Odtąd jest już bliżej do nieba

15665653_10154242301376309_2317194224192358345_n

Święta, święta i po świętach… W planie miałem tekst o świętach w święta – ale taki nie powstał, bo było w tym roku sporo fajnego rodzinnego świętowania. A przecież o to właśnie w święta chodzi? Przy założeniu, że człowiek świętuje narodzenie Pana – a nie jakieś bliżej nieokreślone „zimowe święta”.

Czytaj dalej →

Pozwól Bogu się spotkać

-images-20161201_153652

Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. (Mt 4,18-22)

Wczorajsza scena ewangeliczna – moment powołania pierwszych apostołów, w tym Szymona Piotra (który wtedy nie był jeszcze Piotrem). Czego ona nas uczy? W niczym nie rzuca się w oczy, nie ma tutaj za grosz spektakularności, żadnego cudu, czegoś wyjątkowego, rzucającego się w oczy, zwracającego uwagę.

Czytaj dalej →

Boża opozycja

rozlam

Jezus powiedział do swoich uczniów: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej. (Łk 12,49-53)

Dla niektórych chrześcijaństwo to nic innego jak taka sielanka, święty spokój, wszystko z górki. Może z tego w jakiejś części wynika jakaś część rozczarowań – jak by nie patrzeć, takie postrzeganie nauki Jezusa jest w sposób oczywisty błędne i fałszywe. Ani lekko, ani łatwo, ani tym bardziej przyjemnie. Tak jak w życiu – piszę te rozważania na niedzielę, tyle że poprzednią, w właściwie „obchodzie” już następnej, jutrzejszej: brak weny, brak czasu, nade wszystko gdzieś w tle trudna rzeczywistość, z którą trzeba będzie się niebawem zmierzyć i ogarnąć. Nie będzie łatwo. Ale nigdy nie miało być. 

Czytaj dalej →

Jadę spotkać Boga w Tatrach

20160630_122201

Uff… Nie żebym należał do grona takich, którzy ledwo skończą jeden urlop, a już marzą i wzdychają za kolejnym – raczej nie. Ale generalnie po tych 5 latach bez dłuższego wyjazdu (synek się urodził, malutki był, potem różne rzeczy się działy, a przy tym generalnie finansowo nie wyglądało to zbyt dobrze), oderwania się od wszystkie, nie ukrywam że ta perspektywa mnie cieszy.

Czytaj dalej →

Monstrancja

13265933_1016633261707627_7509559983110382957_n

Jezus opowiadał rzeszom o królestwie Bożym, a tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrawiał. Dzień począł się chylić ku wieczorowi. Wtedy przystąpiło do Niego Dwunastu mówiąc: Odpraw tłum; niech idą do okolicznych wsi i zagród, gdzie znajdą schronienie i żywność, bo jesteśmy tu na pustkowiu. Lecz On rzekł do nich: Wy dajcie im jeść! Oni odpowiedzieli: Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby; chyba że pójdziemy i nakupimy żywności dla wszystkich tych ludzi. Było bowiem około pięciu tysięcy mężczyzn. Wtedy rzekł do swych uczniów: Każcie im rozsiąść się gromadami mniej więcej po pięćdziesięciu! Uczynili tak i rozmieścili wszystkich. A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali ludowi. Jedli i nasycili się wszyscy, i zebrano jeszcze dwanaście koszów ułomków, które im zostały. (Łk 9,11b-17)

Bóg w tym obrazku, odczytywanym w kościołach wczoraj, w tzw. Boże Ciało, mówi o zaspokojeniu głodu jako tej jednej z podstawowych potrzeb człowieka, o ile nie najważniejszej kwestii. Możesz nie mieć dachu nad głową, łachmany, ale zjeść musisz, żeby żyć. To podstawa. To jest temat i kwestia, którą słyszymy zarówno w Ewangelii Mszy, jak i pozostałych czterech przypisanych do procesji (Mt 26, 17-19. 26-29; Mk 8, 1-9; Łk 24, 13-16. 28-35 oraz J 17, 20-26).

Czytaj dalej →

Pragnienie obecności

Od wczoraj – radca prawny pełną gębą :) Tak tylko na wstępie, bo ślubowanie złożone.

>>>
– Dobrze jest być w Bogu zakochanym.
– Terapeuci mówią, że jak kończy się zakochanie, to zaczyna się miłość. Ale do zakochania wracać trzeba. W życiu ojców duchowości Bóg często znika, milczy. Zapada ciemna noc wiary. To czas, którym interesują się i teologowie duchowości, i psychiatrzy. 
– Co wtedy dzieje się z człowiekiem?
– Cierpi z powodu milczenia Boga. Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że to było trudne doświadczenie. Święta Teresa Wielka wiedziała, że niektórzy w ciągu tygodni przerabiali etapy duchowości, które ona przechodziła przez lata.
Czemu Bóg milczy? Jak to tłumaczy terapeuta?
Żeby dać szansę człowiekowi zdobycia się na bezinteresowną miłość. Ona jest po ludzku wbrew nadziei, nie niesie ze sobą gratyfikacji. I to jest doświadczenie Chrystusa na krzyżu. Najpierw dramatycznie woła: „Boże, czemuś mnie opuścił?”. Bóg milczy i w Jego życiu. Chrystus umiera i zdobywa się – już nie siłą emocji, ale swojej woli – by powiedzieć: „Pragnę”. Święty Augustyn mówił tu o akcie miłości: „Amo: volo ut sis” (Kocham: pragnę, abyś był). Chrystus, który umierając, nie doświadcza Boga, ostatnim aktem woli mówi: „Pragnę (abyś był)”. I w tym słowie spotykają się wiara, nadzieja i miłość.
– To „Pragnę” interpretujemy jako wolę zaspokojenia fizycznego pragnienia.
– To jest interpretacja żołnierzy rzymskich. A na krzyżu chodzi o akt miłości. W sytuacji, w której człowiek mógłby popaść w rozpacz i odwrócić się od Boga, Chrystus przekracza siebie i pragnie, by Dawca życia dalej był. Ojciec Richard Rohr, terapeuta, mówi, że „cierpienie, które nie uległo transformacji, ulega transmisji”.
– Czyli?
– Jeżeli nie przepracujemy cierpienia, naszych traum, to możemy ranić innych. Jeśli ktoś doświadczył przemocy, agresji, to będzie to odtwarzał w swojej rodzinie, Chrystus tak transformuje swoje cierpienie, że nikogo nie rani.
– A jak Chrystus przepracował rany?
W trakcie zmartwychwstania. Widzimy Chrystusa, który ma rany. One mu nie znikają, ale Go już nie bolą. Chrystus tymi ranami świeci. I to jest zaproszenie, żeby się swoich ran nie bać. Bo gdybyśmy nie mieli ran, nie mielibyśmy czym świecić po naszym zmartwychwstaniu. 

Kilka naprawdę ciekawych myśli z rozmowy Joanny Bątkiewicz-Brożek z dr. hab. n, med. Krzysztofem Krajewskim-Siuda pt. „Jak klucz do zamka” z GN. Z tym ranieniem innych – oj, z całą pewnością to prawda, bo pewne sprawy widzę po sobie. A przede wszystkich – genialne wytłumaczenie tego Jezusowego „Pragnę” na krzyżu – nie jako wyrazu zwątpienia, bezradności i porzucenia, ale wezwania i wyznania wiary z Boga, aktu miłości Boga-Człowieka do Boga Ojca. Kapitalna myśl. 

Bóg w wielkim mieście

Czasami dodaję tu na dość przydługawej pewnie liście (po prawo od tekstu) nowe blogi. Pod wpływem tekstu z ostatniego GN dodałem dzisiaj kolejny. Dlaczego o tym piszę? 
Katarzyny Olubińskiej z twarzy nie kojarzę, natomiast z tekstu wynika, iż pracuje w TVN, prowadzi m.in. któreś pasmo śniadaniowe. Z bloga wynika, że pracowała już dla wielu dużych tytułów (kanałów) telewizyjnych. Faktem jest, że łączy „bycie” osobą znaną i kojarzoną z telewizornią, z wykorzystaniem tejże rozpoznawalności do działalności dość mało popularnej – bo do mówienia o Bogu. 
Autorka nie robi z siebie świętoszka – przyznaje się do zachłyśnięcia swego czasu wolnością, sukcesem pracą i tym wszystkim, co bardzo często, bez odpowiedniego punktu odniesienia, prowadzi do różnych życiowych dramatów (ci, którzy sobie z nimi poradzili, potrafią czasami zdobyć się na odwagę i na swoim przykładzie przestrzegać ludzi przed popełnianiem takich błędów – i chwała im za to!). Spodobało mi się, jak nawiązała tytułem bloga do serialu o tytule identycznym z tytułem jej bloga, z różnicą, że słowo „Bóg” należy zastąpić słówkiem „seks” – mówiąc o tym, że serial pokazuje kobiety pogubione i szukające akceptacji, miłości, a jej blog pokazuje, że Boga – odpowiedź na te wszystkie potrzeby i pragnienia ludzkiego serca – można znaleźć także wśród ludzi sukcesu, którzy też wierzą. Moja mała dygresja – szkoda, że tak niewielu decyduje się, ot, choćby w różnych akcjach, przyznać do tego. 
Unika określenia przez rozmówczynię mianem „ewangelizatorki pogranicza”, podobnie „katocelebrytki” – skromnie mówi, że wykorzystuje swój warsztat, aby rozmawiać z ludźmi, staje się narzędziem. Dobra sprawa – Bóg działa także (przede wszystkim? o ile na to pozwolą) przez ludzi zdolnych. Komu więcej dano, od tego więcej wymagać będą… Dlatego piękne jest, że autorka chce inspirować ludzi – nie pisze dla samego pisania.   
Mnie urzekł cały sens tego tekstu. To nie jest tak, że Bóg to taka „nagroda pocieszenia” dla tych, którym się nie udało, nie mają pracy, są chorzy, nic im nie wychodzi, to niech się modlą, klepią różańce, przesiadują w kościele itp. Bóg prowadzi każdego i piękną sprawą jest, gdy człowiek – kiedy osiąga sukces, jest znany – potrafi o Nim mówić, przyznać się do Niego i wskazywać na Niego jako swój punkt odniesienia, a nie wypierać i przypisywać cały sukces tylko sobie i swojemu ego. Świetnie, że są takie osoby jak Katarzyna Olubińska, które mówią o tym wprost, otwarcie i nie wstydzą się ani do tego przyznać, ani o Nim mówić. 
Pięknie brzmią też słowa zachęty, jakie napisała na blogu na stronie o sobie: 

Ten blog powstał z potrzeby serca. Postanowiłam podzielić się z Tobą swoim doświadczeniem Boga i doświadczeniem ludzi, którzy spotkali Boga w codzienności swojego życia w wielkim mieście. Bo kiedy Bóg przychodzi do człowieka i robi w jego życiu to, co zrobił w moim, to trudno o tym milczeć i chciałoby się na każdym rogu krzyczeć: On naprawdę jest! Tu i teraz. Bliżej niż myślisz. Kocha nas. Szuka. Chce naszego szczęścia. Nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. Nigdy z nas nie rezygnuje, nawet jeśli my już sami zrezygnowaliśmy. U mnie właśnie tak to się zaczęło. Przyszedł do mojego życia nagle, jak wiatr i zmienił wszystko. Jeśli tu zajrzałeś to uważaj, bo może właśnie dotyka też Ciebie…

Zachęcam do zajrzenia… a może poszukania Boga w wielkim mieście :)

Autentyczność a nie bezmyślny barok

Generalnie bardzo mi się podobał GN nr 16/2015, ale w szczególności rozmowa Marcina Jakimowicza z x Wojciechem Węgrzyniakiem pt. „Szczerze mówiąc” (link do zajawki – niestety, od jakiegoś czasu w GN tylko to, kiedyś były teksty w całości, co w kontekście archiwum, nie mówię o numerze bieżącym, było fajne). A skoro jest tylko zajawka, a nie można skopiować, to opiszę po swojemu to, co mnie zaciekawiło w tej rozmowie. 
A mianowicie, x Węgrzyniak podaje fajne z życia przykłady tego, jak to ludzie pokazują, że im zależy na relacji z Bogiem, że się w tę relację angażują, często emocjonalnie, także wtedy, kiedy w sposób autentyczny, szczery… się z Nim wykłócają, czy nawet czasem wściekają. Co rozmówca zestawił z postawą „Pan moim światłem, nie brak mi niczego” podczas Mszy, a potem jednym wielkim narzekaniem na brak w życiu w sumie wszystkiego. Albo takie „Bądź wola Twoja” na Mszy czy w modlitwie, i znowu, oburzanie się w sytuacji, kiedy idzie nie po mojej myśli (czyli zazwyczaj, znając szczególnie malkontentów, ale nie tylko). Te dwie postawy, niby rozmodlenia, cytowania i modlitwy słowami Biblii, to w ocenie x Węgrzyniaka większa bezczelność wobec Boga niż płynąca z serca prosta złość na coś, co mi u Niego nie pasuje – ale bez tej, hm, dwulicowości?
Biblista bardzo trafnie, w mojej ocenie, odniósł się do takiej naszej polskiej mentalności – a to, że z Bogiem to właściwie się nie wypada kłócić, no bo jak… Zestawił to z nauką na pamięć słów modlitwy przez małe dziecko, powtarzanie (pewnie mało zrozumiałe na początku), wyrabiające pewien nawyk modlitwy i rozmowy z Bogiem, ale w konkretnych ustalonych odgórnie formułach i słowach. 
Teraz trochę, a propos tego, ode mnie, dygresyjka – ok, to jest dobre na początek. Tak jak w tej anegdocie, a właściwie przykładzie z reala – kiedy dorosły człowiek klęka przy kratkach konfesjonału i mówi: nie zmówiłem paciorka, kłóciłem się z żoną, powiedziałem brzydkie słowo, na co spowiednik pyta: dobrze, a teraz wymień grzechy. To jest infantylność i płytkość – ale przede wszystkim dramat tej osoby, która sobie z tego sprawy nie daje. Myślę, że w tym kraju jest nas całkiem sporo takich, którzy żyją w błogiej nieświadomości, mniej więcej tak się spowiadając od pewnie tego 7 roku życia, kiedy pierwszy raz do spowiedzi poszli, uznając, że tak właśnie powinno się to robić dalej w dorosłym życiu. Formułki, paciorki, litanijki (żeby nie było – sam lubię nabożeństwa majowe, natomiast lekko odrzucają mnie ludzie, którzy siedzą w kościele i „idą na rekord” z książeczkami w stylu „100 litanii”, odmawiając, mam wrażenie, każdą po kolei…). To jest wygodne, to jest dobre na początek – i to jest kompletnie bez sensu w przypadku człowieka dojrzałego. Bo świadczy o wyuczeniu pewnych spraw (choć nie mam prawa oceniać wiary lub jej braku u kogoś), ale nie o prawdziwej relacji z Tym, do którego te słowa płyną. Staram się często uczestniczyć we Mszy Świętej, zdarza się także w nabożeństwach, odmawiać od czasu do czasu coś z liturgii godzin – ale tak na codzień, poza nieodzownym różańcem, to modlę się po swojemu. Bo to jest moje – prośba, marudzenie, tęsknota, poszukiwanie, złość, żal, pustka, dziękczynienie, radość. Wszystko potrafię – i tak samo każdy inny – przedstawić Bogu po swojemu, tylko trzeba chcieć, a nie „odliczyć” Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu, i z głowy. Kiedyś się nad tym zastanawiałem, a dzisiaj podpisuję się obiema rękami: jak masz poświęcać Bogu czas na odwal, recytować bezmyślnie na odczepne albo z przyzwyczajenia – to nie marnuj czasu, swojego i Jego. Ostro? Może. Ale to ważne sprawy – a niektórzy ludzie w tej materii są kompletnie niepoważni, choć czasami nieświadomie. 
Wracając do rozmowy z x Węgrzyniakiem. Powołując się na Mt 10,14 wskazuje na to, że Jezus kieruje uczniów do tych, którzy chcą ich słuchać – czyli gdy chęci tej nie ma, szkoda czasu na gadanie. Idzie nawet dalej – jeśli nawracanie ci szkodzi, odpuść sam. Gdy zaczynasz się użalać nad swoją bezradnością i bezowocnością w ewangelizowaniu. Kiedy, pomimo najlepszej argumentacji, druga strona jest nieprzemakalna i wydaje ci się przez to, że sam jesteś cieniasem i się nie nadajesz. Bo to jest nie tyle ewangelizacja mniej lub bardziej udana, co dechrystianizacja siebie samego – co jest na rękę Złemu. Prawda rzucona w twarz nic nie da, kiedy przez kontekst sytuacji sam zaczynasz tę osobę nienawidzić – kiedy ja sam się staję przez to gorszy, kiedy nie tyle jestem mało efektywny, co szkodzę (choćby sam sobie). 
Kilka ciekawych myśli, ot, do zastanowienia. 

Against all odds

Z cyklu – piękna muzyka.

Poza tym, że kawałek po prostu uwielbiam i to od dawna (bo i do najnowszych nie należy), to ostatnio zastanawiałem się nad jego tekstem. I wychodzi mi, że bardzo pasuje do… modlitwy człowieka, który uświadamia sobie, że się pogubił – odszedł od Boga, pogubił Jego ślady, a tak naprawdę tylko On jest tym: „the only one who really knew me at all”. Do którego tak często trudno jest wrócić, do którego się płacze, któremu tyle jest do powiedzenia. Kłania się św. Augustyn i jego prawda o tym, że dopóki człowiek nie odnajdzie się w Bogu, nie ma prawdziwego pokoju w sercu. 

I bonus – sprawa świeża, tegoroczny cover w/w kawałka, w wykonaniu LemOn i Agnieszki Chylińskiej. Z mojej strony – pozytywne zaskoczenie :)
Take a look at me now, ‚cos there’s just an empty space
But to wait for you, is all I can do and that’s what I’ve got to face…

Siejeje

Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich? On im odpowiedział: Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza: Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił. Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli. Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy! Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na miejsce skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny. (Mt 13,1-23)

Długie, nie da się ukryć. Ale i ciekawe – z jednej strony przypowieść, z drugiej od razu autorska jej wykładnia i wytłumaczenie :)
Bóg nas sobie nie wybiera, nie jest tak, że temu daje więcej, a tamtemu mniej. Inaczej – owszem, zgoda – według tego, co kto potrafi i jakie dostaje talenty do wykorzystania (albo zmarnowania, zależy od osoby). Tylko od każdego z nas zależy, co z tym zrobimy. Podstawą jest to słowo, które On do nas kieruje – przede wszystkim właśnie w liturgii, w Piśmie Świętym. Źródło, początek. Nie mówi raz, dwa razy – a potem odpuszcza, przerażony tępotą albo ignorancją słuchacza. To ziarno sypie się praktycznie stale, ciągle na nowo – licząc, że ja i ty je zauważysz. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie – sieje do skutku, tylko w wypadku niektórych ludzi naprawdę jest z tym sporo roboty. 
Ziarno na drodze to pierwsza skrajność – zero, nic, nie zdąży ani nie ma jak zapuścić korzeni, bo pusto, tępo, bezmyślnie, albo i z założenia na „nie”, więc Zły przychodzi i robi swoje, w tym wypadku skuteczniej od naszego Siewcy. Potem ziarno rzucone na skały – niby jest jakiś punkt wyjścia, jakaś gleba, ale to wszystko jakoś tak dziwnie się dzieje, że słomiany zapał okazuje się być niewystarczający – to, co dobrego mogło by zaistnieć, ledwo się zaczyna, a już się kończy. Ziarno rzucone między ciernie to jakby kolejny etap – tu już warunki są lepsze, trzeba by się postarać, żeby zaowocować, wysilić się, znaleźć wolę walki, żeby nie dopuścić do zasłonięcia Źródła, tego światła, żeby Zły nie przesłonił Boga, nie odwrócił uwagi od Niego. 
Wreszcie – ideał – żyzna ziemia i w efekcie plon. Nie jest powiedziane: według miary, pod linijkę, każdy musi tak samo zaowocować; wręcz przeciwnie, nawet Jezus wprost mówi, że „rozrzut” pomiędzy miarą tych plonów był sporny skoro od 30% do 100%. Ale był wysiłek, była praca, pewnie wyrzeczenia, starania – i jest wtedy efekt, na miarę możliwości tego, który się starał, raz mniej a raz bardziej. 
Tak to ma wyglądać, bo do tego jesteśmy wezwani. Nikt za nas tego wysiłku nie włoży – albo zrobię to ja, albo te ziarenka Bożej łaski zasiane w sercu po prostu szlag trafi. Mogę się buntować, tłumaczyć, że warunki nie takie itp. To bez znaczenia. Bóg te ziarenka składa w moje i tylko moje ręce – więc nikt inny nie odpowiada za ich zmarnowanie, albo sensowne spożytkowanie.