Święto Ubogich – mały krok miłosierdzia

W minioną sobotę, 25 czerwca 2016 r., był niewątpliwie wyjątkowy dzień – nie tylko dlatego, że np. w Towarzystwie Jezusowym tego dnia, równolegle, i w Warszawie i w Krakowie święcono nowych diakonów i kapłanów (w tym jednego mnie znanego) – ale ze względu na piękną uroczystość, jaka miała miejsce w Świątyni Opatrzności Bożej w stolicy. Mam na myśli Święto Ubogich.

Czytaj dalej →

Niech nas prowadzi światło Zmartwychwstania!

Bóg nas zadziwia w swoim Synu, bo znowu czyni coś po ludzku niezrozumiałego. Zamiast uciec z krzyża, zdezerterować, Jezus trwa tam do końca i umiera za każdego z nas. 
Życzę Ci i Twoim bliskim, aby każdy z nas potrafił tak samo iść przez życie – nie byle jak, w układach, w zakłamaniu, idąc na łatwiznę i odgrywając jakąś rolę, ale mając swój kręgosłup, swoje poglądy, swoją wiarę i najważniejsze dla siebie wartości. 
Oby te święta były piękne, pełne pokoju napełniającego serca, a każdy gest, uczynek, słowo czy myśl stanowiły wyraz radości z tego, że On zmartwychwstał i żyje. 
Niech nas prowadzi światło Zmartwychwstania! 

Okołokanonizacyjnie

W sumie z napisaniem kilku swoich myśli na ten temat zbierałem się dni już kilka, a wychodzi, że piszę je po fakcie. W Watykanie lało – akurat nie w czasie Mszy – papież odczytał formułę kanonizacyjną, mamy dwóch kolejnych świętych. Niewątpliwie precedens w tym sensie, że dwóch żyjących papieży (emeryt też koncelebrował) kanonizowało dwóch swoich poprzedników, nie mówiąc już o tym, że drugi z nich odszedł niespełna 10 lat temu. 
17.02.2004 – prawie równo 10 lat temu. Spontaniczny wyjazd, nikt nie spodziewał się, że uda się spotkać z papieżem. W moim wypadku wyjazd, który zmienił bardzo wiele. Szaleńczy powrót do Rzymu z Pompejów, gdzie akurat zwiedzaliśmy w najlepsze, na wiadomość od o. Konrada Hejmo OP, że papież przyjmie nas następnego dnia. Wszyscy wiedzieli, że jest zmęczony, że ma bardzo wiele na głowie, a już na pewno turystów, chcących zrobić sobie (przepraszam za porównanie) zdjęcie jak z misiem na zakopiańskich Krupówkach. A jednak – udało się. Dla każdego miał ok. minutę czasu. Nie żadne grupowe zdjęcie – każdy podchodził indywidualnie, ksiądz z grupy mówił kilka słów o osobie, papież czasami coś powiedział. Niesamowicie przenikliwe oczy – tyle zapamiętałem. To, co usłyszałem, zachowam dla siebie. Wielki człowiek, mimo że przygnieciony już wiekiem i chorobą. Patrzył jak jeden z tych niewielu ludzi, którym Bóg daje widzieć wszystko, od A do Z, w drugim człowieku – jak ten, który wie i rozumie. 
Zgadzam się z obiekcjami Szymona Hołowni, że co najmniej paradoksalne jest – co miało miejsce tu i ówdzie – gdy księża odwoływali niedzielne Msze Święte, żeby ludzie mogli spokojnie obejrzeć transmisję z kanonizacji w fotelu przed swoją plazmą. Dla mnie sprawa jest bardziej niż prosta – czy tego Jan Paweł II by chciał? Człowiek, który Eucharystię odprawiał codziennie, dla którego była ona centrum, źródłem siły i spotkaniem z Tym, któremu całym życiem służył. Myślę, że o wiele bardziej niż tego pragnął by, aby każdy, kto ten czas spędził przed telewizorem, poszedł właśnie na jakąkolwiek Mszę Świętą i spróbował pogadać z Bogiem – czasami po baardzo wielu latach. Nie po to papież wołał przez przeszło ćwierć wieku, aby otwierać drzwi Chrystusowi – żeby wygodny Polaczek siedział, i owszem, i otwierał Bogu serce w wygodnym fotelu przed telewizorem. Skoro świętujemy – to razem, jako wspólnota, którą mamy być. Czy jest lepsze miejsce, niż Msza Święta? Podziękowanie, za to, że on był, jaki był, i ile zrobił dla Kościoła. Chyba jednak jest – bo u mnie w tym czasie (msza o 10:30) były puste ławki. Czyli ciągle łatwiej jest pozachwycać się w domu, uronić łzy w chusteczkę niż ruszyć i dać coś z siebie. 
Tymczasem dzisiaj jest niedziela, druga w okresie wielkanocnym, która nadal w obrazku z Tomaszem, zwanym niewiernym, kontynuuje temat ludzi Jezusowi najbliższych po ludzku i tego, co się z nimi działo tuż po zmartwychwstaniu. Więc kwestia najważniejsza dla katolika. A my – co? Szał kanonizacyjny ciągnął się chyba z dobry tydzień, szczególnie w telewizji – a gdzie w tym Jezus i zmartwychwstanie, największa prawda i sens chrześcijaństwa? Gdyby nie te wydarzenia z tamtych czasów, obydwu dzisiaj kanonizowanych papieży można by i żywcem ozłocić, a nikomu (im również) nic by to nie dało, bo każdego z nas by szlag trafił tuż po śmierci, kiedy by ona nie nastąpiła. 
Poza tym – sam Jan Paweł II pokazywał bardzo dobitnie, czego my z przysłowiowym uporem maniaka staraliśmy się nie zauważać – kogo głosi. Nie siebie. Znowu – otwórzcie drzwi Chrystusowi – czy to jest mało czytelne? Nie postawił przed nosem Matki Bożej (tak, czcił ją) czy świętych – mówił wyraźnie. Tam patrz! Te proste słowa o otwieraniu drzwi Bogu to dobry początek. Żyjemy w pokoleniu wtórnego analfabetyzmu – ludzie podobno nic nie czytają, a nie da się ukryć, że teksty papieża z Polski do najprostszych nie należą (nic dziwnego – filozof w końcu). Można więc zacząć nie od studiowania, od deski do deski, a od wyszukiwania perełek, myśli. Choćby sięgając po jedną z wielu książek-wyborów myśli naszego nowego świętego, w stylu „myśli na każdy dzień”. Ktoś już to nawet wybrał i zredagował – wystarczy poczytać. 
A jak już nawet o to za ciężko – to choćby zastanowić się nieco nad osobami obydwu papieży. Pięknie to napisał wspomniany Hołownia: dwoje ludzi, po których twarzach widać, że nie tylko oni sami ukochali, ale wszystko dzięki temu, że najpierw zostali ukochani, i po nich to widać. Ludzie, którzy zawierzyli do końca Bogu, który ich tak ukochał – „nie lękajcie się”, „totus tuus”, akcentowanie kultu Miłosierdzia Boga – to przecież nic innego jak wymowne wskazywanie: ja sam nic nie mogę, ale z Nim mogę wszystko. Pięknie papież Jan miał się modlić wieczorem: „Panie Boże, świat jest twój, a ja idę spać” – to dopiero zawierzenie! Człowiek jako ten, którzy co najwyższej może zaufać Bogu – i tylko ten Bóg zrobi wszystko. Święci, bo wiedzieli i rozumieli Boże ukochanie. 
Oni nie byli ideałami i aniołami. Świętość to nie nieskazitelność, jak podkreślał Wojciech Bonowicz. Świętość jest interesująca, kiedy jest walką, zmaganiem ze sobą, ze słabościami. Bez tego jest jakby karykaturą człowieka, którego niby się podziwia. Świętość jako pojęcie abstrakcyjne nie jest nic warta – wartości nabiera dopiero wtedy, kiedy obserwujemy, jak dana osoba ją realizuje, osiąga, ze swoim charakterem, temperamentem, w danych czasach i okolicznościach. Jedni szli w kierunku skrajnego ubóstwa, inni świętość osiągali intelektualnie, jeszcze inni najprostszymi czynnościami życia codziennego – jak mówił papież Jan XXIII, także przysłowiową miotłą. Ona jest w zasięgu każdego z nas, jako radykalizm, na który musimy się zdobyć. Święty jako świadek tego, co przekracza ludzkie siły, a równocześnie w myśl Bożego zaproszenia zostaje nam dane w zasięgu ręki, o ile się postaramy. 
Dzisiaj kanonizacja, i jakoś tak dziwnie się czuję. Wszyscy się zachwycają, odmieniając przez wszystkie przypadki „dziedzictwo pontyfikatu” czy „świętość” – jak on sam mówił: klaskają, zamiast posłuchać, o czym mówił, zastanowić się i wyciągnąć wnioski z tej spuścizny, konkretnie, w stosunku do siebie. Jeśli jakiekolwiek świętowanie tej kanonizacji ma sens – to właśnie takie. Bezrefleksyjne „ochy” i „achy”, zroszone łzami tak zwanego wzruszenia, to strata czasu – jeśli przeżywanie świętości Jana Pawła II na tym się kończy i nie prowadzi nigdzie głębiej. 
Nic dziwnego, że wielu ludzi – także młodych – nie rozumie, o co chodzi, odczuwa jakby przesyt obecnością Jana Pawła II: wszędzie pomnik, ulica, nazwa szkoły, od kilku lat też parafie i kościoły. To, czy dziedzictwo naszego papieża coś da, czy przyniesie owoce – zależy tylko od nas i nie od ilości edycji jego dzieł z okazji kolejnych rocznic (a te można mnożyć…), a tego, czy do tych słów i myśli ktokolwiek zajrzy i czy wyciągnie z nich wnioski. Wtedy Jan Paweł II będzie żył – w Polsce, na świecie – nadal jako święty. 
Jesteśmy już po tej kanonizacji. Powrót do rzeczywistości – jutro znowu praca, nauka, zajęcia codzienne, gonitwa. Święci, w tym dwoje kanonizowanych dzisiaj papieży, to nie lukrowe aniołki z aureolkami i rzewnie wzniesionymi do góry oczami – ale ludzie z krwi i kości, którzy żyli w czasach nam bardzo bliskich i zostawili po sobie konkretny przykład. Skoro świętujemy ich tryumf w niebie – to zobowiązuje. Albo bierzemy do serca to, o czym mówili, o czym całym życiem świadczyli – albo szkoda czasu na obłudę, bo Boga i tak nie oszukamy. 

Radosne świętowanie

(refleksja nagrana na komórce, gdy wychodziłem kilka dni temu z cmentarza)
Najlepszym punktem wyjścia, początkiem świętowania dnia jutrzejszego – uroczystości Wszystkich Świętych – jest uświadomienie sobie, kogo świętujemy, kogo wspominamy. 
Nie zmarłych. Żadne święto zmarłych! 1 listopada wspomina się i świętuje (masło maślane) wszystkich świętych. Czyli tych, którzy we współpracy z Bogiem przeżyli swoje życie. Tych, których życie po ludzku się skończyło, a jednak, które ma swój ciąg dalszy. Swoją lepszą część, która trwa nadal. I nigdy się nie skończy. Jak takie punkty na osi czasu, dążącej ku nieskończoności. Mają swój punkt powstania, moment narodzin, ale się nie kończą. 
Życie trwa dalej. Zmienia się, ale się nie kończy, jak mówi jedna z prefacji na msze za zmarłych. Nie wiemy, jak to jest, nie wiemy, jak to wygląda. I pewnie się dowiemy. Kościół pozostawia to jako tajemnicę. Tajemnicę świętych obcowania. Świętych, którzy duchowo są tutaj z nami, ale tak naprawdę są już tam, z Bogiem. Zakorzenieni w Bogu w taki sposób, że nic nie jest już w stanie ich od Niego rozdzielić. Nie tak jak my, którzy mamy swoje problemy, grzechy, brudy, upadki – ale w Bogu tak naprawdę, na maxa, do końca. 
I choć ten dzień dla wielu, siłą rzeczy, jest trudny, bo wspominamy – niektórzy pradziadków, niektórzy dziadków, ale wielu z nas też rodziców, rodzeństwo, ciotki, wujów, niektórzy przeżywają dramat tego, że kiedyś pochowali i w tych dniach stają nad grobem czy to współmałżonka, czy nawet dziecka. Ale to jest piękny czas. Bo głęboko wierzymy, że nie tyle pamiętamy o nich jako tych, którzy wiernie żyli i zmarli – ale jako tych cichych i często anonimowych świętych z naszych podwórek, z naszych rodzin i środowisk. Anonimowych świętych, ale przez to w żaden sposób mniej świętych. Świętych – więc dlatego wspominamy ich już jutro. Sam nie wiem, dlaczego, ale ja zawsze, kiedy wchodzę na cmentarz, nie czuję strachu, tylko ogarnia mnie taki niesamowity spokój. Spokój, jakby ci wszyscy, których doczesne szczątki kiedyś zostały tam złożone, byli takim niemym, ale bardzo mocnym potwierdzeniem. To wszystko ma sens. To wszystko, w co wierzysz, to prawda, a my jesteśmy tego najlepszym dowodem.
Bywa, że łza się w oku zakręci, za tą czy tamtą osobą, na wspomnienie wspólnych chwil, ale to przecież normalne. Tym większe przed nami zadanie. Uwierzyć w to obcowanie świętych. Uwierzyć i świętować to, tak naprawdę. Niech tern jutrzejszy dzień, ani Dzień Zaduszny, nie będą smutnym rozpamiętywaniem tych, którzy kiedyś byli, a teraz już odeszli – ale radosnym wspomnieniem tego, co było w nich dobre, radosne i piękne, za co ich kochaliśmy, za co nam ich tak bardzo brakuje. I też takim radosnym oczekiwaniem. Na spotkanie w wieczności. My ze sobą, my między sobą, my z nimi – ale przede wszystkim: my z Bogiem. Wtedy już święci tak, jak On tego pragnie.

Pycha światowa i wytężanie serca

Kiedy Jezus umył uczniom nogi, powiedział im: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Sługa nie jest większy od swego pana ani wysłannik od tego, który go posłał. Wiedząc to będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować. Nie mówię o was wszystkich. Ja wiem, których wybrałem; lecz potrzeba, aby się wypełniło Pismo: Kto ze Mną spożywa chleb, ten podniósł na Mnie swoją piętę. Już teraz, zanim się to stanie, mówię wam, abyście, gdy się stanie, uwierzyli, że Ja jestem. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto przyjmuje tego, którego Ja poślę, Mnie przyjmuje. A kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. (J 13,16-20)
Jezus na początku tych słów przypomina uczniom o czymś, o czym – i oni wtedy, i my dzisiaj – bardzo często zapominamy. Można być dobrym człowiekiem, wierzącym, praktykującym, a mimo wszystko – grzeszyć pychą. Przed tym Jezus wystrzega. Chwilę wcześniej, przed obmyciem nóg, mówił o pokorze – obmywając On, Mesjasz, im nogi, i przykazując aby tak samo oni postępowali (udało się, jest taki obrzęd w liturgii Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek). Na zakończenie tamtych słów mówi: Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. Teraz, przestrzegając przed pychą, używa jakby innego argumentu – nie na zasadzie jak Ja wam, tak i wy – ale składa swego rodzaju obietnicę – obiecuje błogosławieństwo, a więc szczęście tym, którzy te Jego słowa zachowają. 

Szkoda, że nie wszystko zrozumieli. Mimo tego wprost powiedzianego teraz, zanim się to stanie, mówię wam, abyście, gdy się stanie, uwierzyli, że Ja jestem. Niestety, nic to nie dało. Tego, co kryło się w sercu i umyśle Judasza wiedzieć nie mogli, to przecież zakamarki tylko Bogu znane. Mogli się czegoś domyśleć, przy założeniu że faktycznie był on złodziejem (czego taki pewien nie jestem). Jezus ich wprost ostrzegł – tak to właśnie będzie. Wiedział, że na fali uwielbienia i zachwytu nad cudami ludzie na rękach Go będą nosili. Ale rozumiał, że wszystko wypełni się zgoła zupełnie inaczej, wręcz dramatycznie. Ta Jego popularność jako proroka, uzdrowiciela – to było takie złowieszczo spokojne preludium do, po ludzku, spektakularnej klęski; z której jednak Bóg wyprowadza największą łaskę, największy dar dla człowieka – zbawienie. 
I jeszcze o tym przyjmowaniu, na które Jezus zwraca uwagę na końcu. Wiesz, co jest naszym (ludzi) strasznym problemem? Jesteśmy mało konsekwentni, a jednocześnie strasznie kreatywni nie w tym, co trzeba, a mianowicie w dobieraniu słów i faktów w zależności od tego, co nam jest potrzebne, co pasuje do naszej aktualnej sytuacji albo uzasadnienia takiej czy innej, mniej lub bardziej pokrętnej/słusznej teorii. I mimo że komuś się może wydawać, że tak sobie ze skarbca Bożego Słowa wybierać może – a, dzisiaj to, jutro tamto, a jeszcze czegoś innego to w ogóle nie, bo mi nie pasuje… – oznacza tylko tyle, że mu się wydaje. Nic więcej. Bóg pewnie nie zamieni go za to w kamień, nie przeklnie do piątego pokolenia i nie ukarze niczym na wzór plagi egipskiej. 
Tamci, chodzący za Jezusem, mieli trudniej, wbrew pozorom. Mieli Jego samego, na wyciągnięcie ręki – i mnóstwo rozterek: kim jest ten Człowiek? My mamy pamiątki Jego bytności na ziemi, Eucharystię, i kompletny zbiór tego, co jest potrzebne – Pismo Święte, spisane od A do Z, jak to z tym Jezusem było. Wszystko jest spójne, wszystko do siebie pasuje, wszystko się zazębia – o ile się nad tym przysiądzie, wykaże dobrą wolę, i poza wytężeniem oczu, wytęży także serce. Wtedy usłyszysz, że Bóg mówi także do ciebie, dokładnie ciebie, i to nie na zasadzie jak do wszystkich, to do niego też, ale bezpośrednio, bo jesteś Mu wyjątkowy, tak jak każdy inny. Kocha nas tak samo, choć różni jesteśmy. Prawdziwa wiara to przyjęcie tego wszystkiego, co Jezus nauczał. Nie chodzi o absolutny brak wątpliwości i bezmyślność – nie, pytania trzeba zadawać i szukać odpowiedzi. Ale w tym szukaniu wiedzieć, że Bóg wiedział lepiej, i nie bez powodu postawił sprawy tak, a nie inaczej. Wybór jest twój. Kościół to nie supermarket, gdzie korzystasz z promocji, omijając to, co niepotrzebne, drogie – prawdziwa wiara to przyjęcie sercem wszystkiego, co Bóg do wierzenia pozostawił. Ten Bóg, który w Jezusie przyszedł także do ciebie, i umarł dla zbawienia każdego z nas. Najważniejsze – nie na śmierci skończyła się Jego historia, przede wszystkim – zmartwychwstał. To jest dopiero apogeum.  
Trwamy cały czas w radości zmartwychwstania – tak, ciągle jeszcze okres świętowania go, choć, jak to fajnie zostało opisane w jednym z ostatnich GN, u nas w Polsce to jest takie huczne-ludyczne umartwianie się, zainteresowanie nabożeństwami pasyjnymi, uczestnictwo w liturgii Triduum… i co? I nic. Po Niedzieli Zmartwychwstania, niby z tym Alleluja na ustach rozchodzimy się do swoich spraw, wracamy do szkoły, pracy; zaczynają się I komunie, bierzmowania… A świętowanie tej radości? Jakoś ucieka. Może dlatego teraz właśnie, już po zmartwychwstaniu, Kościół – tak jak sam Jezus uczniom zmierzającym do Emaus – wyjaśnia, pokazuje palcem, jak krowie na rowie, że to nie był żaden Boży spontan, ale rzeczy i wydarzenia zapowiedziane przez Boga? 
Pytanie, kiedy do nas to dotrze. I poza zachwytem, od czasu do czasu, nad doskonałością Bożego planu, przedstawioną na kartach Biblii, zaczniemy tego Boga zauważać wokół siebie, w swoim życiu, w odniesieniu do siebie.