Siejeje

Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich? On im odpowiedział: Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza: Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił. Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli. Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy! Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na miejsce skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny. (Mt 13,1-23)

Długie, nie da się ukryć. Ale i ciekawe – z jednej strony przypowieść, z drugiej od razu autorska jej wykładnia i wytłumaczenie 🙂
Bóg nas sobie nie wybiera, nie jest tak, że temu daje więcej, a tamtemu mniej. Inaczej – owszem, zgoda – według tego, co kto potrafi i jakie dostaje talenty do wykorzystania (albo zmarnowania, zależy od osoby). Tylko od każdego z nas zależy, co z tym zrobimy. Podstawą jest to słowo, które On do nas kieruje – przede wszystkim właśnie w liturgii, w Piśmie Świętym. Źródło, początek. Nie mówi raz, dwa razy – a potem odpuszcza, przerażony tępotą albo ignorancją słuchacza. To ziarno sypie się praktycznie stale, ciągle na nowo – licząc, że ja i ty je zauważysz. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie – sieje do skutku, tylko w wypadku niektórych ludzi naprawdę jest z tym sporo roboty. 
Ziarno na drodze to pierwsza skrajność – zero, nic, nie zdąży ani nie ma jak zapuścić korzeni, bo pusto, tępo, bezmyślnie, albo i z założenia na „nie”, więc Zły przychodzi i robi swoje, w tym wypadku skuteczniej od naszego Siewcy. Potem ziarno rzucone na skały – niby jest jakiś punkt wyjścia, jakaś gleba, ale to wszystko jakoś tak dziwnie się dzieje, że słomiany zapał okazuje się być niewystarczający – to, co dobrego mogło by zaistnieć, ledwo się zaczyna, a już się kończy. Ziarno rzucone między ciernie to jakby kolejny etap – tu już warunki są lepsze, trzeba by się postarać, żeby zaowocować, wysilić się, znaleźć wolę walki, żeby nie dopuścić do zasłonięcia Źródła, tego światła, żeby Zły nie przesłonił Boga, nie odwrócił uwagi od Niego. 
Wreszcie – ideał – żyzna ziemia i w efekcie plon. Nie jest powiedziane: według miary, pod linijkę, każdy musi tak samo zaowocować; wręcz przeciwnie, nawet Jezus wprost mówi, że „rozrzut” pomiędzy miarą tych plonów był sporny skoro od 30% do 100%. Ale był wysiłek, była praca, pewnie wyrzeczenia, starania – i jest wtedy efekt, na miarę możliwości tego, który się starał, raz mniej a raz bardziej. 
Tak to ma wyglądać, bo do tego jesteśmy wezwani. Nikt za nas tego wysiłku nie włoży – albo zrobię to ja, albo te ziarenka Bożej łaski zasiane w sercu po prostu szlag trafi. Mogę się buntować, tłumaczyć, że warunki nie takie itp. To bez znaczenia. Bóg te ziarenka składa w moje i tylko moje ręce – więc nikt inny nie odpowiada za ich zmarnowanie, albo sensowne spożytkowanie. 

Błogosławione wyczucie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. (J 12,24-26)
Czy Jezus piętnuje radość z życia, korzystanie z niego, oczywiście w racjonalny sposób? Nic bardziej mylnego. Można być człowiekiem szczęśliwym i czerpiącym z życia to, co jest naprawdę dobre i pożyteczne, będąc równocześnie człowiekiem wierzącym. A nawet wręcz – trudno było by być człowiekiem szczęśliwym i czerpiącym z życia to, co jest naprawdę dobre i pożyteczne, gdyby człowiek nie opierał się na solidnym fundamencie, nie bazował na precyzyjnej i przejrzystej hierarchii wartości. 
Bo prawdziwa radość życia to obumieranie. Człowiek czerpie największą radość z tego, że daje – a największą, gdy ofiarowuje dar z samego siebie. Wiele w nas egoizmu – sam dobrze o tym wiem, to chyba moja największa wada – ale dopiero naprawdę bezinteresowne dawanie raduje serce człowieka jak nic innego. Tu nie chodzi o nic spektakularnego, ale wkładanie serca w to, przed czym staje na co dzień – nauka, praca, rodzina, relacje z ludźmi. Nic wyjątkowego – poza autentycznością w tym, co zwyczajne i życiowe. Takie obumieranie to dopiero jest owocowanie.
Pojęcie złotego środka bardzo tutaj pasuje. Do tego, aby przynieść dobry plon, potrzebne jest wyczucie, umiar. Żadne cierpiętnictwo, ani też żadne niewłaściwie, przesadnie rozumiane korzystanie z życia. Ta nienawiść, którą widzimy w tym tekście, to nic innego niż dystans i zdrowe podejście do spraw doczesnych. One same w sobie nie są złe, wszystko zależy od tego, kto i jak do czego je wykorzystuje. Jeśli robię z nich dobry użytek, pomagam z ich  użyciem innym, czynię świat lepszym – wtedy wszystko gra. Taka zdrowa, zdystansowana nienawiść.
Taka zdrowa nienawiść to właśnie pójście za Nim. Oczywiście, są tacy, którzy decydują się na dosłowne prawie porzucenie świata, wybierając drogę doskonałości życia zakonnego. To też możliwość. My jednak, w większości, świeccy i duchowni żyjący w świecie, musimy z tym światem sobie radzić. Także obumierając, gdy to potrzebne. Dając z siebie, pozornie tracąc, aby zyskać w tym ostatecznym rozrachunku, życiowym podsumowaniu. Nienawidząc tego, co tak bardzo ludzkie i materialne, że odwraca uwagę od celu życia człowieka wierzącego. 
Błogosławione wyczucie, ot co. Podstawa postawy dobrego sługi.

Nasze zachwaszczone poletko

Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast? Odpowiedział im: Nieprzyjazny człowiek to sprawił. Rzekli mu słudzy: Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go? A on im odrzekł: Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza. Inną przypowieść im powiedział: Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach. Powiedział im inną przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło. To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się spełnić słowo Proroka: Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata. Wtedy odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście! On odpowiedział: Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha! (Mt 13,24-43)
Kolejna z cyklu rolniczych przypowieści ewangelicznych. Trochę mnie dziwiły swego czasu, a z drugiej strony – jak bardzo trafne i proste. Może dlatego tak docierały do ludzi? Taka ludowa mądrość. Nic dziwnego jednak, że tyle pokoleń tego typu opowieściami żyło, pielęgnując je i zgłębiając. Przecież to nic innego, jak przełożone przez Boga z polskiego na nasze wielkie sprawy, rzeczy ukryte od założenia świata.

Niestety, tak to bywa, że często ktoś – mniej lub bardziej złośliwie – niweczy czasami nawet bardzo duży wysiłek. Czemu? Ze złości? Z głupoty? Z zawiści? To jest kwestia wtórna. Istotne jest to, że takie zniszczenie może czasami oznaczać prawdziwą klęskę dla człowieka, brak środków do życia – wystarczy spojrzeć na nasze polskie podwórko i krajobraz w zagłębiu paprykowym po zeszłotygodniowych trąbach powietrznych. Nadchodzi moment, gdy trzeba spojrzeć i uznać – pojawiły się chwasty, jest problem. Co więcej, problem z którym trudno będzie sobie poradzić, bez naruszania samego pożytecznego i wyczekiwanego zboża. Jak w  życiu – kiedy nawet, gdy trafnie rozpoznajemy zło, przyczynę zła i chcielibyśmy odseparować, oddzielić jedno od drugiego – okazuje się, że jest to bardzo trudne, o ile nie niemożliwe. 
Ważna jest ta umiejętność rozróżnienia. Owszem, z pozoru mogło by się wydawać, że kluczowa jest szybka i zdecydowana reakcja. Z przypowieści widzimy, że nie, bo można uszkodzić to, co się ową reakcją chce chronić przed zniszczeniem przez podrzucone i wyrośnięte chwasty. Żeby rozróżnić – zło, ten chwast, trzeba go widzieć, zauważyć, być świadomym jego obecności i tego, czym jest, jak wpłynie na całość zasiewu. Bo mimo tej świadomości zła, chwastu, najlepiej jest zacisnąć zęby, doczekać żniw, i wtedy dokonać selekcji. Te dobre owoce, dobre plony zmagazynować i spożytkowywać – plewy i chwasty po prostu spalić. Jak wielu ludzi ma z tym dzisiaj problem – jasna ocena, precyzyjne rozróżnienie.
Naprawdę trudno o prostszy obrazek. Idziemy przez życie, jak te nasiona wrzucone w rolę. Lat przybywa, nieuchronnie zbliżamy się do końca, a w tym wszystkim, kierując się sercem, rozumem, wartościami takimi jak wiara, kształtujemy siebie, podejmujemy różne decyzje, dokonujemy wyborów. Niektóre pozwalają mieć nadzieję, że w przyszłości, w momencie zbiorów, przyniesiemy obfite plony – inne z kolei czynią nas jałowymi, bezproduktywnymi, pozwalają wnikać między nam chwastom. Albo jak to ciasto – jak się nie zmiesza dobrze, nie wygniecie odpowiednio porządnie i mocno, to z ciasta nic nie wyjdzie. 
Nie liczy się to, ile tych chwastów jeden czy drugi nieżyczliwy rozsypie nam na drodze, zmuszając do objazdów, nakładania trasy. Liczy się to, ile z nas będzie na końcu. Czy ciasto będzie dobre, plon obfity. Czy z niepozornego ziarna wyrośnie wielkie drzewo, czy mizerny krzak.
>>>
Spełniły się prognozy komentatorów – Kraków otrzymał dwóch sufraganów, w tym przewidywanego do tej nominacji x prałata Grzegorza Rysia (bardzo ciekawa postać, o poglądach z którymi mocno się utożsamiam, jednocześnie bardzo sympatyczny – wybór kilku jego tekstów z GN tutaj). Drugi – bernardyn, o. Damian Andrzej Muskus OFM (ciekawy pomysł – po sobotniej śmierci + bp Albina Małysiaka CM pozostawić równowagę w postaci jednego biskupa pomocniczego-zakonnika). Konsekracje 28 września – analogicznie jak konsekracja biskupia… Karola Wojtyły 53 lata temu.

Poletko, które jest Kościołem – bezkrytyczność ziarenka

Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich? On im odpowiedział: Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza: Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił. Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli. Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy! Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na miejsce skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny. (Mt 13,1-23)
Ciekawy tekst, prawda? Wydaje się w ogóle nie wymagać komentarza. Choćby dlatego, że – co się nie zdarza na kartach ewangelii tak często – Jezus sam go objaśnił i skomentował. No i niby sprawa jasna – wiadomo, co i jak. Więc w czym tkwi zagwozdka? W nas. 
Czy potrafimy się przyznać do tego, kim – jacy – jesteśmy? Nie bardzo, żeby nie powiedzieć że w ogóle, wcale. Widzimy cztery postawy (dwie podobne, dwie skrajnie inne), jednoznacznie zinterpretowane – teoretycznie więc sprawa wydaje się bardziej niż prosta. Aha. Dobra, więc do której grupki ziaren powinienem się zaliczyć? Tylko tak szczerze, bez ściemy, bez wybielania siebie i dyskretnego przemilczania, tego co nie pasuje do obrazka chodzącego ideału, aniołka? 
Nasionka rzucone na drogę. Teoretycznie – każde. Skoro siewca sieje obficie, wszystkie gdzieś tam padają – i ta droga wydaje się być świetną metaforą jałowości dotykającej pewnie sporej grupy nasionek. Niestety, najczęściej przysłowiowy szlag je trafia, bo człowiekowi się często zastanowić, pomyśleć nie chce. Nie mówiąc już o rozumieniu, na które uwagę zwrócił Jezus. Łatwiej olać, zbyć, jednym uchem wpada – drugim wypada. Po co coś tak wymagającego jak ewangelię zakorzeniać w serce – przecież potem tylko problem będzie. Nadarzająca się okazja w postaci czegoś a’la taki głodny ptaszek, dybiący na bezbronne ziarenka, to formalność.
Nasionka rzucone pomiędzy skały. Moim zdaniem – podobne do następnych, które trafiły między ciernie, choć nie takie same. Pozorna gorliwość, radość, dużo emocji, słomiany zapał, itepe. Wszystko fajnie i pięknie wygląda – a dalej? Dalej nic. Łatwo wiele zadeklarować, stawiać sobie nie wiem jakie cele, gorzej z realizacją. Dopóki dana sprawa niewiele wymaga – jest ok. Kiedy zaczynają się trudności, trzeba się wysilić, dać coś z siebie, czasami coś poświęcić, nie zawsze wpasowywać się w najdziwniejsze nawet poglądy środowiska – zaczyna się problem. Pięknie pasuje tu fragment o winnym krzewie – jest nim Bóg, a my tylko latoroślami. Winni (jak winna latorośl, nie w kontekście winy…) jesteśmy wtedy, gdy wyrastamy z tego krzewu. Bez niego, bez korzenia, nic z nas nie będzie. 
Nasionka rzucone między ciernie. Niby też negatywne, ale jakby z takim podtekstem, cieniem nadziei na coś pozytywnego, że może coś z niego być. A właściwie – było by z niego wiele dobrego, gdyby nie to, co światowe, a co przesłania sprawy naprawdę ważne. Skoro tyle razy, w wielu miejscach, jest mowa o złudności doczesności, czy tak trudno to po prostu przyjąć i zrozumieć jako uniwersalną prawdę, a nie spisek Kościoła? Tak właśnie jest – kasa przesłania wszystko, jak te ciernie, i powoduje, że człowiek sam się w pogoni za nią zatraca, tracąc jednocześnie to, co było dla niego ważne, i co naprawdę stanowi wartość. Nie tylko wiarę – miłość, przyjaźń, relacje.
Nasionka rzucone na ziemię żyzną. Wreszcie, spożytkowane dobrze i skutecznie. Ta niewielka grupka ludzi, którzy poza tym, że Słowo Boże usłyszeli gdzieś tam – to dotarło ono do nich, zakorzeniło się i mogło zaowocować. Zostało po prostu zrozumiane. Ta niewielka grupka ludzi, którzy tak naprawdę okazują się być jedynymi odbiorcami Słowa Bożego. Jedna z czterech – a gdyby to spróbować przedstawić ilościowo? Pewnie, niestety, najmniej liczna. Ta grupka, w której jest nadzieja. To niewielkie poletko, na którym żyje i z którego siły czerpie Kościół. Poletko, której jest Kościołem. Ci, których Jezus tak obrazkowo opisał jako tych, którzy mają uszy do słuchania i słuchają. 
Paradoksalnie – jak się to ma do tłumów, o których na początku tego fragmentu słyszymy, że podążały za Jezusem? Nijak. Tak samo, jak się ma, najczęściej, nasze mniemanie o tym, jacy jesteśmy w porządku, do rzeczywistości, w której jakoś przestajemy być tacy kryształowi, bezgrzeszni, uczciwi i w ogóle. Obawiam się, że większość ludzi, która słuchała wczoraj w kościele tych słów, mniej lub bardziej lekkomyślnie zaklasyfikowała się do tych ostatnich ziarenek – pozytywnych, owocujących, wykorzystanych dobrze. No bo jak – jestem w kościele, przychodzę na mszę, sakramenty poprzyjmowałem – to co, miałbym się okazać bezużyteczny, słaby, jakby zmarnowany pod kątem bycia sensownym słuchaczem Słowa Bożego? 
Dlatego Jezus mówi naprawdę w ostrych słowach: Kto ma uszy, niechaj słucha! Nie mówi o wszystkich – wg mnie, ma na myśli tych naprawdę słuchających. Ciekawe jest, że uczniowie zapytali – skąd pomysł, aby mówić do ludzi w przypowieściach? Być może wtedy już rozumieli, co Jezus miał na myśli, Jezus widział, że Słowo zostało u nich zasiane, i to skutecznie. Bardziej obrazkowo, wydaje mi się, mówi apostołom – do nich inaczej się nie da, im trzeba tak wprost, w obrazkach, bo inaczej nie zrozumieją. Patrzą, a nie widzą; słuchają, a nie rozumieją. Dlatego tak ostre słowa podsumowania padają niewiele dalej: „Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił”. Najtrudniejsze są te słowa na końcu: „Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli”. Szczęśliwi – ok. Gdzie trudność? Bo zastanawiam się, ile osób jest naprawdę szczęśliwych i faktycznie zdaje sobie sprawę z tego, jakie Słowo do nich dociera?
Mamy uszy – a czy wykorzystujemy je do słuchania? Bo tak naprawdę nie ma znaczenia, jaki ten plon będzie – nie naszymi, ludzkimi, a boskimi kryteriami będą one mierzone. Ważne, aby ten plon był, aby człowiek nie był bezwartościowy, bezowocny. Żeby nie dał się, jak te ziarenka – czy to wydziobać, czy to zagłuszyć, czy wysuszyć.

Ambitna pokora ziarna

Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! (Mt 13,1-9)

Pewnie najczęściej, w kontekście tej przypowieści o siewcy, słyszymy z ambony o tym, że są to słowa o szansie, jaka jest każdemu dana, o tym jakie możemy owoce przynieść dzięki naszym (a właściwie nie naszym ale złożonym w nasze ręce) talentom. Że to taka ogólnikowa, kompleksowa ocena, osąd nad człowiekiem, jaki z perspektywy całego życia, już po jego zakończeniu, w dniu sądu odbędzie dobry Bóg nad każdym z nas. Dla nas – jakbyśmy taki filmik, jakby skrót wiadomości obejrzeli, tyle że zamiast informacji z danego dnia – całe moje życie, to wszystko co i jak robiłem.
Dzisiaj odkryłem, że jest to tekst… o pokorze. Tak. Pokorze i umiejętności zdystansowania się wobec własnych ambicji i tego, dokąd (a zwykle – dalej niż jesteśmy w stanie) sięgamy. Miewamy pomysły, plany, chcemy zwojować świat – i to nie jest złe, bo przecież chrześcijaństwo to radykalizm, konkrety i stawianie spraw jasno, wyraźnie; nie ma miejsca na półśrodki i bylejakość. 
Problem pojawia się, gdy tym planom podporządkowujemy wszystko. Bo na początku człowiek chce, aby Bóg go prowadził, ufa Mu, stara się i obiecuje dokładne przestrzeganie Jego nakazów i zakazów. Chce zdobyć wiele – ale z Jego pomocą, Jego drogą idąc. Ale im dłużej i dalej idzie, im więcej się na różne – najczęściej niezbyt chwalebne i dobre – postawy napatrzy w życiu, tym bardziej zaczyna, mniej lub bardziej świadomie, hołdować powiedzeniu cel uświęca środki
Zaczyna się od tego, że raz czy drugi przymknie oko na coś, co z Bożego punktu widzenia nie takie – a tu jakąś świnię podłoży w pracy, a tu coś przemilczy – no przecież Bóg się nie obrazi, w końcu kocham Go, wierzę w Niego, modlę się. A potem już z górki, jak to mówią. I w pewnym momencie okazuje się, że ten Bóg ze swoją hierarchią wartości, którą to niby wyznaje człowiek, zostaje gdzieś, hen, na końcu tego wszystkiego, co w życiu najważniejsze. 
A wtedy – nawet najwyższy możliwy dyrektorski stołek i pięciocyfrowa pensja nic nie pomoże. To tylko rzeczy, sprawy materialne. Warte tego, aby z ich powodu przegrać to, co nienamacalne, ale o ileż bardziej trwałe? Warto się zarobić – na czym cierpi rodzina, dzieci? Związki nie rozsypują się tylko dlatego, że brakuje wierności, że jedno drugie zdradziło – także dlatego, że stają się obcy, bo tak bardzo poświęcili się tej robocie dla rodziny… że zabrakło miejsca i czasu dla samej rodziny. Gdy Bóg jest na pierwszym miejscu – wszystko inne jest na właściwym. A jak nie – to już różnie bywa. 
Miej ambicje i plany. Chciej coś w życiu osiągnąć. Nie bądź leniwy. Do odważnych świat należy. Tak – ale pozostaw w tym wszystkim miejsce na palec Boży, na tchnienie Jego Ducha, na Jego wolę. W modlitwie wsłuchuj się w to, co On wskazuje, w kierunek który Ci proponuje. Nawet, jeśli wydaje się to na pierwszy rzut oka nielogiczne, niemożliwe. Mało to takich było, którym przewrócił do góry nogami życie i uczynił naprawdę szczęśliwymi, choć im samym to się w głowie nie mieściło? Nawet, gdy w efekcie nie mieli willi, limuzyny, wakacji na Karaibach i pękatego portfela. Bo to nie wszystko. 
Bo szczęście osiągniesz tylko wtedy, gdy idąc przez Niego drogą wskazaną będziesz starał się zrealizować. Samemu może i po ludzku sądząc będziesz miał wszystko – ale gdy na Boga się wypniesz, po prostu się pogubisz, nawet gdy odkryjesz to dopiero za kilka, kilkanaście lat.
Bóg jest tym wielkim siewcą, a my mamy przynosić plony. Ale jednocześnie – ty sam jesteś siewcą ziaren, z których wyrosnąć mają plony twojego życia. Różnie to w życiu bywa. Czasami jakiś pomysł uda się zrealizować lepiej, czasem gorzej, a jeszcze kiedy indziej – wcale. Tak jak z tym ziarnem w Ewangelii. Raz ktoś inny wykradnie ci pomysł. Kiedy indziej okoliczności nie będą sprzyjające, coś się posypie. Ale nie poddawaj się. Miej w sercu miejsce na zdrową pokorę.

Świetnie pasują do tego słowa, jakie Jeremiasz usłyszał od Boga, gdy Ten go powoływał (Jr 1,1.4-10). A on, jak to człowiek, nie bardzo wierzył w swoje siły. Nie mów: Jestem młodzieńcem, gdyż pójdziesz, do kogokolwiek cię poślę, i będziesz mówił, cokolwiek tobie polecę. Nie lękaj się ich, bo jestem z tobą, by cię chronić – wyrocznia Pana. I wyciągnąwszy rękę, dotknął Pan moich ust i rzekł mi: Oto kładę moje słowa w twoje usta. Spójrz, daję ci dzisiaj władzę nad narodami i nad królestwami, byś wyrywał i obalał, byś niszczył i burzył, byś budował i sadził. Zacznij siać, nawet gdy jest to kolejna próba. Tego Bóg od ciebie chce. Tylko spróbuj ponownie, i nie poddawaj się.

Uwierz Bogu – to żadna kara. Spróbuj tego, co On ci proponuje. Nie masz nic do stracenia. Zasiej na nowo i módl się o dobre plony. Abyś w nich się zrealizował. Ile razy, raz po raz, On hojnie daje nam znowu możliwość owocowania, przynoszenia plonów? Ile już takich okazji sam zmarnowałem? A On – jakby wbrew logice – sieje znowu. Może tym razem mi się uda. Włóż w to, co chcesz osiągnąć, choć krztynę z tej miłości, jaką On ma ku nam – i na pewno się uda.