Z krzyża siedem słów #02: dziś ze Mną będziesz w raju

pexels-photo-30865-01

Medytacje dotyczące, sięgającej XVI wieku, tradycji rozważania w okresie Wielkiego Postu ostatnich 7 słów, wypowiedzi Zbawiciela, jakie odnotowują Ewangelie – powstające spontanicznie w Wielkim Poście AD 2017. 

Czytaj dalej →

Bóg tak wielki w nas tak małych

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. (Mt 11,28-30)

Szukamy tej nadziei, szukamy tak bardzo – niekiedy nieświadomie – źródła, które będzie nie tylko raz tym punktem odniesienia, chwilą wytchnienia, ale już na stałe, zawsze odtąd dalej. Czasami odkrycie, że właściwie to ja szukam Boga – bo tylko On jest tą naprawdę sensowną odpowiedzią – jest niemałym zaskoczeniem. Nie traktowałbym tego w kategorii cudu, nawrócenia – ale po prostu pewnego, niekiedy długiego i mozolnego, procesu, dochodzenia do pewnych wniosków. Do tych kilku zdań Jezusa trzeba dorosnąć, a nie tylko rozpatrywać je jako „Hallelulaj i do przodu!”.

Czytaj dalej →

Nadzieja głośniejsza od strachu

12208639_1071683509523204_2915663129073471934_n
Ten obrazek powyżej znalazłem chyba 01 listopada, tak sobie rozmyślając – jak to będzie. Nie, nie mam problemu z tym, czy „po drugiej stronie” odnajdę tych, których kochałem, za którymi tęsknię bo odeszli czy odchodzą – wierzę w to mocno. Ale w takich momentach powraca pytanie – no tak, ale co z pozostałymi? Co z innymi? A nawet… co, jeśli ktoś z tych mi bliskich nie osiągnął po śmierci zbawienia? 
I tu przychodzi z pomocą nieoceniony i uwielbiany przeze mnie „teolog nadziei” czyli o. Wacław Hryniewicz OMI w rozmowie z Marcinem Żyłą z jednego z ostatnich numerów TP pt. „Jasna strona śmierci” (polecam – na stronie TP udostępniają wiele tekstów w całości, w tym ten, wystarczy założyć konto). 
O tym, jak bardzo chcemy Boga upchnąć w nasze ramy ludzkich ograniczeń i postawić tamę dla Jego miłości, co do której równocześnie przyznajemy, że nie ma granic (sprzeczność dość oczywista, prawda?). O tej pięknej perspektywie, gdy człowiek – już po zamknięciu swojej drogi tutaj – sam zobaczy, jakby retrospekcję, to jaki był, co robił… i wtedy chyba nikt świadomie Boga nie odrzuci. O Bogu, który działa po coś, i jeśli uświadamia człowiekowi słabość i zło – to po to, aby ten mógł wyciągnąć wniosek i miał szansę dokonania dobrego wyboru, bo kara jako sama w sobie jest bez sensu. 
Kawałek tejże rozmowy poniżej (podkreślenia wyłącznie moje):
Te dwa światy – ziemski i wieczny – przenikają się, choć tego nie widzimy i nie możemy usłyszeć tak wyraźnie, jak słów Ewangelii. Jezus obiecał: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do końca świata” (Mt 28, 20). I mówił: „Zapewniam was, to, co uczyniliście jednemu z tych braci [i sióstr] moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” (Mt 25, 40).
Tu jest właśnie ten styk życia i śmierci, wymiaru ziemskiego i boskiego. W drugim człowieku, który potrzebuje pomocy, spotykamy się z Niewidzialnym.
 

Dzieci jednak i tak nie przestaną pytać o zmarłych: gdzie oni są? 

Odpowiadajmy im: nie błąkają się. Człowiek zabłąkany to ktoś, kto stracił orientację, nie może znaleźć wyjścia, ma poczucie, że nikt nie wie, gdzie on jest. Zmarli są po stronie Boga, w nowym domu, gdzie „jest wiele mieszkań” (J 14, 2). Nie wydzielajmy im specjalnych miejsc. Może potrzebują jeszcze oczyścić się z tego, co złego uczynili? Muszą trochę poczekać?
 

Czy przeczuwają, jaki los ich czeka?

Czekają na Sąd. Ale wierzę, że będzie to Sąd życzliwy. Sędzią jest Bóg miłujący ludzi. Po śmierci każdy zobaczy, jakie było jego życie. Bóg, który jest Miłością i Światłością, pomoże mu je zobaczyć. Potępi to, co było niedobrego. Jeśli ukarze, to tak, aby kara nas uleczyła, poprawiła i nawróciła.
 

Kara nie będzie wieczna?

Bóg nie chce kary, która byłaby niegodna Jego samego. Kara, która nie ma żadnego celu – która wyczerpuje się w samej tylko czynności karania – do niczego nie prowadzi. To tylko my, ludzie, potrafimy karać i nie przebaczać. Ci, którzy odchodzą, pozostają w zasięgu Bożego wzroku, Jego niepojętej troski. Tam prawdziwie jednają się z tymi, których skrzywdzili. Przedzierają się do Bożego światła, są przez Boga przyciągani.
Teologowie uważali, że moment śmierci jest dla człowieka chwilą ostatecznej decyzji. Stoisz w obliczu śmierci, masz już większe rozeznanie niż za życia. Widzisz, że istnieje ta Niewidzialna Rzeczywistość. Decyduj się. W kościelnym nauczaniu ze śmierci uczyniono granicę możliwości nawrócenia.
Wiodący od początku chrześcijaństwa przez wieki nurt nadziei na powszechność zbawienia nie ogranicza decyzji do momentu śmierci. Przekonuje, że nawrócenie możliwe jest też później. Wierzę, że ze zmarłymi może być tak jak z niegrzecznym dzieckiem, któremu rodzice mówią: idź teraz do swojego pokoju, przemyśl, co niedobrego zrobiłeś lub zrobiłaś. Potem tata lub mama pukają do drzwi: następuje pojednanie, ucałowanie, łzy, radość. Nadzieja głosi, że spotkamy się wszyscy po drugiej stronie. To jest także moja życiowa nadzieja.
 

Spotkamy się tam wszyscy bez wyjątku?

Ten nurt myślenia ma w chrześcijaństwie swoich wielkich orędowników i poważne racje. Z biegiem lat widzę ich coraz więcej. Mowa w tym nurcie bowiem o nadziei, która ma swoje argumenty. Nie jest tylko ślepą, płytką nadzieją ufającą Bogu miłosiernemu i sprawiedliwemu. Nie jest wyrazem przekonania, że Bóg przebacza, „bo to jego zawód”. Bóg nie jest naiwnym tatusiem. Potrafi nie tylko przebaczać, ale i stawiać wymagania.
Jestem przekonany, że świadectw nadziei jest w Piśmie Świętym więcej niż tych o tzw. wiecznej Gehennie. Jeżeli Bóg dopuszcza jakąś karę, jest to kara w celu poprawy, nawrócenia, uzdrowienia. Inna kara naprawdę nie byłaby godna Jego miłosiernej sprawiedliwości i sprawiedliwego miłosierdzia.
Być może nie nadszedł jeszcze czas, który sprzyjałby takiemu życzliwemu spojrzeniu na myślenie o terapeutycznej karze dla grzeszników. Oficjalna doktryna Kościoła, opowieść o przerażającym piekle, pozostaje wciąż zawieszona nad wiarą i nadzieją chrześcijan. Ale nadzieja woła głośniej niż lęk i strach. Jestem tego pewien. Gdy było się blisko śmierci, pozostaje wtedy po prostu więcej ufności i zaufania dobremu Bogu.

Zbawienna perspektywa nadziei

Dwa świetne teksty, a właściwie cytaty o. Wacława Hryniewicza OMI, znalezione gdzieś na Facebooku. O tym, jaka jest – a przynajmniej być powinna – chrześcijańska nadzieja. I o tym, co może jej szkodzić. 

Dlatego właśnie sąd rozumiany jako spotkanie z Bogiem nie jest żadnym odwetem z Jego strony. Otuchą i nadzieją napawa mnie myśl, że ludzie, którzy w życiu, a zwłaszcza w dzieciństwie, nie doświadczyli dobroczynnej siły miłości, dopiero chyba na Sądzie spotkają się z prawdziwą miłością Tego, który jest najbardziej bezinteresowną i czystą miłością. Choć za życia odpłacali innym wrogością, pogardą i nienawiścią, czy będą chcieli tę miłość odrzucić? Wierzę i mam nadzieję, że w spotkaniu z Bogiem ci, którzy w życiu nie doświadczyli miłości, sponiewierali ją lub od dzieciństwa byli naznaczeni piętnem odrzucenia – na sądzie po raz pierwszy otrzymają łaskę spotkania z prawdziwą miłością, której nie odrzucą.

W swoim życiu jedynie szukam teologii bardziej wyrozumiałej, bardziej ludzkiej, bliższej doświadczeniu ludzi. Boję się teologii wpędzającej ludzi w rozpacz. Boję się teologii serwującej ludziom beznadzieję, lek przed Bogiem. Boję się teologii tak mówiącej o sprawach ostatecznych, że ludzie ze strachem i grozą odchodzą z tego świata, tak żegnają ziemię swojego dzieciństwa, swoich lat dojrzałych, swojej starości. Nieraz z poczuciem determinacji i niespełnienia. Czy mają odchodzić bez nadziei? Boję się teologii lamentującej nad ludzkimi grzechami, zestawiającej katalogi grzechów, osądzającej ludzi, tworzącej atmosferę osądu. Boję się teologii płaczliwej, która nie ma słów pocieszenia dla ludzi.

Piękne słowa, przepełniające nadzieją. Tak bardzo w mojej ocenie zbliżone do tego, co papież Franciszek przed kilkoma dniami mówił do 19 neoprezbiterów, którym udzielił święceń kapłańskich. Kazał im mianowicie, aby byli niestrudzenie miłosierni. „Przez Chrzest włączycie nowych wiernych do Kościoła. Nie odmawiajcie nigdy Chrztu tym, którzy o niego proszą. W sakramencie pojednania będziecie odpuszczać grzechy w imię Jezusa i Kościoła. Proszę was, byście nigdy nie męczyli się byciem miłosiernymi! W konfesjonale będziecie po to, by przebaczać, a nie, by potępiać. Naśladujecie Ojca, który nigdy nie męczy się przebaczaniem!
Co ciekawe, w bardzo podobnym tonie wypowiadał się wczoraj na pogrzebie Władysława Bartoszewskiego mój ulubiony bp Grzegorz Ryś: „Warto również – szukając odpowiedzi – odwołać się do wrażliwości Kościoła, który nie mówi nigdy o grzechu, jeśli nie mówi jednocześnie o odkupieniu. Takie są chrześcijańskie symbole wiary. Jeśli zdobywają się na odwagę, by skonfrontować człowieka z prawdą o jego grzechu, to tylko wtedy, gdy natychmiast ogłaszają mu prawdę o tym, że jest on zgładzony przez Chrystusa! To nie tylko wiara w Boga, który nie stracił kontroli nad losami świata: trzyma je w ręku, i ostatnie w nich słowo należy do Niego, a więc do DOBRA. To także wiara w człowieka, który jest większy w swojej wolności od wszystkich okoliczności i uwarunkowań – zewnętrznych i wewnętrznych; który zawsze może je przerosnąć, KU DOBRU! Pokazywać zło, bez wskazania możliwość wyjścia znaczy tyle samo, co zabić człowieka!”.
Bardzo się cieszę, że nie tylko szeregowi duchowni, ale też czy to świeccy, czy papież zwracają na to uwagę. My wystarczająco dużo sami się potępiamy w kontekście naszych grzechów. Można nadrabiać miną, ale kac moralny i ssanie w środku pozostaje. Cierpimy przez zło, które stało się udziałem przez nasze ręce – czy się do tego przyznajemy, czy nie; czy dzisiaj, czy dopiero jutro, albo za jakiś czas. Dlatego tak ważne jest ukazywanie tej perspektywy, Bożej perspektywy: On wybacza, przytula, obdarza miłosierdziem. Księża nie są od straszenia – ale od dawania nadziei i przebaczania. 

Kobieca czułość, Boskie perspektywy

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy /tak/ płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział. (J 20,1.11-18)

Wspomnienie liturgiczne św. Marii z Magdali, znanej Marią Magdaleną, jest jednym z moich ulubionych od jakiegoś czasu. Jest to postać bardzo ciekawa, a przy tym – co w ogóle w głowach się ówczesnym nie mieściło – wyróżniona przez Pana Jezusa w sposób jednoznaczny, właśnie w tym tekście powyżej. Nie Piotrowi, Janowi czy któremukolwiek z Apostołów się objawił Zmartwychwstały Jezus – ale właśnie jej, Apostołce Apostołów.
Nie ma tak naprawdę znaczenia, kim była – historycznie utożsamiana z jawnogrzesznicą (czyli prostytutką, nie ma co unikać tego słowa). Jezus – tak widział w niej, jak widzi w każdym z nas – że grzech człowieka bardzo często jest jakimś rozpaczliwym wyrazem pragnienia szczęścia i miłości – tęsknoty, która drzemie w każdym człowieku. Tęsknoty, na którą odpowiedź On sam posiada. 
W pięknych i prostych słowach to spotkanie opisał o. Dariusz Kowalczyk SI: ból śmierci, moc miłości, kobieca czułość, Boskie perspektywy. Przełomowy moment – wspólnota jeszcze załamana po śmierci Mistrza, kobieta przychodzi namaścić i oddać hołd zmarłemu, kiedy Boża miłość w osobie Zmartwychwstałego pozwala Marii na odkrycie i poczucie, że to jest właśnie Pan – co odkrywa, tak przed nią, jak i nami, nowe, właśnie Boskie perspektywy. 
Maria nie miała pojęcia, co ją spotka u grobu. Nigdy pewnie by tego nie przewidziała, że spotka tam Jezusa w tak dosłownym sensie – nie jako martwą skorupę, ciało bez ducha, ale żywego i zwycięskiego. W tym jest też drogowskaz dla nas. Nie ma co gdybać, Boga trzeba po prostu wpuścić do serca, nie zastanawiać się, nie zakładać. Być na niego gotowym i potrafić Go zauważyć w najdziwniejszych, ale i najprostszych momentach życia. 

Poskromiciel zamętu

1908019_792223760810811_2890879519973231802_n
Czasami lepiej od własnych wypocin zacytować kogoś mądrzejszego. Kimś takim na pewno jest w kontekście mojej osoby Roman Brandstaetter. Stąd w kontekście Pięćdziesiątnicy przytaczam jego autorską Litanię do Ducha Świętego.
Spójrz,
Duchu Święty,
Na ludzi idących przed siebie
Drogą nieskończonego Postępu,
Na mędrców,
Którzy ulepili golema
Na własne podobieństwo
I na własną zgubę.

Spójrz,
Duchu Święty,
Na rozpad atomu,
Na rozpad moralności,
Na rozpad ładu,
Na rozpad porządku,
Na rozpad sztuki,
Na rozpad cywilizacji,
Na rozpad słów,
Na rozpad prawa,
Na rozpad harmonii,
Na rozpad rozsądku,
Na rozpad logiki,
Na rozpad wszystkich wartości.

Z głębokości wołamy do Ciebie,
Duchu Święty,
Albowiem jesteśmy bezwolnym narzędziem
W rękach naszych lekkomyślnych dzieł.

Jesteśmy jak ci, którzy nie wiedzą, co czynią.

Zstąp
Na ziemię samounicestwienia,
Na rakowate miasta i wsie,
Na trędowate domy,
Na zatrute zboża, ogrody i sady,
Na martwe rzeki i morza,
I krąż nad nami,
Ludźmi chaosu,
Kłamstwa
I obłędu.
Krąż,
Jak ongiś krążyłeś w genezyjskim locie
Nad chaosem niepokornych żywiołów.

Krąż nad nami,
Poskromicielu zamętu,
Nad pobojowiskiem naszych klęsk,
Nad rzeźnią tego świata,
Nad śmietnikami pełnymi
Nie donoszonych płodów,
Nad ziemią cuchnącą swądem palonych ciał,
Nad górami atomowych odpadków
I wybaw nas od głupoty udającej mądrość,
Od kłamstwa udającego prawdę,
Od ślepoty udającej dalekowzroczność,
Od chamstwa udającego obrażoną godność,
Od fanatyzmu udającego wiarę,
Od brudu udającego czystość,
Od nienawiści udającej miłość,
Od niewoli udającej wolność,
Od obłudy udającej szczerość,
Od pychy udającej pokorę,
Od warcholstwa udającego odwagę,
Od szatana, który mówiąc ‚nie’,
Myśli ‚tak’,
A mówiąc ‚tak’,
Myśli ‚nie’.

Przybywaj, Duchu Święty,
Wielousty,
I otwórz nasze głuche uszy,
Wołający Płomieniu!

Przybywaj
Z wnętrza wieczności wiejący wichrze,
Który nigdy nie burzysz
I nigdy nie niszczysz,
I nigdy nie łamiesz,
Który chwiejne – umacniasz,
Stare – odnawiasz,
Martwe – ożywiasz,
Starte z powierzchni ziemi – budujesz od podstaw,
Stworzycielu,
Wywołujący z kości i popiołów –
Ludzi zmartwychwstałych i przemienionych,
Z pomordowanych ludów – żywe ludy,
Wszechświat – z nicości,
Istnienie – z nieistnienia,
Źródło – z pustyni,
Wszystko – z niczego,
Ojcze Pisma Świętego,
Wichrze wiejący z wnętrza wieczności!
Daj nam słuch doskonały,
Abyśmy wśród niezliczonych wezwań i nawoływań,
Które nas nawiedzają
We wszelkim czasie i miejscu,
Umieli rozpoznać
Twój Głos, Muzyko Mądrości,
Zrodzona z Ojca i Syna,
Trójdźwięczna!

Zdejm z nas kamień,
Jak go zdejmują ze studni
Pasterze
W porę pojenia owiec.

Zdejm z nas kamień,
Jak go zdejmują z grobów
Aniołowie Twojego Oblicza,
Mocarzu,
Burzo niedocieczona,
Odwalająca kamienie!

A potem twórz nas,
Otwartych,
Słyszących
I słuchających.
Twórz nas codziennie od nowa,
Czujny Strażniku naszych uszu,
Abyśmy nieustannie odnawiani
I odradzani,
I tworzeni,
Stali się Twoimi głosicielami,
Podobnym do tych,
Których pochylone czoła
Raczyłeś namaścić olejem Twojej Mądrości!
Oświeć nas i prowadź
Z ziemi mroku i rozpaczy
Do Królestwa Bożego,
Do stolicy stawianej z kryształu i światła.
Ojcze i Synu, i Duchu Święty,
Słowo,
Drogowskazie
Wbity na rozstajnych drogach kosmosu!
Przybywaj,
Nadziejo nieogarniona,
Zawsze obecna
I zawsze nadchodząca,
Przybywaj, Boże,
Zaczynie własnego człowieczeństwa,
I uczłowiecz człowieka
Jak uczłowieczyłeś siebie!

Pewnie na pytanie: jak wyobrażasz sobie Ducha Świętego, jakieś 90-kilka procent zapytanych odpowie: no jak to, gołąbek. Jak choćby najsłynniejszy taki wizerunek, czyli witraż z bazyliki św. Piotra w Rzymie. Niektóre te wizerunki masakrycznie kiczowate – mnie urzekł ostatnio ten powyżej, bo prosty, bo odzwierciedlający to, czym Duch jest zgodnie z opisem biblijnym: językami ognia. 
Do mnie dociera inny wizerunek. A właściwie, nie wizerunek w dosłownym tego słowa znaczeniu. Lekki powiew. Tchnienie wiatru. To, czego nie widać. To, co nienamacalne, ale niewątpliwie będące, istniejące. Co więcej, każdy dobrze wie – człowiek bez powietrza nie da rady. To, co nie pozostawia prawie śladu – jak z tą biblijną trzciną nadłamaną, którą powiew wiatru ledwo muśnie. Żeby było ciekawiej – z jednej strony coś lekko wyczuwalnego, drganie powietrza, które dosłownie momentalnie może zmienić się w zjawisko skrajnie odmienne, w urwanie chmury, w wichurę; dokładnie tak, jak to opisał Łukasz w Dziejach Apostolskich, dzisiejsze I czytanie (Dz 2, 1-11), kiedy Duch Święty huknął w apostołów w wieczerniku. 
Dokładnie tak samo jest z Duchem Świętym – On jest wszędzie wokół, jak to Paweł do Efezjan pisał o Kościele: „pełnia tego, która napełnia wszystko na wszelki sposób” (Ef 1, 23). Tylko ja – nigdy nikt inny za mnie – codziennie decyduję, czy to tchnienie wiatru Bożego wyczuję, wsłucham się w ten delikatny szum, czy je z pełną premedytacją oleję. Czy pozwolę się napełnić tą Bożą rzeczywistością, czy nie. Czy pozwolę się Bogu stworzyć od nowa (bo tak naprawdę o to chodzi – wystarczy spojrzeć, jaką mizerię prezentowali apostołowie przed Zesłaniem, a co byli w stanie mocą Ducha zrobić po Jego otrzymaniu), napełnić siłą pochodzącą z wiecznej wnętrzności. 
I na koniec: Jezus nie mówi, żeby przyjść, popatrzeć, wzruszyć się w kościółku, łzę uronić, dać się ponieść chwilowo emocjom – po czym po odstanej godzinie wrócić do domu, i dalej dzielnie robić swoje. To nie ma w ogóle sensu – szkoda twojego czasu. „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 23). Weź i zrób coś z tym, niech coś się w tobie zmieni. Pozwól, aby jedyny Poskromiciel Zamętu zrobił z tobą porządek.  

Kierunek: Galilea!

Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: Powstał z martwych i oto udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie. Oto, co wam powiedziałem. Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: Witajcie. One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą. (Mt 28,1-10) 
Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, /które mówi/, że On ma powstać z martwych. (J 20,1-9) 
Gdy anioł przemówił do niewiast, one pośpiesznie oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: Witajcie. One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą. Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu. Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego. (Mt 28,8-15)
Tak zupełnie celowo – trzy teksty (dwa ze Zmartwychwstania, jeden z dzisiaj) w jednym miejscu. 
Prawda o zmartwychwstaniu nas uskrzydla – pytanie tylko, czy dojrzeliśmy już do tej świadomości. Można wierzyć w Boga, praktykować itp. – bez wiary w Jego zmartwychwstanie nie ma zmartwychwstania dla mnie. Dopiero ta prawda pozwala wzbić się w niebo. To z jednej strony nie do opisania zachwyt i radość, ale równocześnie uporządkowanie hierarchii wartości, umożliwiająca nabranie odpowiedniego dystansu do doczesności. Zmartwychwstanie to świadomość wyzwania: wyrywania się, wzbijania ponad doczesność. 
Pusty grób można postrzegać z różnych perspektyw, inaczej na niego patrzeć. Najbardziej dokładny człowiek, patrząc tylko oczami ciała, może zatrzymać się na jednym szczególe: brakuje Jego ciała. Nie zgadza się. Coś ktoś zakombinował i jest problem. Czy to wszystko? Dla niektórych, niestety, tak. Człowiek wierzący odkrywa Obecność Zmartwychwstałego i ślady Jego obecności tam, gdzie jeszcze przed chwilą było Jego ludzkie ciało. Otrzymaliśmy, choćby tylko, Całun Turyński i Mandylion – tak namacalnie, fizycznie, do dzisiaj niewytłumaczalne naukowo. 
Ile osób, tyle spojrzeń. W tych obrazkach ewangelicznych jest ich kilka. Maria Magdalena uradowała się zewnętrznym, namacalnym spotkaniem ze Zmartwychwstałym (ewangelia Wigilii Paschalnej). Piotr pobiegł, nie dowierzając, aby sam przekonać się przy grobie, co zaszło – zobaczył wiele, ale nie rozumiał. Za nim do grobu wszedł Jan – najlepiej realizując to, co pozostawił nam Jezus: ujrzał i uwierzył, dodał to, co widoczne dla oczu do tego, co widziało serce (ewangelia Mszy rezurekcyjnej). Inne poziomy percepcji? Może. Nie każdy widzi wszystko od razu – można do pewnych spraw dochodzić powoli, ważne, aby się nie zatrzymywać. To, co dla jednych może być źródłem radości i porywem serca, inspiracją – dla innych stać się może źródłem negacji, kłamstwa, zaprzeczenia; na szczęście, z mizerną skutecznością. 
Strach i ból przestały mieć jakikolwiek sens. One skończyły się w chwili śmierci Jezusa na krzyżu. Dalej, odtąd to już tylko straszaki na naszą słabą ludzką wolę. Triduum Paschalne jest bardzo dynamiczne – te trzy dni nie pozwalają, aby zbyt długo zatrzymać się przy krzyżu. Bo krzyż to tylko etap – kluczowy, ale nie najważniejszy. Jezusa tam już nie ma, w grobie również nie. Nie ma się już czego obawiać – kierunek: Galilea! To miejsce, które dla każdego będzie indywidualne, wyjątkowe. Ja mogę tylko życzyć, abyś odnalazł je już dzisiaj – a przede wszystkim Jego samego tam. Osobiste spotkanie ze Zmartwychwstałym Zwycięzcą Śmierci to wydarzenie tak niesamowite i indywidualne, że każdy musi przeżyć je sam. Nikt nie obiecuje, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie – ale Bóg już to wszystko zniósł i przeszedł. Z Nim damy radę. 
Każdy z nas ma swoją Galileę, gdzie czeka na niego Zmartwychwstały. Oby nas tam nie zabrakło.

Nie bój się!

1549216_688004241245546_1112121227115871844_n
Są takie chwile, kiedy boimy się nawet nadziei – wolimy się zamknąć w naszych ograniczeniach, małoduszności i grzechach, wątpliwościach i negacjach. W Wigilię Paschalną czuwa z nami sam Bóg. W tych lękach, pokusach, próbach Bóg jest tuż obok. Pyta: „Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach?”. Tej nocy czuwania nie można się bać, nie ma sensu walczyć z poczuciem pewności, które się w nas rodzi, odrzucać nadziei. Nie wybierajmy bezpieczeństwa grobu – pełnego naszych słabości, grzechów i egoizmu – ale otwórzmy się na dar nadziei. Nie bójmy się radości ze zmartwychwstania Chrystusa. Nie tylko Jezusa grób jest pusty – także dzięki Niemu nasze groby świecą życiem, które nie ma końca.

Pusty grób to początek, pierwszy etap, do którego w tę Wielką Noc prowadzi każdego z nas Jezus. Tak, pomimo naszych słabości i beznadziei, strachu i małoduszności. Takimi, jacy jesteśmy – normalni, z całym bagażem doświadczeń, grzechów i upadków. Stawia nam przed oczami dowód – Ja jestem ponad to! Grób Mnie nie uwięził. Jezus wyruszył dalej i to jest zadanie dla nas – prawdę pustego grobu nieść w świat, wyciągając z niej konsekwencje. Po to, abym ja sam potrafił wygrzebać się z grobów, do których raz po raz sam wpadam, i w których chętnie bym nie raz został – dla wygody, z lenistwa albo z nie znajdując siły, żeby to zmienić. 
Niech te święta dla Ciebie i Twoich bliskich będą czasem z jednej strony wypoczynku, spędzonym w gronie tych, których kochasz, złapania dystansu i oddechu od spraw codziennych – ale także momentem, kiedy pozwolisz Zmartwychwstałemu działać w swoim życiu, dasz sobie pomóc w zmartwychwstawaniu z tego wszystkiego, co dotąd Cię ogranicza, osłabia i podcina skrzydła. Autentycznej i długotrwałej radości z pustego grobu i wszystkich tego konsekwencji!

Nadchodzi…

król
Przyjęło się, że początki historii zbawienia określa się zdrobniale: żłóbek, gwiazdka, stajenka, dzieciątko. Trywializujemy to. Tymczasem te święta mają być dla nas czasem dojrzałości – dania świadomej odpowiedzi Bogu, który przychodzi. Przychodzi na świat i prowadzi nas poprzez wszystkie tajemnice, te radosne i te bolesne, chwile szczęścia i zwykłe szare dni. Świat jest trudny – ale ciągle pełen Boga, który promieniuje dla nas wszystkich.
Życzymy Ci, abyś potrafił Go przyjąć jako Tego, który jest mądrzejszy. Ten, który z jednej strony napełnia sensem – ale i niesamowitą prostotą. Uczący pokory, ostrożności osądów, dostrzegania Jego w drugiej osobie, bezinteresownej miłości, spalania się dla drugiego człowieka. Tego wszystkiego, co tak trudno nam przychodzi – a czyni niesamowicie szczęśliwymi. 
On znowu się narodził – pokój Wam! 
W imieniu swoim i rodzinki
T.

Puste miejsca przy stole

Niesamowite. Moje małe odkrycie ostatnich kilku dni, kiedy wrzuciłem na mp3 i słucham sobie repertuaru związanego już z Bożym Narodzeniem. Piosenka tkwiła tam, lekko licząc, od jakiś 5 lat – i chyba ani razu jej nie przesłuchałem. 

A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.

I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.

Daj nam wiarę, że to ma sens.
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są – dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.

I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze.
Że odeszli po to by żyć,
I tym razem będą żyć wiecznie 

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.

A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.

I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu. 

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.

Nie wstydzę się tego – kiedy pierwszy raz ją słuchałem, a było to pewnie niewiele po 6:00, kiedy stałem na ciemnym peronie, czekając na transport, łza zakręciła się w oku. Dokładnie oddaje to, co czuję ja i co pewnie odczuwa każdy, kto stracił kogoś bliskiego w tych wyjątkowych dniach – kiedy, jak śpiewa Beata Rybotycka, stawić będzie trzeba czoła cieniom osób nieobecnych, po których tak wiele zostało: wspomnienie głosu, po którym ciągle jakby dosłownie drżało powietrze, puste miejsce przy stole (i wcale nie w tym sensie, że tradycyjnie przygotowane dla gościa, który może nadejść).
Są też optymistyczne akcenty – prawda o tym, że choć odeszli, to jednak tym razem żyją wiecznie, bo (jak mówi 1 prefacja o zmarłych w Mszale Rzymskim) „W Nim [Jezusie] zabłysła dla nas nadzieja chwalebnego zmartwychwstania i choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie”. Zmienia się po ludzku, ale się nie kończy. 
Ale my mimo wszystko wierzymy nadal – w to kolejne, choć przecież to samo, Boże Narodzenie. Wbrew czemuś, co faktycznie może być uznane za ironię losu – a co ja przez pewien okres po odejściu Mamy w czerwcu nazywałem niesprawiedliwością: jak to, pijaczki, wyrzutki, złodzieje żyją dobrze i dożywają starości, a Mama odeszła przed sześćdziesiątką… Teraz, z perspektywy tego pół roku odbieram to w pewnym sensie jako właśnie ironię losu – wierząc głęboko w sercu, że Bóg miał w tym jakiś plan, a ona żyje w Nim wiecznie już bez tego cierpienia, którego tutaj doznawała w ostatnim czasie w związku z chorobą. 
Bo Bóg daje wiarę, że to ma sens – my nadal tutaj, oni (ci, którzy już odeszli, w tym Mama) tam, u Niego, na wiecznej wigilii i świętowaniu. Bóg ich, zmarłych, przytula już do swojego serca – a do nas jako Syn Boży przychodzi i trwa, przynosząc radość betlejemskiej szopki, także widząc cierpienie z powodu tego, że kogoś bliskiego, kochanego, nie ma już przy wspólnym stole. Jezus przynosi wiarę i nadzieję, że ta nasza rozłąka – my tutaj, oni tam – ma sens i zmierzamy w tym samym celu, gdzie się spotkamy, a gdzie dzisiaj oni na nas czekają. Maleńka Miłość przychodzi, aby wyrównać rachunki strat – nie zastąpi Mamy ani nikogo innego, ale przychodzi z tą samą wiarą, uczyć nadziei i podzielić się miłością. 
Paradoksalnie – nie tylko zmarła Mama, ale i Tata obchodzą w Wigilię swoje imieniny. Odwiedzimy ją na cmentarzu, złożymy życzenia – a potem, wieczorem, pewnie gdzieś tam popłynie niejedna łza, że jej tak po ludzku już z nami nie ma. I będziemy prosić, aby nadzieja przychodzącego Jezusa ukoiła ból i pozwoliła cieszyć się tymi świętami, tym co Jezus przynosi dla każdego z nas.