się nie traci tej właściwej perspektywy, która pozwala nie zapatrzeć się w to, co błyszczące i piękne, a widzieć w życiu jeszcze inne cele. Gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. Zbawienna prostota – żeby serce nie uciekło za czymś materialnym, i się dla tego nie zatraciło. Skarb ciągle jest do zdobycia – przed nami, skarb życia wiecznego, tylko trzeba być gotowym na zdobywanie. Zawsze!
Lepiej nie kombinować za bardzo. Od tego pewnie wyszedł ten sługa., który został postawiony nad całym domem, gdy pan wyjechał. Zaczął kombinować, i wyszło mu, że zdąży sobie pożyć po pańsku, pan ma tyle dóbr że nie zauważy zużycia części ich przez niego, a przy okazji pokaże tym innym służącym, jakim to on jest stanowczym i silnym człowiekiem – więc na co czekać? Tylko, że przekombinował. Pan wrócił wcześniej, i wszystko się, że tak powiem, rypło.
Przewidywalność to nie tylko cecha przydatna w biznesie, w interesach. Skądże. Ta przypowieść bardzo dobrze pokazuje, że trzeb o niej pamiętać także w trosce o to, co dalece ważniejsze – przy walce o zbawienie. Manager w firmie oczekuje, żeby analityk przewidział pewne zachowania na rynku – a pan wracający z wesela oczekuje, aby słudzy byli gotowi, gdy nadejdzie. Bóg – analogicznie. Oczekuje nie tyle, żebyśmy bawili się w jakieś astrologie i czy inne tego typu wymysły, żeby za wszelką cenę, najlepiej co do minuty, przewidzieć koniec – czy to świata, czy swój własny. Oczekuje gotowości. Autentycznej, prawdziwej, wewnętrznej. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Ciągłej. 
Świetnie to na swoim blogu opisał o. Grzegorz Kramer SI:  Mam w dzierżawie winnicę, pod tytułem moje życie, o którą mam się troszczyć.
To, co na końcu, jest o tych chłostach – cóż, sprawdza się przede wszystkim w interesach. Jak za więcej odpowiadasz – więcej dostaniesz, gdy się sprawdzisz, ale i więcej oberwiesz, jak coś zepsujesz, nie dopilnujesz. I odwrotnie – mniej ci powierzyli, to mniej w przypadku sukcesu zyskasz, ale i mniej dostaniesz po uszach, jak zepsujesz coś. Nie ma co się zastanawiać – w której to ja grupie mogę być? Tych, od których Bóg wymaga więcej, a może tych, od których wymaga mniej? I to już jest błąd. Za dużo kombinowania. Po co? Masz dwie ręce, rozum i serce – staraj się, na ile możesz. 
Gdy dajesz z siebie wszystko – Bogu to zawsze wystarczy.
>>>
Weekend miał upłynąć pod znakiem błogiego lenistwa, tudzież nauki w czasie wolnym od tego pierwszego 😛 Tak, wiem, powinno być na odwrót 🙂 
W sobotę pojechaliśmy do rodziców – mam obiadek dobry zrobiła, mniam kapustka gotowana. Myśmy serniczek przywieźli i bezkarnie zjadłem aż 3 kawałki 🙂 Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, bardzo miło. Jeszcze milej było by, gdyby autobus – który w obie strony miał przyjechać – pojawił się w ogóle (nie mówię już o spóźnieniach), ale nie, nie pojawił się wcale. Więc podróż trochę dłużej trwała.
Wczoraj z kolei dzień pełen wrażeń zafundowała nam teściowa. Przed południem dzwoni teściu – okazało się, że chciał zadzwonić do szwagierki, tylko pomylił numery, i do żonki się dodzwonił… Patrzę, a ona w płacz. Szwagierka z sąsiadami pojechali z teściową do szpitala, bo wariowało ciśnienie i sytuacja była nieciekawa. Żonka dała się uspokoić – nie może, biedactwo, się denerwować, przecież w ciąży jest – i pojechaliśmy z odsieczą do szpitala. Niebawem przyjechał teściu, jak skończył grać. I lekarka stwierdziła… Migrenę oraz zapalenie migdałów. Aha. Teściowa od dłuższego czasu mająca problemy z tarczyca, gdzie i kardiolog, i endokrynolog zgodnie mówią – to jest przyczyna wszystkich pozostałych problemów – osoba, która w życiu nie miała migren… w szpitalu dowiaduje się od lekarki na oko niewiele po studiach, że to migreny, i że ma ketonal wziąć. A w ogóle to na przyszłość na pogotowie, a nie do szpitala. A na pytanie teściowej o związek dolegliwości z tarczycą – że ona nie jest neurologiem, że tu w ogóle neurologa nie ma, i jak co, to żeby  teściowa się gdzieś sama zapisała na wizytę. Pewnie – zapisała się wcześniej już – na… połowę września. 
Pomimo optymistycznego, naprawdę, nastawienia do rzeczywistości, świata i tego tygodnia – polubiłem przez ten weekend jeszcze bardziej naszą służbę zdrowia publiczną, tak samo jak również publiczną (wirtualną?) komunikację miejską. Cieszę się, że my – z pracy – mamy ten LuxMed, i chyba o czymś takim dla teściów trzeba pomyśleć. 
>>>
Zmarł w sobotę ks. Zygmunt Malacki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie-Żoliborzu. Tak, ten sam, który był kolegą seminaryjnym bł. Jerzego Popiełuszki, a od prawie 13 lat – jako proboszcz w tej ostatniej placówce męczennika – podtrzymywał tradycję Mszy za Ojczyznę, i troszczył się o pamięć dla wielkiej postaci błogosławionego.
Nasuwa się bardzo proste skojarzenie – Pan Bóg dał mu się cieszyć chwałą wyniesienia jego kolegi, Jerzego, na ołtarze, i wezwał go do siebie. Spełnił swoje zadanie.