Pan Tadeusz

mazowiecki2
Dzisiaj odszedł – po niewątpliwie długim, pięknym i zasłużonym życiu po wieczną nagrodę – Tadeusz Mazowiecki. 
Ja oddaję głos Zbigniewowi Nosowskiemu:

Odszedł mądry i dobry człowiek, głęboko wierzący chrześcijanin, wielki Polak, przenikliwy intelektualista, wybitny polityk, mąż stanu. O Tadeuszu Mazowieckim myślę w takiej właśnie kolejności.

Jego życie osobiste naznaczone było wielkim dramatem. Dwukrotnie był żonaty i dwukrotnie przyszło mu przeżywać śmierć żony. Pierwsza żona Krystyna zmarła na gruźlicę już rok po ślubie. Druga żona Ewa zmarła, gdy najstarszy z ich trzech synów miał zaledwie 10 lat. Tadeusz sam później wychowywał Wojtka, Michała i Adama. Wychował ich na porządnych, dobrych ludzi. Relacje wzajemne panujące w rodzinie Mazowieckich można uznać za wzorowe. 

Zawsze myślał i żył według wartości. Miał ten „dyszel w głowie” – jak mawiali Jerzy Turowicz i Stefan Swieżawski – że decyzje w swoim życiu podejmował w imię niezmiennych wartości, a nie doraźnych interesów. Nawet gdy ktoś się z nim nie zgadzał (na co się nie oburzał), w argumentacji też trzeba było odwoływać się do wartości. To cecha mężów stanu. 

Był założycielem „Więzi” i wieloletnim redaktorem naczelnym naszego pisma. Gdy w 1981 roku przeszedł do innych zadań – najpierw redagując „Tygodnik Solidarność”, potem działając w podziemiu, później jako premier Niepodległej i wpływowy polityk – pozostawiał swoim następcom swobodę w redagowaniu pisma. Czasem coś mu się nie podobało, ale nie narzucał swojej wizji, powtarzał: „To wy decydujecie”. 

Nie lubił mówić o historii – dlatego nie pozostawił po sobie dzienników ani wspomnień. Pociągały go za to wciąż nowe wyzwania przyszłości. Tak też patrzył na swoją wiarę. Gdy go pytano, co jest najważniejsze w wierze, Tadeusz mówił albo o odpowiedzialności, albo o nadziei. Czyli zawsze o przyszłości. Gdy Jerzy Turowicz spytał go w 1990 roku o sposób pojmowania chrześcijaństwa, jako urzędujący premier odpowiedział: „Dla mnie jest ono ciągle czymś, co jest przede mną”. 

Dziś już za nim jest ziemskie życie. Za to rozciąga się przed nim wieczność – piękna, fascynująca przyszłość, która jest teraźniejszością.

Paradoks – odszedł w dniu swoich imienin. Szkoda, że nie dożył 25-lecia tych przemian, u których stanął początku.

Dla mnie – niech to nikogo nie urazi – taki żółwik z słynnego w latach 90. „Polskiego zoo”, w którym poszczególni politycy ze względu na ich cechy przedstawiani byli w postaciach zwierząt. Sam wtedy byłem za mały, aby go z kimkolwiek innym kojarzyć – ale z upływem lat, dzięki temu, co przekazali mi rodzice, dowiedziałem się wiele o jego roli w przełomowych okresie transformacji w naszym kraju. To on uczył tych, którzy wtedy byli opozycjonistami – zatem pokolenie moich rodziców – tego, co i jak robić, jak się „bawić w opozycję” (jak to mówiła moja śp. Mama), żeby to miało sens, żeby to było w duchu odpowiedzialności za życie publiczne w kraju, że strajk ma sens tylko wtedy, gdy walka następuje w imię konkretnych (nie byle jakich) wartości. Potrafił w ramach swojego rządu zjednoczyć ludzi bardzo różnych. Umiał nie tylko być twardym – ale przede wszystkim: mądrym, szukając porozumienia bo widząc wyższe dobro niż własne partykularne interesy.

Kolejna osoba, której możemy powiedzieć – a’Dieu – do zobaczenia w Bogu! Wszyscy się tak spotkamy. 

Boże wyposażenie

Jezus powiedział do swoich uczniów: To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,39-48)

Sprawiedliwość Pana Boga można rozpatrywać w wielu różnych aspektach – i jeden z nich został bardzo ładnie zobrazowany w tym fragmencie. Nie ma jednej, uniwersalnej  miarki, którą przyłożą do każdego z nas w godzinie Sądu Ostatecznego, ważąc dobro i zło, które było naszym udziałem. Jesteśmy różni od siebie, każdy jest zupełnie inny, pomimo wszelkich podobieństw nie ma dwóch takich samych osób na świecie. Różne mamy dary, talenty i możliwości – od których zależy to, w jakiej dziedzinie i co możemy zdziałać. O ile nam się zachce. No właśnie…
Jeśli ktoś dostał więcej – zrozumiałe jest, że więcej się od niego wymaga i oczekuje niż od tego, który ma mniejsze możliwości i mniej otrzymał. Pan Bóg wymaga od nas na tyle, na ile nas wyposażył – nigdy na wyrost. Niektórym się może wydawać, że On przesadza – ale wtedy jest kwestia tego, na ile mi się chce, na ile mam wolę zrobienia czegoś, a nie tylko bezmyślnego wylegiwania się i czekania na przysłowiowe boskie zmiłowanie. O ile bardzo często ja nie zdaję sobie sprawy z tego, ile mogę, jak wiele jestem w stanie zrobić – o tyle kto jak kto, ale Stwórca wie to najlepiej; często lepiej niż ten, o kogo chodzi. 
Szkoda, że wielu jest takich, którym się wydaje, że są przebiegli, że mogą poużywać sobie i nie ponosić później konsekwencji złych wyborów. Tak się nie da po prostu – tylko najczęściej się o tym przekonujemy, kiedy właśnie dochodzi do podobnej, jak w powyższym obrazku sytuacji: zawaliłem i wyszło to w przykry sposób na jaw. Dziwi nieco pytanie Piotra – do nas mówisz? – bo to „wy” Jezusa w sposób oczywisty jest skierowane do wszystkich, którzy Go słuchają, a może przede wszystkim tych, którym się wydaje, że ich to nie dotyczy. 
Ten ewangeliczny obrazek to taki bardzo praktyczny przykład gotowości – tej, o której można się przekonać nie na podstawie CV, deklaracji czy rekomendacji danej osoby, ale na podstawie tego, jak człowiek żyje; jakich dokonuje wyborów i przede wszystkim: co robi z tymi darami, talentami i możliwościami, w które wyposażył go Pan. Nam się może wydawać, że mamy słabe wyposażenie – ot, taki samochód w wersji standard. Ale w każdym w wypadku Boże wyposażenie, niekoniecznie rzucające się w oczy, błyszczące i przyciągające uwagę, jest na miarę tego, który je otrzymuje – i przy odrobinie wysiłku ma mu pomóc osiągnąć to, co najważniejsze. 

Nie ustawaj

Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18,1-8)

Jasny i wprost podany jest kontekst wypowiedzenia tych słów. Modlić się i nie ustawać. Nie odwrotnie – dokładnie w takiej właśnie kolejności. W sumie trafnie powiedziane – uprzeć się i trwać można w wielu sprawach, jednakże tylko utrzymanie tej wyjątkowej więzi z Bogiem, jaką jest modlitwa, umożliwia utrzymanie w polu widzenia wartości i celu każdego człowieka wiary – zbawienia. Upór może być dobrze ukierunkowany dopiero wtedy, kiedy jego siła czerpie z Boga.
Obraze z ewangeliczną wdową – jeden z dwóch, tym razem nie taka, która zgubiła drachmę i jej poszukuje, ale inna, równie uparta (nie ustawała?) i starała się o pomoc w swojej sprawie przed sędzią. Nic dziwnego – szczególnie w tamtych czasach, gdy sędzia nie kojarzył się jak dzisiaj z mniej lub bardziej trafnie mianowaną osobą w czarnej todze, a był człowiekiem dostępnym dla każdego, powołanym do doraźnego (a nie w ramach ciągnących się latami procesach) rozstrzygania sporów. Z kolei wdowa – osoba w niewątpliwie pożałowania godnej sytuacji; kobieta tracąc męża traciła całe oparcie, była zdana na łaskę i niełaskę innych. Właściwa osoba, do której mogła się zwrócić właśnie taka wdowa, szukając pomocy – pewnie sprawa dotyczyła jakiejś waśni, może długi, lichwa, tego nie wiemy. 
Ten sędzia nie był dobrym człowiekiem. Był na pewno świadomy swojej władzy – skoro wprost mówi, że Boga się nie boi (gdzie tam Bóg, tutaj ja rozstrzygam!). Był raczej pyszałkiem – skoro otwarcie wskazał, że z ludźmi się nie liczył. Nic dziwnego, że nie chciał jej pomóc – bo i co po ludzku pewnie mógłby z tego mieć? Nic. Wzięła go „na przetrzymanie”, uporem, wytrwałością. Chciał mieć święty spokój, problem z głowy, nie musieć narażać się na jej kolejne wizyty i prośby. W działaniu sędziego nie było współczucia, chęci ulżenia drugiemu człowiekowi w trudnej sytuacji, miłosierdzia – a zwykła kalkulacja i wygodnictwo. Pan Bóg wcale takiego człowieka nie stawia jako wzór – poddaje tylko do przemyślenia: skoro on, człowiek leniwy i zły, dokonał czegoś dobrego, choć bynajmniej z zasługujących na uznanie pobudek – to o ileż bardziej dobry i kochający (a nie załatwiający swoje sprawy, chcący mieć spokój) Bóg będzie dla tych, którzy w Niego wierzą i proszą Go ufnie! Mały i słaby człowiek w swoim egoiźmie czyni coś dobrego – więc o ile więcej celowo, z rozmysłem i miłosierdziem dokona Ten, który jest źródłem wszelkiego dobra! 
I jeszcze jedno. Wielu uważa, że sędzia z tej historyjki to właśnie Bóg – taki i owaki. Nic bardziej mylnego. Człowiek może sobie Boga tak narysować, odmalować – będąc w absolutnym błędzie. Skrajamy sobie Boga na własną miarę, nieświadomie przenosząc na takiego boga (celowo z małej litery) wszystko, co w nas negatywne i czego nienawidzimy u ludzi władzy: pycha, arogacja, wygodnictwo, lenistwo, pogarda dla wszystkich naokoło. Albo ludzie twierdzą, że tak właśnie działa Bóg – a właściwie nie działa, kiedy nie reaguje jak złota rybka: mówisz, masz. Jest zły, bo nie spełnił mojej zachcianki! Jak On mógł! 
Bóg w tym niedzielnym tekście wzywa nas do przyjęcia postawy takiej właśnie wdowy. Tak, upartej, wytrwałej, nie ustającej – ale równocześnie pełnej ufnej wiary i nadziei, że Ten, do którego się zwraca – Bóg w Trójcy Świętej jedyny – wysłucha ui zaradzi jej troskom nie z wygodnictwa i żeby mieć ją z głowy, ale z miłości, która się nie kończy, ani wobec tego człowieka ani żadnego innego. Czy Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych? Weźmie – tylko ci wybrani, czyli każdy z nas, musi sobie to wybranie uświadomić, zaakceptować je i odpowiedzieć na nie. Bóg po prostu wzywa tutaj do wytrwałości – ale nie tylko w modlitwie, ale także w trwaniu przy wyborze Jego jako Tego, który prowadzi. 

I co ja robię tu?

Wczoraj rano przed Mszą byłem świadkiem sytuacji, która uświadomiła mi, jak bardzo Polacy – wierzący – nie doceniają tego, co tutaj w Polsce mają. A mają bardzo dużo.
W zakrystii z ojcami rozmawiała pewna pani. Z kontekstu rozmowy można było wywnioskować, że jest to osoba bardzo dobrze im znana, ja bym strzelał – ex parafianka, z takich zaangażowanych – która obecnie mieszka gdzieś w Szwecji. I rozmowa dotyczyła tego, jak bardzo wiara jednoczy tych ludzi stąd – tam. 
Różnych ludzi – niektórzy, co mówią wprost, w Polsce nie wierzących, dla których wiara stała się czymś bardzo ważnym, jakby łącznikiem z Ojczyzną, kiedy wyjechali z niej. Ludzi, którzy w Polsce sprawami wiary się w ogóle nie zajmowali, nie interesowała ich ta płaszczyzna i kwestia. Gdy jednak okrzepli w nowym miejscu – zaczęło wielu rzeczy z Polski brakować, zaczęła się tęsknota… która w jakiś niewytłumaczalny sposób znalazła w pozytywnym sensie ujście w powrocie do tego, co na szczęście jest jeszcze postrzegane jako takie polskie: wiara, modlitwa, relacja z Bogiem, Kościół. 
Tak się składa, że lat temu pewnie z 15 miałem okazję przez ok. 2 tygodnie zwiedzać Skandynawię – od Karlskrony, przez Goeteborg, zahaczając o norweskie Oslo, po Sztokholm z powrotem. Niesamowicie wielki obszar, pusty, pełen zieleni, natury, łosi. Bardzo mało ludzi – tak, życzliwych i w ogóle. Sporo Polaków, dla których świętowanie niedzieli naprawdę było świętem – o czym przekonałem się w Polskiej Misji Katolickiej w Sztokholmie, gdzie po prostu kościół był tak niesamowicie nabity ludźmi, że w Polsce czegoś takiego nie widziałem na największej uroczystości; a była zwykła niedziela. Piękna liturgia, dbałość o szczegóły, śpiew, świetny chór, stadko ministrantów (niestety, nie czytających, bowiem nie znających języka polskiego na tyle dobrze). Jak pani opowiadała – cieszy się, że w Gdańsku mogła przeczytać czytanie (oczywiście, ustąpiłem jej), bo tam u nich to się ludzie o to „biją”, zapisują się na listy i właściwie to jedna osoba musi… czekać jakieś 3,5 miesiąca na swoją kolejkę do czytania! Niesamowite – a u nas niby ministrantów i lektorów na papierze na pęczki, a w tygodniu (i w niedzielę też…) jakoś tak pustawo w tych prezbiteriach; w tygodniu na rannych mszach to już w ogóle przeciąg. Ci Polacy tam cieszą się na Mszę Świętą, przygotowują się do niej, odświętny strój nie jest problemem i „wymysłem księży”, bo odzwierciedla i oddaje świąteczność nastroju tak naprawę, nie na siłę. Po Mszy trwają jeszcze na modlitwie, a potem spotykają się we własnym gronie przy posiłku i nadal świętują. Coś wam to przypomina? Powrót do źródeł?
I to wszystko w wyjątkowo sprotestantyzowanym zakątku Europy – przykład pierwszy z brzegu: Sztokholm to siedziba jedynej diecezji katolickiej w całej Szwecji (liczącej, tak jak cały kraj, niespełna 10 mln wiernych); w jeszcze mniejszej (nieco ponad 5 mln ludzi) Norwegii są aż 3 diecezje (Oslo, Tromso, Trondheim). 
Można? Można. Trzeba chcieć. I ci ludzie, przyjeżdżając do Polski, nic dziwnego że tak nie rozumieją, dlaczego w kościele – nie tylko w tygodniu – siedzi głównie taki lekko przysypiający, rozkojarzony i w ogóle nie pasujący tłumek ludzi jakby przypadkowych, najczęściej mało zainteresowanych tym, co się w kościele dzieje. No niby są? Są. Tylko jakby ciałem – a duch? 
Wczoraj minęło 35 lat od wyboru Karola Wojtyły na papieża, i mam wrażenie, że niektórzy trochę opacznie rozumieją jego myśl, że człowiek jest drogą Kościoła. Miał na pewno rację – tylko ten człowiek jeszcze w Kościele musi sam chcieć być, musi coś do niego wnosić, musi chcieć tę wspólnotę w sposób czynny czymś ubogacić. Bo Kościół to nie sala kinowa – płacę i jestem, a jeszcze się popcornu nawpycham. Prawdziwy Kościół, ta wspólnota, rodzi się dopiero w sercach ludzi którzy cieszą się z bycia jej członkami i w tym Kościele są świadomi, wolni, z wyboru i potrzeby – nie tylko ciałem, ale i duchem. W tym sensie mam wrażenie, że bardzo nie zrozumieliśmy tych rekolekcji, jakimi dla nas był pontyfikat bł. Jana Pawła II. 

(Nie)wdzięczność

Stało się, że Jezus zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Do niego zaś rzekł: Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła. (Łk 17,11-19)

W tej historii praktycznie każdy detal ma sens. Dzisiaj mało zrozumiałe może być to, jakim w czasach Jezusa był trąd – choroba wtedy nieuleczalna, skazująca człowieka na powolne umieranie z powodu po prostu gnicia ciała i odpadania jego członków. Mało zrozumiałe – bo w naszych czasach tę chorobę można zwalczyć, wyleczyć. Jednak w biblijnych czasach trąd oznaczał samotność i wyrzucenie poza nawias społeczeństwa, życie poza nią – z koniecznością dawania wszystkim napotkanym osobom znać dzwoneczkiem, że mają do czynienia z trędowatym. Po prostu wegetacja, oczekiwanie na śmierć. 
Postawa tych dziesięciu była z początku jak najbardziej prawidłowa – przyszli, prosili, pragnęli litości. W pewnym sensie wyzwanli wiarę w Boga – Jezusa nazwali Mistrzem. Wykazali się niesamowitą odwagą – zamiast ostrzegać o swojej obecności, wręcz szli w kierunku Jezusa, dążyli do Niego i pragnęli przyciągnąć Jego uwagę (choć „zatrzymali się z daleka”). Pan widział, że ich pragnienia są szczere – i dokonał cudu, mimo że ani słowem nie wynika, że ich dotknął, przytulił, czy choćby nałożył błoto na oczy, jak to zrobił z niewidomym. Poszli do kapłanów – tylko oni mogli stwierdzić oczyszczenie – i oczyszczenie, jak podaje ewangelista, dokonało się w drodze. Gdy doszli na miejsce byli już zdrowi. 
Tutaj zaczęły się schody. Tylko 1 potrafił Bogu za dokonany cud podziękować – a może nie tyle potrafił, co zadał sobie trud, wrócił (po złośliwości pewnie nieco, autor wskazał, że był to ten „gorszy” – nie Żyd, a Samarytanin, cudzoziemiec). Tu nie chodziło o to, żeby przyjść i dziękować Jezusowi – ale uwielbić Boga w Trójcy jedynego za cud, jaki dzięki Jego łasce zaistniał. Tylko ten Samarytanin potrafił w tej sytuacji odnaleźć się na tyle, aby wysławiać Boga. 
Taki sam problem jest z nami. Nie ma nic przesady w staropolskim przysłowiu – jak trwoga, to do Boga. Jak się pali i wali, to nagle stajemy się wierzący (inna sprawa – w kogo, co? – czy modlimy się do Boga, czy obwieszamy się symbolami wszelkich możliwych religii i staramy się, na wszelki wypadek oczywiście, obłaskawić wszelkiej maści bóstwa), i jesteśmy gotowi na wszystko, byle by stało się po naszej myśli. Wszystko zmienia się, kiedy problem się rozwiąże. Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Pewnie i te proporcje – 1/10 – będą w miarę trafione, bo mało kto potrafi podziękować. Taka nasza roszczeniowa postawa – poprosić jeszcze jakoś tak, ale już żeby dziękować? Po co? Przecież po sprawie. Sam sobie to uświadomiłem w pewnym momencie – i wydaje mi się, że taka postawa jest strasznie dwulicowa, nieuczciwa. Dlatego tym bardziej staram się dziękować, kiedy dobry Bóg udzieli jakiejś łaski – a co jak co, w ostatnim czasie nie raz się o Jego łasce bardzo mocno przekonałem. Po prostu pewna konsekwencja: proszę i modlę się przed (nie tyle targuję, obiecuję „Boże, jak Ty mi pomożesz, to ja Ci…”) – ale i dziękuję mocno po, najczęściej też na Mszy Świętej. 
Bardzo mocno widać to choćby po intencjach mszalnych – ile jest za żywych? Większość za zmarłych. Zapominamy o tych, którzy wsparcia modlitewnego potrzebują za życia. Mało to jest okazji? Urodziny, imieniny, urodzenie dziecka, rocznice. Warto o tym pamiętać, i nie wahać się, aby także te intencje polecać modlitwie eucharystycznej wspólnoty Kościoła. A potem wykazać to minimum – po prostu podziękować. 

Zrzęda i robaczek

Gdy Bóg przebaczył Niniwitom, nie podobało się to Jonaszowi i oburzył się. Modlił się przeto do Pana i mówił: Proszę, Panie, czy nie to właśnie miałem na myśli, będąc jeszcze w moim kraju? Dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz, bo wiem, żeś Ty jest Bóg łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą. Teraz Panie, zabierz, proszę, duszę moją ode mnie, albowiem lepsza dla mnie śmierć niż życie. Pan odrzekł: Czy uważasz, że słusznie jesteś oburzony? Jonasz wyszedł z miasta, zatrzymał się po jego stronie wschodniej, tam uczynił sobie szałas i usiadł w cieniu, aby widzieć, co się będzie działo w mieście. A Pan Bóg sprawił, że krzew rycynusowy wyrósł nad Jonaszem po to, by cień był nad jego głową i żeby mu ująć jego goryczy. Jonasz bardzo się ucieszył [tym] krzewem. Ale z nastaniem brzasku dnia następnego Bóg zesłał robaczka, aby uszkodził krzew, tak iż usechł. A potem, gdy wzeszło słońce, zesłał Bóg gorący, wschodni wiatr. Słońce prażyło Jonasza w głowę, tak że osłabł. Życzył więc sobie śmierci i mówił: Lepiej dla mnie umrzeć aniżeli żyć. Na to rzekł Bóg do Jonasza: Czy słusznie się oburzasz z powodu tego krzewu? Odpowiedział: Słusznie gniewam się śmiertelnie. Rzekł Pan: Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałeś i nie wyhodowałeś, który w nocy wyrósł i w nocy zginął. A czyż Ja nie powinienem mieć litości nad Niniwą, wielkim miastem, gdzie znajduje się więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie odróżniają swej prawej ręki od lewej, a nadto mnóstwo zwierząt? (Jon 4,1-11)

Tak się w środę zasłuchałem w te słowa na porannej Mszy.
Biblijna księga Jonasza nie jest zbyt długa – a ten fragment to jej zakończenie. Poprzedza go rozdział 3, w którym właśnie Jonasz zostaje powołany do tego, aby „wstał i poszedł do Niniwy” w celu upomnienia jej i głoszenia potrzeby nawrócenia. Wielkie miasto, stolica Asyrii, długa na kilka dni marszu – a tu idzie taki Jonasz i woła „Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona” (Jn 3, 4b). Co ciekawe – jej mieszkańcy w tej konkretnej sytuacji okazali się bardzo mądrzy, bo – tak! – posłuchali Bożego posłańca, oblekli się w wory pokutne, pościli (nie tylko ludzie, ale i zwierzęta…), sam król usiadł na popiele. Z opisu wynikało, że oblec się w wory miały tak zwierzę, jak i ludzi, i wszyscy razem mieli wołać do Boga (Jr 3, 7-8). 
I Bóg się zlitował, widząc tę przemianę, i zaniechał karania ich (mniejsza o to, że – jak pokazuje historia – w 612 r. p.n.e. i tak miasto zostało zdobyte i spalone przez Medów i Babilończyków, dzisiaj stanowi niewielkie stanowisko archeologiczne nieopodal Mosulu). I w takich właśnie – powiedzieć by się chciało: pozytywnych – okolicznościach przyrody widzimy Jonasza, który zamiast się cieszyć, strzela focha i oburza się. Paradoks. Człowiek, który przed Bogiem najpierw uciekał – Tarszisz, Jafa – aby wreszcie podjąć powierzoną mu misję… okazuje się tak naprawdę być małym i raczej bezdusznym legalistą. Pewnie uważał, że Bóg był zbyt dobry, że powinien był Niniwitów pokarać, żeby popamiętali. Nic tak dobrze nie robi i nie „ustawia” człowieka, jak mały łomot, prawda? Zachowuje się małostkowo, jak niezadowolone dziecko. 
Usiadł i patrzy na miasto – więc żeby mu upał na głowę nie świecił, dobry Bóg zesłał krzew, który okrył go swoim cieniem. Jonasz się cieszy. W nocy jednak Bóg podpuścił mu robaczka – przyszedł, podżarł drzewko i krzew padł – więc Jonasz rozpaczać zaczął, męcząc się w ukropie, i znowu się wściekając. I wtedy pada to bardzo mądre Boże pytanie: warto się wściekać? Jonasz: warto, bo mi w łeb słońce świeci! I dalej foch (jak zapisano: śmiertelny!). A Bóg na to: Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałeś i nie wyhodowałeś, który w nocy wyrósł i w nocy zginął. A czyż Ja nie powinienem mieć litości nad Niniwą, wielkim miastem, gdzie znajduje się więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie odróżniają swej prawej ręki od lewej, a nadto mnóstwo zwierząt?
Jonasz nie potrafił zrozumieć sytuacji, która wprost odnosiła się do tego, jak on zareagował na przemianę Niniwitów. Zmienili się, nawrócili, pokutowali za grzechy – więc Bóg w swoim miłosierdziu im przebaczył, i świetnie – powinien był się cieszyć, a nie wściekać. Za to kiedy jemu Bóg zesłał najpierw krzew, a następnie krzew kolokwialnie mówiąc ubił za pomocą nocnego robaczka – Jonasz wściekał się znowu, bo mu krzewu brakowało. Brakowało, choć palcem nie kiwnął, żeby powstał – nie sadził go, nie doglądał, nie pielęgnował – a mimo to, było bez niego źle. Tak samo, jak Bogu było by źle – bo kocha – gdyby miał rozwalić wielką Niniwę z całą ludnością i inwentarzem (wspomnianym wprost, tak po franciszkańsku). 
I taka dygresyjka. Mam wrażenie, że Bóg już nie raz traci cierpliwość do każdego z nas. Oczywiście, Jego miłosierdzie nie zna granic, więc tej cierpliwości chyba jednak nie straci na dobre. Czasami po prostu mam poczucie, że kiedy robię coś złego – i zaczynam zdawać sobie z tego sprawę – odczuwam jednocześnie bardzo mocne wsparcie modlitewne. Nie wprost może za mnie – bo i kto miałby się tak modlić? – ale modlitwę tych, którzy polecają Bogu ludzi błądzących, grzeszących. Oni się modlą, żebym się zmienił – choć nie wiedzą, że właśnie za mnie. A ja w każdej takiej sytuacji staram się zrozumieć i zapamiętać mocniej niż dotychczas, że Boża miłość nie zna granic. 
W każdym z nas jest Boży zasiew, pokłady i potrzeba miłosierdzia. A może przede wszystkim – potrzeba świadomości tego, że Bóg się nade mną ulitował, lituje i ulituje jeszcze tyle razy, ile będzie trzeba. Stoi, czeka, wyciąga ręce – jak dobry Ojciec. Tak jak nad Niniwą. Bez względu na to, ilu takich Jonaszów będzie stało pod uschniętym krzewem i zrzędziło. 

Kompromitacja – samobój abp. Michalika

Dzisiejszy występ abp Józefa Michalika – nie dość że metropolity (przemyskiego), to jeszcze przewodniczącego KEP – po prostu mnie załamał. Jak człowiek na to patrzy, to naprawdę spekulacje i teorie spiskowe o jednym wielkim ataku na Kościół przestają być potrzebne – skoro głowa polskiego Episkopatu na własne życzenie w sposób dramatyczny przysłowiowo strzela (sobie i Kościołowi) w stopę.
Otóż abp. Michalika na zebraniu plenarnym KEP zapytano dzisiaj o kwestię przypadków pedofilii wśród duchownych. Odpowiedź padła następująca (cytuję za deon.pl):

Boleję nad tym, oczywiście nikt nie może akceptować tego. Nie akceptuje ani Kościół, ani żaden człowiek Kościoła. Natomiast problem cały jest w tym, żeby tej troski o dziecko też nie ograniczyć tylko do ran, które zostały mu zadane. I to jeszcze w dodatku te rany, bywa, że one są przedstawiane w taki sposób troszkę redukcyjny. (…) Ile jest ran w dziecięcych sercach, w dziecięcych życiorysach, kiedy rozchodzą się rodzice. Dzisiaj nikt nie mówi o rozwodzie, że to jest krzywda dla dziecka. Oczywiście, że jest wielką krzywdą molestowanie, nie wolno zapomnieć o tym, ale nie tylko to, może jeszcze więcej i szersze pole, dlaczego na ten temat nie mówimy? Też musimy mówić. Chcąc pełnić urząd proroczy, nie pomijajmy jednego ani drugiego. Bo to jest jakieś nasze zadanie.

Wiele tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami były zdrowe. Słyszymy nie raz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga. (…) Dzisiaj otrzymujemy z instancji międzynarodowych światowych instrukcję, że mamy zaczynać informację, czy wprowadzenie w życie seksualne dziecka, w przedszkolach. To jest horrendalna rzecz, przecież trzeba pomóc i dziecku i rodzinie być mocniejszą, a nie iść po tej linii najłatwiejszej.

Człowiek czyta te słowa raz, drugi…i nie ma pojęcia, o co chodziło autorowi.

Wiadomo już, kto jest winny pedofilii. Rodzice tych perfidnych dzieci powinny płacić księżom odszkodowania – bo to dzieci są groźne dla zboczeńców, ponieważ ich uwodzą. O to chodzi? Bo dzieci – którym brakuje ciepła i miłości – lgną i szukają jej u obcych dorosłych, gubiąc się i wciągając np. księży w pedofilię? Jaki miałby być rzekomy związek przyczynowy i wpływ rozwodów na pedofilię? Dziwne i zupełnie absurdalne wnioski – jednak takie wypływają z tych słów. Niestety.

Powtarza się casus księdza ex-kanclerza warszawsko-praskiego Wojciecha Lipki sprzed kilku dni, który – siedząc przy jednym stole z sekretarzem KEP bp. Wojciechem Polakiem i pełnomocnikiem KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży o. Adamem Żakiem SI – mówił z głupawym uśmiechem na twarzy rzeczy świadczące o tym, że „u nas się nie przyjęło” to, o czym jednoznacznie wypowiada się KEP. Zaskakuje wręcz oszałamiający brak wyczucia sytuacji – kiedy takie słowa padają z ust w dniach (miesiącach), kiedy nie tylko w Polsce ludzie Kościoła robią wszystko, aby przekonać o jednoznacznym i wyraźnym podejściu „zero tolerancji” wobec pedofilii, staraniach wypracowania metod zwalczania dewiacji. Wydaje się oczywiste, że Kościół powinien być pierwszy do obrony dzieci, że sprawy w zakresie regulacji i reagowania na nadużycia seksualne w polskim Kościele i jednoznacznego określenia odpowiedzialności w tym zakresie zmierzają w dobrym kierunku dzięki wysiłkom bp. Polaka czy o. Żaka właśnie – a tu nagle, jak przysłowiowy filip z konopii, przychodzi człowiek, który to wszystko autorytetem przewodniczącego powinien spinać i budować, a więc posiadać powinien umiejętność precyzyjnego formułowania i wypowiadania myśli… i opowiada bzdury.

Określenia można mnożyć – totalna kompromitacja, błazenada, straszne bzdury. Oderwanie od rzeczywistości? Chyba najwyraźniej. Próba sprowadzenia problemu przez rzecznika KEP do „zwykłego lapsusa językowego” to kolejny dowód katastrofalnego braku wyczucia – tak rzecznika, jak i jego szefa. Złe rozłożenie akcentów i przekonanie, że wypowiada się słowa w dobrej wierze – prowadzące do tragicznego skutku, chyba niestety bezmyślności i lekkomyślności, albo po prostu nie przygotowania i nie znajomości tematu, co bezpośrednio w moim odczuciu świadczy o braku szacunku wypowiadającego się w stosunku do rozmówcy (dziennikarza) i odbiorców wypowiedzi (wierni Kościoła), czyli prawie wszystkich. Nie da się ukryć, że nasuwa się jeszcze jedno pytanie – abp Michalik nie wiedział, co mówi, czy może nie chce wiedzieć, co mówi?

Tak – przeprosił za nieporozumienie na na prędce zwołanej konferencji prasowej po południu. „Przepraszam za to nieporozumienie… Cały kontekst mojej wypowiedzi i mojego nastawienia jest taki, że dziecko jest niewinne i nie może być krzywdzone”. „Znam styl księdza arcybiskupa. Jest czasem tak, że rozpoczyna zdanie, czasem nie kończy, czasem wtrąca inne, ale co do jego intencji nie mam absolutnie żadnych wątpliwości i sytuacja jest jasna: zero tolerancji dla pedofilii”. Świetnie – tylko że chyba nie bardzo mi się chce wierzyć, ponieważ dla mnie zostało powiedziane coś zupełnie innego, niż rzekomo miało być powiedziane – gdy chodzi o sens. Nawet karkołomna próba przełożenia „z polskiego na nasze” chyba się nie udała w taki sposób, jaki efekt miała osiągnąć – bo syf pozostał. Trudno jednak przyjąć, iż wytłumaczeniem zaistniałej sytuacji jest udzielanie odpowiedzi w biegu, z miejsca – skoro chodzi o sprawę, która w Kościele jest priorytetowa i akcentowana wyjątkowo mocno, zaś dzisiejsza sytuacja pokazuje, że nie potrafi się w sposób zrozumiały wypowiedzieć o tym szef Episkopatu.

Dobre w tej sytuacji widzę dwie rzeczy.

Po pierwsze, że wszyscy chyba ludzie, którym Kościół szczerze leży na sercu, wyrazili ubolewanie z powodu słów, które padły: Fronda („Wiadomo już, kto jest winny pedofilii. Rodzice tych perfidnych dzieci powinny płacić księżom odszkodowania.bok tych niewątpliwie słusznych słów padły także inne. I tych nie sposób już bronić”), Joanna Kociszewska, wiara.pl („trzeba powiedzieć, że jest to potężna pomyłka, kompletnie sprzeczna z tym co mówi psychologia. Jest prawdą, że poranione dziecko szuka miłości, ale miłości, nie molestowania czy gwałtu. To dorosły wykorzystał fakt, że było łatwym łupem, i skrzywdził jeszcze potworniej. Wina leży wyłącznie po stronie dorosłych i jest tym większa, jeśli chodzi o dziecko już wcześniej skrzywdzone”), Tomasz Terlikowski („takich słów nie da się obronić, nie da się ich zrozumieć, a już na pewno nie da się ich zaakceptować” – który po późniejszej konferencji prasowej dodał, że niesmak po wszystkim i tak pozostał)), Zbigniew Nosowski („Nic tych słów nie usprawiedliwia, nic ich nie tłumaczy. Spontaniczność wypowiedzi dowodzi, że abp Michalik nic nie wie o pedofilii. A skoro nie wie, nie będzie potrafił jej zapobiegać. I jeszcze bardziej mi wstyd.Takie jedno zdanie niweczy wysiłki wielu osób – także części hierarchów, na czele z sekretarzem generalnym, bp. Wojciechem Polakiem – zaangażowanych w przygotowywanie kościelnych wytycznych działania oraz programów prewencji”), Wojciech Teister, gosc.pl („Chciałbym mieć nadzieję, że wypowiedź abp Michalika była nieporozumieniem”), ks. Grzegorz Strzelczyk („”Najbardziej niepokojące w tej całej sprawie jest dla mnie ‚słyszy się często’, które zostaje wypowiedziane przed kawałkiem o ‚wciąganiu’. Kogo słucha Przewodniczący KEP w sprawie przyczyn pedofilii? Bo jeśli ta wypowiedź obrazuje jego faktyczną wiedzę na temat tych przyczyn (tuż przed obradami KEP dotyczącymi także przypadków pedofilii duchownych), to moje przerażenie sięga zenitu”).

Po drugie – w kontekście zbliżających się wyborów władz KEP – można mieć nadzieję, że sami biskupi wreszcie w swoich ekscelencjach zrozumieją, że czasy, kiedy wystarczał i był w sam raz taki właśnie abp Michalik już dawno minęły (o ile w ogóle kiedykolwiek istniały), i należy w sposób bardzo zdecydowany i szybki przewietrzyć kierownictwo tej szanownej instytucji, ponieważ jeszcze kilka sytuacji jak tych, których świadkami byliśmy w ostatnich tygodniach, i trudno będzie oczekiwać, aby nawet najbardziej wierzący katolik był w stanie słuchać tego rodzaju wypowiedzi. Bo – jak napisałem na początku – w takiej jak dzisiaj sytuacji Episkopat nie potrzebuje wroga z zewnątrz Kościoła: wydaje się bowiem, że sam przed sobą nie będzie w stanie obronić wypowiedzi, jaką dzisiaj zafundował wszystkim abp Michalik. 

Bądź bogaty z głową

Tradycyjnie już jestem „do tyłu”, więc dzisiaj o tekstach z poprzedniej niedzieli.

Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu. Lecz Abraham odrzekł: Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać. Tamten rzekł: Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą. (Łk 16,19-31)

Obrazek bardzo pasujący do rozdźwięku, jakiego przez większość swojego życia doświadczał i obserwował Jorge Bergoglio czyli obecny Ojciec Święty Franciszek. Tak, bo to sytuacja szczególnie widoczna w krajach Trzeciego Świata – Ameryka Łacińska – ale też na kontynencie afrykańskim. Straszliwa wręcz bieda, życie poniżej jakichkolwiek standardów i norm, potem długo, długo nic – i nieliczna klasa oligarchów, bogaczy, posiadających wszystko, o czym mogą zamarzyć, i nie mający wręcz pomysłu, co z tym zrobić. Stąd taka niebywała papieska wrażliwość na sprawy społeczne, na nierówność i ubóstwo – godna podziwu. 
A przesłanie bardzo proste w tym wszystkim. Tu bynajmniej nie chodzi o potępienie posiadania, bycia majętnym. Miej sobie, człowieku, ile chcesz, jeśli tylko uczciwie na to zapracowałeś i zdobyłeś – twoja sprawa. Ale równocześnie miej otwarte oczy serca i zauważaj tych, których Bóg stawia na twojej drodze może tylko po to, abyś miał okazję do zrobienia dobrego uczynku. Bądź bogaty z głową, ale także miłosiernie. Tylko tyle i aż tyle. To był właśnie błąd owego bogacza – mijał pewnie Łazarza przy każdym wyjściu ze swojej posiadłości – i nic nie potrafił z tym zrobić, nie chciał się pochylić nad nim, opatrzyć rany, wesprzeć, pomóc, okazać miłosierdzie.  


Bogacz nie cierpiał za to, że był bogaty – bo nic w tym złego. Cierpiał za to, jak to bogactwo spożytkował – za to, kogo nie zauważał obok siebie, komu nie przyszedł z pomocą. Za swoją obojętność. Cierpiał za to, na kogo nie miał czasu? ochoty? woli? swoich pieniędzy przeznaczyć, którymi nie umiał się podzielić. 
Opamiętał się za późno, ale chciał jeszcze wymóc, aby Łazarz z zaświatów udał się do jego domu rodzinnego, aby przestrzec ojca i braci bogacza. Zobaczą ducha – to się opamiętają – ciekawe założenie, prawda? Patrzył ze swojej, mocno niekorzystnej perspektywy, pewnie przemawiała przez niego jakaś tam troska o rodzinę. Z tego miejsca wszystko wyglądało inaczej. Domyślał się pewnie, że rodzina postępuje tak, że są na najlepszej drodze, aby do niego dołączyć. 
Odpowiedź, jaką ewangelista wkłada w usta Abrahama, może być uznana za ostrą. mają Mojżesza i proroków, niech ich słuchają; jeśli tych nie usłuchają, to choćby ktoś z umarły – nawet taki Łazarz, pewnie rozpoznawalny – powstał, nie uwierzą. Ale chyba miał rację. Czy człowiek sukcesu, któremu tutaj niczego nie brakuje, który ma wszystko czego po ludzku można zapragnąć, bogactwo, sławę, powodzenie – uwierzy, że na tej swojej drodze w dobrobycie zmierza ku zatraceniu? Mała szansa. Raczej zbagatelizuje każde ostrzeżenie, nie zastanowi się nawet nad swoim postępowaniem. A w duchy to przecież w ogóle nie wierzy – nie jest zabobonny, trzeba być nowoczesnym! – więc o co chodzi… 
Mamy wszystko podane. Owszem, pojawiają się ciągle na świecie, co jakiś czas, nowe znaki – objawienia, cuda. One nie są potrzebne do zbawienia, można w nie wierzyć lub nie. Jednak Objawienie jako to, co Bóg ma nam do przekazania, już dzisiaj i to nie od dzisiaj jest kompletne – mamy Pismo Święte, i wszystko z niego wypływa, na nim jest oparte. Tam jest wszystko wyjaśnione. Tak, tylko trzeba się trochę wykazać, poczytać i próbować zrozumieć. Łatwo jest domagać się, żądać cudów i jakiś szczególnych przejawów, emanacji Boga – tylko że to jest pójście na łatwiznę. Bóg odpowie na pytania, jeśli wykażesz minimum dobrej woli – poznaj to, co od wieków przygotował dla każdego. Tam jest odpowiedź, i to wystarczająca. Bo jeśli to zaproszenie świadomie olewasz – szykuje się powtórka z rozrywki losu tego bogacza. 

Podwójna kanonizacja

Czekaliśmy, czekaliśmy – i wiadomo już. Kanonizacja bł. Jana Pawła II odbędzie się 27 kwietnia 2014 r., czyli w Niedzielę Miłosierdzia Bożego (przez niego ustanowioną), wraz z kanonizacją bł. Jana XXIII.
W niewielu miejscach wprost, jednakże można było się domyśleć – środowiska polskie niektóre niesmak brał na wieść o konieczności „dzielenia” takiej uroczystości z Angelo Giuseppe Roncallim, poczciwym Papieżem Uśmiechu. No jak to! Jan Paweł II – z kimś?! Ach, ta nasza „duma” narodowa… To mniej więcej tak samo, jak z uwielbieniem dla Jana Pawła II – cytat o kremówkach powtórzy u nas każdy, a jakby zapytać o to, co papież z Polski mówił na jakiś temat – łoo, panie… Piękna powierzchowność.
Papież Franciszek podjął bardzo mądrą decyzję – łącząc te dwie uroczystości w jedno, w pewnym sensie stawiając na swoim. Co prawda to jeszcze Pius XII mianował ks. Karola Wojtyłę sufraganem krakowskim, natomiast Kościół właśnie Janowi XXIII (Roncallemu, nie antypapieżowi korsarzowi, który kilkaset lat wcześniej nosił to imię) zawdzięcza wietrzenie w ramach Soboru Watykańskiego II, w którym bardzo aktywnie młody biskup pomocniczy, potem administrator i wreszcie metropolita krakowski Wojtyła brał udział (a po prawdzie, metropolitą bez niego by nie został pewnie). To wystąpienia soborowe biskupa z Krakowa przyciągały uwagę innych jego uczestników, z którymi się zaprzyjaźniał, pielęgnując potem relację, odwiedzając ich oraz zapraszając do swojej diecezji – wskutek czego pamiętne drugie konklawe z 1978 r. zgromadziło pewnie bardzo wielu kardynałów, którzy kard. Wojtyłę znali nie tylko z nazwiska, ale jako człowieka – jak czas pokazał, najodpowiedniejszego do schedy po Janie XXIII, Pawle VI i Janie Pawle I. Myślę, że nie jest przesadą, że bez Jana XXIII nie było by nigdy Jana Pawła II – może nie bezpośrednio, ale jednak. 
Co więcej, niewątpliwie Jan Paweł II nawiązywał do tej bezpośredniości Papieża Uśmiechu, który potrafił narobić tyle zmian w Kościele w ciągu 5 lat pontyfikatu, będąc jednocześnie człowiek prostym i ujmującym, zachowującym ogromny dystans do siebie (potrafił np. powiedzieć „każdy może zostać papieżem, najlepszy dowód, że ja nim zostałem”). Taki sam ludzki wymiar pontyfikatowi swemu nadał Jan Paweł II, przypominając do znudzenia, że to człowiek jest drogą Kościoła, wzywają do zawierzenia i otwarcia Mu drzwi przez ludzi – będąc tak bardzo bezpośrednim, bliskim, pielgrzymującym dokąd mu sił starczyło do ludzi na krańcach świata, nie bojąc się dokonywać także potrzebnych, choć trudnych zmian w Kościele. 
O papiestwie sporo czytałem i czytam, jego historia to taki jeden z moich koników. Bardzo dawno temu sięgnąłem po Dziennik duszy Jana XXIII – czyli jego prywatny dzienni, wydany po śmierci, a pisany przez bardzo wiele lat życia. Lektura ujmująca – o ile ktoś zainteresowany, ostatnio wydał kilka lat temu Znak, ale pewnie nakład już wyczerpany. I tak sobie myślę – to też znak czasu i palec Boży, że po Piusie XII z jego wszystkimi doświadczeniami i dramatami wojny Duch Święty dał Kościołowi człowieka takiego, jak Jan XXIII – który, jak mogło się wydawać, po uspokojeniu się sytuacji w Europie, miał spokojnie trafić do historii jako papież przejściowy, spokojny staruszek, a wywinął wszystkim taki numer jak Vaticanum II. Papież Franciszek także w stosunku do niego wykonał swego rodzaju ukłon – zatwierdził kanonizację bez udokumentowania (po beatyfikacji) cudu za jego wstawiennictwem dokonanego. 
Co ciekawe – może dojść do precedensu jaki w historii pewnie nie zaistniał jeszcze, gdyby np. mszę kanonizacyjną 2 papieży odprawiało również 2 papieży :) 

Porzucone sutanny

Ten genialny wywiad czytałem już dość dawno, ale dopiero mam czas o nim napisać. Chodzi o rozmowę dziennikarza TP z biskupem opolskim Andrzejem Czają na temat narastającego zjawiska odejść kapłanów
Biskup Czaja bardzo mądrze mówi o przyczynach zjawiska – rozluźnieniu życia duchowego, osłabienia więzi z Jezusem – co powoduje, że zaczyna w kapłanie przeważać to, co ludzkie, a z  którymi nie potrafi sobie poradzić. Pięknie powiedział, bowiem użył sformułowania, że chyli czoło przed tymi, którzy odeszli z kapłaństwa – bo nie żyją na dwa fronty, bo nie obwiniali za odejście Kościoła i potrafili się przyznać do błędu. Stwierdził również, iż biedni są nie tacy, a księża żyjący podwójnym życiem – tkwi w grzechu, nie podejmuje trudu nawrócenia, i w ten sposób pozostaje z daleka od Boga. Co ciekawe, mowa jest o 6 przypadkach – w dwóch ksiądz odchodził z powodu poczętego dziecka, w 4 pozostałych z powodu miłości do kobiety. Rozmowa jest tym bardziej osobista dla biskupa, że opowiada m.in. o człowieku który go ochrzcił, po czym porzucił kapłaństwo. 
Rozmówca bardzo mi zaimponował, przedstawiając swoje zdanie na temat tego, co sam radził przychodzącym do niego z problemem i wątpliwościami księżom. Gdy poczęto dziecko – powinieneś odejść; na ile mogę, to jako biskup pomogę, ale weź odpowiedzialność za dziecko. Dwa święte dary – kapłaństwo i życie, ale gdy pojawia się dziecko, człowiek winien być odpowiedzialny za nie i za jego matkę. Gdy nie ma dziecka… No właśnie. Nie zostało to powiedziane wprost – jednak z kontekstu wynika, iż poza kobietami (pierwsza opcja) oraz poczęciem dziecka (druga opcja) właściwie inne przyczyny odejść kapłanów się nie zdarzają. W każdym razie w wypadku, gdy danemu księdzu chodzić o kobietę, bp Andrzej radzi przemyśleć wszystko w odosobnieniu. 
Bardzo zdecydowanie też biskup wypowiedział się o przypadkach medialnych odejść – można przypomnieć ks. Tomasza Węcławskiego, o. Stanisława Obirka SI, o. Tadeusza Bartosia SI czy o. Jacka Krzysztofowicza OP (najnowszy przykład, zeszłoroczny, bliski mi w tym sercu, że pracował w okolicy i wiem, że był bardzo szanowany) – które nazwał niedojrzałymi zachowaniami, tylko szkodzącymi. Bardzo pięknie powiedział też o konieczności otwarcia się na tych kapłanów, którzy odeszli, którzy nie mogą stać na bocznym torze Kościoła. Podlegają w pewnych sytuacjach suspensie, owszem, ale po uzyskaniu dyspensy są przecież dopuszczani do małżeństwa – zatem zdaniem biskupa Andrzeja wszelki dystans jest nie na miejscu, skoro uporządkowali swoje sprawy z Kościołem. 
Poruszono także interesujący temat wykorzystania przez Kościół ex-księży. Chyba trafnie biskup stwierdził, że nie powinni nauczać – skoro naruszyli ład i dyscyplinę Kościoła. Mogli by za to być doradcami biskupów, prowadzić ośrodki terapeutyczne i wychowawcze. Trzeba umieć dostrzec – ludzie ze zmysłem Kościoła, a jednocześnie żyjący w rodzinie i znający jej problemy w praktyce. Zwrócił także na punkty opieki paliatywnej – hospicja – gdzie w sytuacji nadzwyczajnej, w braku księdza, osoba taka jest uprawniona do udzielenia rozgrzeszenia (o czym niewiele osób wie). Biskup Andrzej w bardzo mądry sposób uzasadnił potrzebę wykorzystania takich osób – mówiąc, że od momentu uzyskania dyspensy są to osoby niezmiernie wdzięczne Kościołowi, który na nowo ich zaakceptował i daje szansę, którzy w Kościele chcą działać. 
A dla mnie? Cóż, jako osoba blisko znająca wielu duchownych diecezji, znam sporo takich, którzy odeszli. Jednego np. widziałem jakiś czas temu w komunikacji miejskiej – z uśmiechniętą kobietą i dwójką fajnych dzieci. Innych kilku – nie znam – zwróciło moją uwagę, jakby nieco tajniacząc się w autobusie z brewiarzem (dzisiaj jest już w komórce). W sąsiedniej parafii na przestrzeni kilku lat odeszło już 2 księży – bynajmniej nie z powodu jakiejś patologii, proboszcza wariata – po prostu. Co ciekawe, najczęściej są to osoby, które miały pewne wątpliwości już w seminarium – brały urlopy dziekańskie na własną prośbę (jeden już po diakonacie). W tym – niedawno dowiedziałem się, że odszedł kolega, swego czasu trzymaliśmy się razem; miał być nieopodal w parafii – nie dotarł, widzę że nie widnieje już na liście księży diecezjalnych…
Zainteresowanym szerzej tematem polecam książkę ks. Piotra Dzezeja „Porzucone sutanny”, momentami drastyczną mocno. Ale prawdziwą. 
Módlmy się – za tych, którzy odeszli, aby potrafili przebaczyć sami sobie i odnaleźć szczęście poza kapłaństwem, a przy tym nie stracić z oczu Boga; ale i za tych, którzy ciągle pozostają dwulicowi, nie mając odwagi na konkretną decyzję, i miotając się pomiędzy kapłaństwem a korzystaniem z przywilejów małżeńskich, o odwagę do wybrania jednej albo drugiej drogi, o łaskę autentyczności a nie odgrywania roli.