Tag: nadzieja
Radość – niby jest, a tak naprawdę?
Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość. Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat. Także i wy teraz doznajecie smutku. Znowu jednak was zobaczę, i rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać. W owym zaś dniu o nic Mnie nie będziecie pytać. (J 16,20-23a)
Nadzieja jest w Nim
Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie. Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie oglądał. Ale wy Mnie widzicie, ponieważ Ja żyję i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was. Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie. (J 14,15-21)
Niedowiarstwo czy zapobiegliwość?
Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20, 19-31)
Zmartwychwstanie z hukiem
Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: Powstał z martwych i oto udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie. Oto, co wam powiedziałem. Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: Witajcie. One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą. (Mt 28,1-10)
Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze? Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało. Zapytał ich: Cóż takiego? Odpowiedzieli Mu: To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli. Na to On rzekł do nich: O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba. (Łk 24,13-35)
Co jest szczególnie niesamowitego w zmartwychwstaniu? To, że nikogo przy nim nie było. Dokonało się w cichości, na uboczu, z dala od zgiełku – czy to wieczernika, drogi krzyżowej, ulic Jerozolimy, placu przed pałacem Piłata, czy samej Golgoty.
To znaczy – teoretycznie nie było, bo tuż obok, przed grobem, stali strażnicy pozostawieni tam przez arcykapłana i starszyznę żydowską. Powiem szczerze, nie zazdroszczę im sytuacji, w jakiej się znaleźli – mieli jedynie dopilnować, aby nikt nie wykradł ciała, zwłok bez życia, wichrzyciela i fałszywego mesjasza, którego tam złożono. Co mieli zrobić? Jak to wyjaśnić? Nikt się nie pojawił. Nikogo tam nie było. Żadni uczniowie nie przybyli, aby – zgodnie z misternie uknutym wcześniej i dokładnie obmyślonym planem – doprowadzić do sytuacji, która by odpowiadała rzekomemu proroctwu o zmartwychwstaniu Tego człowieka. Nie, oni rozpaczali jeszcze po wydarzeniach piątku. Albo zastanawiali się – co dalej, co z sobą zrobić? A jednak. Nie wiedzą, jak zasnęli, co się stało. Gdy się obudzili – kamień odsunięty, szata złożona w jednym miejscu. Żadnego zaskoczenia – tylko że Ciała nie ma. Jak to wyjaśnić?
Te kobiety, które z samego rana poszły do grobu – czy były pełne nadziei? Bynajmniej. Szły, aby spełnić obowiązek namaszczenia ciała zmarłego. Na pewno – wspominały, jak wiele nadziei On w nich rozbudził za życia. Z pewnością zwróciły uwagę na, szczególnie w tamtych patriarchalnych czasach widoczną postawę Jezusa w stosunku do płci pięknej – nie traktował kobiet jak służek, maszynek do rodzenia dzieci, nianiek i sprzątaczek, osób gorszych, ale jak równe mężczyznom w godności. Nie raz dał temu dowód – choćby uzdrawiając tak kobiety, jak i mężczyzn (począwszy od nikogo innego, jak właśnie teściowej Piotra), czy ratując od ukamienowania jawnogrzesznicę.
Przez grobem zastaje ich kolejne zaskoczenie. Żołnierze zniknęli, wejście do grobu stoi otworem… I najgorsze. Grób jest pusty. Gdzie jest Pan? Gdzie Jego ciało? Mało miały zgryzoty i łez w tych dniach, żeby ktoś jeszcze Go wykradł, zbeszcześcił Jego ludzkie szczątki? W innym tekście inny autor przekazuje to, jakoby Maria – będąc przy grobie sama – nie rozpoznała Zmartwychwstałego, który pojawił się przed nią jako ogrodnik; a ona, nieświadoma, pytała, czy to nie On zabrał ciało. Tym dwóm kobietom podobne słowa pewnie cisnęły się na usta. Anioł nie dał im dojść do słowa – wydarzenia następując zbyt szybko po sobie. Grób – faktycznie, pusty. Tu właśnie rodzi się wielka wiara – z tego zmartwychwstania, przy którym ich nie było, ale które także dla nich wszystko odmieniło. I na tej, nowej jakby drodze, staje przed nimi sam Zmartwychwstały, aby je umocnić. Potwierdza wszystkie słowa anioła, i wysyła uczniów do Galilei.
Bynajmniej nie do Galilei zmierzali ci dwaj, do których – incognito – dołączył Jezus. Udając Greka, wypytuje, słucha, pewnie zasmucony tym, jak szybko się poddali, zwątpili. Potrzeba było całodziennej wędrówki, wyjaśniania pism, aż do tego gestu łamania chleba, po którym tamci dwaj Go poznali. Co przeważyło? Nie wiemy. Dla nich także nie było wątpliwości – skoro to był Pan, a to było pewne, to znaczy, że żyje. Czyli umarł, ale zmartwychwstał. Ich ucieczka nie miała sensu – jak bowiem porzucić pracę dla tego, który pokonał śmierć? Co może być ważniejszego, niż świadczenie o Nim, o tym, co się stało? Równie szybko, jak z Jerozolimy uciekali – decydują o powrocie tam. Zastają pozostałych, którzy – jeden z drugim – składają w pierwszą ewangelię, taką jeszcze spontaniczną, widzenia Jezusa Zmartwychwstałego, jakich poszczególne osoby doświadczyły.
Prawda o zmartwychwstaniu dociera z hukiem i zwala z nóg wszystkich, czy w nią wierzą, czy nie – i tych żołnierzy, i te kobiety, i tych uczniów uciekających do Emaus. Wystarczy spojrzeć na Piotra (Dz 10,34a.37-43) i to, co i w jakich słowach przekazuje. Ten sam, można by powiedzieć – tchórz, który niespełna 3 dni wcześniej 3 razy wyparł się Jezusa. Zmartwychwstanie nie pozwala mu żyć tak, jak dotychczas. W jasnych i konkretnych słowach daje świadectwo – bo inaczej nie może. Skoro Bóg-Człowiek, Syn Boży zwyciężył śmierć, i będąc umarłym, znów żyje, to nic nie jest takie, jak było! To, co – i jak – było wcześniej, przestało mieć znaczenie.
Możemy powiedzieć – oni mieli łatwiej. Bo im się Pan objawił, tak dosłownie, cieleśnie, z przebitymi rękami, nogami i bokiem. Oni Go rozpoznawali – bo Go znali, jeszcze kilka dni wstecz razem szli przez Palestynę, byli Jego heroldami, spożywali z Nim posiłki, słuchali Go i rozmawiali. A my? Stajemy dzisiaj, jak stanie ten niedowiarek Didymos (o nim – w niedzielę, Święto Miłosierdzia), ciągle, co roku w równym stopniu zdziwieni i niepewni – czy to na pewno On, i jeśli zmartwychwstał, to czemu między nami, tutaj, dzisiaj, Go nie widać?
Zmartwychwstanie trzeba odczarować. Żadne boskie hokus pokus. Wszystko się zmieniło, wszystko odtąd ma inną, lepszą, bardziej optymistyczną perspektywę, przepojone tą ostateczną, końcową i niezniszczalną nadzieją, że skoro On zmartwychwstał, i wszystkim wierzącym obiecał zmartwychwstanie, to tak właśnie będzie, i my również zmartwychwstaniemy! Ale żyjemy nadal tu i teraz, w tym samym miejscu, to samo mieszkanie, dom, praca, szkoła, zwykłe codzienne zajęcia. Zmienić się powinna nasza optyka na to wszystko, biorąc pod uwagę nowe perspektywy, dzięki Jezusowemu zwycięstwu.
Zmartwychwstanie dokonało się w konkretnym miejscu, czasie i okolicznościach – ale to nie one są najważniejsze. To detale. Zmartwychwstanie człowieka dokonuje się w nim, w jego sercu – moim, twoim, każdego z nas. Zmartwychwstaniemy, gdy uwierzymy, że On zmartwychwstał, gdy przestawimy swoje myślenie i logikę na myślenie po Bożemu i Bożą logikę, która uwzględnia Jezusowe zwycięstwo. To się dzieje w nas, w środku – tego nie musi być widać.
Mam nadzieję, że w niczyim wypadku świętowanie tego wspaniałego dnia nie ograniczyło się tylko do ucztowania i jedzenia. Bo ku czci czego – nawet nie kogo – miało by to być świętowanie?
On prawdziwie zmartwychwstał, i zaprasza każdego do udziału w tym zmartwychwstaniu. Pytanie tylko, czy my sami chcemy mieć w nim udział?
W Wielkim Poście się przygotowywaliśmy – właśnie do tego wszystkiego, co jest odtąd, od zmartwychwstania. W tej perspektywie tamten czas nabiera nowego sensu. Chrześcijaństwo, formalnie zawiązane przy Zesłaniu Ducha Świętego, swoją misję rozpoczyna od pustego grobu. Wracamy dzisiaj do swoich obowiązków – z Nim, tym samym, ale żyjącym na wieki – w naszych sercach. Pozwól, aby On docierał do każdego, do kogo dotrzeć pragnie.
Dramat – nie zdrajcy, ale człowieka bez nadziei
Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać. W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia? On odrzekł: Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka, i powiedzcie mu: Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu. A gdy jedli, rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi. Bardzo tym zasmuceni zaczęli pytać jeden przez drugiego: Chyba nie ja, Panie? On zaś odpowiedział: Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: Czy nie ja, Rabbi? Odpowiedział mu: Tak jest, ty. (Mt 26,14-25)
Klapki na oczach nie są usprawiedliwieniem
Jezus powiedział do faryzeuszów: Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu. Lecz Abraham odrzekł: Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać. Tamten rzekł: Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą. (Łk 16,19-31)
Zacznij post z nadzieją
Jezus powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1-6.16-18)
Jeśli post – na przykład dwa razy w tygodniu o chlebie i wodzie – miałby mi zaszkodzić i uniemożliwić normalne życie, to znaczy, że nie jest dla mnie. Mogę wtedy pościć od czegoś innego, choćby od głupiego gadania. (…) Post jest po to, aby stać się wolnym, a nie udręczonym.
Post, ten zewnętrzny, to forma (nawet ostatnio o tym pisałem). Tylko forma. Musi być jeszcze treść, żeby całość była spójna i wiarygodna. Treścią może byś samo tylko uświadomienie sobie – Panie Boże, bez Ciebie nie dam rady, pomóż, wskaż drogę, poprowadź. Czasami może się okazać, że w konkretnym przypadku człowieka samo uświadomienie sobie tego i wypowiedzenie takich słów, czyli de facto modlitwa, będzie jedynym efektem dobrze przeżytego Wielkiego Postu. To wystarczy. Czasami nie o spektakularne formy postu czy jałmużny chodzi. Wielki Post to nie czas poszczenia dla poszczenia, przymusowego dawania jałmużny. To czas, który ma nas odmienić, uczynić lepszymi, pomóc zrozumieć prawdę o sobie i uświadomić słabości, a także powalczyć z nimi.
Jedno jest bardzo ważne. W tym wszystkim nie można tracić z oczu celu, ukoronowania rozpoczynającego się Wielkiego Postu – a więc Niedzieli Zmartwychwstania z najbardziej dobitnym chyba symbolem zwycięstwa Jezusa, czyli pustym grobem. Bo Wielki Post ma być pięknym przygotowaniem do celebrowania zwycięstwa NADZIEI. Tak się złożyło, ja akurat książkę Nad przepaściami wiary – wywiad-rzekę Elżbiety Adamiak i Józefa Majewskiego z o. Wacławem Hryniewiczem OMI, wielkim zwolennikiem i propagatorem teorii powszechnego zbawienia. Niby przypadek, a wydaje się to pięknym wstępem do refleksji wielkopostnej – przeżywania tajemnicy męki, krzyża, ale zawsze mając w pamięci to, do czego doprowadziły. Do nadziei, która się nie kończy. Zacytuję zakończenie tej książki, swoiste wyznanie o. Hryniewicza:
Chciałbym być człowiekiem nadziei i umieć dzielić się nadzieją. Chciałbym być w jakimś sensie także współpracownikiem Boga nadziei. (…) W swoim życiu szukam teologii bardziej wyrozumiałej, bardziej ludzkiej, bliższej doświadczeniu ludzi. Czy jest to chodzenie nad przepaściami wiary? Osobiście nie mam takiego odczucia. Boję się teologii wpędzającej ludzi w rozpacz. Boję się teologii serwującej ludziom beznadzieję, trwogę, lęk przed Bogiem. Boję się teologii tak mówiącej o sprawach ostatecznych, że ludzie ze strachem i grozą odchodzą z tego świata, tak żegnają ziemię swojego dzieciństwa, swoich lat dojrzałych, swojej starości. Nieraz z poczuciem daremności i niespełnienia. Czy mają odchodzić bez nadziei? Boję się teologii lamentującej nad ludzkimi grzechami, zestawiającej katalogi grzechów, osądzającej ludzi, tworzącej atmosferę osądu. Boję się teologii płaczliwej, która nie ma słów pocieszenia dla ludzi. (…) Przez lata powtarzałem sobie: nie proszę o to, abym widział odległe sceny. Zostawiam je zdumieniu na później. Starczy mi ten jeden krok. One step enough for me. A jeżeli był to krok nadziei, to mogę być tylko wdzięczny Bogu, że prowadził mnie taką drogą. Jeżeli pobłądziłem, to skoryguje mnie wspólnota wierzących. Jestem w długim szeregu ludzi, którzy tę nadzieję wyznawali, głosili, pisali o niej, czasami może z drżeniem i lękiem. A jednak z wewnętrznego imperatywu sumienia. Jeżeli chodzę nad przepaściami wiary, to unoszą mnie nad nim skrzydła nadziei. Ona mówi: Bóg jest większy niż nasza wiara. Bóg jest większy niż nasza nadzieja.
Na marginesie – książka jest dla mnie swoistym objawieniem. Choć autor miał problemy z Kongregacją Nauki Wiary, niektóre myśli w niej zawarte dotarły do mnie jako coś bardzo oczywistego, a jednak sam nigdy na to nie wpadłem. Książka tchnie zdrowym optymizmem i jest po prostu rzeczowym wyjaśnianiem teorii, w której zbawienie staje się udziałem wszystkich ludzi. Nie chodzi bynajmniej o negowanie piekła czy czyśćca – co o próbę zrozumienia tego, czym one są, wbrew temu, co się przyjęło o nich mówić. Książkę bardzo serdecznie, choćby w ramach lektury postnej, każdemu polecam – bo poza wyjaśnieniem, co i jak z tym powszechnym zbawieniem chodzi, dotyka bardzo wielu ciekawych innych kwestii.
Zatem ruszamy. Wchodzimy do izdebek swoich serc, aby je ogarnąć, stawić im czoło, posprzątać i uporządkować. Może to wiele kosztować, wysiłku, zaparcia, ale warto. Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Wielki Post to wspaniały czas nowej nadziei, nowej możliwości danej przez Boga – i tylko takie przeżycie go, oczywiście w zadumie nad tajemnicami męki i śmierci Jezusa, ma sens. Tylko wtedy przez tę pustynię można dojść na drugi brzeg – do pustego grobu.
Bóg z pogranicza – powołanie dla każdego
Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: Ziemia Zabulona i ziemia Neftalegou, Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło. Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu. (Mt 4,12-23)
Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy jak w dniu porażki Madianitów. (Iz 9, 1-3)
Pozwólmy się Bogu poznać i doświadczyć!
ku Niemu sny i marzenia płyną
Już jutro, jak co roku, w gronie najbliższych, tych których kochamy, będziemy łamać się opłatkiem, składać sobie życzenia, z nadzieją, ufnością i optymizmem patrząc w przyszłość, w to wszystko co czeka nas i w te święta, i w nowym 2011 roku.
Może dla niektórych te święta to przykry obowiązek albo wręcz męcząca monotonia. Właśnie im – ale i każdemu z nas, sobie samemu również – życzymy dobrego i owocnego przeżycia tego czasu. Żeby to nie był kolejny długi weekend (w tym roku i tak dość krótki) w całości zmarnowany na (choć raz w roku usprawiedliwione) obżarstwo, symbiozę z telewizorem czy komputerem, czy coś równie bezproduktywnego. Żeby to nie były święta spędzone tak, jak na – smutnym, ale prawdziwym – obrazku z poprzedniej notki, jak to dla wielu wyglądał Adwent, czas rzekomo przygotowania na te święta.
Bóg przychodzi do każdego z nas, czy nam się to podoba, czy nie; czy w Niego wierzymy, czy nie. Tylko od nas zależy, co z tym zrobimy. Możemy skończyć na zrobieniu z własnego domu po prostu szopki, poprzez przesadne przygotowania zewnętrzne, stworzenie czegoś bliżej nieokreślonego nazywanego klimatem świąt – jednocześnie będąc zupełnie nieprzygotowanym wewnętrznie (wersja pt. opakowanie ładne, a w środku pusto; piękna forma, zero treści). A możemy przygotować w domu to, co konieczne (z umiarem), nie zapominając i przygotowując z równym wysiłkiem siebie samych – swoje serca, to co najważniejsze; wtedy unikniemy właśnie robienia z siebie szopki, a sama szopka – ta betlejemska – będzie tylko naprawdę radosnym celem, do którego w tych dniach fizycznie, do kościołów, i duchowo, w sercu, będziemy zmierzać; nie dlatego, że trzeba, wypada – ale dlatego, że chcemy.
Im bardziej poznajemy i doświadczamy siebie samych, tym bardziej mamy szansę poznać i doświadczyć Boga. On przychodzi do nas w tych dniach w najbardziej prostej, ufnej a zarazem bezbronnej postaci – małego dziecka, które nie wie, co to zło, które potrafi tylko z uśmiechem wyciągać ręce do człowieka. Tak, zaufanie Mu nie oznacza rozwiązania z dnia na dzień wszystkich problemów – ale On sam daje każdemu z nas nadzieję, z której płynie siła i inspiracja do stawiania czoła temu, co trudne, bolesne i czasami bardzo ciężkie. Bóg jest zawsze z nami, nikogo z nas na krok nie odstępuje – i to czasami my sami po prostu w Niego nie wierzymy albo nie chcemy Go zauważyć. Bo zamiast zaufać, współdziałać z Nim, rozmawiać a czasami i kłócić – wolimy po prostu wszystkie sukcesy przypisać sobie, a na Niego zwalić winę za całe zło wokół nas.
Pozwólmy się Bogu poznać i chciejmy poznać także Jego. Żeby nasza wiara i modlitwa nie była pustym recytowaniem czy oddawaniem czci obrazkom, posążkom czy innym podobiznom – ale jedynemu prawdziwemu Bogu, którego Syn przychodzi na świat, i chce wejść w życie każdego z nas, aby uczynić je i nas samych lepszymi, szczęśliwymi, spełnionymi i pełnymi nadziei. On zna nasze myśli, pragnienia i porywy serc – wystarczy tylko nie zamykać tego przed Nim, nie chcieć za wszelką cenę być panem samego siebie, a zaufać Mu i zapragnąć, aby On nas poprowadził, wskazał drogę.
Życzymy Wam świąt naprawdę autentycznej radości, która promieniować będzie nie tylko przez te kilka dni, ale na cały nadchodzący rok. Życzymy Bożego błogosławieństwa i Jego opieki dla Was i dla Waszych najbliższych, tych których kochacie, rodzin, dzieci. Życzymy prawdziwego pokoju serca, który nie tylko zagości na chwilę, ale stanie się trwałym fundamentem. Otwórzcie się przed Nim, nie bójcie i nie wstydźcie się pokazać mu samych siebie – z tym, co dobre i piękne, ale i ze wszystkim, co wymaga zmiany, boli, stanowi problem. On nas kocha nie jako wyidealizowane obrazki – ale takich, jacy jesteśmy naprawdę: prości, niekonsekwentni i słabi, z bagażem różnych doświadczeń.
Żeby Bóg, który do nas przychodzi w wigilijną noc, nie tylko narodził się gdzieś tam, obok, w stajence, w bliżej nieokreślonym miejscu – ale w naszym, Waszym sercu. I żeby świadomość Jego narodzenia, Jego miłości do nas coś w nas zmieniła. Choć trochę.
Dziś wszystkim z nas Bóg narodzi się.