Z krzyża siedem słów #02: dziś ze Mną będziesz w raju

Medytacje dotyczące, sięgającej XVI wieku, tradycji rozważania w okresie Wielkiego Postu ostatnich 7 słów, wypowiedzi Zbawiciela, jakie odnotowują Ewangelie – powstające spontanicznie w Wielkim Poście AD 2017. 

Jeden ze złoczyńców, których tam powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa». Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju» (Łk 23, 39-43).

Drugie rozważane słowo Jezusa z krzyża odnosi się do rzeczywistości dla nas w dużej mierze zakrytej i nieznanej, rzeczywistości w którą mocno wierzymy, bo ona jest celem naszego życia tutaj na ziemi, kontynuacją tego życia bez końca dalej, po śmierci. Chodzi o zmartwychwstanie. Wiara z zmartwychwstanie najpierw Jezusa jako pierwszego, a za tym idąca nadzieja na obietnicę zmartwychwstania każdego z nas, to podstawa.

Z czego wynika nasza co najmniej obawa przed śmiercią, o ile nie strach czy wręcz lęk? Nie tylko z tego, że nie wiemy, co i jak będzie się działo po śmierci (poza tym, że będzie to sąd), ale także z tego, że boimy się, aby moment tzw. Sądu Ostatecznego nie okazał się dla nas niekorzystny; że skończy się potępieniem. Dlaczego? Bo za dużo grzechów, za mało woli poprawy, za mało starania. Że Bóg nas „podliczy”, podsumuje, i okaże się, że tego dobrego w ostatecznym rozrachunku było za mało. Niestety, spora tu rola kazań (celowo nie używam formy „homilia”) z różnych okazji, przede wszystkim wielkopostnych, ale nie tylko, także w zakończonym niedawno Jubileuszowym Roku Miłosierdzia, w których duchowni – nie wiedzieć, czemu, po co, na co – straszą ludzi przysłowiowym ogniem piekielnym. Okazuje się, że to jest strach, który gdzieś później trwa, nie tylko wtedy, kiedy ktoś usłyszał takie słowa jako dziecko. Ta obawa przed sprawami ostatecznymi to na szczęście nic złego – zmagali się z nią także ludzie, których dzisiaj Kościół ukazuje nam jako świętych.

Tymczasem, nie ma się czego bać – i Jezus pokazuje to w sposób maksymalnie dobitny własnie w tych słowach. Bo w jakiej sytuacji był ten, którego my dzisiaj nazywamy Dobrym Łotrem, ten, który rozmawiał ze Zbawicielem? Beznadziejnej. Nie miał niczego. Sam przyznawał się w rozmowie – przed sobą i Bogiem – że nie ma nic dobrego na swoją obronę w momencie Sądu, że słusznie go ukrzyżowali. Nie wybielał się, ale mówił, jak było. W ich sytuacji pewnie nie oczekiwał też ratunku – dokonywał swoistego rachunku sumienia w jednym z ostatnich momentów życia. Czy Dyzma, Dobry Łotr, wiedział, z kim rozmawia? Wiedział – czuł – że Jezus był niewinny i nie powinien umierać w taki sposób, co wyraził wprost. Wierzył także, że On może mu pomóc z wiecznego królestwa, do którego na pewno Jezus trafi.

Tego Królestwa, które czeka na każdego z nas, i o którym Jezus mówił już wcześniej, obiecując je każdemu, kto uwierzy. Jak w dialogu z Martą po śmierci Łazarza: „Rzekł do niej Jezus: «Brat twój zmartwychwstanie». Rzekła Marta do Niego: «Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym». Rzekł do niej Jezus: «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?» (J 11, 23-26). Przypominał o tym także niewiele wcześniej, w trakcie ostatniej wieczerzy: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem.” (J 14, 1-3). Dla człowieka, który choćby w ostatnim momencie życia uczepi się Jezusa i zwróci ku Niemu, nie ma potępienia. Jest miejsce w Jego domu, gdzie On sam na nas czeka.

Nie ma znaczenia, ile w moim życiu było dobrego, czy cokolwiek można tak zakwalifikować. Nie liczy się także to, ile razy w tych samych kwstiach, sferach, upadałem i grzeszyłem. Co więcej, Bóg nie patrzy nawet na to, czy w tym życiu w ogóle raczyłeś Go zauważyć, miałeś z nim jakąkolwiek relację – czy funkcjonowałeś, jakby Go w ogóle nie było, albo, delikatnie rzecz biorąc, puszczając mimo uszu Jego przykazania.  To, co oferuje Jezus każdemu z nas – a co osiągnął Dyzma na krzyżu, umierając obok Jezusa, ale najpierw spotykając Go na swojej drodze – jest bezwarunkowe.

Ta miłość ku każdemu z nas nie ma ceny, po prostu jest i czeka, abym ją dostrzegł – a Jezus w sposób pełny objawi ją i ukaże w Niedzielę Zmartwychwstania. Bóg, który swoim Synu pragnie przyjść i przychodzi do każdego, aby go poprowadzić – gdzie była by logika, jaki byłby cel budowania takiej relacji miłości po to, aby śmierć człowieka miała ją przekreślić? On, który zwyciężył śmierć, nie pozwoli, aby ona zagroziłą tym, których On wybrał. Tu jest właśnie nadzieja dla mnie, dla ciebie, dla każdego. Nadzieja nie tylko na „dalszy ciąg” po śmierci, ale także na to, że spotkamy tam wszystkich – rodziców, dziadków, krewnych, przyjaciół – którzy poprzedzili nas w drodze ku wieczności. Nie wiemy, jak to będzie, ale będzie. Dobry Łotr się już o tym przekonał.

Ale w tym celu najpierw trzeba skończyć z potępianiem siebie, nauczyć się wybaczenia nie tylko drugiemu, ale i samemu sobie. Uwierzyć, że – taki, jaki jestem tu i teraz – jestem dla Miłosiernego Boga wystarczająco dobry. Uwierzyć Jego obietnicy.

Dodaj komentarz