Boże zaproszenie pogromcy demonów

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej. (Mk 1,21-28)
Nic dziwnego, że Jezus zwracał na siebie uwagę. Nic dziwnego, że takie właśnie – a nie inne – skojarzenie przyszło do głowy Markowi. Zresztą słusznie. Uczeni w Piśmie umieli się wykazać co najwyżej jako interpretatorzy prawa Starego Przymierza, zresztą nie zawsze w słusznym duchu i we właściwym rozumieniu. Jezus Chrystus, Syn Boży, a zarazem osobowy Bóg był Tym, który to prawo ustanowił, kto więc lepiej mógłby wiedzieć, o co, o jakiego ducha w tym Prawie chodzi? 
To On miał władzę, tę prawdziwą – a nie uzurpowaną, jak faryzeusze, którzy na odpowiednich interpretacjach Prawa budowali jedynie swoje autorytety i pozycje. I może właśnie przede wszystkim w tym ta Jezusowa władza się objawiała, że Jego tłumaczenie, Jego nauczanie po prostu było spójne z tym, co w ludzkich sercach miało znaczyć, jakie ramy miało wyznaczać Boże prawo. Tak, właśnie w ludzkim rozumieniu, tym autentycznym. Kochaj bliźniego jak siebie samego – a nie ząb za ząb. Podziel się z potrzebującym. Bądź miłosierny. Nic dziwnego, że takiego nauczania ludzie chcieli słuchać, garnęli i lgnęli do Niego. 
Swoją wielkość i możliwości (żaden pokaz, uleczenie chorego na duszy) Jezus miał dopiero objawić. Nic dziwnego, że wszelkiej maści pomioty Złego po prostu bały się Go jak ognia i od razu panikowały, gdy Jezus się zbliżał. Tak było także z duchem, który opętał jednego z obecnych wtedy w synagodze, gdy Jezus nauczał. Paradoksalnie, duchy nieczyste dawały tym samym piękne świadectwo o Nazarejczyku. Bo kim może być Człowiek, którego boją się demony? Oczywiście, faryzeusze dopasowali ładnie i składnie – jak to, ich władcą. Czy kogokolwiek to przekonało? Nie bardzo. 
Tak, ten Święty Boży przybył, aby wygubić demony. Nie było to Jego nadrzędnym celem – przyszedł na świat, aby zbawić ludzi. Ale jedno wiązało się z drugim. Wszędzie, gdzie na Jego drodze stanęło zło, widzialne czy ukryte, wysyłał je tam, skąd przychodziło, uwalniając serca zniewolonych. Egzorcyzmował tych biedaków, błogosławiąc ich – czasami bez słów – w imieniu Boga. A demony? Nie mogły Mu okazać nieposłuszeństwa, nie mogły Go opętać jak człowieka – którym był, ale przecież nie tylko. Musiały Go słuchać. 
Dobre pytanie – czy to była nowa nauka? W pewnym sensie, tak. Jeśli przyjąć, że interpretacje przykazań oficjalnie miały charakter i ducha takiego myślenia, jakie prezentowali faryzeusze, to fakt – to, czego nauczał Jezus, było przełomowe. Tylko że wszystko przez błędy ludzkie. Jezus tylko powtarzał i precyzował to, co Bóg objawił już człowiekowi w dotychczasowej historii Narodu Wybranego. Wyjaśniał, nauczał – i przede wszystkim tłumaczył, że dla tego, czego naucza i zaprasza nie ma granic ani barier: wyznania, płci, stanu, wykształcenia, klasy, narodowości. Boże zaproszenie, które światu przyniósł Jezus, było, jest i będzie dla każdego, bez wyjątku. Dla każdego, kto go zapragnie.

Rybacy ludzi na polu i za biurkiem

Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim. (Mk 1,14-20)
Tak naprawdę nic się nie zmieniło. Czy to Jan, czy Jezus, czy Andrzej. Robili dokładnie to samo – głosili Ewangelię Bożą, wypełniali tym samym Bożą misję. Nie miało znaczenia, że pierwszy i ostatni byli zwykłymi ludźmi, a drugi – człowiekiem, ale w równej mierze także Bogiem. Wszystkich troje też spotkał ten sam koniec – męczeńska śmierć. Czym zawinili? Byli zbrodniarzami, złodziejami, oprychami? Nie (oprycha wypuszczono przy procesie Jezusa – Barabasza). Byli konsekwentni i za nic nie chcieli wyrzec się tego, w co uwierzyli, co głosili i o czym własnym życiem świadczyli. 
To zabrzmi nieco jak masło maślane – ale czas cały czas wypełnia się w nas. Mój czas to moje życie, moje okazje, moje decyzje, moje wybory, i ich konsekwencje. I tak jak tamtych troje, moje wybory prowadzą także w konkretne miejsce, niekoniecznie do męczeństwa. Człowiek się boi tego, co Bóg proponuje, a jednak cały czas pozostaje to niesamowite odczucie i świadomość, że Jego zaproszenie jest jedyne w swoim rodzaju, wyjątkowe, że warto zaryzykować. Tak naprawdę, Jezus – powołując Piotra i Andrzeja – jakby tylko nieco ich „przebrażnowił”. Dalej łowili – ale kogo… Nie miało znaczenia to, że byli ludźmi prostymi, niewykształconymi, rzemieślnikami a nie myślicielami. Ich serca autentyczne poruszyło zaproszenie Jezusa, dlatego zostawili wszystko, jak stali, i za Nim poszli. 
Dzisiaj to nie jest do końca tak samo. Owszem, do dosłownego porzucenia wszystkiego wzywa Bóg tych wybranych do kapłaństwa instytucjonalnego, albo do życia zakonnego. Pozostali, nazywanie zwykle świeckimi, a precyzyjniej – wezwani do kapłaństwa powszechnego – mają na Boży głos odpowiadać tam, gdzie są, w tym miejscu gdzie ich życie doprowadziło, a Bóg postawił. Jako nauczyciel, rzemieślnik, handlowiec, dyrektor, kierowca, czy nawet – rybak. Jako ojciec, matka, mąż, żona, brat, siostra; albo babcia czy dziadek. Nasze powołanie to nie jest jakaś enigmatyczna niewiadoma, ciągle gdzieś na horyzoncie. Powołanie to nic innego jak zrozumienie swoich pragnień i skonfrontowanie ich z wolą Bożą, którą najpierw trzeba chcieć usłyszeć. I tyle, nic więcej. Aha, jeszcze jedno – rezultat. Człowiek, który dobrze rozeznał swoje powołanie, jest po prostu szczęśliwy, gdzie i w jakich okolicznościach by nie był. 
Trwa Tydzień Modlitwy o Jedność Chrześcijan. Inicjatywa nie tak znowu stara, bardzo chwalebna; tak naprawdę, która powinna sięgać korzeniami pierwszych dużych rozłamów w Kościele, więc i 1000 lat wstecz. Cieszy, gdy zaglądam na diecezjalną witrynę www – z braku czasu nie mogę sam wziąć w tym udziału – i widzę kolejne galerie zdjęć ze wspólnych spotkań modlitewnych: a to u nas, katolików, a to u poszczególnych wspólnot protestanckich, a to u braci prawosławnych (pasuje tu niedzielny Andrzej Apostoł – jeden z najbardziej u nich czczonych). Ekumenizm kwitnie i musi się rozwijać, bo chrześcijanie mogą być wiarygodnym głosem w świecie tylko, gdy – mając na uwadze to, co dzieli – skupiają swoje wysiłki na poszukiwaniu wspólnego mianownika, tego co łączy a nie dzieli. 
A jednocześnie – spora przykrość. Ciągle powracają w mediach (katolickich, niestety reszta głupoty pisze) kolejne informacje nt. dialogu Kościoła z lefebrystami. A właściwie chyba bardziej by tu pasowało sformułowanie – monologu, czy wręcz walenia głową o ścianę. Benedykt XVI wykazał chyba już maksimum dobrej woli, ale to za mało. Żadnych konkretów, permanentna opozycja, kolejne warunki i żądania. A gdzie dobra wola? Kościół mało już zrobił? Oni – nic. Problem jest o tyle dla mnie smutny, bo lefebryści uwili sobie gniazdko akurat na terenie mojej obecnej rodzinnej parafii (oczywiście, „przypadkiem” nadając swojemu kościołowi ten sam tytuł, jaki nosi nasz kościół parafialny). W przyszłym roku będzie 25 lat od rozłamu, tych nieszczęsnych święceń biskupich. Co z tego, że papież – w dobrej woli, ale chyba niestety nieco naiwności – cofnął ekskomunikę. Jedności nie ma i jest do niej daleko. 
I kolejny przykład, tym razem z polskiego podwórka, czyli ks. Piotr Natanek. Żaden wizjoner, żaden natchniony kaznodzieja. Przykro to powiedzieć – oszołom. Człowiek, który się w tym wszystkim pogubił i stawia swój autorytet ponad autorytetem Kościoła, swoje zdanie ponad ślubowanym biskupowi posłuszeństwem. I w ten sposób dzieli nasz nieszczęsny Kościół w Polsce. Suspendowanie ma w nosie, zaszył się w swojej pustelni i siedzi tam sobie. Niedawne oświadczenie Rady Stałej KEP to nic innego, jak bardzo wymowny dowód – nie ma pomysłu, co z nim zrobić, jak ów problem jego i jego zwolenników rozwiązać. 
Ale to wszystko jest bez znaczenia. Nie takie „akcje” i nie tego typu, na o wiele większą skalę, problemy i podziały Kościół wytrzymywał. Te także wytrzyma. Może jednak uda się je zażegnać, albo przynajmniej zmniejszyć skalę działania tych, którzy dzielą. Do tego trzeba ufnej modlitwy – nie tylko w tych dniach, ale w ogóle.

Masakra

Niesympatyczny szef, wymyślający praktycznie (z uwagi na dostępne środki) awykonalne zadania, dodatkowo z oderwanymi od rzeczywistości terminami wykonania… Codzienne marudzenie i wypominanie „ale dostałeś to w poniedziałek”. I co z tego? Siedzę nad tym od poniedziałku rana, ostatnio po 12 h dziennie. Za nadgodziny pies z kulawą nogą mi nie zapłaci, słowa podziękowania też nie dostanę. Dodatkowo, piętrzenie idiotycznych pytań. 
To właśnie moja rzeczywistość tego tygodnia, i powód dla którego nie piszę nic, bo nie mam czasu, a jak wyląduję w domu, to nie mam siły. A od wczoraj realnie myślę o szukaniu normalniejszej pracy, w której oczekiwania będą przekładały się na wynagrodzenie.
 
Dlatego bardzo proszę o wsparcie.

On na pewno tego chce

Trędowaty przyszedł do Jezusa i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego. (Mk 1,40-45)
To pytanie na początku brzmi naprawdę jakoś… w sposób nierzeczywisty. Jeśli chcesz. Pytający, a właściwie proszący, pomimo tego wszystkiego, co o Jezusie słyszał (musiał słyszeć – inaczej by do Niego nie przyszedł i nie prosił), dopuszczał wątpliwość do siebie – stąd to „jeśli”. W co wątpił? Czy Ten, którego prosił, jest w stanie mu pomóc? Czy może w to, czy Ten, którego prosił, będzie chciał mu pomóc?
Miał wiele szczęścia i niepotrzebne wątpliwości. Jezus i mógł, i chciał zaradzić cierpieniu zarówno jego, jak i każdego innego człowieka. Widział desperację trędowatego, widział niemą prośbę w jego oczach, w jego udręczonym ciele, trawionym przez tę okropną i dramatyczną chorobę. Co więcej, swojemu miłosierdziu dał szczególny wyraz. Musiał dotknąć go? Na pewno nie, mógł tylko wypowiedzieć swoje żądanie lub nawet je pomyśleć. Jednak nie – chciał pokazać, że ten człowiek nie jest w żaden sposób przez swoją chorobę i kalectwo gorszy, mniej zasługujący na litość i ulgę. 
Kolejny cud. Nie na zasadzie wyliczania „o, znowu…”. Kolejny powód do radości, kolejne życie któremu na nowo nadano sens, kolejny człowiek uwolniony od krzyża który na pewno przesłaniał większość jego egzystencji, a na pewno spychał na margines, poza społeczeństwo. Bóg-człowiek czyni cud, po czym… prosi o dyskrecję. Nie zależy Mu na tłumie wielbicieli, na pustym poklasku i sławie. Cieszy się w duchu z tego, że mógł tamtemu pomóc. Co ciekawe, każe też zadośćuczynić prawu żydowskiemu co do ofiary za oczyszczenie. 
Nic dziwnego, że uzdrowiony Go nie posłuchał. Nic dziwnego, że radością, jaką miał w tym momencie w sercu, chciał podzielić się z ludźmi naokoło. Trudno go za to winić. Nieświadomie – bo nie wiemy czy rozumiał, że uzdrowił go Mesjasz – rozgłaszał Dobrą Nowinę, która w tym konkretnym momencie skumulowała się i znalazła ujście w zdarzeniu z jego udziałem, w jego uzdrowieniu. Bóg rozradował jego serce, przywracając mu zdrowie. 
Ten sam Bóg, który tak często puka do drzwi mojego serca. Może nie widzę swojego duchowego trądu? Może moja choroba nie jest widoczna, jest w środku? Albo faktycznie, jestem fizycznie chory, cierpię, ale brak umiejętności współpracowania z Bogiem w tym stanie zadręcza mnie wewnętrznie i niszczy od środka? On chce uzdrowić każdego. Tylko każdy sam musi to zrozumieć, i przyjść do niego. Nie chcesz sam usłyszeć „bądź oczyszczony”? On na pewno tego chce.
>>>
Teksty, jakie publikuję na tym blogu, pojawiają się także w serwisie Stukam.pl. Pod ostatnią notką dot. tekstu w GW o hospicjum x Jana Kaczkowskiego, z marginalną uwagą o WOŚP, rozgorzała dość dziwna dyskusja, tzn. z dziwnymi wypowiedziami pewnej osoby. 
Żeby było jasne. Fanem WOŚP ani personalnie Jerzego Owsiaka nie byłem i nie sądzę, abym kiedykolwiek został. Ale potrafię odróżnić medialną otoczkę przedsięwzięcia i osobę jego autora (z jego poglądami) od tego, ile daje samo przedsięwzięcie. Jest poi prostu dobre, pomimo swoich mankamentów, jednorazowości. Robi coś, wypełnia lukę, z którą nie potrafi sobie poradzić nasz rząd, NFZ ani Caritas (także Caritas w tym zakresie tyle sprzętu nie ufundował – wyjaśniałem to w jednym z komentarzy pod tym wpisem, ale tutaj na blogu, nie na Stukam.pl). 
Nie wchodząc w dyskusję – jak ktoś pisze, że ksiądz z serduszkiem WOŚP na sutannie, który jak tylu innych ludzi wrzuci do skarbonki to gorszyciel, a przy tym kilka innych utrzymanych w wyjątkowo autorytarnym tonie wypowiedzi o Kościele, co powinien, czego nie powinien, itp. – to mi się po prostu przykro robi. Nie tyle z braku zrozumienia prezentowanego przez osobę w ten sposób piszącą. Bardziej z powodu zaciekłości, uporu i przypisywania sobie prawa dla osądzania, co mieści się w ramach akceptowalnych przez Kościół (w co katolik może się zaangażować, wesprzeć), a co nie.

Żebranie na hospicjum i monopol na dobro

Gazetę Wyborczą zdarza mi się czytać bardziej niż rzadko. Przedwczoraj trafiło, że nic innego nie było w pewnej restauracji, gdzie jadłem, a nie lubię (fakt, brzydki zwyczaj) gdy jem sam siedzieć bezczynnie, więc szukam czegoś do poczytania. 
I trafiłem na wywiad Bożeny Aksamit pod dość dziwnym tytułem Ksiądz żebrze, Polak daje przeprowadzony z ks. dr. Janem Kaczkowskim, człowiekiem którego nota bene znam z dość zamierzchłych czasów, jeszcze sprzed jego święceń. Postać ciekawa. Sam nie do końca sprawny, ponieważ z bardzo dużą i wiele utrudniającą wadą wzroku. W Pucku zakotwiczył tuż po święceniach kapłańskich w 2002 r., najpierw jako wikariusz (wbrew temu, co piszą w artykule, nie jest nim do dzisiaj – od 2007 r. jest tam rezydentem). Zaczął od stworzenia hospicjum domowego, a w swoim uporze – zbudował od zera i prowadzi Puckie Hospicjum im. św. Ojca Pio.
Zachęcam do przeczytania całości tekstu. Wiele jest tam ciekawych myśli – choćby o tym, kto tę działalność i jak wspiera, czy takimi datkami ludzie nie próbują „uspokajać sumień”. Mój ulubiony:
Nieznajomi potrafią przyjść i zostawić 2 tys. zł?
– To się często zdarza.
Coś mówią?
– Różnie. Kiedyś pod kościołem złapali mnie ludzie, których nie znałem, i dali mi 8 tys. zł. Powiedzieli, że wyszedł im interes. Inny postanowił, że jak dobrze sprzeda mieszkanie, to część da na hospicjum. Zeszłej zimy, był wtedy tęgi mróz, wracałem wieczorem do hospicjum, tuż przed drzwiami zobaczyłem kolesia w jakiejś fufajce i poplamionych dżinsach. Bez czapki, z czerwoną twarzą i brudnymi, styranymi dłońmi. Wyciągnął w moim kierunku rękę. Pomyślałem, że chce na wino, ale on otworzył dłoń, leżała na niej pięciozłotówka. – To dla księdza na hospicjum – wychrypiał. Często to są jakieś duchowe postanowienia. Im więcej dają, tym skromniej. Jak ktoś przynosi kawał pieniądza, to nim nie macha.

I wreszcie, króciutka ale jakże trafna myśl o WOŚP:

Oczekiwanie, że państwo da, państwo zrobi, stwarza coś na kształt homo sovieticusa, o którym mówił ksiądz Józef Tischner. Jeżeli będziemy myśleć, że państwo wszystko powinno, a co za tym idzie – wszystko może, to ta postawa zaowocuje społecznym bezruchem, swoistym otępieniem. Ruch społeczny polegający na tym, że jedni coś organizują, a inni dają na to pieniądze albo pomagają osobiście, jest bardzo ważny. Oczywiście ileś tam osób zarabia, pracując w wielkich fundacjach, ale inaczej się nie da. Można to nazwać dobroczynnym biznesem. I taka działalność ma swój dobroczynny wpływ na ludzi – aktywizuje ich. Nie siedzą wkurzeni na fotelu z nogą założoną na nogę i nie powtarzają: „Niech państwo mi da, bo mi się należy”. Akcje społeczne uczą odpowiedzialności za otoczenie, budują społeczeństwo obywatelskie. A ponad to, że Orkiestra wyposaży jakiś szpital czy kupi respiratory dla placówek z połowy kraju, musimy pamiętać, że dzięki akcjom Jurka Owsiaka uratowano życie i zdrowie iluś tam osobom.
Ksiądz daje na Orkiestrę?
– Daję. Nie za dużo – 20, 50 zł. Przyklejam serduszko na sutannę i chodzę z nim całą niedzielę. My, chrześcijanie, nie mamy monopolu na dobro.

Wybierz Boga, który i tak wybrał ciebie

Chaotycznie nieco będzie, bo kilka spraw. 

Jan Chrzciciel tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym. W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. (Mk 1,6b-11)
Kluczowe jest tutaj zakończenie. Umiłowany, upodobanie. Sformułowania bardzo mocne, nacechowane wieloma emocjami. Bóg wypowiedział je odnośnie swojego Syna tylko dlatego, że Jezus był nim właśnie, Synem Boga samego?
Bóg określił tak Jezusa, ponieważ wiedział, na co Go posyła i ile On dokona. Nie przyszedł z wielkim wojskiem, nie wybił do nogi przeciwników, nie zaprowadził rządów – ok, bożych – ogniem i mieczem. Szedł przez życie zupełnie inaczej. Nie złamał trzciny nadłamanej, nie zagasił knotka o nikłym promyku. Miłował, uzdrawiał, nauczał, pocieszał. Bezinteresownie. Bo to było najważniejsze. Bo zależało Mu na tych, do których szedł. 
Jan posługiwał się w odniesieniu do Jezusa bardzo wymownym porównaniem – sugerował, że grzesznik nie ma prawa nawet rzemyka u sandałów mu rozwiązać. Czyli wykonać czynności najmniejszego sługi. Czy Jezusowi o to chodziło, aby wszyscy padali Mu do nóg i rzucali się do Jego sandałów? Raczej nie. Więc o co?
O to, by człowiek podjął decyzję. By człowiek zdecydował się, czy jest za Bogiem, czy przeciwko Niemu; czy chce iść przez życie z Nim, czy obok Niego albo bez Niego (w sumie to bez znaczenia). Żaden przymus. To w moim interesie, w interesie mej wiarygodności i uczciwości choćby wobec samego siebie jest, abym był autentyczny. Wybieram Boga, albo wybieram coś/kogoś innego. Bóg Ojciec wybrał, wskazał swojego Syna – wiedział bowiem, że On nie zawiedzie ani Jego samego, ani ludzi, dla których zbawienia Go posłał na świat. 
To nie jest tak, że Bóg i Kościół są w opozycji do świata. Punktem odniesienia jest właśnie Bóg. Jeśli coś nie gra, można w ciemno – niestety – założyć, że coś nie jest tak, jak być powinno, w tym co lansuje i promuje świat. Nigdy na odwrót. Ludzie Kościoła mogą błądzić i grzeszyć, natomiast sam Kościół nie. I to z jego punktu widzenia człowiek wierzący ocenia rzeczywistość. Oczywiście, każdy ma swój własny rozum (nie po to, żeby mieć, ale żeby z niego korzystać), ale Kościół podpowiada, wskazuje drogę. 
Ile jeszcze potrwa zanim sam będę mógł szczerze powiedzieć: Jezus, w Tobie mam upodobanie? 
>>>
Kościół wzbogaci się 18 lutego o 22 nowych kardynałów.
>>>
Skończyłem czytać „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego” Magdaleny Grzebałkowskiej, czyli książkę o + ks. Janie od Biedronek. Książka napisana świetnie. Na początku bardzo ciekawie oddane realia początku XX w. I dalej, przez życie księdza. Wiernie, szukając prawdy – więc czasami także dobitnie opisując pewne zachowania czy postawy: księdza samego czy jego otoczenia; nie w celu malowania przerysowanej laurki, ale w celu pokazania, jak było naprawdę. Na przeszło 350 stronach opisane życie postaci szczególnie barwnej i wyjątkowej, nie tylko jak na realia polskie.
Ks. Jan był człowiekiem bardzo złożonym, i co tu dużo mówić – dziwakiem. A jednocześnie poetą religijnym poczytnym chyba jak żaden inny, w kraju i za granicą. Miał swoje słabości, miał swoje dziwactwa – ale we wszystkim był pięknie autentyczny, wierny Bogu i oddany swojej posłudze. 
Książkę bardzo mocno polecam. 
>>>
Żonka złożyła rezygnację, została przyjęta. Szczegółów pewnie dowiem się w domu, ale kamień z serca.

>>>

Krótko na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie można jej jednoznacznie krytykować i podsumowywać. Niestety, państwo nie wywiązuje się z obowiązku zapewnienia pewnego poziomu usług medycznych i potrzebnego do tego sprzętu – więc trzeba cieszyć się, że jest WOŚP, który tę lukę łata, jak może. Żeby tę akcję potępić – trzeba umieć jednocześnie spojrzeć w oczy wielu osobom – dzisiaj dwudziestolatkom, a może młodszym, którzy żyją, bo gdzieś tam, kiedy potrzebowali tego jako maleńkie dzieci, mogli skorzystać ze sprzętu ufundowanego przez WOŚP. Owszem, Jurek Owsiak i nie tylko odcinają z tego kupony – prawda jest taka, że sam to wymyślił, więc ma do tego prawo. Fajno, że pomyśleli i puszki Orkiestry stoją także w kasach dużych sklepów, hipermarketów – skoro ludzie w niedzielę już muszą iść na zakupy, to niech chociaż przy tej okazji się podzielą z innymi.  Owszem, są też mankamenty – nie podoba mi się bardzo, że w dniu WOŚP wolontariusze obstawiają wyjścia z kościołów dosłownie kordonem, tak że nie da się wyjść; tego być nie powinno. I tak już na marginesie – szkoda, że tak medialnie potrafi być prezentowana WOŚP, podczas gdy cicho, ale za to systematycznie, dzień w dzień, rok w rok działający Caritas, który rocznie zbiera 100 razy więcej pieniędzy, nigdy nie doczekał się takiej darmowej reklamy czy choćby prawdziwego uznania. Bo jak „kościelne”, to złe.

Wędrowny maksymalizm objawienia

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon. Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. (Mt 2,1-12)

Przerażające jest to, że jakby statystycznego „Polaka-katolika” (cudzysłów zamierzony) zapytać o wczorajszą uroczystość Objawienia Pańskiego – to człowiek najczęściej usłyszy: „Że co? Jehowi jesteście?”. Tia. Jak zapytać o Trzech Króli – „a, pewnie, 6 stycznia, nawet od niedawna wolne jest, nie”. Wszystko jasne.  W tym tekście bardo łatwo skupić się na rzeczach nieistotnych, pobocznych. Nie ma znaczenia gwiazda (choć pewnie jakieś zjawisko z udziałem ciała niebieskiego było widoczne na niebie, naukowcy spierają się jedynie – jakie), nie ma znaczenia Herod (choć swoje symbolizuje), nie mają też specjalnie znaczenia ci… goście, którzy dotarli do Jezusa i złożyli dary. To są elementy składowe, które mają – w formie ewangelicznej opowieści, może midrasza – pomóc nam zrozumieć pewną bardzo ważną prawdę. Jaką? O tym zaraz. 
Herod. Dokładniej to Herod II, zwany Wielkim. Synonim tego, co złe, prostackie, żądne władzy, czci, zniewalające, narzucające się innym wbrew ich woli. Człowiek po prostu mały i nieszczęśliwy, który chciał być sprytny i wykorzystać mędrców, ale zapomniał, że Bóg sięga o wiele dalej. Nigdy samodzielny władca, zawsze namaszczony przez kogoś jedynie namiestnik. O ile opowieść o rzezi niewiniątek może być nieco przesadzona, gdy chodzi o skalę (w pozachrześcijańskich źródłach historycznych nie ma o niej ani słowa – a o takiej zbrodni zapis by raczej pozostał), jednak pasująca do – nie ma co ukrywać – psychopaty, jakim był. Nieszczęśnik ogarnięty manią prześladowczą, który zabił pierworodnego syna, jedną ze swoich żon oraz jej synów, brata i matkę. Nagonka na mającego się narodzić Mesjasza to nic innego jak kolejny przejaw manii. Tragiczna postać – i nauczka dla wszystkich. 
Zagraniczni goście. Tak, to dobre sformułowanie. Nie ma bowiem dowodów na to, że byli oni królami, ani też że było ich akurat trzech (wiadomo, że więcej niż jeden). Bardzo dobrze ich rolę oddaje znana polska kolęda, mówiąca o „mędrcach świata”. Reprezentowali oni bowiem świat, i z pewnością byli obdarzeni prawdziwą mądrością. To nie jest tak (a czasami mam wrażenie, że niektórym się tak właśnie wydaje), że tylko Kościół i chrześcijaństwo wydaje ludzi mądrych, światłych. Boży Duch umiłowania wiedzy i szukania prawdy wieje różnymi drogami, także tam, gdzie Bóg nie jest znany. Bo ten ewangeliczny obrazek dobitnie pokazuje jedno – można przyjąć, że przychodzącego Mesjasza odrzucił zarówno sam Herod, jak i wielcy Jerozolimy, którym nie na rękę był nowy władca (skoro już jakoś się dogadali, ułożyli z dotychczasowym). Paradoks – swoi Go odrzucają, a przychodzą z daleka oddać Mu cześć obcy, ludzie z drugiego końca świata. 
Na czym mądrość owych mędrców polegała? Na tym, że umieli zauważyć prawdziwie wielkiego Boga, choć skrytego w kruchym i maleńkim ciele. Szukali Go na tyle szczerze i autentycznie, że potrafili zrozumieć, On czeka na nich, w tym, co małe i bezbronne – w ciele noworodka zawiniętego w pieluszki i złożonego w żłobie. On jest prawdziwie wielki, On prawdziwie ma władzę i moc. A oni w Nim potrafili je ujrzeć i dlatego klękają.   Warto, w tym kontekście, pamiętać o ludziach niewierzących. O takich mędrcach właśnie. Tylko Bóg tak naprawdę wie, czemu nie otrzymali łaski wiary, czego im brakuje, albo gdzie na swojej drodze życia pomylili skrzyżowania. Postawa takich ludzi nie musi oznaczać bylejakości, łatwizny i powierzchowności. Mogą być osobami mądrymi i wartościowymi, ale nie potrafią uwierzyć. Nam, wierzącym, łaska wiary może wydawać się czymś oczywistym, jakby przydzielanym wg rozdzielnika każdemu. Są jednak ludzie z wieloma pytaniami i wątpliwościami, a zarazem szczerością i prawdziwą wolą poszukiwania. Za takich trzeba się modlić. Ot, choćby o to, żeby inni wierzący – tak, ja czy ty – po prostu im tego Boga, którego szukają, nie zasłaniali, abyśmy potrafili Go przekazać także współczesnym poganom. 
Już kończę. Co świętujemy w ten dzień? Również Narodzenie Pana. A jednak – zupełnie inaczej. W sposób bardziej dojrzały. Czemu? Bo chcemy iść dalej. Tak samo, jak wierzący nie może zatrzymać się przy krzyżu, odrzucając to, co jest dalej: zmartwychwstanie, pusty grób, tak samo wierzący nie może pozostać w ciepłej, przytulnej i rodzinnej stajence betlejemskiej, gdzie przyszła na świat Maleńka Miłość. Bo to jest tylko początek. Człowiek wierzący wstaje i idzie dalej, aby objawiać światu Objawionego jemu. Bóg nie przyszedł po to, aby jak to ujmuje kreskówkowa karykatura władcy (skądinąd, śmieszna i sympatyczna) w osobie Króla Juliana (ten z „Madagaskaru”), żądać od ludzi tylko hołdu i klęczków. Bóg przychodzi w Jezusie Chrystusie i rodzi się jako człowiek, aby wszystkim ludziom objawić swoją miłość, swoje umiłowanie i zakochanie w człowieku, swym największym dziele. Nie przychodzi, aby przyjmować tylko czołobitne laurki – ale aby zamieszkać w ludzkim sercu, każdym, i każdemu człowiekowi pomóc odnaleźć sens, inspirację, cel. Kocha tak mocno i daleko, że staje się jak swój twór – człowiekiem. 
Bóg wyjątkowo mocno w tym dniu zaprasza nas do wspólnej wędrówki. Ani ona łatwa, ani przewidywalna, ani też opłacalna. Mędrcy pewnie też musieli zebrać sporo odwagi i spontaniczności, ruszając za jakąś gwiazdą właściwie nie wiadomo dokąd. Ale wyruszyli. Do tego dzisiaj zaprasza nas Bóg. Abyśmy wstali, odeszli od światełek choinkowych, porzucili kolorowe ozdoby i przytulną stajenkę – i poszli, aby Jego właśnie, na tronie własnego serca, zanieść w świat. Nie możemy do chować przed innymi, skupiać się tylko na indywidualnej relacji. On przyszedł dla każdego z nas, dla wszystkich – i przez moje ręce chce dotrzeć do jak największej liczby osób. Docierać i objawiać każdemu to, czego sam nie odkrył, nie potrafi zrozumieć. 

Codzienne dramaty

Ciężki czas, ten tydzień…
Żona dzień w dzień, od poniedziałku, siedzi w pracy od 7:00 do 18:30, 19:00. Żeby nadrabiać nie swoje zaległości. Dzisiaj pojechała też, jutro być może również. I tak do środy najpewniej. Atmosfera i podejście ludzi do pracy gorzej niż beznadziejne, im wyższe stanowiska tym gorzej. Żadnych szans na poprawy, a szykuej się szereg kontroli, gdzie nikt nie będzie patrzył. czy te zaniedbania to jej wina, czy poprzedniczki. Biedna się tak stresuje, że podjęliśmy – trudną – decyzję, i po niespełna 5 m-cach rezygnuje z tego stanowiska kierowniczego. Syf po prostu, i tyle. Szkoda nerwów. Cały czas się martwi tym wszystkim, w domu jej prawie nie ma (co widzi i sama sobie wyrzuca). Obejdziemy się bez tych pieniędzy. Na razie zostanie na analogicznym stanowisku jak poprzednio, przed urlopem macierzyńskim. A i tak będziemy szukali jej innej pracy. Z tego wszystkiego aż śpi na kanapie w dużym pokoju – malutki jednak budzi się w nocy i czasami pogada sobie, więc śpi tam, żeby się chociaż wysypiała.
Wczoraj był pogrzeb małego 5-letniego Antosia, który zmarł kilka dni temu. Mieli wypadek, samochód przekoziołkował i zatrzymał się na przeciwległym pasie ruchu. Paradoks? Przeżyli. Mąż i ojciec, gdy udało mu się wyjść z samochodu, pytał żonę i syna, czy żyją – i obydwoje odpowiedzieli. I wtedy zdarzyła się tragedia. W leżący samochód uderzył rozpędzony inny (w sumie, nie jego wina, ponieważ tego samochodu nie powinno tam być, jechał przepisowo a była to droga za miastem). Żona połamana cała, na pogrzebie na wózku inwalidzkim. Mały Antoś – obumarł mu pień mózgu, przestały po kolei działać wszystkie narządy. Rodzice zgodzili się na transplantacje – być może uratował czyjeś życie. Mały aniołek.
Wczoraj wieczorem także koleżance w pracy włamali się do domu. Dziura w oknie, wynieśli tv i aparat, nic więcej nie zdążyli – czyli pewnie amatorzy. I co z tego – przy okazji zniszczyli w domu, co się dało. Jeden wielki bałagan. Głupia złośliwość.
Panie Boże, wierzę, że Ty jesteś. Ale pamiętaj o tych wszystkich, którzy w różnych trudnych życiowych sytuacjach mogą mieć wątpliwości. Daj im siłę, przytul do swego serca i bądź dla nich pocieszeniem.

Życiowe rozmodlenie i pokój serca

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)
Biegamy, spieszymy się ciągle, nie nadążamy, gonimy, nadrabiamy… Ciągle za mało czasu, za dużo spraw na głowie. W tym wszystkim nietrudno o zagubienie odpowiedniej perspektywy, utratę ostrości widzenia, uśpienie ducha czuwania w kontekście podejmowanych decyzji. Efekt – łatwy do przewidzenia – to po prostu pomieszanie z poplątaniem, skupianie się na sprawach małych przy jednoczesnym pominięciu tych kluczowych. 
Sedno i przesłanie tych niedzielnych tekstów (w tym tygodniu poślizg większy niż zwykle…) powtarza się, jak taki piękny refren, w wielu miejscach ewangelii. Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Nic dziwnego, że Kościół odczytuje taki właśnie fragment nie tylko u progu nowego roku (01 stycznia), ale przede wszystkim w liturgiczną uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. W pewnym sensie – uroczystość rodzicielstwa Maryi, które świętujemy. Pewnie można założyć, że Maryja mogła, miała prawo zareagować zupełnie inaczej. Anioł zwiastował wam, pasterzom, o moim dziecku? Wspaniale! Genialnie! To wszystko potwierdza! Wielki optymizm, radość, być może nawet euforia. Żadnego zapisu o takim zachowaniu nie ma. Po prostu zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Po prostu modliła się, polecając, ofiarowując Bogu i dziękując za wydarzenia, które stawały się jej udziałem. Tylko tyle? Wystarczy. 
Maryja odkrywała głębię życia nie w powierzchownych spontanicznych reakcjach na poszczególne wydarzenia, ale w głębokiej modlitewnej refleksji nad tym, co ją otaczało. Obserwowała świat wokół, ludzi obok i siebie samą. Nie w jakiś celach naukowych czy statystycznych. Dla zrozumienia tego, co robi, jak robi i przede wszystkim – dlaczego. Dopiero wtedy, gdy sięgasz do środka, zastanawiasz się nad pobudkami i motywacjami, zaczynasz się kontrolować. Owszem, w spontaniczności nie ma nic złego, jest nawet wskazana – ale nie w każdej sprawie. Trzeba umieć połączyć autentyczność i lekkość wyboru ze świadomością tego, co się wybiera, i jak się wybiera. Życie Maryi nie było usłane różami – o czym mogła się później przekonać – a jednak, ona ciągle trwała, zachowywała wszystko i rozważała. Mierzyła się z tym, co ją spotykała, nie uciekała od rzeczy nawet najtrudniejszych. 
Maryja po prostu wybrała i konsekwentnie się swojej decyzji trzymała. To była jej decyzja, to wszystko było konsekwencją jej wolnej woli, której dała wyraz w rozmowie z archaniołem Gabrielem, kiedy wypowiedziała swoje „bądź wola Twoja”, swoje „fiat”. Warto to sobie uświadomić. Tu nie było przymusu. Nie bez powodu przysłowie mówi, że z niewolnika nie ma pracownika. Do tego nawiązał też Paweł w niedzielnym II czytaniu, gdzie mówi (całość, bo krótkie): 
Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej. (Ga 4,4-7)
Prawdziwa wiara i miłość ku Bogu może zrodzić się tylko w wolności. Przynosi ją do człowieka posłany do każdego Boży Duch. Jeśli tej wolności brakuje, to jakiekolwiek przejawy wiary – słowa, deklaracje, symbole, postawy – pozostają pustą formą, nieporozumieniem, marnowaniem czasu i wprowadzaniem siebie samego w błąd. Bóg nie chce wiary, do której nas przymusza. Bóg czeka na odpowiedź na Jego miłość, na Jego zaproszenie – a ono może być udzielone tylko w pełni wolności i swobody serca człowieka. Konsekwencja, taka jak Maryi, to postawa dzisiaj bardzo niepopularna, na każdym kroku lansuje się „poprawność”, nie tylko polityczną, w imię której należy się zawsze za wszelką cenę dostosować do okoliczności, broń Boże za dużo nie mówić i nie obstawiać na swoim, po prostu dostosować się do reszty, czy ta reszta jakąkolwiek rację ma, czy też nie. Jednak tylko w takiej postawie można szczerze się modlić, naprawdę rozważać i zachowywać w sercu sprawy najważniejsze. 
Ten pierwszy dzień roku, a jednocześnie uroczystość maryjna, to także Światowy Dzień Pokoju. Bo tylko w prawdziwej Bożej wolności może rozwijać się ten jedyny, trwały, zbudowany na dobrym fundamencie pokój. Żaden ludzki, „święty spokój”. Boży pokój, który – choć dany wszystkim – może zamieszkać i nadać nową jakość jedynie sercu człowieka uporządkowanego, konsekwentnego, który widzi, co się dzieje, potrafi wybierać to, co dobre, i zachowywać to w sercu. Boży pokój, który wypełniał serce Matki Bożej. Boży pokój, który przez wszystkie radości i smutki jej bardzo trudnego życia doprowadził ją do pięknego zakończenia tego życia. Życia trudnego, ale dobrego, owocnego. Takiego pokoju życzę każdemu, nie tylko w Nowy Rok, nie tylko w tym roku – już zawsze.