Trudno nie wierzyć w nic (2) O tym, że miłość to przede wszystkim dawanie, a nie branie, i przekornej nadziei

Najlepsze myśli z II części książki:
Wiara w Boga daje życie. Nie chcę nazywać tego kontaktem z Bogiem, ale możliwością zwracania się do Niego, dziękowania Mu, proszenia za siebie i za innych. Wiara w to, że On jest, to był dla mnie już moment świadomy.

– Jakie osoby przyczyniły się najbardziej do twojego zwrotu ku wierze?
– Największy wpływ miała na mnie moja przyszła żona i jej przemiana. W jej przypadku nie był to powrót do wiary, bo ona zawsze była osobą wierzącą i jako osoba wrażliwa nie miała z wiarą większych problemów, a tylko przez pewien czas się trochę zaniedbała. Impuls, który od niej wyszedł, jej siła woli spowodowała, że przewartościowałem swoje myślenie, nie tyle na temat wiary, ile na temat Kościoła katolickiego i całej jego oprawy. Pod wpływem Doroty uświadomiłem sobie, że być może jest jakaś pomyłka w moim światopoglądzie, bo zastanawiam się nad tym, jak wygląda Kościół i co mnie odpycha od tej wspólnoty, a u podstaw takiego myślenia jest przede wszystkim chęć brania. Ale, żeby wierzyć, czy muszą być spełnione jakieś warunki? Chyba tylko warunek naiwności. Moja przyszła żona zadała mi trafne pytanie, co ja zrobiłem dla tych ludzi, dla wspólnoty kościelnej, że mam prawo ją oceniać? Przecież – mówiła – nikt ci nie każe chodzić do kościoła, nie musisz tego robić. Miała w tym dużo racji. Do dzisiaj spieramy się o niektóre rzeczy, ale tamten moment był dla mnie bardzo ważny. 

Uważałem, że o to, żeby być dobrym, nie trzeba się starać, ale ma to wynikać z pewnego wewnętrznego impulsu. Nie pomyliłem się wiele, ja to wtedy wyczuwałem intuicyjnie, że bycie dobrym powinno wynikać z wewnętrznej inspiracji, a nie ze sztywnego, zewnętrznie narzuconego sobie planu. Kłóciliśmy się bardzo na ten temat, bo moje uwagi burzyły obraz jej starań. Ona mówiła, że człowiek jest z gruntu dobry, a ja mówiłem, że w człowieku jest wiele miejsca na zło, które na niego działa i od łaski Bożej, od łaski Ducha Świętego, od Jego wyboru zależy, jakimi koleinami potoczy się nasze życie. To nie jest takie proste, że chcę być dobry i w związku z tym – dobry jestem.

Byłem świadomy, że w dniu ślubu idę na spotkanie z moją żoną i na spotkanie z Panem Bogiem i że przed nimi będę przysięgał i że muszę dotrzymać tej obietnicy, bo lubię być słowny.

Wiara jest aktem łaski, który niekiedy powoduje, że całkowicie nieświadomie popełniamy czyny, które po pewnym czasie przynoszą skutki, na które nigdy byśmy nie wpadli…

– To ważne, mieć „swój” kościół?
– Tak, ale teraz jest mi obojętne, do jakiego kościoła pójdę na mszę, ponieważ wiem, że idę tam „załatwić” kilka spraw związanych ze mną, z moimi bliskimi i wiele, wiele innych rzeczy. Nauczyło mnie to takiej pokory, że nawet w jakimś starszym księdzu, który prowadzi mszę tak jak zawsze prowadził i z którym rozmowa mogłaby nie być interesująca, trzeba dostrzec dobrze intencje. Człowiek nie wie, na kogo i przez kogo spłynie łaska Ducha Świętego. Taka postawa uczy pokory.

Bunt niczego nie buduje, bunt niszczy. U jego podstaw nie ma alternatywy. Są żądania. A przede wszystkim, bunt niszczy osobę, która się buntuje. Czasem buntuję się jeszcze przeciwko różnym rzeczom, ale są to krótkie momenty i bez większej ekspresji. Ma to miejsce zwykle wtedy, gdy coś dotyka słabości, z którą sobie nie radzę. Odkryłem, że jeżeli przeciwko czemuś się buntuję, to znaczy, że nie potrafię tego wykorzystać, obrócić na dobre.

Im więcej człowiek ma słabych punktów, im bardziej daje się zranić i sprowokować, tym bardziej jest przez to agresywny, buntuje się i tym bardziej jest zamknięty na drugą osobę i na innych ludzi. Wiara ma wzmacniać proces rozwoju. Jeżeli potrafię wziąć udział w czymś takim jak „naprawa” własnego życia przez wiarę, to jest duża szansa, że przestanie się krzywdzić innych ludzi.

Wiara każdego jest inna i każdy posiada inne natężenie wiary. A przede wszystkim każdy dostaje inną łaskę. Sama wiara zresztą nie załatwia tu wszystkiego. Muszą z nią współgrać jeszcze dwa inne elementy: nadzieja i miłość, które są nieodzowne i działają jako wspólny tercet. W różnych okresach życia każdy z nich wysuwa się na pierwszy plan. Raz jest to wiara, raz nadzieja, a raz miłość. Czasami zaś działają wszystkie naraz z pełną mocą.

Moja nadzieja nazywa się przekora, ale zawsze dąży do dobrego. Czyż nadzieja nie jest przekorna…?

– Wydaje się, że w świecie, w którym żyjemy, nadzieja ciągle jest towarem deficytowym…
Bo sam z siebie nie jest żadnym argumentem. Jest raczej postawą w krytycznych momentach, a to tylko jedna z jej wielu zalet. Przyklejamy się do osób, które podejrzewamy o nadzieję, ale nie mamy żadnej pewności, że ta ich nadzieja „sprawdzi się”, kiedy będzie potrzebna. Obstaję przy przekorze, przy wewnętrznym impulsie, który pozwala nam, czasem każe… uwierzyć, że stanie się nie to, co najgorsze, a to najgorsze jest zawsze przeciwko nam. A jeśli nawet się to zdarzy, to pojawiają się ci, którzy mają nadzieję. To są ci, którzy kochają. Wierzą i mają nadzieję. Trzy w jednym. Prawda, że proste?

Pozostańmy przy tym, że możemy kochać. Że otrzymaliśmy dar kochania. Jeśli więc pokochamy, a nie tylko boimy się nie kochać, to wszystko się zmienia. I wszyscy. Ci, którzy wiedzą, że ich kochamy, niekiedy oddają nam tę samą jakość, ale z własnej woli. Nie sądzę, że na zasadzie sprzężenia. Raczej sami z siebie. Nie ma obowiązku miłości. Ale to i tak krok do pokochania tych, których nienawidzimy. Jeśliby się nam to udało, to ujrzymy tych znienawidzonych w innym świetle. A gra jest warta pokusy. Choćby z tego powodu, że zyskujemy przyjaciół, nie siejemy nienawiści, przestajemy być najważniejsi z tą naszą nienawiścią. Nienawiść powoduje, że nasze uczucia są najważniejsze, że musimy je przeżyć, żeby odczuć satysfakcję zniknięcia tejże nienawiści.
Nie ma niedobrej miłości. Sama z siebie jest wszystkim, co możemy ofiarować innym nie pytając i nie będąc pytanym. Nie poddaje się definicji, więc nie wiemy, czym jest. Kim jest. Bo miłość może być kimś. Ale istnieje problem odbiorcy. Dar jednego jest tak wielki, że przytłacza obdarowanego. Ale to nie jest miłość zła. To relacje są do niczego. Klęska polega nie na dawaniu miłości czy jej braniu, ale na pomyleniu pewnych mechanizmów. Wielu chce być kochanymi, ale kiedy już dostaną to, o czym marzyli, to taki dar powoduje u nich kompleks, że nie potrafią dać tyle samo. Albo ci, którzy dają, chcieliby dostać tyle samo z powrotem. Celowo nie mówię o uczuciach, bo te często mylimy z miłością. Jednak nie pozwalamy kierować się miłością, tylko kierujemy się uczuciami, albo odczuciami. Ale to cały czas nie jest miłość. To nie targ ani biznes, ani wzajemna wymiana. Zaryzykuję i powiem, że miłość to by. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Najprostszego. Bo musimy jej szukać. I nie musimy szukać jej w sobie. Wystarczy się na nią otworzyć. Dostajemy ją. I jeśli nie jesteśmy ślepi, znajdujemy, spotykamy, dostajemy. Czyli nie tyle my rodzimy miłość, ile ona sama pozwala się odnajdywać. Odnaleziona, w każdym stadium poznawania ma inny kolor, natężenie, światło, czułość. Ale na końcu jej poznawania jest wielkie poświęcenie. To jest ciężar miłości. To wielka gotowość na oddanie siebie samego innym. Bez zwrotu. A i tak miłość po tym, co powiedziałem, znajdzie dla siebie wiele innych atrakcyjniejszych rozwiązań. Amen.
Niesamowite te słowa, myśli. Po prostu – piękne. Takie moje własne adwentowe rekolekcje – słowami Adama Nowaka. Dużo więcej myśli niż na wielu rekolekcjach, na których miałem okazję być. 
>>>
Prasówka – kilka tekstów wartych polecenia z ostatniego GN:

Daj się Bogu odnaleźć – nawet na czubku sykomory

Tak jakoś wcześniej w tygodniu pisałem o tych dniach refleksji nad świętymi i zmarłymi… I przegapiłem jedną z moich ulubionych postaci ewangelicznych – konusa Zacheusza :)czyli głównego bohatera zeszłej niedzieli.

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. (Łk 19,1-10)

Ta cała sytuacja jest bardzo charakterystyczna z powodu, który na pierwszy rzut oka może umykać uwadze. Tło tego wydarzenia. Nie ma o tym mowy wprost – ale można się domyśleć. Jezus już wówczas był powszechnie znany, i – najpewniej – przez zwykłych ludzi, nawet tych zamożnych, nieuprzedzonych i nie bojących się o popularność czy zdemaskowanie swojej obłudy (tj. faryzeuszy), szanowany czy nawet uwielbiany. Wszyscy przecież słyszeli, ile dobrego czynił, i też te Jego słowa przecież same cisnęły się do serca – mówił jakby dokładnie do każdego z osobna, choć gromadziły się, aby Go słuchać, całe masy i tłumy.

Na spotkanie Jezusa w Jerychu wyszli ci najlepsi – pobożni, o dobrej reputacji, szanowani, szlachetni, uczciwi, zacni. To tak, jak każdy z nas idzie na spotkanie z Bogiem – dosłownie, na mszę czy nabożeństwo, albo po prostu się do Niego zwraca. W tym, co najlepsze, najładniejsze, dobre, pozytywne, godne podziwu czy uznania. I tak jak wtedy, w Jerychu, zabrakło miejsca dla słabego, znienawidzonego pewnie celnika (w powszechnym mniemaniu – złodzieja, kolaboranta) Zacheusza – musiał wejść aż na drzewo, żeby Jezusa zobaczyć – tak każdy z nas, przed Bogiem stając, prezentuje to, co in plus, skrzętnie chowając to, jest wyrazem tej drugiej strony: słabości, grzeszności, małości, kruchości, niekonsekwencji, lekkości osądów i pobłażliwości dla samego siebie.

Czy Zacheusza ludzie celowo nie chcieli dopuścić do Jezusa? Nie sądzę. Tak samo, jak my – modląc się do Boga – może nie tak celowo prezentujemy dobrą stronę mocy czyli samego siebie, a nie tę drugą, bardziej grzeszną. Tacy już jesteśmy – gdy nam zależy, potrafimy przedstawić się z takiej strony, aby wypaść dobrze w oczach patrzącego. Mniej lub bardziej świadomie, oddala się to wszystko, co przysłania jakby tę dobroć. Ale – czy ma to znaczenie? Tak, grzeszę – jak każdy z nas – ale staram się być dobry, pomagam, nie kradnę, obgaduję tylko jak ktoś mnie sprowokuje, w pracy/szkole staram się świń nikomu nie podkładać… A że czasami się nie uda… Każdemu zawsze wszystko się udaje? Nie.

Czy Zacheusz był świadomy tego, że jego dotychczasowe życie było niewłaściwe, złe? Chyba nie. Dopiero to wyjście na spotkanie Jezusa odmieniło jego optykę. Musiał aż wleźć na drzewo, żeby to zrozumieć. Wyróżnieniem niesamowitym – i pewnie decydującym – było to, że Jezus sam zwrócił na niego, Zacheusza, uwagę. Nikt Mu go nie przedstawiał, sam zatrzymał się pod tą nieszczęsną sykomorą, i odezwał się do Zacheusza. Ten gest, a potem dalsze słowa i to, że Jezus poszedł i gościł właśnie u niego, uświadomiły Zacheuszowi coś, czego pewnie nigdy by się nie spodziewał. Że nie jest stracony. Że nie jest skazany na bycie we własnym narodzie taką czarną owcą, wytykaną palcami. Że Bóg także takiemu, jak on, chce dać szansę, uświadomić że ciągle może się zmienić i naprawić to, co dotąd było złe i niewłaściwe.

Być może komuś z wielkich tamtego miasta, dostojników czy co wybitniejszych mieszkańców zrobiło się nieswojo, że Jezus poszedł do Zacheusza akurat, tak go wyróżniając. To nie miało jednak znaczenia. Jezus poszedł do tego, zainteresował się tym, który Go najbardziej potrzebował. Nawet gdy ta osoba – Zacheusz – do momentu stanięcia twarzą w twarz z Jezusem w ogóle sobie z tej potrzeby nie zdawała sprawy. Potrzebował zrozumienia, miłości, nadziei, a przede wszystkim zauważenia. Ten gest – wejście na drzewo – dobitnie oddaje determinację Zacheusza, gdy on był jej nieświadomy.

Nie każdemu i nie zawsze udaje się zwrócić Boga na siebie – o ile tak można powiedzieć (przecież Bóg zawsze troszczy się o każdego) samymi tylko uczynkami. Prozaicznie – bo nam te uczynki dość często nie wychodzą po prostu. Ale zawsze Bóg widzi nasze pragnienia, tak często odstające zupełnie od tego, co finalnie robimy, jakie decyzje podejmujemy. Ładując się tam, na drzewo, mały Zacheusz… pomniejszył, uniżył siebie jeszcze bardziej. To było zachowanie po prostu dziecinne – dorosły łażący po drzewie? Kto to widział.

Nie ma znaczenia to, co w życiu robisz – może się okazać po chwili zastanowienia, że właściwie to albo już jesteś jak taki celnik, albo jesteś na najlepszej drodze. To nieważne. Jeśli jest w tobie pragnienie zmiany, wola bycia lepszym – to jest twój moment. Jezus przechodzi obok – jest okazja. Trzeba zrezygnować ze splendoru, prestiżu, konwenansów i tego, co krępuje – i uniżyć się, ile trzeba. Na pewno gdzieś – może nie dosłownie, ale metaforycznie – jest pod ręką sykomora. Tak jak Zacheusz musiał wleźć na jej czubek prawie – tak ty musisz dokonać czegoś równie niezrozumiałego i wymagającego. Żeby pokazać Bogu, jaki jesteś naprawdę – zwykły, prosty człowiek, z problemami i kompleksami, obciążony grzechami i słabościami. Po co? Pisze o tym genialnie o. Augustyn Pelanowski OSPPE:

Obecność Jezusa u każdego ze spotkanych powodowała, że stawało się widoczne to, co było w tych ludziach najprawdziwsze. Niekiedy nieprawość pewnych osób wcale nie jest ich naturą, lecz brzemieniem narzuconym przez krzywdy. Gdy spotykają się z Mesjaszem, wyzwala się w nich to, co najprawdziwsze, co jest ich zagłuszoną istotą. Budzi się w nich drzemiąca od dawna prawda, godna kanonizacji. Nigdy więcej niczego już o Zacheuszu nie napisano. Raz w życiu spotkał Jezusa i ten jeden raz wystarczył, by jego czyn określił całe jego życie i ukierunkował go na wieczność.

Można powiedzieć – tak jak wtedy Jezus wszedł do Jerycha być może tylko i przede wszystkim dla Zacheusza, tak jest i dzisiaj. Przychodzi do każdego, który musi poczuć się tak blisko Niego, aby wydobyć z siebie wolę do postąpienia jak Zacheusz. Wolę zostania przez Boga odnalezionym. Nawet w tak, z pozoru idiotycznej, sytuacji jak Zacheusz na czubku drzewa. Nie tylko w tym miejscu Jezus podkreślał – szukam tego, co zginęło – jak mówił choćby w przypowieściach o zagubionej owcy czy wdowie i drachmie.

Tak często, coraz bardziej anonimowy w biegnącym we wszystkie strony tłumie, człowiek jest nieszczęśliwy. Zacheusz był przecież człowiekiem sukcesu, choć nienawidzonym. Czy ten sukces nadał jego życiu sens? Najwyraźniej – nie, skoro szukał. Znalazł odpowiedź w Jezusie. Żeby sens znaleźć – trzeba go szukać, i wydostać się z tego tłumu. Zaistnieć indywidualnie – jako ja. Pokazać Bogu, że Go szukam i pragnę się z Nim spotkać, żeby przez życie iść dalej z sensem, który temu życiu tylko On może nadać. W przypadku Zacheusza – musiał wdrapać się aż na sykomorę – w twoim może być inaczej, może wystarczy kilka kroków. Nie zastanawiaj się, ile kroków ty robisz, a ile Bóg. Czasami wystarczy jeden. Ale tylko twój – Bóg go za ciebie nie zrobi.

>>>

O Komisji Majątkowej jest ostatnio bardzo dużo. Ja trafiłem na ten artykuł dzisiaj. Żal mi tej osoby. Dobrze, że w tej całej sytuacji nie odwraca się plecami i nie obwinia za wszystko Boga.  

Nadzieja pełna nieśmiertelności

Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju. Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznali kaźni, nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności. Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich, Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie. Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął ich jak całopalną ofiarę. Ci, którzy Mu zaufali, zrozumieją prawdę, wierni w miłości będą przy Nim trwali: łaska bowiem i miłosierdzie dla Jego wybranych. (Mdr 3,1-6.9)

Jesteśmy przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą razem z wami. Wszystko to bowiem dla was, ażeby w pełni obfitująca łaska zwiększyła chwałę Bożą przez dziękczynienie wielu. Dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień. Niewielkie bowiem utrapienia naszego obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas, którzy się wpatrujemy nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie. Wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie. (2 Kor 4,14–5,1)

Jezus powiedział do swoich uczniów: Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. (J 14,1-6)

Sporo, prawda? Liturgia słowa III mszy wspomnienia wszystkich wiernych zmarłych, czyli z Dnia Zadusznego – tego prawdziwego, 2 listopada, a nie z Wszystkich Świętych. W całości przytaczam praktycznie – bo piękna, i bardzo tutaj jedno z drugiego wynika. 

Już pierwsze z tych słów są jednoznaczne: Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Czy więc, jednak, nadzieja dla wszystkich? Każdy do ostatniej chwili życia ma czas, aby w oczach Boga stać się tym sprawiedliwym w oczach Boga. Nie na pokaz, nie dla własnej korzyści (choć z innej strony – jak bardzo tylko dla siebie) – ale choćby porywem serca, przylgnięciem do Niego, gdy sił może nie starczyć już na nic innego. Czasami myśl to największy – i jedyny – możliwy ze strony człowieka przejaw woli. 
Nie liczy się to, jak ciebie widzą tutaj, na świecie – jak po swojemu, po ludzku, oceniają, szeregują, przypisują do takich a nie innych ludzi. Ważne jest, abyś ty sam wiedział, co jest twoim punktem odniesienia, kompasem, do czego zmierzasz – i tego się trzymał z uporem. Wtedy nie zabłądzisz. Wtedy zawsze, bez względu na opinie innych, będziesz na właściwej drodze – choćby ona była nie wiem jak dziwna, niezrozumiała, trudna czy prawie na pierwszy rzut oka niemożliwa do przejścia. 
Czym jest to nieznaczne skarcenie? Pewnie o czyściec chodzi. Im dalej przez życie idę, i patrzę na to wszystko – tym bardziej mi się wydaje, że zjawisko przeludnienia przenosi się z ziemi na czyściec chyba… bo mało kto wydaje się żyć tak, aby niebo od razu stało dla niego otworem. Jednak nie to jest najważniejsze. Czyściec to przecież też zbawienie – tylko jakby odroczone. Stamtąd już nie ma potępienia. Tylko niemożliwy do przeliczenia po ludzku czas, jaki dusza musi spędzić, uświadamiając sobie to, ile Bożej miłości odrzuciła.  Ból? Tak, ale z pewną nadzieją. Zresztą – czyściec to nie tyle czas, co stan.

Paweł mówi wprost – jako mali i grzeszni ludzie po ludzku niszczejemy, niszczeje ten nasz garnitur człowieczeństwa, skażony naszymi występkami. To jednak nijak nie blokuje działania łaski, która ma nas odnawiać wewnętrznie przez całe życie. O ile tę łaskę, oczywiście, przyjmiemy. O ile nie zamkniemy się na to, i zapragniemy tej odnowy, będziemy nad nią pracowali i starali się.
To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie. Czy nam się podoba, czy nie. Każdy ma jakiś tam czas, dany od Boga, i nie przeskoczy go. Uważam, że to nawet dobrze, że nie znamy dnia ani godziny, jak to się mówi, naszej śmierci. Czy to by coś pomogło? Coś polepszyło? Bynajmniej. Tylko by przerażała ta bardziej namacalna nieuchronność śmierci – bo znana z daty i godziny. Po co cokolwiek robić – skoro i tak umrę? Niby dzisiaj też każdy to wie, a jednak żyjemy najczęściej – na szczęście – jak najmocniej, starając się najbardziej owocnie przeżyć swój czas, dobrze go wykorzystać. Tak jest lepiej. Po co ci ta wiedza? Śmierć nadchodzi, kiedy ma nadejść – i wiedza o tym momencie nic nie zmieni, niczego nie odwlecze. 
Naszym przeznaczeniem – wolą Boga względem każdego człowieka – jest trwanie także po śmierci. Życie, którego śmierć jest początkiem – paradoks, skoro tyle osób na głowie staje, żeby uświadomić, że po tym ziemskim życiu to już nic nie ma… Możemy tę Bożą wolą przyjąć i z nią współdziałać, chcąc żyć po śmierci – możemy to odrzucić. Pytanie pozostaje o konsekwencje – jak to jest? Logicznie – skoro Bóg daje wolną wolę aż do zanegowania i odrzucenia Jego samego… to taka decyzja człowieka powinna być uszanowana przez Niego. Nawet taka. Czyli takie własnoręczne potępienie się przez kogoś, kto Boga olewa. 
Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Tak, tu o nic innego, jak tylko o strach nie chodzi. Boimy się. Zaryzykuję stwierdzenie – im więcej po ludzku mamy do stracenia (poprzez śmierć), tym bardziej – kasa, splendor, tytuły, majątek, opinia. Nie wnikam – czy te dobra zdobyte uczciwie, czy nie, słusznie czy niesłusznie – ale to boli, gdy człowiek nagle uświadamia sobie, że jak umrze, to nic z tego ze sobą nie weźmie dalej. Że ten cały Bóg popatrzy na niego dokładnie takiego samego, jak go na ten świat powołał – nagiego, bezbronnego. Tyle że z naręczem… no właśnie, czego? Uczynków – ale dobrych czy złych? 
Nie mamy się bać. Bo nie ma się czego bać. Bo to, co nas czeka po śmierci – to nie jest jakiś los na loterii, kwestia przypadku czy zbiegu okoliczności, farta lub jego braku. To, co nas czeka po śmierci – to logiczne następstwo tego, jacy tu byliśmy, co i jak robiliśmy, jakie decyzje podejmowaliśmy. Zbawienie nie jest naszym jakimś trofeum – ale wypadkową tego, co Bóg mi zaproponował, i tego jak ja na tę propozycję odpowiedziałem; nie słowami – ale czynami. Słabi jesteśmy, więc grzechy nas męczą – ale i na to jest sposób: wola walki, chęć zmian i praca w tym kierunku, a po drodze – spowiedź sakramentalna. Bóg nie oczekuje od człowieka doskonałości i tego, żeby był aniołkiem – anioły ma w niebie. Oczekuje tego, aby człowiek choćby już u kresu życia to właśnie zrozumiał, za tym zbawieniem zatęsknił i chciał je osiągnąć. Z tym w parze zawsze pójdzie żal za to, co złe było. A wtedy, uważam, bramy do nieba stoją przed człowiekiem otworem – w najgorszym wypadku, po przejażdżce do czyśćca. 
Choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, * znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. * Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, * i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, * znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie. (I prefacja za zmarłych)
Życie zakończy się tutaj, na ziemi, tylko wtedy, gdy człowiek odrzuci Boga i to wszystko, co On proponuje, świadomie i dobrowolnie. Tzn. i tak się nie skończy dosłownie – ale przemieni się… w mękę. Niestety. Czy Miłosierdzie Boże może przewyższyć ludzką wolę? Czy Bóg może zbawić wbrew woli człowieka? Myśląc o ludziach – było by dobrze, gdyby tak to działało. Jak to sformułował Jan Turnau – dobrze by było, by Boża wszechmoc mocniejsza była niż ludzka wolność. Oj, dobrze by było. 
Sobota i niedziela upłynęły pod znakiem odwiedzania cmentarzy, co dobre było. Na W. – rodzina generalnie ze strony mamy. Babcia, prababcia i cale stado rodzeństwa prababci i dalszych krewnych z tej strony. No i grób wujka ojca – gdzie pierwszy raz poszliśmy. I grób ojczyma mamy. Ale też grób pewnej pani, która zmarła w 1957 – przyjaciółki prababci. Porzucony grób, już od jakiegoś czasu do likwidacji. Ale mama, od kiedy pamiętam, zawsze tam chodzi. I grób W. – kolegi rodziców, który zmarł tuż po 50. urodzinach. Przesympatyczny, gruby, wielki facet, którego śmiech wszystkich urzekał.

Potem – drugi koniec miasta, S. Tu z kolei rodzina ze strony ojca. Dziadkowie obydwoje, kawałek dalej prababcia. Okazuje się, że wolne miejsce koło grobu dziadków to miejsce, jakie ojciec już wykupił z myślą o sobie i mamie. Hmm, dziwnie tak, jak się o tym mówi wprost… Nie mam z nim nie wiem jak dobrych relacji – ale ciężko by było, jakby odszedł. W końcu to ojciec. A jednak – czas leci, widać że rodzice się starzeją – dobitniej w przypadku teściów, ale i na moich też czas zaczyna się odznaczać. Trzeba być gotowym – śmierć jest bardziej pewna niż cokolwiek innego na tym świecie.

Podeszliśmy też na grób Arkadiusza Rybickiego. Niepozorny, drewniany szkielet i prosty krzyż. Fakt, blisko głównej arterii nekropolii. Śmiesznie nieco, bo nieopodal części… hm, zasłużonych poprzedniego systemu – jak się idzie, to wszędzie tow. XY i podobne inskrypcje. Ale widać, o Aramie wielu pamięta – sporo świeczek, kwiaty.

A we Wszystkich Świętych na największy trójmiejski cmentarz – Ł. – gdzie leżą rodzice teściowej. Rodzina teścia – w Pile, stamtąd pochodzi. Poza dziadkami żonki poszliśmy na grób jej wuja, ojca świadkowej na naszym ślubie. 

Choć to były dni refleksji, to spędzone miło. Fajnie było się tak razem po cmentarzach przejść z rodzicami i teściami. Trochę się człowiek o rodzinach dowiedział przy okazji, a co. Przeraża mnie nieuchronnie przybliżający się moment, że kiedyś przecież to my sami – z naszym synkiem – przyjdziemy na te same cmentarze… już na ich, rodziców, groby. Ale taka przecież jest kolej rzeczy, prawda? Trzeba być na to przygotowanym.

Tak sobie uświadomiłem – mama nigdy nie poznała teścia (a mojego dziadka, ojca ojca), bo zmarł kiedy ojciec był kilkunastoletnim chłopakiem. Dziadek P. wnuków nie doczekał się. Babcie nas poznały – mnie i młodego, czy żonę (babcia S. – mama teściowej – odeszła 2 lata i 2 dni przed naszym ślubem…). Te odwiedziny na grobach były jakby symboliczne – nasi dziadkowie (i pradziadkowie, itp) poznali swojego (pra)wnuczka – maleństwo, które żonka pod sercem nosi.

Te dni pamięci o zmarłych… przytłaczają. Pozytywnie, w sensie. Im dłużej idziemy przez życie, im dalej się w to życie zapędzamy – siłą rzeczy, tym więcej osób po drodze mijamy, którzy nas w wędrówce na to bezpośrednie z Bogiem spotkanie wyprzedzają, umierając. Dużo takich osób. W zeszłym miesiącu pisałem o B. Kwieceń – Smoleńsk. I raz na jakiś czas – kolejni, którzy odchodzą. Bardzo wiele tych osób – mniej lub bardziej bliskich, ale jakoś tam znanych, jak nie osobiście to z relacji najbliższych. I taka świadomość – skoro oni dzisiaj pozostają w naszej, i mojej, wdzięcznej pamięci – to znaczy, że byli ludźmi dobrymi, że są wzorami do naśladowania. A to jest wyzwanie, także (może przede wszystkim) dla mnie. Bardzo często staram się modlić o coś, może śmiesznego – żeby ci zmarli przodkowie, którzy patrzą na nas z drugiej strony, nie musieli się za nas wstydzić. 
We Dzień Zaduszny w rodzinnych stronach dobiegłem na mszę za zmarłych wieczorem, a potem wziąłem udział w kawałku (niestety, nie dałem rady być na całości) procesji różańcowej na cmentarzu. I pomiędzy tymi zdrowaśkami, jakby w nie wpleceni, z jednej strony ci wszyscy, których werbalnie wspominaliśmy w poszczególnych dziesiątkach, o czym była mowa, z drugiej dusze tych, którzy tam leżą na tym konkretnym cmentarzu, a wreszcie z trzeciej strony – myśli pełne wdzięczności i tęsknoty do tych wszystkich mnie bliskich, rodziny, przyjaciół, znajomych, księży, którzy gdzieś tam w życiu moim zaistnieli, i tak szybko odeszli. 

Nazywają cię brzydulą
uciekają w te pędy po kolei
biorę ciebie na ręce
jak królika na szczęście

śmierci – chwilo największej nadziei

Życie – dwie strony tego samego medalu

Heh… Dziwnie tak.

Z jednej strony – bardzo bliska przyjaciółka teściów, właściwie taka przyszywana ciotka Natuszki mojej, kiedyś mieszkająca na przeciwko ich w bloku, trafiła w zeszłym tygodniu do szpitala. Wszystkich blady strach ogarnął – najprawdopodobniej nowotwór. Właściwie to prawie na pewno. I okazało się – faktycznie. Potem jeszcze doszło – chyba są przerzuty na wiele organów… Osoba ta podłamała się, kolejne badania przyjmowała z rezygnacją, czekając tylko na wyniki i diagnozę jak na wyrok. Jakby nie patrzeć – trafiła do szpitala nie przypadkiem, a z powodu bólów, z którymi sobie nie radziła.

Przyczyna dość prozaiczna – pani ta, mieszkająca w mieście kiedyś, dobrych kilka lat temu wróciła w wiejskie rodzinne strony, by zająć się wymagającymi opieki swoimi, nieżyjącymi już dziś, rodzicami. I tak zajmowała się najpierw do śmierci ojcem, zmarł dość dawno, a potem mamą – w ostatnich latach życia w bardzo zaawansowanym Alzheimerze, niepoznającą nikogo, oderwaną jakby od rzeczywistości, jak dziecko którego z oka nie sposób spuścić, żeby sobie czy komuś innemu krzywdy nie zrobiła… A w międzyczasie niekończące się łożenie finansów na studia obydwojga dzieci (osoby już bliżej 40. niż 30. …), które co raz studia podejmowały, i jakoś do dzisiaj żadnych nie skończyły, ani jedno ani drugie. W tym wypadku – ewidentnie, niestety, ambicja matki (wykształcona, po studiach technicznych) wzięła górę nad predyspozycjami i możliwościami dzieci, które to dzieci jednocześnie nie umiały? nie chciały? wytłumaczyć jej, że studia nie są dla nich.

W tym wszystkim – osoba ta w ogóle nie miała czasu dla siebie, nie robiąc pewnych dość prozaicznych badań, jakie kobiety robić co jakiś czas powinny. I tak to się skończyło. Teściowie jeździli do niej, na przemian z jej córką (teraz ona obok teściów mieszka z mężem), z obiadkami i wizytą – na marginesie, ci teściowie moi to ludzie naprawdę do rany przyłóż, nikt nie prosił i nie musiał ich prosić o pomoc – sami się zaoferowali i jeżdżą właściwie jak nie codziennie, to co drugi dzień.

Wszyscy siedzieli i czekali jak na wyrok faktycznie – od lekarzy teściowie dowiedzieli się, że podejmą leczenie, o ile nie będzie przerzutów. No i wczoraj – zwycięstwo! Nie ma przerzutów, będzie leczenie, chemioterapia i co tam potrzeba. Od razu osoba ta zmieniła nastawienie, bardziej optymistycznie – jest cel, jest szansa, nowa nadzieja. Jakby nowe życie.

I to jest część pozytywna. Negatywna… Dzisiaj, właściwie przypadkiem, odebrałem smsa ze spóźnionymi życzeniami na naszą rocznicę, przysłanego przez Z. – moją jeszcze koleżankę z liceum, która wspólnie z żonką i ze mną kończyła prawo. Mama Z. – zdecydowana, ale równocześnie przesympatyczna, ciepła i miła osoba – od kilku lat walczyła z nowotworem. Właściwie żyła i walczyła wbrew temu wszystkiemu, co diagnozowali lekarze, przy pierwszej diagnozie sprzed lat pewnie 6 czy 7? dający jej… pół roku. Nie dała się – walczyła. Cieszyła się strasznie, gdy 3 lata temu Z. wychodziła za mąż. Gdy Z. pod koniec studiów urodziła ślicznego synka – jej mama cieszyła się upragnionym wnukiem. Z. od razu po porodzie, w tym samym roku, obroniła magisterkę – mama była dumna. Widać po niej było – zmarniała, schudła, była jakby cieniem osoby, którą kilka razy widziałem w czasach liceum jeszcze.

Dzisiaj Z., poza życzeniami, przepraszała, że tak późno. 21 sierpnia jej mama przegrała walkę z rakiem. Aż się zdziwiłem – tydzień temu taka tragedia, a ona jest w stanie już myśleć o czymś tak przecież w kontekście tego nieistotnym jak rocznica ślubu przyjaciół? Gdy się ostatnio, albo przedostatnio, spotkaliśmy – mówiła i widać było, że ciężko jest, bo medyczne drogi i sposoby nic już mamie nie pomagały, ktoś tam sugerował rodzinie jakiś uzdrawiaczy itp…

Życie bardzo złożone jest. Jak bardzo potrafi zaskakiwać, pozytywnie a czasem negatywnie. Jak bardzo ludzkie życie jest kruche, delikatne – możesz mieć plany, marzenia, i jedna diagnoza… No właśnie. Nawet najgorsza diagnoza może albo zniechęcić i odebrać wolę czegokolwiek, albo jak nic innego zmotywować do walki o wyrwanie śmierci każdego dnia życia. Dwie historie ludzi, którzy pewnie nigdy się nie zetknęli, nie wiedzieli o sobie. Jedna osoba – widmo śmierci, brak nadziei i nagle nowa nadzieja, wola walki, szansa! Druga osoba – walka od lat, jakby życie wbrew wszystkiemu – i jednak śmierć.

Więc dzisiaj modlimy się – o siły i powrót do zdrowia dla cioci żonki z jednej strony, i o niebo dla mamy Z. i siły dla niej samej z drugiej.

Druga szansa

Nie planowałem dzisiaj pisać, ale co tam…
>>>
Zmarł ks. Henryk Jankowski. 
Pewnie wielu to cieszy, ale dla wielu skończyła się też jakaś epoka w ich życiu, w Polsce, w kościele. To był, jakby nie patrzeć, człowiek-instytucja. Napisali o nim wszędzie na okoliczność śmierci – ale najczęściej ten sam tekst, właściwie coś więcej, trochę wspomnień i cytatów – jedynie na Onecie. Zacytuję fragment z tego tekstu:
„To jakby dwie osoby w jednej”

Tak o zmarłym ks. Jankowskim mówi były działacz „Solidarności” Bogdan Lis. – To tak jakby dwie osoby w jednej, dlatego że ksiądz Jankowski jeszcze w czasie strajku sierpniowego, później 16 miesięcy legalnego działania Solidarności i okresu stanu wojennego, to jeden człowiek, a drugi – to z okresu funkcjonowania i kształtowania się polskiej wolności i demokracji już po 1980 roku – wspominał Lis, obecnie poseł Demokratycznego Koła Poselskiego Stronnictwa Demokratycznego.

– Myślę, że tak, jak ta pierwsza część tej jego historii jest chlubna, to to, co potem robił do chlubnych nie należy – dodał Lis.

Jak zaznaczył, chodzi m.in. o antysemickie wypowiedzi i przedsięwzięcia ks. Jankowskiego. – To burzyło jego wizerunek jako księdza, kapelana. Podkreślało też jeden element, który się pojawiał dość często, a mianowicie oskarżenia polskiego Kościoła, duchowieństwa o antysemityzm. On dawał pożywkę dla tego typu oskarżeń – zaznaczył Lis.

Lis, działacz opozycji z Gdańska, wspomina też ks. Jankowskiego jako osobę otwartą, ale również oryginalną, ekstrawagancką. – Lubił wyróżniać się wśród innych osób, jak szedł na jakieś przyjęcie ubierał się w sposób ekstrawagancki. Bardzo lubił też podkreślać zamożność – jeździł mercedesem dobrze wyposażonym, miał kontakty w Niemczech. Na pewno jest to postać oryginalna i ciekawa – zaznaczył Lis. 

I tak go trzeba postrzegać. Bo niewątpliwie zrobił wiele – zresztą, nie mianuje się proboszczem człowieka 6 lat po święceniach, jeśli nie jest utalentowany. Wiele dobrego zrobił – ale, obawiam się, po prostu później mu odbiło. Nie wnikam – czy to było jakieś skrzywienie na tle psychicznym, czy po prostu taki charakter człowieka, który lubił być na świeczniku, nawet na zasadzie promowania wina czy wody ze swoją podobizną… Wybryki słowne, otaczanie się dziwnymi, najczęściej młodymi ludźmi, którzy – takie jest moje zdanie – wykorzystywali jego wizerunek dla zaistnienia i wypromowania siebie samych. No i tej ego stroje – rozumiem godności papieskie miał, ale połowę kolorowych sutann czy dodatków nie miał prawa nosić (ani białej sutanny, ani mantoletu – kto wie, co to jest, ten też wie, dlaczego). 
Jego rola za komuny była nie do przecenienia – nie żyjemy w końcu wieki później, można się o tym dowiedzieć od pokolenia moich rodziców czy starszych kolegów. Każdy w kontekście tamtego okresu bardzo dobrze go wspomina, jako człowieka który wiele robił, organizował konkretną pomoc materialną, nie ograniczając się do jedynie wsparcia duchowego. 
Co się stało później? Po co te wybryki słowne w kazaniach, te prowokacyjne instalacje grobów pańskich? Nie wiem. Jedno jest pewne – abp Gocłowski nie zakazywał nikomu innemu głoszenia kazań; nie zrobił użytku z takiego prawa, przysługującego ordynariuszowi, bo lubił – tylko dlatego, że Jankowski go swoim postępowaniem do tego zmusił. Pewnych słów, szczególnie z ambony, tolerować nie można.
Myślę, że było mu ciężko ostatnio, nie wnikając w to że w dużej mierze z własnej winy. Miłosierdzie Boga sięga dalej, niż nam się wydaje. Teraz jest już tylko w Jego rękach. I dobrze. Pokój jego duszy. 
>>>
Sam się sobie dziwię… Jakiś czas temu opisałem, wymowną i głęboką, scenę z jednego z odcinków serialu Ojciec Mateusz, a dzisiaj też nawiążę do telewizji. 
Niewiele ją oglądam – jak już, to wiadomości, dobry film czasami (najczęściej na płycie), a jak nie – to kanał AXN. Jak ktoś lubi seriale sensacyjne – wystarczy, bo to większość ramówki. I między tym wszystkim puszczają serial Druga szansa
 
O czym to? Nastoletnia Lux przez niemal całe swoje życie trafia od jednej rodziny zastępczej do kolejnej. Cate Cassidy urodziła ją gdy sama była jeszcze nastolatką, a do adopcji oddała ją w nadziei na to, że jej córka znajdzie lepszy dom. Najprawdopodobniej ze względu na problemy z sercem, Lux nigdy nie została adoptowana. W wieku 16 lat postanawia się usamodzielnić, lecz zanim to się stanie, musi otrzymać na to pisemną zgodę od swoich biologicznych rodziców, których nie miała okazji poznać, a którzy jednak nigdy nie zrzekli się formalnie praw rodzicielskich. 
 
Najpierw spotyka swojego ojca, Nathaniela „Baze” Bazila,  wiecznie wesołego, delikatnie mówiąc niezbyt odpowiedzialnego i dojrzałego, prowadzącego hulaszczy tryb życia właściciela ledwo zipiącego baru. Już po podpisaniu podsuniętych przez córkę dokumentów Nathaniel czuje więź łączącą go z córką i dostrzega w niej podobieństwo do samego siebie. Za pomocą ojca Lux poznaje swoją matkę Cate, prezenterkę radiową, która 16 lat temu zaliczyła wpadkę z Nathanielem, a obecnie stara się ułożyć życie z kolegą z pracy, z którym prowadzi popularny program radiowy (jak się okaże – program był chwytliwy, gdy się kłócili, odgrywając dwoje samotników – jednak zmieni się to, gdy przyznają się na antenie do swoich uczuć, wyjdzie na jaw prawda o tym, że Cate ma nieślubne dziecko).
 
Świetne obrazy o ludziach, którzy niby to nic nie łączy – a właściwie połączyła chwila przyjemności w wieku 16 lat. I jakieś 16 lat później pojawia się owoc tej przyjemności – o którym jakoś nigdy nie myśleli, nie pamiętali. Na początku niechętnie, ale zaczynają w niej odkrywać siebie – podobieństwa. Uświadamiają sobie, ile Lux krzywdy doznała dlatego, że oni kiedyś nie byli dość dojrzali, aby się nią zająć – i postanawiają jej pomóc, nie będąc parą starając się jednak wspólnymi siłami zaopiekować się nią, być dla niej rodzicami. 
 
Wiele życiowych sytuacji pewnie ludziom znanych, błędów i pomyłek tak ze strony Lux, jak i jej nowych rodziców. Ale to wszystko w konwencji stale, z różnych stron i osób, pojawiającego się przesłania, że nie można się poddawać, że trzeba walczyć, starać się być lepszym. A lekko w tle – Baze i Cate, uparcie wszystkich przekonujący, że ich nic nie łączy poza tym, że są rodzicami Lux… Tylko czy naprawdę? 🙂 
 
Zachęcam do obejrzenia choćby jednego odcinka. Na stronie AXN chyba są wszystkie dotychczasowe, można nadrobić zaległości. Leci to jakoś w sobotę o 20:00, a powtórka wcześniejszego odcinka jest chyba tego samego dnia, tylko w okolicach południa. 
 
Warto przy okazji samemu sobie zadać pytanie – czy mnie samemu właśnie nie przelatuje przed nosem druga szansa, okazja – może jedyna? – na naprawienie czegoś, co do tej pory, mniej lub bardziej świadomie, robiłem źle, w czym dałem ciała
 
>>>
 
Tak właśnie. Czekamy.

Jest dużo nadziei, bo wszystko jak na razie – jednoznacznie.

Okaże się za kilka godzin.

🙂