2014

To był na pewno wyjątkowy rok, kolejny krok na naszej (dłuższej lub krótszej – czas pokaże) drodze życia. Tyle wysiłku, żeby było sensownie, pięknie, z poczuciem celu i marzeniami.
Idziemy dalej. Zachowujemy w pamięci to, co było – i idziemy naprzód – pamiętając tych, bez których może pierwszy raz wejdziemy w nowy rok, a którzy zawsze dotąd byli. Aby te nowe 365 dni starać się, myśleć, działać i rozwijać. Być lepszym, może mniej zapatrzonym w siebie, bardziej okazującym tym najważniejszym osobom ile dla nas znaczą, otwartym na innych. 
Z nowymi celami, marzeniami i postanowieniami, i odwagą do ich realizowania. Żeby nam się chciało odkrywać nowe talenty, zainteresowania, pasje. 
Może nie tyle, żeby ten rok był lepszy – ale żeby nas ubogacił i żebyśmy my w jego trakcie umieli ubogacać innych.

Nadchodzi…

król
Przyjęło się, że początki historii zbawienia określa się zdrobniale: żłóbek, gwiazdka, stajenka, dzieciątko. Trywializujemy to. Tymczasem te święta mają być dla nas czasem dojrzałości – dania świadomej odpowiedzi Bogu, który przychodzi. Przychodzi na świat i prowadzi nas poprzez wszystkie tajemnice, te radosne i te bolesne, chwile szczęścia i zwykłe szare dni. Świat jest trudny – ale ciągle pełen Boga, który promieniuje dla nas wszystkich.
Życzymy Ci, abyś potrafił Go przyjąć jako Tego, który jest mądrzejszy. Ten, który z jednej strony napełnia sensem – ale i niesamowitą prostotą. Uczący pokory, ostrożności osądów, dostrzegania Jego w drugiej osobie, bezinteresownej miłości, spalania się dla drugiego człowieka. Tego wszystkiego, co tak trudno nam przychodzi – a czyni niesamowicie szczęśliwymi. 
On znowu się narodził – pokój Wam! 
W imieniu swoim i rodzinki
T.

Ks. dr Wiesław Szlachetka nowym biskupem pomocniczym archidiecezji gdańskiej

624586_42C4_4
Czekaliśmy, czekaliśmy – my znaczy się archidiecezja gdańska. I się w sobotę doczekaliśmy. 21 grudnia 2013 r. czasie odbywającego się w Kurii Metropolitalnej spotkania opłatkowego sióstr zakonnych, abp Sławoj Leszek Głódź ogłosił dekret papieża Franciszka, którym Ojciec Święty ustanowił ks. dr. Wiesława Szlachetkę nowym biskupem pomocniczym archidiecezji gdańskiej.
Życiorysu oficjalnego przytaczać nie będę – spreparowano go tutaj. Święcenia kapłańskie otrzymał w ówczesnej diecezji chełmińskiej (obecnie pelplińskiej), zaś od 1992 r. jest kapłanem archidiecezji gdańskiej. Praktycznie całą kapłańską posługę, tj. od 1986 r., związał on z gdańską Osową – gdzie najpierw przez 16 lat był wikariuszem w ówczesnej jedynej osowskiej parafii Chrystusa Odkupiciela (w tym od 1992 r. wykładowcą szeregu instytucji diecezjalnych a także gdyńskim Uniwersytetu Trzeciego Wieku), a od 2000 r. proboszczem nowopowstałej parafii św. Polikarpa Biskupa Męczennika w Gdańsku-Osowie, wydzielonej z parafii Chrystusa Odkupiciela. W parafii tej ks. Wiesław pracował do dnia nominacji biskupiej, m.in. wybudowawszy kościół parafialny. W 1998 r. uzyskał doktorat z zakresu teologii biblijnej, którą następnie wykładał. Poza pracą naukową, biskup nominat pisze utwory poetyckie. ej.
Poprzednik biskupa nominata na urzędzie sufragana gdańskiego – bp Ryszard Kasyna – w dniu 27 października 2012 r. został mianowany biskupem pelplińskim po ś.p. bp. Janu Bernardzie Szladze i w dniu 08 grudnia 2012 r. odbył ingres do katedry pelplińskiej. Od tego momentu przez przeszło rok czasu archidiecezja gdańska oczekiwała na nominację nowego biskupa pomocniczego.
Co ja mogę powiedzieć o nominacie? Niewiele, choć miałem swego czasu okazję poobserwować go kilkakrotnie – w końcu ten sam dekanat. Żaden dostojnik, nigdy nie zabiegał o tytuły i godności kościelne (z lubością rozdawane przez obecnego metropolitę odpowiednim osobom…) – mimo, że dużo zrobił, bo od zera zorganizował parafię na nowym osiedlu, postawił kościół. Odnoszę wrażenie, że skromny. Chyba jeden z niewielu (jedyny?) proboszcz, który na uroczystości bierzmowań praktycznie nigdy nie wysługiwał się wikarym, tylko sam przyjeżdżał. Taki… normalny. Skoro pisze poezję – to i dusza na pewno wrażliwa (tym bardziej współczuję nowego szefa). A że jest powód do radości – bo swój, stąd, znający od wielu lat diecezję, w sumie jak na biskupa młody, i nie żaden „spadochron” z Watykanu. Taki w pewnym sensie człowiek, którego nikt na ten urząd nie typował (co już jest plusem) – co potwierdza, iż Watykan zaczął do tych nominacji przykładać dużą wagę, a równocześnie (także dobrze) potwierdza ploteczkę, że odpadli w przedbiegach wszyscy ci, których Generał bardzo usilnie chciał na fotelik sufragana wcisnąć, w tym ponoć jego kanclerz warszawski z czasów praskich. Kolejny plus. I w archidiecezji będzie drugi już biskup i drugi sufragan o imieniu Wiesław (obok Wiesława Śmigla z Pelplina). Jest dobrze. 
Uroczystość święceń biskupich biskupa nominata odbędzie się w sobotę 04 stycznia 2014 r. o godzinie 16.00 w Bazylice Archikatedralnej w Gdańsku-Oliwie.

Myśli porozrzucane

Tekst znowu dość chaotyczny będzie, bo zbierane myśli z pewnego już okresu.
>>>
Papież Franciszek po raz pierwszy – jak poprzednik Benedykt XVI w przypadku Hildegardy z Bingen – dokonał w dniu 17 grudnia 2013 r. tzw. kanonizacji równoważnej bł. Piotra Fabera SI, jednego z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli, pierwszego w ich szeregach kapłana (święcenia uzyskał przed wstąpieniem do zakonu), apostoła Niemiec. Tego, który miał – wg Ignacego – najlepiej odbyć ignacjańskie ćwiczenia duchowne. 
Tego samego dnia Ojciec Święty zatwierdził dekret o heroiczności cnót Sługi Bożego bł. Jerzego Ciesielskiego (1929-1970), inżyniera budownictwa, wykładowcy Politechniki Krakowskiej i Uniwersytetu w Chartumie, działacza społecznego i dobrego przyjaciela ówczesnego metropolity krakowskiego kard. Karola Wojtyły. Postać na pewno ciekawa, choć w Polsce – poza Krakowem – raczej nie znana. Tygodnik katolicki „Źródło” i Fundacja „Źródło” przyznają od 1997 nagrodę jego imienia dla osób działających na rzecz rodziny. Od 10 lat działa także bardzo ciekawa tradycja – od 2003 na Polanie Harcerskiej w Jordanowie, na której Jerzy Ciesielski często przebywał i modlił się wraz z błogosławionym Karolem Wojtyłą, odprawiana jest w pierwszą sobotę czerwca uroczysta Msza Święta w intencji rychłej beatyfikacji sługi Bożego. Teraz już ku tej beatyfikacji bliżej :) 
>>>
Swego czasu było głośno o ankiecie dotyczącej rodziny i jej obecnych problemów, jaką papież Franciszek przesłał do wszystkich biskupów świata. Chodzi o III Zgromadzenie Nadzwyczajne Synodu Biskupów, zaplanowane na październik 2014 r. W ramach przygotowania do Synodu Watykan rozesłał do poszczególnych biskupów dokument z 38 pytaniami związanymi z rodziną chrześcijańską, małżeństwem, problemami i wyzwaniami, które stoją przed Kościołem w tym obszarze. „Ankieta ta stanowi etap przygotowań do synodu biskupów na temat rodziny” – twierdzi portal Vatican Insider. 
A u nas? Jak to u nas, po polsku. Cicho sza, darmo szukać papieskiej ankiety gdziekolwiek po polsku na stronie diecezji. W myśl „sprawdzonej” zasady – a co tam świeccy wiedzą, tym bardziej o rodzinie… Cytując KAI: „Biskup danej diecezji jest zobowiązany do odpowiedzi na kwestionariusz, wcześniej jednak ma przekazać ankietę dekanatom i parafiom, i zebrać odpowiedzi – mówi w rozmowie z KAI bp Wojciech Polak, sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Polski”. Akurat mam sporą wiedzę o tym, co w mojej okolicy wypływa z kurii do poszczególnych parafii – kurendy itp. – i jakoś z tą ankietą się nie spotkałem. czyli nawet nie nie rozesłali jej do podstawowych jednostek diecezji. Ergo, pewnie wypełni ją jeden z wielu kurialnych gryzipiórków, lekko mówiąc oderwany od rzeczywistości najczęściej także zwykłej posługi duszpasterskiej, a tym bardziej problemów świeckich. 
KAI dalej: „Kwestionariusze trafią najprawdopodobniej do Duszpasterskich Rad Parafialnych, a po wypełnieniu z powrotem do biskupa. Wybór metodologii wypełniania kwestionariusza należy do ordynariuszy”. Czyli – papież pyta, ale biskup wie swoje i niestety może zrobić o swojemu. Czyli wpisać jakieś górnolotne frazesy, albo stwierdzić: przecież polskie rodziny problemów nie mają; albo i wymyślić temat zastępczy (o czym nieco niżej). 
A szkoda. Dlatego fajnie, że pojawiła się strona Ankieta Franciszka. Zachęcam do poczytania, bo warto, a także wypełnienia i wysłania do swojego biskupa (na stronie są adresy). 
>>>
Episkopat nasz był uprzejmy popełnić „List pasterski na Niedzielę Świętej Rodziny 2013 roku„. Próżno szukać wprost autora, można domniemywać, że to ktoś z gremium zwanego Radą ds. Rodziny KEP. Tekst stosunkowo krótki, jak człowiek już zacznie czytać – biorąc pod uwagę zawartość – tym szybciej się go czyta… 
Moja opinia? Biskupi nie mają problemów, albo udają że nie widzą tych prawdziwych i wymyślają zastępcze. Bo jeśli ktoś uważa, że problem gender to największa zmora rodzin polskich w dzisiejszych czasach – to, za przeproszeniem, chyba na głowę upadł. Jak to piszą na wstępie, prezentują „refleksję na temat sytuacji współczesnej rodziny”. O czym piszą? Ideologia gender, niebezpieczeństwa ideologii gender, zwolennicy ideologii gender. O ile z trzema ostatnimi akapitami zgadzam się – o tyle reszta to dla mnie jakaś pomyłka. 
Nie mam czasu ani ochoty rozwijać się nad tymi wynurzeniami – tym bardziej, że w bardzo ładny sposób zrobił to Błażej Strzelczyk na swoim blogu. I to akurat powinien każdy biskup przeczytać – skoro taki list idzie w świat w ich imieniu (nie jednego, ale wszystkich). A ze swojej strony mam nadzieję, że w mojej parafii oszczędzą w niedzielę czytania tej „perełki”.

Puste miejsca przy stole

Niesamowite. Moje małe odkrycie ostatnich kilku dni, kiedy wrzuciłem na mp3 i słucham sobie repertuaru związanego już z Bożym Narodzeniem. Piosenka tkwiła tam, lekko licząc, od jakiś 5 lat – i chyba ani razu jej nie przesłuchałem. 

A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.

I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.

Daj nam wiarę, że to ma sens.
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są – dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.

I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze.
Że odeszli po to by żyć,
I tym razem będą żyć wiecznie 

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.

A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.

I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu. 

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.

Nie wstydzę się tego – kiedy pierwszy raz ją słuchałem, a było to pewnie niewiele po 6:00, kiedy stałem na ciemnym peronie, czekając na transport, łza zakręciła się w oku. Dokładnie oddaje to, co czuję ja i co pewnie odczuwa każdy, kto stracił kogoś bliskiego w tych wyjątkowych dniach – kiedy, jak śpiewa Beata Rybotycka, stawić będzie trzeba czoła cieniom osób nieobecnych, po których tak wiele zostało: wspomnienie głosu, po którym ciągle jakby dosłownie drżało powietrze, puste miejsce przy stole (i wcale nie w tym sensie, że tradycyjnie przygotowane dla gościa, który może nadejść).
Są też optymistyczne akcenty – prawda o tym, że choć odeszli, to jednak tym razem żyją wiecznie, bo (jak mówi 1 prefacja o zmarłych w Mszale Rzymskim) „W Nim [Jezusie] zabłysła dla nas nadzieja chwalebnego zmartwychwstania i choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie”. Zmienia się po ludzku, ale się nie kończy. 
Ale my mimo wszystko wierzymy nadal – w to kolejne, choć przecież to samo, Boże Narodzenie. Wbrew czemuś, co faktycznie może być uznane za ironię losu – a co ja przez pewien okres po odejściu Mamy w czerwcu nazywałem niesprawiedliwością: jak to, pijaczki, wyrzutki, złodzieje żyją dobrze i dożywają starości, a Mama odeszła przed sześćdziesiątką… Teraz, z perspektywy tego pół roku odbieram to w pewnym sensie jako właśnie ironię losu – wierząc głęboko w sercu, że Bóg miał w tym jakiś plan, a ona żyje w Nim wiecznie już bez tego cierpienia, którego tutaj doznawała w ostatnim czasie w związku z chorobą. 
Bo Bóg daje wiarę, że to ma sens – my nadal tutaj, oni (ci, którzy już odeszli, w tym Mama) tam, u Niego, na wiecznej wigilii i świętowaniu. Bóg ich, zmarłych, przytula już do swojego serca – a do nas jako Syn Boży przychodzi i trwa, przynosząc radość betlejemskiej szopki, także widząc cierpienie z powodu tego, że kogoś bliskiego, kochanego, nie ma już przy wspólnym stole. Jezus przynosi wiarę i nadzieję, że ta nasza rozłąka – my tutaj, oni tam – ma sens i zmierzamy w tym samym celu, gdzie się spotkamy, a gdzie dzisiaj oni na nas czekają. Maleńka Miłość przychodzi, aby wyrównać rachunki strat – nie zastąpi Mamy ani nikogo innego, ale przychodzi z tą samą wiarą, uczyć nadziei i podzielić się miłością. 
Paradoksalnie – nie tylko zmarła Mama, ale i Tata obchodzą w Wigilię swoje imieniny. Odwiedzimy ją na cmentarzu, złożymy życzenia – a potem, wieczorem, pewnie gdzieś tam popłynie niejedna łza, że jej tak po ludzku już z nami nie ma. I będziemy prosić, aby nadzieja przychodzącego Jezusa ukoiła ból i pozwoliła cieszyć się tymi świętami, tym co Jezus przynosi dla każdego z nas. 

Genealogia

Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama. Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była /dawna/ żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego. Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem. Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń; od Dawida do przesiedlenia babilońskiego czternaście pokoleń; od przesiedlenia babilońskiego do Chrystusa czternaście pokoleń. (Mt 1,1-17)

Tekst dość nietypowy, z wczoraj (17.12), ale także czytany podczas tzw. wieczornej Mszy Świętej wigilijnej – tej pierwszej już o Narodzeniu Pańskim, choć jeszcze nie Pasterki. 
Nigdy go nie rozumiałem – po co Kościół czyta jakąś tam wyjątkowo długą, pełną dziwnych, nic większości ludzi nie mówiących imion, listę, jakby Jezusowe drzewo genealogiczne? Na co to komu? Kto powtórzy choćby połowę. Dla nas może być to niezrozumiałe – inna była jednak perspektywa w czasach Jemu współczesnych, kiedy Mesjasz chodził po Palestynie. 
Przecież całe, szeroko w sumie zakrojone, działania faryzeuszy i uczonych w Piśmie sprowadzały się dyskredytowania Jezusa właśnie jako Mesjasza, Syna Bożego. Najpopularniejsze są fragmenty ewangeliczne, kiedy próbowali „zagiąć” Go jakimś wydarzeniem, sytuacją, stanem faktycznym – a to pytając o podatki, o karę dla jawnogrzesznicy, wydobycie uwięzionych wołów czy łuskanie kłosów w szabat, i wiele innych. To jedno. Ale równocześnie kwestionowano to, aby Jezus pochodził z Narodu Wybranego, że był Żydem. Tymczasem ten właśnie dziwaczny i przydługawy fragment, umiejscowiony na samym początku ewangelii Mateusza (nota bene – kierowanej wprost do nawróconych Żydów właśnie, nawiązującej do żydowskiego Prawa, Starego Testamentu) pokazuje jasno – możemy dokładnie prześledzić genealogię Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, począwszy od Abrahama! To nie jest fikcja ani spreparowana lista – tylko fakt. Jezus po ludzku wywodził się z domu i rodu Abrahama – więc tym bardziej mógł wypełnić proroctwa i pisma mówiące o tym, że Mesjasz przybędzie spośród Narodu Wybranego. 

Pokora, wiara i ofiara

Na wstępie – zdałem, II rok mam za sobą, jeszcze tylko jeden. Oficjalnie grudzień jest miesiącem odpoczynku, bez zajęć, co w moim przypadku oznacza jedynie brak konieczności taszczenia ze sobą akt do domu raz w tygodniu. I czasem na nadrabianie listopadowych zaległości (co już mi się prawie udało). 
Mam pełną świadomość, że zaliczenie tego kolokwium (powszechnie uznawanego za najgorsze na aplikacji) nie tyle jest zasługą mojej wiedzy, co pomocy Opatrzności, która postawiła przed nami takie a nie inne zadania (pasujące dokładnie do tego, pod kątem czego się przygotowywałem), a fakt zdobycia jednego punktu więcej niż wymagano do zaliczenia – to zasługa wielu życzliwych ludzi, którzy się o to modlili. 
Zatem, w telegraficznym skrócie, kilka myśli.
>>>

Gdy Jezus wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi. Rzekł mu Jezus: Przyjdę i uzdrowię go. Lecz setnik odpowiedział: Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! – a idzie; drugiemu: Chodź tu! – a przychodzi; a słudze: Zrób to! – a robi. Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim. (Mt 8,5-11)

Piękne słowa (z poniedziałku 02 grudnia), których dzisiaj brakuje tak bardzo większości ludzi posiadającym władzę. Setnik – ten, który odpowiadał za stu mu podległych. W przełożeniu na dzisiejszy język – nie tyle kierownik, bardziej dyrektor. Świadomy tego, co może, ale także wiedzący, że w pewnych sprawach od ludzi pochodząca iluzoryczna władza naprawdę nie ma nic do rzeczy i nie jest argumentem. Że przed Bogiem takie kwestie nic nie znaczą – liczy się tylko człowiek, w tym wypadku cierpiący. Bóg widzi troskę tego przełożonego – który w trudnej chwili potrafi sam być człowiekiem. Co więcej, widzi też wielką wiarę i pokorę, które każą mu zaprotestować, kiedy Jezus proponuje, że sam przyjdzie, aby dokonać cudu. Wie, że Bóg potrafi zadziałać i bez tego. 
A ile razy my – stojąc już dosłownie pod ścianą – nie potrafimy tego pojąć, i bezmyślnie walimy łbem w mur, za wszelką cenę starając się własnymi siłami coś zdziałać, nawet gdy jest to praktycznie nierealne. Zamiast po prostu uklęknąć i poprosić. Co więcej – ile razy bezmyślnie de facto powtarzamy słowa setnika, które Kościół wkłada nam w usta podczas każdej Eucharystii – „Panie, nie jestem godzien…”. 
>>>
I takie luźne przemyślenie, jakie usłyszałem w zeszłą niedzielę. Pro-konsumencka rzeczywistość praktycznie od 02 listopada, a czasami i wcześniej, kiedy niektórzy jeszcze w klimacie Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego odwiedzają groby, wali w nas ze wszystkich stron kolorowymi tlenionymi blondynkami w obcisłych czerwonych wdziankach albo podejrzanie wyglądającymi starszymi grubasami z brodą, stylizowanymi niby to na antycznego biskupa Miry o imieniu Mikołaj (którego dzisiaj 99% ludzi właśnie z takim pajacem w czerwieni kojarzy). 
Ale tak się nie da. Chrześcijanin tak nie może. Po to jest czas pomiędzy – ostatnia prosta roku liturgicznego, uroczystość Chrystusa Króla, a potem czterotygodniowe adwentowe radosne oczekiwanie. Ciemność kościoła, kiedy dopiero na Gloria rozświetla się światłami, wcześniej pełen pojedynczych migających lampek lampionów. To też jest przygotowanie – że człowiek zwleka się z wyra i idzie na te roraty, po ciemku, w śniegu, marznie czasami, a potem do szkoły czy pracy. To też może być postanowienie – nie tyle nie zjem słodyczy albo nie posiedzę mniej przy komputerze (choć to bardzo dobre), ale pójdę chociaż ze 2 razy w tygodniu. Bardzo żałuję, że nie mam jak brać w nich udziału – niestety, dojeżdżam do pracy tyle, że kiedy o 6:30 rozpoczynają się w parafii roraty, ja jestem już w drodze do pracy. Ja chciałbym tam być, a nie mogę – pytanie, ilu jest takich, którym nic nie stoi na przeszkodzie, poza lenistwem? Jest jeszcze czas, równe 10 dni. 

Pobudka!

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. (Mt 24,37-44)

Dla mnie czas Adwentu to zawsze był moment o tyle bardziej zauważalnym, odczuwalny, że mocno wpisany w tą zupełnie inną porę roku. W naszym AD 2013 zmieniło się to prawie równo i wręcz odczuwalnie – od połowy zeszłego tygodnia przymrozki, posypało (zasypało?) przez 2 dni śniegiem, zima idzie, co bardzo mocno widać i po aurze, temperaturze, chmurach… To takie naturalne i logiczne – w tej właśnie scenerii, uczciwszy tydzień temu Jezusa jako prawdziwego Króla ze wszystkimi królewskimi prawdziwymi (nie ludzkimi) atrybutami, zamykamy rok kościelny i rozpoczynamy kolejny Adwent naszego życia. Który to już? U mnie będzie 28. 
Ten czas jest niesamowity choćby z jednego powodu – właśnie w Adwencie, dzięki tym słowom Marana Tha zwracamy się do Niego w taki sposób, w jaki powinno to mieć miejsce cały czas – z takim radosnym utęsknieniem, wyczekiwaniem. Przyjdź, Panie Jezu! Nie tak abstrakcyjnie, gdzieś tam na jakiejś gwieździe betlejemskiej czy komecie, jako prawie Mikołaj z workiem prezentów – ale tutaj, dzisiaj, do mnie, właśnie teraz, w tym momencie. Może dlatego właśnie kolejne słowa et Verbum caro factum Est czyli Słowo, które stało się Ciałem? Stanie się, i my tego pragniemy, do tego się przygotowujemy – właśnie przede wszystkim przez to, aby pozwolić Adwentowemu Słowu działać, zamieszkać dosłownie (nie tylko do 24 grudnia) i mocno we mnie. Stanie się Ciałem, o ile Mu na to pozwolimy – nie tylko mówiąc, idąc na roraty, robiąc postanowienia, czytając pobożne teksty – ale po prostu robiąc Mu miejsce i będąc gotowym. 
Pierwsza wskazówka jest już w I czytaniu – to o przekuwaniu mieczy na lemiesze i włóczni na sierpy (Iz 2, 1-5). W budowaniu inaczej pokoju – najpierw w sobie, potem wokół siebie, między ludźmi, szczególnie wyciągając rękę i umiejąc przebaczyć, schować urazy tym, od których szczególnie wiele nas dzieli. Zabrać swoją dumę, ego, pychę, pogardę, zazdrość i tę cała resztę brudu – i postarać się, aby w te święta Bóg nie tylko jakoś zmieścił się w moim sercu, ale by mógł być tam, gdzie dwóch lub trzech zbierze się w Jego imię – tych, którzy do tej pory szczególnie nie mogli na siebie patrzeć. 
Pobudka! O tym mówi Paweł (Rz 13, 11-14) do współczesnych mu Rzymian, czyli właściwie do całego znanego wtedy świata. U nas zima otula to wszystko, to ciche i mroczne nieco tym samym oczekiwanie – ale my wiemy, że w tej nocy swojego życia zbliżamy się do Światła, które w ciemności świeci i którego ciemność nie przezwycięży nigdy. Zbliża się czas przyjścia Pana, zbliża się ten dzień. Wystarczająco długo tkwimy w marazmie, beznadziei, egzystując (bo nie żyjąc) z dnia na dzień, byle jacy, z byka patrzący na siebie. Ten Adwent nie tylko ma nas obudzić, ale też pobudzić do tego, aby coś ze swoim życiem zrobić. 
Co? Tutaj każdy już sam musi sobie odpowiedzieć. Posłuchać. Nie siebie, jak zwykle, ale wsłuchać się w Niego. Roraty to bardzo dobry czas, kiedy światło nagle rozświetlające świątynię potrafi dosłownie oświecić serce i umysł, popchnąć do działania.  Bo to On działa.