Uchylić furtkę miłosierdzia

DSC08132

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś Tomaszu, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Godzina Miłosierdzia w Niedzielę Miłosierdzia w Roku Miłosierdzia. Miłosierdzie do potęgi trzeciej. Jeśli (a taki jest zamysł papieża) cały ten rok to wyjątkowy czas jeśli chodzi o zgłębianie i ćwiczenie w praktykach miłosierdzia – to dzisiaj przypada chyba jakby jego centrum. W takim dniu Kościół stawia przed nami i pokazuje… grupkę przerażonych ludzi, którzy uciekają i barykadują się ze strachu. 

Czytaj dalej →

Żeby chcieć chcieć

swiadek-jezusa-1440x810

A oto znów przemówił do nich Jezus tymi słowami: Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia. Rzekli do Niego faryzeusze: Ty sam o sobie wydajesz świadectwo. Świadectwo Twoje nie jest prawdziwe. W odpowiedzi rzekł do nich Jezus: Nawet jeżeli Ja sam o sobie wydaję świadectwo, świadectwo moje jest prawdziwe, bo wiem skąd przyszedłem i dokąd idę. Wy zaś nie wiecie, ani skąd przychodzę, ani dokąd idę. Wy wydajecie sąd według zasad tylko ludzkich. Ja nie sądzę nikogo. A jeśli nawet będę sądził, to sąd mój jest prawdziwy, ponieważ Ja nie jestem sam, lecz Ja i Ten, który Mnie posłał. Także w waszym Prawie jest napisane, że świadectwo dwóch ludzi jest prawdziwe. Oto Ja sam wydaję świadectwo o sobie samym oraz świadczy o Mnie Ojciec, który Mnie posłał. Na to powiedzieli Mu: Gdzie jest Twój Ojciec? Jezus odpowiedział: Nie znacie ani Mnie, ani Ojca mego. Gdybyście Mnie poznali, poznalibyście i Ojca mego. Słowa te wypowiedział przy skarbcu, kiedy uczył w świątyni. Mimo to nikt Go nie pojmał, gdyż godzina Jego jeszcze nie nadeszła.  Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać i w grzechu swoim pomrzecie. Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie. Rzekli więc do Niego Żydzi: Czyżby miał sam siebie zabić, skoro powiada: Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie? A On rzekł do nich: Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata. Powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Tak, jeżeli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach swoich. Powiedzieli do Niego: Kimże Ty jesteś? Odpowiedział im Jezus: Przede wszystkim po cóż jeszcze do was mówię? Wiele mam o was do powiedzenia i do sądzenia. Ale Ten, który Mnie posłał jest prawdziwy, a Ja mówię wobec świata to, co usłyszałem od Niego. A oni nie pojęli, że im mówił o Ojcu. Rzekł więc do nich Jezus: Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja jestem i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną: nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba. Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego. (J 8, 12-30)

Skleiłem ze sobą 2 teksty, które czytane były w poniedziałek i wtorek – bo właściwie to kolejne części tej samej mowy Jezusa. Słowa bardzo ciekawe, bardzo zdecydowane – ale wydaje mi się, że dość mało znane (poza tym samym początkiem – o Światłości Świata), bo i rzadko czytane w Kościele. Co ciekawe, to tekst bezpośrednio następujący po – czytanym w niedzielę – opisie „afery” z kobietą cudzołożną.

Czytaj dalej →

I co z tym zrobisz?

kMjE1OTQ1MjAsNTE5MzM1f19a00000

Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono. Potem powrócił Jezus w mocy Ducha do Galilei, a wieść o Nim rozeszła się po całej okolicy. On zaś nauczał w ich synagogach, wysławiany przez wszystkich. Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana. Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. Począł więc mówić do nich: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli. (Łk 1,1-4.4,14-21)

W tym tekście uderza mnie może przede wszystkim to, że Jezus jest tutaj ukazany jako ktoś… do bólu normalny, człowiek, swój między swoimi, w rodzinnych stronach, dzisiaj ktoś by mógł powiedzieć „na dzielni”. Co ciekawe – do kogo ewangelista kieruje te słowa, ten wstęp do szerszej opowieści o Jezusie? Do Teofila – kimkolwiek by on był, a tego w sumie nie wiemy (poza tym, że podobny adresat pojawia się na początku księgi Dziejów Apostolskich). Wiadomo za to, jak można to imię tłumaczyć: miły Bogu, przyjaciel Boga. A dla Boga miły jest każdy. To słowa dla każdego – kto tylko zechce ich posłuchać. 

Czytaj dalej →

Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. Ty i ja.

YARDENIT, ISRAEL - OCTOBER 04:  Brazilian Evangelist Christians embrace in prayer during their mass baptism ceremony in the Jordan River on October 4, 2009 at Yardenit in northern Israel. Hundreds of worshippers from northern Brazil immersed themselves in the biblical river as part of their pilgrimage to the Holy Land.  (Photo by David Silverman/Getty Images)

Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. (Łk 3,15-16.21-22)

Naprawdę przez długi czas nie rozumiałem – po co On to zrobił? Komu był potrzebny ten janowy chrzest Jezusa? Skoro był Bogiem-Człowiekiem, bez grzechu, to na pewno nie Jemu. Tym bardziej, że w innym zapisie tego zdarzenia, od Mateusza, wskazano wyraźnie, że Chrzciciel nie chciał się podjąć tej czynności: „to ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?” (Mt 3, 14).

Czytaj dalej →

Dał, co miał

maxresdefault

Gdy Piotr i Jan wchodzili do świątyni na modlitwę o godzinie dziewiątej, wnoszono właśnie pewnego człowieka, chromego od urodzenia. Kładziono go codziennie przy bramie świątyni, zwanej Piękną, aby wstępujących do świątyni, prosił o jałmużnę. Ten zobaczywszy Piotra i Jana, gdy mieli wejść do świątyni, prosił ich o jałmużnę. Lecz Piotr wraz z Janem przypatrzywszy się mu powiedział: Spójrz na nas. A on patrzył na nich oczekując od nich jałmużny. Nie mam srebra ani złota – powiedział Piotr – ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! I ująwszy go za prawą rękę, podniósł go. A on natychmiast odzyskał władzę w nogach i stopach. Zerwał się i stanął na nogach, i chodził, i wszedł z nimi do świątyni, chodząc, skacząc i wielbiąc Boga. A cały lud zobaczył go chodzącego i chwalącego Boga. I rozpoznawali w nim tego człowieka, który siadał przy Pięknej Bramie świątyni, aby żebrać, i ogarnęło ich zdumienie i zachwyt z powodu tego, co go spotkało. (Dz 3,1-10)

Heh, jak co roku w święta obiecuję sobie, że przejrzę kalendarz liturgiczny i w dniu, w którym jest to czytanie powyżej, pójdę na Mszę. Tym razem wiem – to środa w oktawie. Ale z założenia wyszło wielkie nic – bo uświadomiłem to sobie… dzisiaj, czyli co najmniej o jakieś 4 dni za późno. 

Jeśli ktoś – nie daj Boże – śledzi tego bloga, to z pewnością wracałem do tych słów nie raz, i jakoś nie zamierzam tego zmienić. Bo obrazek jest piękny i sytuacja bardzo do przemyślenia dla nas, ludzików z 2000 lat po tym wydarzeniu. Tu nie chodzi o cud – chociaż niewątpliwie trzeba odnotować, że do takiej kategorii zdarzenie to należy zakwalifikować. Tu chodzi o zachowanie Piotra, jego podejście, nastawienie, to w oparciu o co i o Kogo działa.
Ilu ludzi mogło tamtędy chodzić codziennie, obok tego wejścia do świątyni? Pojęcia nie mam, pewnie – nie tylko na ówczesne warunki – sporo. Miał, co tu ukrywać, żebrać, czyli zarabiać na siebie. Chromy czyli nie chodzący, pozbawiony władzy w nogach – czyli właściwie jakiejkolwiek wtedy możliwości zarobienia i utrzymania, skazany na los żebraka i litość ludzi (albo jej brak). Nie sądzę – i z zapisu autora natchnionego nie wynika – aby zdawał sobie sprawę, że trafił na uczniów Jezusa, o którym zresztą pewnie też nie słyszał. Tak, jak do innych – wyciągnął rękę, czekając na jakiś grosz. 
Piękne jest to, jak Piotr dokonał cudu – a może to przede wszystkim wiara Piotra tego dokonała. Ale zwróć uwagę, w jaki sposób postąpił, jakich on słów użył. Tamten biedak – nie znany nam z imienia – nie czekał na nic poza jałmużną (w obrazkach ewangelicznych tyle razy ktoś szukał u Jezusa wprost uzdrowienia – tu jest inaczej), a otrzymał o wiele więcej. Piotr jakby się tłumaczył – nie mam złota i srebra – a jednocześnie pozwala zastanowić się: jaką ono ma tak naprawdę wartość? Co ono daje? Temu choremu – mógłby mieć pałac, a i tak nie stanął by przez to na nogi. Ale Piotr dzieli się z żebrakiem czymś o wiele większym, wspanialszym i piękniejszym – mocą, jaką Bóg dał tym, którzy Mu ufają bez granic. Dlatego tamten wstaje, może skakać, dziękować i radować się uzdrowieniem. 
Niedowiarek powie – no co, jesteś wierzący? W sumie, jestem. To weź zrób coś podobnego. Uuu… Moja wiara jest za mała – ziarnko gorczycy to przy niej gigant. Nic nie szkodzi. Zresztą – kto wie, jeśli Bóg by zechciał… Ale to bez znaczenia. On może tego dokonać – uzdrowić ciało, a może czasami ważniejsze: serce, duszę. Bóg nadal tak działa – jeśli tylko chcę to zauważyć, a nie temu zaprzeczać. 
To wskazówka też dla nas. Można dzielić się z potrzebującym tym, co materialne – i chwała wszystkim, którzy (bez względu na kwoty!) robią to systematycznie, a nie od jednego wyrzutu sumienia do kolejnego. Ale można człowiekowi pomóc – i czasami tylko tego potrzebuje – także w inny sposób. Dać możemy najwięcej także nie dając materialnie nic. Dzieląc się tym, co sami otrzymaliśmy od Niego. Mnożenie przez dzielenie.

Tylko

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto się dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść. (Mk 5,21-43)

Bóg widzi, jak bardzo człowiek potrzebuje Jego miłosierdzia, Jego uzdrawiającej miłości – która działa i czyni cuda w tej sytuacji także jakby przypadkowo, jak z tą kobietą. Czy jednak był to przypadek? Nie. Tak samo jak to, że Jezus dobrze wiedział, kogo Jego moc uzdrowiła – pewnie chciał zobaczyć, co powie uzdrowiona kobieta. Powiedziała prawdę – i zstąpił na nią Jego pokój, ten jedyny i prawdziwy, drugi dar obok uzdrowienia z krwotoku. 
Trudna była sytuacja drugiej osoby z tego obrazka, Jaira. Szedł po Jezusa z wiarą – córka choruje, ale On może ją uleczyć. W drodze jednak dowiedział się, że zmarła. Co dalej? Rozpacz? Pocieszenie przynosi sam Zbawiciel – nie bój się, wierz tylko! Dlatego idą dalej, z sercami przepełnionymi… no właśnie, czym? Chyba jednak wiarą, że On może to poskładać i zaradzić sytuacji, z nadzieją. Nie robi show z ludzkiego dramatu, spektaklu dla rodziny i przybyłych do domu Jaira. Cud dokonuje się w skrytości, w obecności najbliższych – i apostołów. Śmierć nie ma władzy nad tym, komu rozkazuje Pan Zastępów. Tak, jak później każe Łazarzowi wyjść z grobu po kilku dniach od złożenia go tam, tak i tutaj każe dziecku wstać – i dziecko wstaje. Łaska Boża tryumfuje, a w sercu ludzkim kiełkuje kolejne nasionko wiary. 
Dlatego dzisiaj pod koniec Mszy Świętej – ku zdziwieniu niektórych – zaśpiewaliśmy „Zwycięzcę śmierci”. Pasuje, jak rzadko. 
Bóg działa i to bardzo mocno – jeżeli tylko człowiek chce tego działania i o Jego pomoc prosi. Nie bój się, wierz tylko!

Jak to jest z tym płaceniem

Kawałek świetnej rozmowy Marcina Jakimowicza z o. Witem Chlondowskim OFM pt. „Ile to kosztuje” (GN z 07 września 2014 r.). A’propos naszej ludzkiej logiki – trzeba zapłacić. No właśnie nie trzeba, ale ciężko to zrozumieć. 
„- Trudno nam uwierzyć, że Bóg kocha za darmo, wylewa za darmo łaskę. Ale Nowy Testament ukazuje nam Ojca, który tak umiłował świat, czyli ciebie i mnie, że dał nam za darmo swojego Syna. Przez Niego przychodzi łaska osobowa, czyli Duch Święty. 
– A my zadajemy pytanie: „Ile to kosztuje?”. To nie tylko pytanie Marcina Jakimowicza. Już w Dziejach Apostolskich podchodzili do apostołów ludzie i widząc charyzmaty, sięgali do sakiewek. My ciągle jesteśmy cwani – wiemy, że nie chodzi o pieniądze. Zmieniamy walutę. Pytamy: „Ile mamy się modlić, by otrzymać dar?”. Nasza wspólnota przez 10 lat zadawała sobie pytanie: „Co robimy nie tak?”.
– A na co kładliście akcent? W co się wpatrywaliście?
– W samych siebie. Niby wiedzieliśmy, że charyzmat to „dar darmo dany dla drugiego”, ale przecież jakiś różaniec trzeba zmówić…
– I tu masz odpowiedź! Jeżeli patrzymy na Jezusa, na Tego, który jest nam dany za darmo, zaczynamy się uczyć logiki Boga. Przestajemy pytać, ile to kosztuje, bo… On jest ceną, On jest zapłatą. Gdy patrzymy na siebie, będziemy zawsze zadawać pytanie: „Co robimy nie tak?”. Gdt wpatrujemy się w Jezusa, ten problem znika”. 

Niewierny czy poszukujący?

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali
uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus,
stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał
im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus
znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was
posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha
Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym
zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany
Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc
uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich:
Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w
miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po
ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z
nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł:
Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz
moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź
niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg
mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś Tomaszu, bo Mnie ujrzałeś;
błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków,
których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś
zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i
abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Na początku krótka dygresja do, ciekawej (i opisywanej zarówno przez Tygodnik Powszechny, jak i Gościa Niedzielnego) teorii Paula Badde, dziennikarza znanego z badań nad całunem turyńskim i chustą z Manopello. Czego bali się uczniowie? Czego się obawiali? Skoro wszystko miało być stracone – Jezus umęczony, zabity, ukrzyżowany – to po co siedzieli jak trusie w Jerozolimie? Był czas Paschy, mogli spokojnie w tłumie pielgrzymów zniknąć z miasta, wydostać się z niego i udać dokądkolwiek, raczej nie niepokojeni. Żydom chodziło o Jezusa, o pozbycie się „wichrzyciela”, „uzurpatora” i „bluźniercy” – nie o nich. A więc? Teoria bardzo ciekawa – posiadali już wtedy wielki skarb. Skąd? Opisuje to Jan w innym miejscu, ciut wcześniej (J 20, 3-10), kiedy Jan z Piotrem biegli do pustego grobu – co zauważyły kobiety. Musieli tam odnaleźć coś, co stanowiło dowód zmartwychwstania Pana, skoro Jan „ujrzał i uwierzył”. Wizerunki Pana umęczonego (całun), a także chustę Zwycięzcy zmartwychwstałego (chusta z Manopello). To je zabrali z grobu – choć przecież według prawa żydowskiego stali się przez to nieczyści – i to ich strzegli w opisywanej sytuacji, właśnie z ich powodu – wielkiego znaczenia, po prostu dowodu – obawiali się Żydów. Ale to temat na osobny tekst.
Jezus nie daje za wygraną. Pozostawia znaki, kolejny raz przychodzi, aby człowieka umocnić. Przynosi największy i najpiękniejszy dar, jaki tylko On może ofiarować – Boży pokój. Żaden święty spokój, żaden luz, brak stresu – Boży pokój, którym pragnie tchnąć na każdego z nas. Stąd ta radość zebranych – teraz, poza dowodami w postaci całunu i chusty, które kazały im pozostać w Jerozolimie i czekać, co będzie dalej (czy wtedy już wierzyli wszyscy, że On prawdziwie zmartwychwstał?), widzieli Jego samego. Tego samego, tak bardzo nieziemsko pięknego, a równocześnie ludzkiego – z poranionymi dłońmi, nogami i bokiem. Co więcej, Jezus dokładnie podtrzymuje to, co mówił za życia – otrzymują obiecanego Ducha Pocieszyciela, i ponownie zostają posłani na niekończący się połów ludzkich serc. 
I tu jakby zaczyna się drugi wątek opowieści – mój radosny imiennik, historycznie ochrzczony niewiernym. Nie było go, nie widział, opowiadali – i co? Żądał dowodu, chciał ujrzeć Pana na własne oczy, takiego jak oni mieli widzieć, poranionego a żyjącego. Czy należy jego postać potępiać? Moim zdaniem – nie. Czy ja nie postąpił bym tak samo? Wydaje mi się, że tak. Pokazali chustę i całun, opowiadają wiarygodnie, zbieżnie, wielce podekscytowani, czyli zachowują się zupełnie inaczej niż uczniowie kogoś, kto miałby pozostawać umarły, zabity, umęczony. Tomasz jednak nigdy nie zanegował, że do zmartwychwstania nie doszło. Pragnął z serca, pałał ku temu, aby samemu, na własne oczy ujrzeć Zbawiciela. Tęsknota? Poszukiwanie odpowiedzi? Poszukiwanie sensu i zrozumienia czasu, jaki spędził, wędrując z Jezusem przed męką? 
Ja go po prostu rozumiem, też bym tego chciał. Tym bardziej, że Jezus nie neguje, nie potępia, nie beszta Tomasza za to zachowanie – zachęca jednak do wiary bez dowodów, i tych, których na nią stać, nazywa błogosławionymi (przepełnionymi Bogiem). To wielka nadzieja i obietnica właśnie dla nas. Pozwala się obejrzeć, pokazuje, wręcz podsuwa pod nos Didymosowi swoje rany. Wzywa do wiary w Niego – czy można takie wezwanie zlekceważyć, gdy płynie z ust człowieka, który umarł, pochowany został w grobie, a teraz nadal żyje, choć naznaczony znakami tej męki? Zwycięzca śmierci, piekła i szatana. Czy można olać zaproszenie od Boga, Zbawiciela, dla którego nie ma granic? No właśnie można – mamy wolną wolę, ze wszystkimi jej konsekwencjami. Ale czy warto? 
Zawsze będzie Tomasz – który wątpi, ale nie odchodzi. Taki Tomasz siedzi sobie w każdym z nas, czasami daje o sobie znać słabiej, kiedy indziej mocniej. Mamy prawo do wątpliwości, pytania, czasami nawet kłócenia się z Panem. To jest o wiele bardziej twórcze, niż bezmyślne czasami mechaniczne czynności, zdrowaśki, różańce, przespane msze i nabożeństwa. Bóg kocha człowieka i pragnie z Nim dialogu, chce być odpowiedzią na pytania i wątpliwości. Takie natchnione wątpliwości, wypływające z dobrej woli, umożliwiają nawiązanie głębszej relacji z Bogiem – który sam jeden jest odpowiedzią na wszystko. Ważne jest co innego – wątpić, ale nie odchodzić. Szukać, drążyć – ale trwać przy Zmartwychwstałym. Dotrwać i dorosnąć do własnego, dojrzałego i świadomego wyznania: Pan mój i Bóg mój. 
Nie bez powodu dzisiaj Niedziela Miłosierdzia Bożego – wielki ukłon pod adresem bł. Jana Pawła II, który już jako metropolita krakowski odkurzył kult Miłosierdzia, przypomniał światu niepozorną i posądzaną o chorobę psychiczną Faustynę Kowalską z jej Dzienniczkiem, którą później beatyfikował i kanonizował. Może sanktuarium w krakowskich Łagiewnikach do najpiękniejszych nie należy – ale jest niesamowite z tym ogromnym prezbiterium, wokół którego stoi – co? Konfesjonały. Miejsca z jednej strony dla tych, którzy widzą w sobie coś, co odsuwa ich od Boga, i chcą coś z tym zrobić. Dla tych z drugiej strony, którzy – posłani jak tamci z Ewangelii – mają odpuszczać grzechy Bożą mocą, jednać skruszonych z Nieopisanym. 
Sakramentu pokuty i pojednania często nie rozumiemy. Tego, czego pragnie dla nas Bóg – także. To dobry czas, aby zajrzeć do Dzienniczka s. Faustyny – choćby jakiś urywek przeczytać. Dla mających problemy ze spowiedzią – wydaje mi się, sensowne są książki o. Piotra Jordana Śliwińskiego OFMCap. (np. Spowiedź w kratkę). Jest czas radości zmartwychwstania – najlepszy możliwy, jeśli człowiek jeszcze nie pojednał się z Panem, aby do tej radości włączyć się w pełni, z czystym sercem. 

On na pewno tego chce

Trędowaty przyszedł do Jezusa i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego. (Mk 1,40-45)
To pytanie na początku brzmi naprawdę jakoś… w sposób nierzeczywisty. Jeśli chcesz. Pytający, a właściwie proszący, pomimo tego wszystkiego, co o Jezusie słyszał (musiał słyszeć – inaczej by do Niego nie przyszedł i nie prosił), dopuszczał wątpliwość do siebie – stąd to „jeśli”. W co wątpił? Czy Ten, którego prosił, jest w stanie mu pomóc? Czy może w to, czy Ten, którego prosił, będzie chciał mu pomóc?
Miał wiele szczęścia i niepotrzebne wątpliwości. Jezus i mógł, i chciał zaradzić cierpieniu zarówno jego, jak i każdego innego człowieka. Widział desperację trędowatego, widział niemą prośbę w jego oczach, w jego udręczonym ciele, trawionym przez tę okropną i dramatyczną chorobę. Co więcej, swojemu miłosierdziu dał szczególny wyraz. Musiał dotknąć go? Na pewno nie, mógł tylko wypowiedzieć swoje żądanie lub nawet je pomyśleć. Jednak nie – chciał pokazać, że ten człowiek nie jest w żaden sposób przez swoją chorobę i kalectwo gorszy, mniej zasługujący na litość i ulgę. 
Kolejny cud. Nie na zasadzie wyliczania „o, znowu…”. Kolejny powód do radości, kolejne życie któremu na nowo nadano sens, kolejny człowiek uwolniony od krzyża który na pewno przesłaniał większość jego egzystencji, a na pewno spychał na margines, poza społeczeństwo. Bóg-człowiek czyni cud, po czym… prosi o dyskrecję. Nie zależy Mu na tłumie wielbicieli, na pustym poklasku i sławie. Cieszy się w duchu z tego, że mógł tamtemu pomóc. Co ciekawe, każe też zadośćuczynić prawu żydowskiemu co do ofiary za oczyszczenie. 
Nic dziwnego, że uzdrowiony Go nie posłuchał. Nic dziwnego, że radością, jaką miał w tym momencie w sercu, chciał podzielić się z ludźmi naokoło. Trudno go za to winić. Nieświadomie – bo nie wiemy czy rozumiał, że uzdrowił go Mesjasz – rozgłaszał Dobrą Nowinę, która w tym konkretnym momencie skumulowała się i znalazła ujście w zdarzeniu z jego udziałem, w jego uzdrowieniu. Bóg rozradował jego serce, przywracając mu zdrowie. 
Ten sam Bóg, który tak często puka do drzwi mojego serca. Może nie widzę swojego duchowego trądu? Może moja choroba nie jest widoczna, jest w środku? Albo faktycznie, jestem fizycznie chory, cierpię, ale brak umiejętności współpracowania z Bogiem w tym stanie zadręcza mnie wewnętrznie i niszczy od środka? On chce uzdrowić każdego. Tylko każdy sam musi to zrozumieć, i przyjść do niego. Nie chcesz sam usłyszeć „bądź oczyszczony”? On na pewno tego chce.
>>>
Teksty, jakie publikuję na tym blogu, pojawiają się także w serwisie Stukam.pl. Pod ostatnią notką dot. tekstu w GW o hospicjum x Jana Kaczkowskiego, z marginalną uwagą o WOŚP, rozgorzała dość dziwna dyskusja, tzn. z dziwnymi wypowiedziami pewnej osoby. 
Żeby było jasne. Fanem WOŚP ani personalnie Jerzego Owsiaka nie byłem i nie sądzę, abym kiedykolwiek został. Ale potrafię odróżnić medialną otoczkę przedsięwzięcia i osobę jego autora (z jego poglądami) od tego, ile daje samo przedsięwzięcie. Jest poi prostu dobre, pomimo swoich mankamentów, jednorazowości. Robi coś, wypełnia lukę, z którą nie potrafi sobie poradzić nasz rząd, NFZ ani Caritas (także Caritas w tym zakresie tyle sprzętu nie ufundował – wyjaśniałem to w jednym z komentarzy pod tym wpisem, ale tutaj na blogu, nie na Stukam.pl). 
Nie wchodząc w dyskusję – jak ktoś pisze, że ksiądz z serduszkiem WOŚP na sutannie, który jak tylu innych ludzi wrzuci do skarbonki to gorszyciel, a przy tym kilka innych utrzymanych w wyjątkowo autorytarnym tonie wypowiedzi o Kościele, co powinien, czego nie powinien, itp. – to mi się po prostu przykro robi. Nie tyle z braku zrozumienia prezentowanego przez osobę w ten sposób piszącą. Bardziej z powodu zaciekłości, uporu i przypisywania sobie prawa dla osądzania, co mieści się w ramach akceptowalnych przez Kościół (w co katolik może się zaangażować, wesprzeć), a co nie.

Przebaczenie z dwóch stron

Czasu nie było, a chciałem o tym napisać. W tygodniu zmarł pierwszy proboszcz parafii, w której od niedawna mieszkam. Człowiek w sumie wcale nie jakoś specjalnie stary – pod siedemdziesiątką. W parafii był od początku (wczesne lata 80.), zbudował kaplicę, plebanię i kościół. Proboszczował do 2001 r., jednak pozostał w parafii do końca, jako rezydent. 
Postać co najmniej niejednoznaczna. Dlaczego? Bo nie bez powodu przestał być proboszczem. Nikt nie negował jego zasług w parafii na polu wnoszenia czy to kościoła (osobna historia – nie było tajemnicą, że „ścigał się” z innym księdzem z okolicy w zakresie tej budowy, czego efekty widać do dzisiaj, niestety, bo kościół jest ze 2 razy za duży, przez koszty jego eksploatacji są ogromne, bez szans na ogrzanie, dach przecieka, dzwon działa 1 na 3, instalacje co chwile nie działają – generalnie do zmniejszenia [boczne nawy do zamknięcia i zamienienia w osobne kaplice] i remontu prawie generalnego), kaplicy, zaplecza (w plebanii co sezon coś jest do wymiany – a to całe instalacje, a to podłoga, a to dach…). Problem polegał na charakterze. Jedyna parafia w diecezji, gdzie co roku była wymiana wikariusza prawie. A czasami nie jednego. Żaden nie był dość dobry. Każdemu zarzucał najprzeróżniejsze, wyimaginowane przewinienia, włącznie z podtekstami odnośnie nieprawidłowych relacji z parafiankami. Snuł przeróżne intrygi, oczerniając współpracowników – wikariuszy, ale i świeckich – w oczach innych parafian. Ja rozumiem – mógł trafić raz na jakiegoś wikarego lenia, ale przez naście lat każdy? Coś musiało być nie tak. Stąd też kuria zaczęła się przyglądać i jemu, i parafii – bo nie brakowało skarg, zarówno ze strony księży, jak i parafian, na proboszcza. Były rozmowy, prośby. Nic to nie dało.

Kościół konsekrowano, nic się nie zmieniało, więc w końcu został usunięty ze stanowiska. Też wyglądało to dziwnie – na gwałt przebudowywał spory kawał plebanii, gdzie zamiast 2 salek urządził sobie mieszkanie (o wiele większe niż pozostałych księży). Co ciekawsze, ludziom wpierał, że buduje pomieszczenie dla gości. Po czym absolutnie odciął się od parafii. Mieszkał na jej terenie, podłączone od parafii miał media, i nie brał udziału w niczym. W tygodniu czasem odprawiał Msze, zawsze sam, czasem nie. W niedzielę na 5 Mszy odprawił jedną, spowiadał prawie wcale. Zaznaczam – przechodząc na emeryturę w wieku lat niewiele ponad 50, nie będąc wcale obłożnie nijak chorym. Mógł się zaangażować, wspierać nowego proboszcza (i kolejnego, obecnego), gdyby chciał. Ale nie chciał. Nienawidził, niestety, pierwszego proboszcza – tego „uzurpatora”, przez którego (…) usunięto go ze stanowiska. Powróciło obmawianie, oczernianie, wymyślane oszczerstwa (na proboszcza, księży, na współpracowników parafii którzy [zamiast na znak „solidarności” z nim odejść] „śmieli” działać dalej w parafii…) – włącznie z donosami do kurii, jako by nie miał z czego żyć, bo proboszcz mu nie płaci. Ciekawe – bo równocześnie miał nowy samochód dość wysokiej klasy, który – rzekomo przymierając głodem – wymieniał będąc już na emeryturze. Uroczystości – pasterka, Triduum Paschalne, bierzmowania, komunie, wizytacje – zawsze go nie było. Zawsze był gdzieś, wyjeżdżał, albo symulował chorobę. Powtórzę – jak na człowieka w tym wieku nie był może siłaczem, ale nie chorował na nic. Dochodziło do tego, że biskup na wizytacji czy bierzmowaniu musiał zwracać uwagę na temat jego nieobecność. Ostentacyjnie, na znak protestu, zawsze obok.

Dlatego bardzo mnie ciekawiło, jak będzie wyglądało niedzielne kazanie. Obecny proboszcz także miał przez niego wiele krwi napsute, zupełnie niesłusznie. Natomiast „po dzielnicy” już chodziły plotki tego typu, że zmarły zażyczył sobie pochowania w kościele, a w ogóle to on… ziemię kupił za własne pieniądze i za swoje większość kościoła postawił. Co, delikatnie mówiąc, całkowicie się mijało z prawdą (ziemia od miasta i w darowiźnie kawałek od prywatnego właściciela, budowa systemem gospodarczym ze środków zbieranych na bieżąco – co  jest powszechnie wiadome). Zostałem mile zaskoczony – bo kwestia śmierci byłego proboszcza była wątkiem pobocznym. Bez oceniania, z naciskiem na to, że teraz on już sam nic dla siebie nie zrobi, i wszystko jest w naszych rękach, teraz można się za niego tylko modlić. Co bardzo ładnie wpasowało się w temat wczorajszej niedzielnej ewangelii:

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu. (Mt 18,21-35)

Bo przebaczać trzeba zawsze. Tu nie chodzi o liczby – to tylko przenośnia. 7 miało znaczyć niewiele, kilka razy – a 77 wiele razy. W tym sensie – tak, 77 razy. A tak naprawdę, to i 78, 79, ile wlezie. Uraz, jaki masz do drugiego człowieka, zatruwa cię od środka. To tak naprawdę zniewala, nie ta krzywda, jeśli została ci uczyniona. To ten brak przebaczenia jątrzy, boli, piecze i prowadzi do nienawiści. Nie bez powodu mówi się – zło dobrem zwyciężaj. Prawdziwa wolność, pozbycie się, wyrzucenie się tego, że było źle, że ktoś mi zaszkodził, skrzywdził – może nastąpić dopiero, gdy z mojej strony nie będzie urazy, gdy znajdę siłę na przebaczenie. Bo czy ja sam jestem bez winy? Może w tej sprawie tak, może tutaj zawalił ten drugi. A tak w ogóle, szerzej? Oj, jest pewnie sporo rzeczy, które ludzie naokoło musieli by mi przebaczyć.

Chyba nikt z nas by nie chciał, aby ktokolwiek postąpił z nim tak, jak zdenerwowany król z niewdzięcznym sługą, który nie umiał docenić darowania długu? Nam pewnie nie raz się zdarzyła taka postawa, jak tamtego niewdzięcznika. Bo jak ktoś wobec mnie uczyni gest bezinteresowny, niespodziewany i nieoczekiwany – jest fajnie, jest euforia, ale bardzo szybko przechodzi się nad tym do porządku dziennego. A potem prawie – „bo mi się przecież należy”, na pozycję roszczeniową. Przy czym samemu – a po co? Taka mentalność Kalego, z innej strony ugryziona. Mnie niech przebaczają – ale ja innym? No bez przesady. Przecież mi się należy! Ma dług? Ma. To niech płaci! A że mnie darowali? No chciał, to darował. Przecież ja nie muszę.

Umiejętność przebaczania to wielki dar. Dar zarówno dla tego, który umie przebaczyć, ale i dla tego, czyim udziałem to przebaczenie się staje, do kogo jest skierowane. Dla kogo jest to ważniejsze? Nie wiem. Komu więcej daje – przebaczającemu, czy temu, któremu zostaje przebaczone? Nie wiem. Ale każdemu życzę, aby miał okazję się przekonać. W obie strony.

I polecam zmarłego księdza modlitwom tych, którzy te słowa czytają. Modlitwy nigdy za wiele, a ten człowiek na pewno jej potrzebuje.