Bóg tak wielki w nas tak małych

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. (Mt 11,28-30)

Szukamy tej nadziei, szukamy tak bardzo – niekiedy nieświadomie – źródła, które będzie nie tylko raz tym punktem odniesienia, chwilą wytchnienia, ale już na stałe, zawsze odtąd dalej. Czasami odkrycie, że właściwie to ja szukam Boga – bo tylko On jest tą naprawdę sensowną odpowiedzią – jest niemałym zaskoczeniem. Nie traktowałbym tego w kategorii cudu, nawrócenia – ale po prostu pewnego, niekiedy długiego i mozolnego, procesu, dochodzenia do pewnych wniosków. Do tych kilku zdań Jezusa trzeba dorosnąć, a nie tylko rozpatrywać je jako „Hallelulaj i do przodu!”.

Te słowa powyżej – krótkie, prawda? – wracają wielokrotnie w ciągu roku, czy to kalendarzowego czy też liturgicznego. A jednak, dla mnie nabierają pewnego wyjątkowego sensu i wydźwięku teraz – w połowie mniej więcej Adwentu z jednej strony, ale nie tylko dla wierzących czasu zazwyczaj bardzo gorącego, pełnego nerwów, bieganiny: bo i święta za pasem i trzeba wszystko przygotować, i w pracy zakończenie roku, zamykanie spraw, bilanse, liczenie, podsumowanie.

Jakoś tak mam, że zakładam u człowieka dobrą wolę – jestem skłonny przyjąć, że wielu gubi się w tym wszystkim i zaczyna tracić z oczu to, co ważne, zupełnie nieświadomie, przypadkowo, bynajmniej nie z rozmysłem czy jakąś premedytacją. Ganiając za tym czy tamtym – gdzie tu miejsce na ciszę, czy pełne pokory serce? Nieświadomie dokładamy sami sobie na barki kolejne sprawy, kręcimy się w kółko pomiędzy pracą, domem, starając się choć trochę czasu spędzić z najbliższymi – choć i z tym różnie bywa…

Gubimy się bardzo często i tracimy z oczu tę Bożą perspektywę – świadomość tego, że On nas stworzył i powołał nie po to, żebyśmy tyrali jak dzikie woły, ale dążyli ku świętości i byli zwyczajnie szczęśliwi. Oczywiście, są osoby które świętość – dosłownie, w sposób czasami formalnie orzeczony przez Kościół – osiągali w ramach pewnych pobożnych praktyk pokutnych, umartwień – co nie znaczy, że tylko tamtędy droga (tak jeszcze nie tak dawno myślano). To Bóg przychodzi jako jedyne sensowne źródło mojego pokrzepienia. Ten, który czasami obciąża jakimś jarzmem, ale jednocześnie uzdalnia serce człowieka do zmierzenia się z tym ciężarem. Wreszcie Ten, który jest wzorem pokory, nie epatowania sobą w hałasie ale pięknego trwania w ciszy. Ostateczne moje – i każdego – źródło ukojenia, to prawdziwe.

W Nim i tylko w Nim jest – moja, twoja – nadzieja. Ta o której tak kapitalnie śpiewa TGD w kawałku „Nadzieja” z ostatniej płyty wracam do domu – m.in. w tych niesamowitych słowach, które ostatnio chodzą mi po głowie. Żadna zwrotka, refren – ale delikatne tło właściwego tekstu:

Bóg tak wielki w nas tak małych,
Chrystus Pan – nadzieja chwały.

Chyba już bardzo dawno nie słyszałem tak mądrego i prostego zarazem zdania, oddającego istotę sprawy. Wielkość Boga w naszej małości. Nadzieja chwały, która przychodzi, aby zamieszkać swoim blaskiem w moim sercu.

Dodaj komentarz