Epilog jasienicki (chyba)

Myślałem, że już nic nie napiszę o ks. Wojciechu Lemańskim i sytuacji w parafii Jasienica. A jednak. Jedno dobre, że kontekst wydaje się optymistyczny i wszystko wskazuje na to, że sprawa ma swój definitywny koniec. 
Na pewno cieszę się, że ks. Wojciech podporządkował się decyzji tak Watykanu, jak i biskupa, czego konsekwencją jest nie tyle samo mianowanie go kapelanem, ale – jak podają media – fakt, iż nominację przyjął, a ponadto został przedstawiony w placówce (oddziale w Józefowie) i przygotowuje się do objęcia tam wszystkich obowiązków kapelana w Mazowieckim Centrum Neuropsychiatrii w Zagórzu. Wydaje się, że został bardzo dobrze przyjęty tak przez personel, jak i pacjentów, przełożony szpitala wskazuje na bardzo poważne podejście księdza do nowych obowiązków. 
Bardzo dobrze, że ks. Lemański zrezygnował z ubiegania się o urlop zdrowotny i wrócił do czynnej pracy. Pomimo pewnych cech charakteru – powiedzmy dyskusyjnych – jest to człowiek niewątpliwie zaangażowany i oddany pracy, zatem taki, który Kościołowi i wierzącym jest potrzebny w pracy „na froncie”, a nie jako rekonwalescent – mimo niewątpliwie dużej ilości przeżyć i tego, że w mojej ocenie biskup nie jest w stosunku do niego w porządku. Ale mniejsza o to. 
Osobna sprawa to cyrk, jaki ów biskup urządził wokół otwarcia kościoła w parafii jasienickiej. 
Ja cały czas się zastanawiałem czy zamykanie tego kościoła (tj. karanie ludzi za Lemańskiego) miało jakikolwiek sens. Co więcej, fakt, iż karę zniesiono dopiero po przyjęciu przez w/w nominacji do nowej funkcji w diecezji, potwierdza właśnie, że tu nie tyle chodziło o jakiekolwiek dobro Kościoła (czy kościoła) i zapobiegnięcie profanacji – a zmuszeniu do zamknięcia się ludzi, którzy Lemańskiego w parafii popierali, a przy okazji zrobieniu pięknego prezentu z okazji Zmartwychwstania wszystkim parafianom, którym przez pół roku kazano biegać do sąsiedniego kościoła. Nie wnikam, czy w pełni słusznie, czy nie – mając na uwadze treść i ton wypowiedzi kurii, szczególnie za poprzedniego kanclerza, raczej co najmniej częściowo i Lemański i jego zwolennicy rację mieli, choć nie w pełni. Dla mnie – ewidentnie gest w stylu: jak wy mi tak, to ja wam… Komu jak komu, biskupowi nie przystoi, nijak. 
Na szczęście, nie tylko ja uważałem ze nie miało żadnego sensu. A teraz abp Hoser zrobił z tego otwarcia szopkę jak słynne „Otwarcie hipermarketu” z kabaretu Ani Mru Mru… Nie mogę w tej chwili znaleźć – może zapobiegliwie usunięto – ale na stronie diecezji warszawsko-praskiej opublikowano, uwaga, dla prasy i mediów (!) specjalny poradnik i opis tego, jak owo otwarcie ma wyglądać, gdzie w danym momencie jest przewidziane miejsce dla dziennikarzy czy to w kościele, czy poza nim, i co zrobić aby móc nagrywać uroczystość czy robić fotki. No jeśli to nie świadczy o działaniu pod publiczkę, dla pokazania „moje na wierzchu” – to nie wiem, o czym to miało świadczyć. Dla mnie totalna pomyłka. Ale jak mówią niektórzy: będzie można świętować rocznicę otwarcia…
Myślę, że wina w całej sytuacji jest po środku – przy czym jednoznacznie trzeba powiedzieć, że od biskupa można wymagać więcej, a ten w mojej ocenie bardzo aktywnie przyczynił się do całej sytuacji, jej rozwoju i tego, że problem trwał tak długo. Wina jest także ludzi, którzy bezkrytycznie popierali ks. Lemańskiego i powodowali zamieszanie na nabożeńśtwach, czego nie pochwalam bynajmniej. Ale tez abp Hosera i kurii, w których działaniu dobrej woli nie widzę (szczególnie żenada w wykonaniu ex kanclerza ks. Wojciecha Lipki, który śmiał się ludziom w twarz). 
Robienie teraz spektaklu z instrukcjami dla mediów, kto gdzie ma stać w czasie uroczystości (czytaj: pod publiczkę) uważam za co najmniej nie na miejscu. Ks. Lemański wreszcie odpuścił, zostaje kapelanem, powinno się po prostu skończyć cyrk z zamkniętym kościołem – a nie robić kolejny z jego otwieraniem. Słowo „przepraszam” to dowód dojrzałości i umiejętności przyznania się do winy – a ta wina po stronie kurii i biskupa była, więc słowo było by jak najbardziej na miejscu; nie tyle wobec Lemańskiego, co jego parafian z Jasienicy. A jednak nie padło. 
Tu nie ma czego świętować. A mam wrażenie ze biskup – po co? na co? – chciał pokazać „moje na wierzchu”. Zupełnie niepotrzebnie. Ostatnie co tej parafii jest potrzebne teraz to rozgłos. Oni potrzebują spokoju.

Rola, perła, wolność

Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko? Odpowiedzieli Mu: Tak jest. A On rzekł do nich: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare. (Mt 13,44-52)

Jak dla mnie te słowa są o wolności i o tym, co w sensie pozytywnym człowiek może z nią zrobić.

Przykładów negatywnych jest naokoło więcej niż wiele – człowiek, który w Sopocie urządza sobie tor wyścigowy na głównym deptaku, cudem nikogo nie zabijając; samolot osobowy, zestrzelony rzekomo ponieważ mylnie potraktowany jako wojskowy; przykłady można mnożyć. 
Jezus stawia nam przed oczami tych, którzy wybrali dobrze. Co więcej – postąpili uczciwie: ten pierwszy przecież mógł zabrać (ukraść?) skarb i tyle by go widzieli, ale poszedł i kupił formalnie ziemię, gdzie go ukryto. Tak samo ten z perłą. Wiedzieli obydwoje, jaką należy podjąć decyzję, co prawidłowo należało zrobić. Podobnie też rybak – nie ilość ryb, ale jakość. Mamy w naszym życiu sprawy, kwestie i materie, które warte są więcej niż inne – rodzina, miłość, uczciwość, wiara. Ci dwaj pierwsi z przypowieści nie boją się postawić na jedną kartę – wiedzą, co zrobić. Rybak woli przebrać złowione ryby, mieć ich mniej, ale lepsze, dobre. 
Może sam obrazek z sądem i aniołami nie bardzo trafia do wyobraźni – np. mojej, bo bardziej to widzę jako spotkanie z Kimś, kto kocha, i Czyj ogrom miłości po prostu uświadomi mi moje błędy i grzechy nie jako zło, tylko brak dobra – ale mechanizm jest podobny. Podejmujemy decyzje i równocześnie – mniej lub bardziej świadomie – przyjmujemy na siebie ich konsekwencje. Róbta, co chceta, tylko się potem nie dziwta. 
Dlaczego czasami modlitwa jest bezowocna? Bo się źle modlę. Nie chodzi o to – która modlitwa (formułka) lepsza, bo w ogóle nie w tym rzecz – ale o to, o co proszę. Jako wzór mamy Salomona z I czytania (1 Krl 3,5.7-12), który zamiast prosić o to, żeby mu wrogów szlag trafił (o co często prosimy w kontekście sąsiadów czy konkurentów – prawda?), żeby złoto się lało, poprosił Boga o mądrość dla rozstrzygania sporów pomiędzy poddanymi. Czyli tak naprawdę nie poprosił o nic dla siebie – bo ta mądrość działała dla tych, którym jako król miał służyć. Nie tak dawno pisałem o proszeniu o pieniądze, o modlitwie o pieniądze. Że ani ona nie musi być w sytuacji rozpaczliwej, ani też nie jest czymś niewłaściwym. Ale czy proszę o to, co mi jest potrzebne, kiedy faktycznie brakuje na to? Czy zawracam głowę jakby złotej rybce, żeby skapnęło na jakieś ekstrawagancje i głupoty? 
Dla wielu jest teraz więcej czasu – żeby pomyśleć, zastanowić się, zwolnić, zapatrzeć w niebo, jezioro, góry, cokolwiek pięknego – i tak mimowolnie pogadać z Bogiem. Co ja robię z daną mi wolnością? Co z niej wypływa – dobro czy zło? Czy szanuję to, co mam, i czy w ogóle to dostrzegam, nie mówiąc o zrobieniu z tego dobrego użytku? 

Święty Mikołaj od puszek

Pamiętam, jak czytałem ten artykuł. Trudno uwierzyć, że to było 8 lat temu. Zapadł w pamięć też tytuł – Mikołaj nieświęty. Ale i człowiek… święty? 
Na czym polegał jego fenomen? W sumie na wszystkim. Bezdomny mężczyzna, nocujący w noclegowni (ostatnie kilka lat u przyjaciela w Warszawie), który wszystko, co zdołał zarobić albo uzyskać, przeznaczał na pomoc potrzebującym. 
Sam – po ludzku sądząc – nie mający domu, pracy, samochodu, konta, pieniędzy – całe swoje serce, siły i czas wkładał w pomoc tym, którzy według niego bardziej potrzebowali pomocy. 

„Jego” rodziny pochodzą z całej Polski. Na ponad setce odcinków z poczty nazwiska, daty, adresy. Południe, centrum, wschód, Pomorze. Z odcinkami Mikołaj się nie rozstaje. Kiedy je przegląda, wie, kim kto jest i dlaczego zgłosił się po pomoc. – Zobacz, tu jest niepełnosprawne dziecko, a tu chory ojciec. Ci mają dziesięcioro dzieci i oboje są na rencie. A tu umarła matka – opowiada o ludziach, których… nigdy nie widział. – A skąd ty, Mikołaj, ich wszystkich wynajdujesz? – Albo mało biedy w świecie? O tu, w gazecie, znajduję ogłoszenia – prośby. Czasem na kogoś trafiam. Przypadkiem się słyszy to czy tamto. Biedy jest dużo. Jak się chce, to się ją znajdzie.

Przez szereg czasu współpracował w niesieniu pomocy z biznesmenem z Ciechanowa, Robertem. Za pomocą warszawskiego Radia Józef prosił o pomoc, poznali się w ten sposób i współpraca owocnie trwała. Zresztą – wystarczy przeczytać artykuł w linku powyżej. Mały przykład – u potrzebującej rodziny gdzieś na końcu świata w Polsce potrafił zostawić własną kurtkę zimową. Po artykule w GN pewnie udało mu się pozyskać do współpracy jeszcze więcej życzliwych ludzi. 
Co robił? Niby niewiele. Zbierał puszki – cały czas – najczęściej w okolicy Warszawy. W artykule z 2006 r. mówił, że kilogram wówczas był wart w skupie ok. 5 zł. Ile musiał się napracować, aby uzbierać kwotę na jakąś paczkę: ubranie, książki, żywność. Ale to robił, i to cały czas. Nic dla siebie. Uważał, że ma wystarczająco dużo. Nigdy nikomu nie powiedział, dlaczego trafił na ulicę. Kiedy sił brakowało, przez ostatnie lata na warszawskim Dworcu Centralnym sprzedawał gazetę wydawaną przez bezdomnych, w której powstanie również się zaangażował. 
Ludzie żegnali go w kościele św. Jakuba w Warszawie 23 lipca 2014 r. Mikołaja – Romualda Mądrakowicza – bo tak naprawdę się nazywał. Zmarł nagle 27 czerwca br., mając 80 lat. 
Nie założył fundacji, nie zbudował szpitala w Afryce, nie zafundował karetki dla indian w Amazonii. Za drobne uciułane pieniądze kupował a to odzież, a to cukierki dla dzieci, czasami – kiedy wiedział, że to najważniejsze – po prostu chleb. Poruszeni jego pracą ludzie sami przynosili mu z biegiem czasu dary, które on rozdzielał – znał potrzebujących i docierał z darami do zapadłych wioch rozrzuconych po Polsce. Znał ludzi, pamiętał nazwiska, rodziny, opowiadał o nich z pasją (jak Agacie Puścikowskiej w w/w artykule GN). 
Dla mnie – święty. W swojej zwyczajności, w oddaniu sprawie, której podjął się mimo swojej niby to beznadziejnej i nijakiej sytuacji, w której większość ludzi wegetuje, zapija się abo przedawkowuje jakieś świństwo. W jego rękach los bezdomnego stał się błogosławieństwem dla wielu ludzi potrzebujących. Ja nie potrafię się zdobyć na żaden gest systematycznego wsparcia jakiejkolwiek konkretnej inicjatywy charytatywnej – mając pracę, dom, rodzinę, możliwości. On nie miał nic z tego, a w całości poświęcał się dla obcych ludzi. Lepszej praktycznej definicji świętości ja sobie nie wyobrażam. 

Oblat Kot biskupem w Brazylii

Nigdy nie byłem związany specjalnie z jakimkolwiek zgromadzeniem zakonnym (no, może poza pewną estymą do paulinów i dominikanów…), ale od jakiegoś czasu zdarza mi się bywać na Mszach porannych akurat w kościele misjonarzy oblatów Maryi Niepokalanej. 
A jeden z nich – o. Jan Kot OMI – został w dniu 20 lipca 2014 r. mianowany przez papieża Franciszka ordynariuszem diecezji Ze-Doca w Brazylii. 
Powyższe zdjęcie pewnie odbiega od przyjętego wyglądu biskupa Kościoła Rzymskokatolickiego. Ale myślę, że genialnie pasuje do tego, czym – w odczuciu nie tylko obecnego papieża (pochodzącego z Ameryki Południowej), ale i wielu ludzi – ksiądz czy biskup być powinien. Nie dopustem Bożym, hierarchą, szarą eminencją dzielnicy czy miasta – ale pasterzem, nauczycielem, człowiekiem z ludźmi i dla nich. 
Nominat to 52-latek z Makowa Podhalańskiego, wychowany w Rybniku. Wyświęcony u oblatów AD 1992, po 2 latach pracy w Siedlcach skierowany na misje do Brazylii, gdzie pracuje aż do dzisiaj. Pracował jako duszpasterz w Jussarval, w archidiecezji Olinda i Recife (1995–2000); był proboszczem w Vitoria Santo Antao, w archidiecezji Olinda i Recife (2000–2005). Od 2005 roku był proboszczem parafii Najświętszego Serca Maryi parafii w Campo Alegre do Fidalgo, diecezji São Raimundo Nonato. W ostatnim czasie był wikariuszem Prowincji Brazylijskiej Zgromadzenia (pierwszym radnym prowincjonalnym) od 2012 r., jak również był współorganizatorem oblackiej części Światowych Dni Młodzieży w Rio de Janeiro. To pierwszy w Brazylii i piąty w ogóle biskup z polskiej prowincji oblatów. 
Jak go opisują współpracownicy – księża z Polski, z którymi się zetknął w pracy – bardzo prosty, autentyczny, czciciel Miłosierdzia Bożego i Matki Bożej Fatimskiej. Kiedy trafiał do ludzi – nie czekał, aby zostanie ugoszczony, ale sam brał się za przygotowywanie posiłków. Zawsze zmęczony i zapracowany fizycznie – ale szczęśliwy. Znalazłem bardzo fajny i prosty tekst o jego pracy w Brazylii – jak wiele może być radości z rzeczy po prostu najprostszych. 
To dobry znak – papież widzi i docenia ludzi niekoniecznie ze względu na pochodzenie, ale ich oddanie posłudze kapłańskiej i znajomość realiów miejsca, gdzie mają służyć. 

Kobieca czułość, Boskie perspektywy

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy /tak/ płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział. (J 20,1.11-18)

Wspomnienie liturgiczne św. Marii z Magdali, znanej Marią Magdaleną, jest jednym z moich ulubionych od jakiegoś czasu. Jest to postać bardzo ciekawa, a przy tym – co w ogóle w głowach się ówczesnym nie mieściło – wyróżniona przez Pana Jezusa w sposób jednoznaczny, właśnie w tym tekście powyżej. Nie Piotrowi, Janowi czy któremukolwiek z Apostołów się objawił Zmartwychwstały Jezus – ale właśnie jej, Apostołce Apostołów.
Nie ma tak naprawdę znaczenia, kim była – historycznie utożsamiana z jawnogrzesznicą (czyli prostytutką, nie ma co unikać tego słowa). Jezus – tak widział w niej, jak widzi w każdym z nas – że grzech człowieka bardzo często jest jakimś rozpaczliwym wyrazem pragnienia szczęścia i miłości – tęsknoty, która drzemie w każdym człowieku. Tęsknoty, na którą odpowiedź On sam posiada. 
W pięknych i prostych słowach to spotkanie opisał o. Dariusz Kowalczyk SI: ból śmierci, moc miłości, kobieca czułość, Boskie perspektywy. Przełomowy moment – wspólnota jeszcze załamana po śmierci Mistrza, kobieta przychodzi namaścić i oddać hołd zmarłemu, kiedy Boża miłość w osobie Zmartwychwstałego pozwala Marii na odkrycie i poczucie, że to jest właśnie Pan – co odkrywa, tak przed nią, jak i nami, nowe, właśnie Boskie perspektywy. 
Maria nie miała pojęcia, co ją spotka u grobu. Nigdy pewnie by tego nie przewidziała, że spotka tam Jezusa w tak dosłownym sensie – nie jako martwą skorupę, ciało bez ducha, ale żywego i zwycięskiego. W tym jest też drogowskaz dla nas. Nie ma co gdybać, Boga trzeba po prostu wpuścić do serca, nie zastanawiać się, nie zakładać. Być na niego gotowym i potrafić Go zauważyć w najdziwniejszych, ale i najprostszych momentach życia. 

Boży tytan

nekrolog2

Wydarzenie niby niewiele znaczące, ale mną mocno wstrząsnęło. 

30 czerwca tego roku zmarł w Płocku ks. Piotr Błeński, 25-letni wikariusz tamtejszej parafii katedralnej. Śmiertelnie chory młody człowiek – tak, kilka lat młodszy ode mnie (rocznik 1989) – którego kapłaństwo, jak tak patrzę i czytam o tłumach na jego pogrzebie, dało lepsze owoce od tylu innych trwających latami. 
Pewnie w normalnych warunkach święceń mógłby nie dożyć – normalnie udziela się ich przecież w okolicy czerwca. Wyrozumiały biskup Piotr Libera dyspensował go od wymaganego wieku i wyświęcił w I dzień świąt Narodzenia Pańskiego AD 2013. Już wtedy ten biskup mówił w homilii: „Boże Narodzenie dokonało się w kruchości, w niepewności, w strachu… W kruchości ciała rodzisz się – Piotrze – do kapłaństwa… Zdałeś, wciąż zdajesz swoim cierpieniem, swoim STYLEM PRZEŻYWANIA CIERPIENIA,  wszystkie brakujące Ci jeszcze egzaminy. Nawet najbardziej wymagający profesor postawiłby Ci za ten styl „summa cum laude”. Ba, w ciszy serca przyznałby nawet: „Nie wiem, czy tak bym potrafił! Czy umiałbym tak zdać ten egzamin?”Boże Narodzenie dokonało się w kruchości, w niepewności, w strachu… W kruchości ciała rodzisz się – Piotrze – do kapłaństwa… Zdałeś, wciąż zdajesz swoim cierpieniem, swoim STYLEM PRZEŻYWANIA CIERPIENIA,  wszystkie brakujące Ci jeszcze egzaminy. Nawet najbardziej wymagający profesor postawiłby Ci za ten styl „summa cum laude”. Ba, w ciszy serca przyznałby nawet: „Nie wiem, czy tak bym potrafił! Czy umiałbym tak zdać ten egzamin? (…) Naszą największą radością jest: iść,  głosić zbawienie, służyć zbawieniu! Pragnę, Piotrze, abyś tej radości zaznał, abyś – jeśli taka będzie święta wola Boża – usłużył ludowi Bożemu swoim kapłaństwem przy ołtarzu, w konfesjonale, tam, gdzie będziesz mógł. I dlatego na koniec tej Eucharystii, jak każdy neoprezbiter, otrzymasz misję, zostaniesz posłany do konkretnej wspólnoty. Chcę bowiem, żebyś – jak już mówiłem na Pasterce – PRACOWAŁ SWOIM CIERPIENIEM PO KAPŁAŃSKU. Żebyś pomagał wzrastać swojemu Biskupowi, swoim braciom kapłanom, ludowi Bożemu”. 
Padły tam także jakże mocne słowa – że „Pełnia sił, władza może odstraszać, kruchość, cierpienie – budzi zaufanie. Zdrowie może niekiedy służyć utwierdzaniu własnego „ja”. Cierpienie, kruchość, brak sił może porywać bezinteresownością”. Z przepięknym zakończeniem: „Piotrze,Kościół Syna – udzielając Ci z wielka radością święceń kapłańskich – przytula Cię dzisiaj jak najgoręcej do swego serca…”. 
Niedługie to kapłaństwo było – nieco ponad pół roku. Ten człowiek z pewnością wiedział, że zbliża się do końca – dlatego chciał tak bardzo zdążyć przyjąć święcenia; choć, paradoksalnie, do seminarium wstępował jako człowiek zdrowy. Dlatego, chcąc jak najlepiej przeżyć ten króciutki czas, odmówił nowatorskiej czasochłonnej terapii, której podjęcie musiało by odizolować go od ludzi. 
I znowu piękne słowa bp. Libery nad trumną: „I nie powiedziałeś zbyt wielu tych kazań, a księdzem byłeś zaledwie pół roku. Ale Twoje „kazanie życia” zna dzisiaj cały Płock! (…) Nie musimy być wielcy. Nie musimy być mocni ani wpływowi. Nie musimy nawet być inteligentni. Musimy tylko pozwolić działać Zmartwychwstałemu Panu i Jego Duchowi. Być miłosiernymi. Stawać się małymi i służyć. Byłeś, jesteś, Piotrze, świadkiem, wymownym świadkiem tej prawdy pośród nas… (…) Wielu poznało Cię, Piotrze, po śladach gwoździ Twojego cierpienia, gdy przyszli tu do katedry i – może nawet przypadkowo – natrafili na Twoją z trudem odprawianą Mszę, na świadectwo podczas rekolekcji dla chorych, prowadzonych przez ks. profesora Ireneusza, albo na dziękczynienie za kanonizację Ja­na Pawia II i Jana XXIII. Mówiłeś tu wtedy, że w chorobie uczyłeś się powtarzać: „Bądź wola Twoja, bądź wola Twoja, Panie”! To stało się mottem Twojego kapłaństwa. „Ale przy­szła operacja – opowiadałeś – przyszedł ból. I wtedy cięż­ko było powiedzieć <Bądź wola Twoja>. Kiedy człowiek leżał w szpitalnej sali i nie mógł przewró­cić się z boku na bok, bo wszystko bolało, cięż­ko było powiedzieć <Bądź wola Twoja>”. „Jeśli nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”… Straszny realizm krzyża… Jego, Jezusa, Twój, Piotrze, i tylu milionów wędrowców przez ziemię. My, chrześcijanie, nie szukamy cierpienia… Ty też go nie szukałeś… Ale uczyłeś się i nauczyłeś się mówić z prostotą: „Bądź wola Twoja, Panie!”
„Ilu ludzi doznało łaski Bożego Miłosierdzia, klękając przy Twoim konfesjonale? Wdrapując się po stromych seminaryjnych schodach na Golgotę Jego cierpienia? Spotykając Cię na korytarzu „Caritasu” czy na Winiarach, żegnając się z Tobą w Szpitalu Świętej Trójcy? Ilu potrafi dzięki temu na nowo wyznać: „Pan Bóg i mój”? (…) Piotrze, wierzę, że jesteś w gronie błogosławionych w niebie. Mówiłeś mi: ofiaruję moje cierpienia za to, żeby z naszego seminarium wychodzili święci kapłani. Ofiaruję za jedność kapłanów. Pamiętaj o nas, Piotrze”. Piękna intencja i jakże potrzebna w naszych czasach. 
To był wielki człowiek. To jest piękne, że trafił do diecezji i na biskupa, który tę wielkość zrozumiał i pozwolił mu choć te pół roku z jednej strony cieszyć się, z drugiej zaś służyć swoim kapłaństwem w cierpieniu. Szkoda, że są takie miejsca w Polsce, gdzie dzisiaj to właśnie sposób bycia księży i biskupów odstrasza tych, którzy zastanawiają się nad wyborem takiej drogi…
Tak, są wśród duchowieństwa tacy właśnie arcybiskupi Wesołowscy – ale są przede wszystkim księża tacy, jak Piotr Błeński, dzisiaj mały święty. Dlatego właśnie jest nadzieja. Dlatego nikt mi nie wmówi, że wszystkich księży – jako z założenia pedofili, złodzieji, materialistów i leniuchów – należy wrzucać do jednego wora i za jednym zamachem potępić. 
Taki człowiek przywraca wiarę w ludzi. 

Siejeje

Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich? On im odpowiedział: Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza: Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił. Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli. Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy! Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na miejsce skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny. (Mt 13,1-23)

Długie, nie da się ukryć. Ale i ciekawe – z jednej strony przypowieść, z drugiej od razu autorska jej wykładnia i wytłumaczenie :)
Bóg nas sobie nie wybiera, nie jest tak, że temu daje więcej, a tamtemu mniej. Inaczej – owszem, zgoda – według tego, co kto potrafi i jakie dostaje talenty do wykorzystania (albo zmarnowania, zależy od osoby). Tylko od każdego z nas zależy, co z tym zrobimy. Podstawą jest to słowo, które On do nas kieruje – przede wszystkim właśnie w liturgii, w Piśmie Świętym. Źródło, początek. Nie mówi raz, dwa razy – a potem odpuszcza, przerażony tępotą albo ignorancją słuchacza. To ziarno sypie się praktycznie stale, ciągle na nowo – licząc, że ja i ty je zauważysz. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie – sieje do skutku, tylko w wypadku niektórych ludzi naprawdę jest z tym sporo roboty. 
Ziarno na drodze to pierwsza skrajność – zero, nic, nie zdąży ani nie ma jak zapuścić korzeni, bo pusto, tępo, bezmyślnie, albo i z założenia na „nie”, więc Zły przychodzi i robi swoje, w tym wypadku skuteczniej od naszego Siewcy. Potem ziarno rzucone na skały – niby jest jakiś punkt wyjścia, jakaś gleba, ale to wszystko jakoś tak dziwnie się dzieje, że słomiany zapał okazuje się być niewystarczający – to, co dobrego mogło by zaistnieć, ledwo się zaczyna, a już się kończy. Ziarno rzucone między ciernie to jakby kolejny etap – tu już warunki są lepsze, trzeba by się postarać, żeby zaowocować, wysilić się, znaleźć wolę walki, żeby nie dopuścić do zasłonięcia Źródła, tego światła, żeby Zły nie przesłonił Boga, nie odwrócił uwagi od Niego. 
Wreszcie – ideał – żyzna ziemia i w efekcie plon. Nie jest powiedziane: według miary, pod linijkę, każdy musi tak samo zaowocować; wręcz przeciwnie, nawet Jezus wprost mówi, że „rozrzut” pomiędzy miarą tych plonów był sporny skoro od 30% do 100%. Ale był wysiłek, była praca, pewnie wyrzeczenia, starania – i jest wtedy efekt, na miarę możliwości tego, który się starał, raz mniej a raz bardziej. 
Tak to ma wyglądać, bo do tego jesteśmy wezwani. Nikt za nas tego wysiłku nie włoży – albo zrobię to ja, albo te ziarenka Bożej łaski zasiane w sercu po prostu szlag trafi. Mogę się buntować, tłumaczyć, że warunki nie takie itp. To bez znaczenia. Bóg te ziarenka składa w moje i tylko moje ręce – więc nikt inny nie odpowiada za ich zmarnowanie, albo sensowne spożytkowanie. 

Nie ma lekko – ale nie w tym problem

Gdy Jezus wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. Nagle zerwała się gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: Panie, ratuj, giniemy! A On im rzekł: Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? Potem wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni: Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne? (Mt 8,23-27)

Obrazek dość dramatyczny i często rozumiany jako to, że Jezus jest gwarantem naszego spokoju, bezpieczeństwa, uporządkowania i tego, że będzie fajno. Że człowiek – jak tamci w łodzi – może sobie słodko i beztrosko spać, a On przyjdzie, zrobi, załatwi i będzie dobrze, wyprostuje i uciszy każdą burzę w życiu. A tu nic bardziej mylnego. 
Burza pojawiła się w obrazku nawet pomimo tego, że Jezus tam był, w tej łodzi. Gdy człowiek podejmuje „ryzyko” bycia z Bogiem, zaprasza Go do swojego życia i oddaje Mu to swoje czasami bardzo pokręcone życie – to nie znaczy, że dalej już będzie „z górki”, lekko, łatwo i przyjemnie. Nie staje się nagle, jakby z automatu, jedna wielka sielanka i beztroska, z wielkim bananem na twarzy. Ten, kto zakłada coś takiego, popełnia bardzo dużą pomyłkę. 
Bóg to wyzwanie – przy czym dla każdego, przy naszej różnorodności i odmienności, inne; zawsze jednak na miarę naszych – moich – możliwości. Podjęcie wyboru życia z Bogiem wręcz wiąże z sobą konieczność walki z pokusami, cierpieniami, doświadczeniami. Nie bez powodu w innym miejscu jest mowa: skoro Mnie prześladowali, i was prześladować będą (J 15, 20). To, co daje nam Bóg w takiej sytuacji, to zdolność sprostania i wyjścia zwycięsko z tego wszystkiego. On nam daje w Jezusie siłę do zwyciężenia tego wszystkiego, co pojawia się trudnego i bolesnego na naszej drodze. Z Nim nie ma już rzeczy niewykonalnych – ale trzeba Mu zawierzyć wszystko, nie jako jakiś deal, ale bezwarunkowo. Inaczej to nie ma sensu. 
Nie warto jest wątpić w Niego i poddawać pod wątpliwość Jego możliwości – bo jeśli nie On, to kto? Od tamtej historii nic się w tym zakresie nie zmieniło. Nie musimy wołać – jak tamci – żeby Bóg nas zauważył, żeby gdzieś w swoim zapchanym terminarzu sobie o nas przypomniał (to raczej jest chyba na odwrót: to wielu z nas dopiero w takich „podbramkowych” sytuacjach przypomina sobie o Nim!). On widzi i bez naszego wołania ogarnia wszystko – także to, jak mała jest nasza wiara. I w tym jest nasza nadzieja.