Odtąd jest już bliżej do nieba

15665653_10154242301376309_2317194224192358345_n

Święta, święta i po świętach… W planie miałem tekst o świętach w święta – ale taki nie powstał, bo było w tym roku sporo fajnego rodzinnego świętowania. A przecież o to właśnie w święta chodzi? Przy założeniu, że człowiek świętuje narodzenie Pana – a nie jakieś bliżej nieokreślone „zimowe święta”.

Moje życzenia dla każdego są widoczne na obrazku powyżej. Starałem się, aby były zwięzłe i minimalistyczne. Z serca – ode mnie (i moich najbliższych) dla Ciebie :)

Myślę, że w te święta – poza refleksją modlitewną – najważniejsze było to, aby być razem z kochanymi osobami, z najbliższymi. Z tymi, dla których w codziennym zabieganiu po prostu czasami brakowało czasu. Nie z nosem w komórce, strzelając kolejne selfie czy to choinki, czy stołu wigilijnego i lajkując albo komentując takie same wpisy innych – ale odkładając właśnie telefon i będąc z najbliższymi, nie tylko ciałem, ale także duchem. Po prostu pobyć – rozmawiać, może bardziej słuchać niż mówić, unikać tematów drażliwych (polityka!). Radosna wspólna obecność. Mnie w tym roku bardzo ucieszyło to, że był z nami mój Tata, z którym mam bardzo trudną relację – i było pięknie. Takie świąteczne rodzinne spotkanie to może być tak naprawdę jedna z niewielu okazji, aby porozmawiać, wyjaśnić pewne sprawy, po prostu sobie nawzajem wybaczyć. Znak łamanego opłatka cały czas wiele znaczy i zobowiązuje.

Jest też pamięć  przy betlejemskim żłóbku i wdzięczność za tych, którzy są już po lepszej stronie naszego życia – tych, którzy już wygrali. Dla mnie osobiście to jest taki trudny czas – nie dość, że już 3 święta bez Mamy, to jeszcze przypadają w Wigilię jej imieniny. Stąd dla mnie te święta nabierają takiego wymiaru refleksji nad tymi, których już nie ma – a którzy bardzo często właśnie z jednej strony uczyli wiary, pokazywali to wszystko, co dzisiaj ja pokazuję swojemu synkowi; z drugiej strony, po prostu byli i po ich odejściu to puste miejsce przy stole ma wymowę niestety bardzo smutną… W tle Piwnica pod Baranami i ich „Kolęda dla nieobecnych”

W tych dniach – mam nadzieję – każdy z nas choćby raz, na chwilę, stanął przy betlejemskim żłóbku. Powiem szczerze, mnie trochę odrzuca tłum, który tam „wali” po każdej Mszy Świętej – ale z drugiej strony, to jest wyraz tego, że ludzie lgną do Nowonarodzonego, przychodzą Mu oddać pokłon, powierzyć swoje sprawy, prosić i dziękować. To jest dowód wiary i tego, że my właśnie świętujemy to, co jest do świętowania w tych dniach – a nie tylko mamy pretekst, aby spędzić 3 dni przy suto zastawionych stołach z tradycyjnymi potrawami. Po ludzku może się to wydawać bez sensu – nie dość, że klękać przed lalką, to jeszcze przedstawiającą bezbronne i nic nie mogące dziecko. Czy jednak tak jest na pewno? Jezus przychodzi jako król. Ale pokazuje bardzo jasno i czytelnie, że to królowanie będzie zupełnie odmienne od tego, co nam się po ludzku wydaje: nie pałac tylko stajenka; nie służba tylko przypadkowi świadkowie w osobach pastuszków i owiec; nie beztroskie dzieciństwo ale strach i ucieczka przed szalonym Herodem. Tak to się – na opak po naszemu – zaczyna i tak będzie wyglądało dalej. Za 30 lat, gdy rozpocznie swoją publiczną działalność, Jezus dla wielu będzie znakiem chyba głównie tego formalnego oporu, nadzieją na tę dosłowną walkę z okupantem i odzyskanie niepodległości przez Naród Wybrany. Tego od Niego będą oczekiwali – i znowu się zawiodą srodze, bo „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18, 36a). Dzisiaj – przychodzi jako maleńkie dziecko. Uważaj, Kogo wybierasz na Króla – jakim on będzie Królem i jak On chce królować. Tak, to jest Król jedyny i prawdziwy, najlepszy. Ale idący w poprzek temu, co by się po naszemu wydawało sensowne. Zupełnie inaczej kalkulujący.

Najbardziej tę odmienność Jezusa widać na przykładzie 2 dnia świąt. Nadal Boże Narodzenie, nadal świętowanie – ale jakoś tak dziwnie… bo jak inaczej nazwać święto św. Szczepana, według tradycji pierwszego męczennika? Z krwawym opisem w – jedynym – czytaniu o jego ukamienowaniu, ze szczegółami (Dz 6,8-10;7,54-60). Niejeden – z tych, co słuchają, a nie tylko są w kościele – zadał sobie pewnie wczoraj pytanie: ale o co chodzi? Narodzenie Jezusa, Betlejem, gwiazda, radosne świętowanie – a teraz to co? Ano to, że Bóg od razu jakby uprzedza, dokąd Jego królowanie zaprowadzi – do zmartwychwstania, ale przez krzyż. Różne rzeczy można było wczoraj w kościołach usłyszeć jako homilie, księża w różny sposób budowali pewne figury retoryczne, starając się to wyjaśnić – ja cieszę się, że u nas po prostu była homilia i chyba żaden z księży nie odczytał straszliwie skomplikowanego i dziwnym językiem stworzonego listu rektora KULu, przewidzianego na ten dzień (najlepszego, niestety, dowodu na to, że te listy to najczęściej pomyłka – bo mało kto jest w stanie je zrozumieć).

I wreszcie, nie można zapomnieć o tym, że w swoim świętowaniu mamy moralny obowiązek pamięci o tych, którzy są w gorszej sytuacji, czasami nie mając zupełnie nic. Niektórzy dziwią się, kiedy wspomina o tym papież Franciszek dzisiaj – a przecież mówił o tym wyraźnie 9 lat temu papież senior Benedykt XVI, nie gdzie indziej, ale właśnie w homilii na Pasterce w 2007 r.:

W swojej Ewangelii Jan, skupiając się na tym, co istotne, pogłębił krótką informację św. Łukasza o sytuacji w Betlejem: «Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli» (1, 11). Odnosi się to przede wszystkim do Betlejem: Syn Dawidowy przychodzi do swego miasta, ale musi urodzić się w stajni, bo w gospodzie nie ma dla Niego miejsca. Dotyczy to również Izraela: Posłany przychodzi do swoich, ale oni Go nie chcą. W rzeczywistości słowa te dotyczą całej ludzkości: Ten, za którego sprawą został stworzony świat, przedwieczne Słowo stwórcze, przychodzi na świat, lecz nie jest słuchany, nie zostaje przyjęty. Słowa te ostatecznie dotyczą nas, każdego człowieka i społeczeństwa jako całości. Czy mamy czas dla bliźniego, który potrzebuje naszych, moich słów, mojego uczucia? Dla cierpiącego, który potrzebuje pomocy? Dla uchodźcy czy przesiedleńca, który szuka schronienia? Czy mamy czas i miejsce dla Boga? Czy może On wejść w nasze życie? Czy znajdzie w nas miejsce? A może jesteśmy bez reszty zajęci naszymi myślami, naszym działaniem, życiem tylko dla siebie?»

To jest niewygodne, bo jest dla nas wyrzutem sumienia. Bo większość w głębi serca by chciała, aby to puste miejsce przy wigilijnym stole pozostało puste, żeby nikt do naszych drzwi nie zapukał. Tylko w takim razie – po co je zostawiać? W tym kontekście chciałbym też każdemu życzyć trudnych świąt – takich, które nie będą tylko wygodnym czasem wypoczynku, miło spędzonym z rodziną, ale które pobudzą do twórczego zastanowienia się: jak ja mogę pomóc człowiekowi obok, nie jakiemuś anonimowemu, ale temu czy tamtemu. Nie dla samego zastanawiania się, ale aby coś z tym zrobić – zadziałać, ruszyć się. Podzielić się nadzieją, przyniesioną przez Boga, obdarować nią kogoś. To z kolei Franciszek, 9 lat po tamtych słowach Benedykta, na tegorocznej Pasterce:

Pozwólmy, by wyzwaniem dla nas było Dzieciątko w żłobie, ale także dzieci, które nie leżą dziś w kołysce, otoczone pieszczotą miłości matki i ojca, ale leżą w nędznych „żłóbkach godności”: w podziemnym schronie, by uniknąć bombardowania, na chodniku wielkiego miasta, na dnie łodzi przeciążonej migrantami. Pozwólmy, by wyzwaniem dla nas były dzieci, którym nie pozwala się narodzić, te, które płaczą, bo nikt nie zaspokaja ich głodu, te, które nie trzymają w rękach zabawki, lecz broń. (…) Boże Narodzenie ma przede wszystkim smak nadziei, ponieważ, pomimo naszych ciemności jaśnieje światło Boga. Jego łagodne światło nie budzi lęku; Bóg będąc w nas rozmiłowanym, przyciąga nas swoją czułością, rodząc się ubogim i kruchym pośród nas, jako jeden z nas. Rodzi się w Betlejem, co oznacza „dom chleba”. Wydaje się, jakby chciał nam powiedzieć, że rodzi się dla nas chlebem; rodzi się do życia, aby dać nam swoje życie; przychodzi w nasz świat, aby nam przynieść swoją miłość. Nie przychodzi, by pożreć i rozkazywać, ale by karmić i służyć. Istnieje zatem bezpośrednia nić łącząca żłóbek i krzyż, gdzie Jezus będzie chlebem łamanym: jest to bezpośrednia nić miłości, która daje siebie i nas zbawia, która daje światło naszemu życiu i pokój naszym sercom. Zrozumieli to w ową noc pasterze, którzy należeli do ludzi zmarginalizowanych tamtych czasów. Ale nikt nie jest marginalizowany w oczach Boga i to właśnie oni byli zaproszonymi na Boże Narodzenie. Ci, którzy byli pewni siebie, samowystarczalni, zostawali w domu, wśród swoich spraw; natomiast pasterze „udali się z pośpiechem” (por. Łk 2,16). Także i my pozwólmy, by tej nocy Jezus nas wezwał i zwołał, idźmy do Niego z ufnością, wychodząc od tego, w czym czujemy się zmarginalizowani, wychodząc od naszych ograniczeń. Pozwólmy, by dotknęła nas czułość, która zbawia. Zbliżmy się do Boga, który staje się bliskim, zatrzymajmy się, by spojrzeć na żłóbek, wyobraźmy sobie narodziny Jezusa: światłość i pokój, najwyższe ubóstwo i odrzucenie. Wejdźmy w prawdziwe Boże Narodzenie wraz z pasterzami, zanieśmy do Jezusa, to czym jesteśmy, nasze marginalizacje, nasze nie zagojone rany. W ten sposób zasmakujemy w Jezusie prawdziwego ducha Bożego Narodzenia: piękno bycia kochanymi przez Boga. Wraz z Maryją i Józefem jesteśmy przed żłóbkiem Jezusa, który rodzi się jako chleb dla mojego życia. Kontemplując Jego pokorną i nieskończoną miłość, powiedzmy Jemu „dziękuję”: dziękuję, ponieważ uczyniłeś to wszystko dla mnie.

Święta Narodzenia Pana to czasami okazuje się być taki czas, w którym działamy na zasadzie bliżej nieokreślonego przyzwyczajenia, radośnie odtwarzanych schematów – bo tak się przyjęło, bo tak się robiło. Kompletnie bezrefleksyjnie. Tymczasem przecież to, co się stało – przyjście Jezusa – odmieniło wszystko! On jeszcze nie raz każdego z nas zadziwi. Nie bez powodu mówi: „Oto czynię wszystko nowe” (Ap 21, 5). Najlepszy sposób, aby ten czas dobrze wykorzystać, to zacząć od początku, wrócić tam, gdzie się to wszystko zaczęło. Parafrazując słowa znanej chyba każdemu kolędy – nie tyle „pójdźmy”, co „wróćmy wszyscy do stajenki”. Żeby się zadziwić – nie rozkminiać i zastanawiać: a czemu tak, a czemu nie inaczej. Żeby się wzruszyć. Żeby zrozumieć, jak wielką sprawę świętujemym, jak wiele się zmieniło tamtej nocy. Żeby oddać Panu pokłon. Tak po prostu.

Poza tym – mimo, że dzisiaj już zwykły dzień pracy, to przecież mamy oktawę uroczystości Narodzenia. Taką wydłużoną możliwość świętowania liturgią pomimo „brutalnej” rzeczywistości (dom/praca/nauka etc). Skorzystajmy z tego.

Odtąd jest już bliżej do nieba! :)

Dodaj komentarz