Odejście pielgrzyma

Pewnie każdy w jakiś tam sposób obserwował w tych dniach Benedykta XVI – teraz już (jak to dziwnie brzmi! emerytowanego papieża). Kogo ja widziałem? Wielkiego człowieka zawierzenia, pełnego ufności w zasadność i słuszność tego, co w sercu już dawno postanowił, a teraz wypełniał – a przy tym człowieka po ludzku po prostu przytłoczonego wiekiem i słabością ciała. A przede wszystkim – człowieka szczęśliwego, który promieniał, widząc jak realizuje swoje zamierzenie. Chyba jednym z najpiękniejszych spostrzeżeń jest to, że – im dalej od ogłoszenia decyzji – tym bardziej papież był, jest rozumiany w tym, czego dokonał, co zamierzał zrobić i dzisiaj zrobił. Coraz więcej ludzi – lepiej późno niż wcale – uświadomiło sobie, jak wielkiego formatu człowiek po prostu odchodzi. 
Wczoraj na placu św. Piotra padły bardzo piękne słowa, a jednocześnie znamienne. Papież jakby nie wprost, a jednak podkreślił, że biskup Rzymu jest jedynie depozytariuszem tego, co Chrystus pozostawił ludziom na ziemi w Kościele: „Pan dał nam wiele dni słonecznych i łagodnego wiatru, dni, kiedy połów był obfity. Były też jednak chwile, kiedy wody były wzburzone, jak w całej historii Kościoła, a Pan zdawał się spać. Ale zawsze wiedziałem, że w tej Łodzi jest Pan i zawsze wiedziałem, że łódź Kościoła nie jest moja, nie jest nasza, lecz Jego. To On ją prowadzi, rzecz jasna także poprzez ludzi, których wybrał, bo tak zechciał”. Już napisałem, że podjęta decyzja to wielki dowód na nowoczesność i liberalizm z jednej, a po prostu wielką miłość i troskę o Kościół z drugiej strony – papież nie posiadający już sił do dalszego stania na czele Kościoła podejmuje krok, którego efektem końcowym będzie wyłonienie kolejnego papieża. Nie wycofał się, nie wraca ze Stolicy Piotrowej do dotychczasowego życia – usuwa się w cień, zmieniając miejsce, pragnąc w spokoju ducha dożyć swoich dni na modlitwie za Kościół i cichej, prawdopodobnie dla nas niewidocznej już posłudze. Należąc jako emerytowany papież do Kościoła, ciągle ten sam, a jednak inaczej. Tak, niewątpliwie ujęcie odchodzącego Benedykta XVI na balkonie w Castel Gandolfo było pewnie ostatnim jego oficjalnym zdjęciem. Pielgrzym na pierwszym etapie ostatniej części swojego ziemskiego życia.
Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że z kurią rzymską coś jednak jest nie tak. Świadczą o tym słowa samego papieża, w których nietrudno znaleźć pewne sugestie. Dzisiaj rano kardynałowie usłyszeli życzenie: „niech Kolegium Kardynalskie będzie jak orkiestra, w której różnorodność może przynieść wielką harmonię” – niby przypadkowe porównanie, jednakże sugerujące, że jednak ta orkiestra nie gra ostatnio zbyt równo, zbyt wielu solistów, za wiele gwiazd, a w zapomnienie idzie wspólny cel. I kawałek dalej słowa o tym, że „Kościół jest żywym ciałem, ożywianym przez Ducha Świętego i żyje rzeczywiście z mocy Bożej. Jest na świecie, ale nie ze świata: należy do Boga, Chrystusa, Ducha” – czyli zwrócenie uwagi na to, czym Kościół winien być dla świata – znakiem Boga, Jego uosobieniem – podczas gdy obecnie coraz częściej musi tłumaczyć się z powodu brudu i syfu swoich kapłanów, na dodatek zdecydowanie niezrozumiałego zachowania hierarchów w sytuacjach jednoznacznie wymagających reakcji. Czyli zamiast Boga przybliżać – zasłania Go i zniechęca do Niego. Przykład musi iść z góry, a bardzo wiele wskazuje na to, że owa góra – kolegium kardynalskie właśnie – a obecnie sama góra w okresie sede vacante, po prostu jest pogubiona wzajemnie, poplątana w jakiś swoich rozgrywkach i sprawach. Mam nadzieję, że to się zmieni, że te życzenia papieża do kardynałów odniosą efekt. Sam Benedykt XVI dał najlepszy przykład swoją decyzją – pozostawiając to, co po ludzku (i kardynalsku) mogło by być szczytem marzeń i kariery – dla samotności tylko (aż?) z Bogiem. 
Co będzie z Kościołem? Pójdzie dalej. Dokładnie tak, jak papież to powiedział dzisiaj rano do kolegium kardynalskiego: „Chciałbym wam zostawić prostą myśl, która bardzo leży mi na sercu. Jest to myśl o Kościele, o jego tajemnicy, która stanowi dla nas wszystkich, możemy tak powiedzieć, rację i pasję życia. Pomogę sobie wyrażeniem Romano Guardiniego, napisaną właśnie w roku, w którym ojcowie Soboru Watykańskiego II przyjęli konstytucję Lumen Gentium. W swojej ostatniej książce – z osobistą dedykacją także dla mnie, zatem jej słowa są mi szczególnie drogie – Guardini stwierdza: Kościół «nie jest instytucją wymyśloną i skonstruowaną przy stoliku, ale rzeczywistością żywą. Żyje w ciągu czasu, rozwijając się, jak każda istota żywa, przekształcając się. Jednak jego natura pozostaje wciąż ta sama i jego sercem jest Chrystus». Doświadczyliśmy tego, jak sądzę, na placu św. Piotra: zobaczyć, że Kościół jest żywym ciałem, ożywianym przez Ducha Świętego i żyje rzeczywiście z mocy Bożej. Jest na świecie, ale nie ze świata: należy do Boga, Chrystusa, Ducha. Widzieliśmy to wczoraj. Dlatego prawdziwe jest też inne słynne wyrażenie Guardiniego: «Kościół rozbudza się w duszach». Kościół żyje, rośnie i rozwija się w duszach, które jak Maryja Panna przyjmują Słowo Boże i je poczynają z Ducha Świętego, oddają Bogu własne ciało i właśnie w swym ubóstwie i pokorze stają się zdolne rodzić Chrystusa dzisiaj w świecie. Przez Kościół tajemnica Wcielenia pozostaje obecna na zawsze, Chrystus nadal idzie przez czasy i wszystkie miejsca”. Kościół właśnie tak się przekształca – casus Benedykta XVI zapoczątkował wyrażoną wprost, choć niejako od Soboru Watykańskiego II dorozumianą i istniejącą w KPK, możliwość zrzeczenia się godności papieskiej, (Na marginesie – ani to abdykacja, bo nie na niczyją rzecz, ani nie rezygnacja, bo nie przyjmowana przez żadnego rodzaju zwierzchnika). Oby te wydarzenia ostatnich dni stanowiły bodziec właśnie dla dalszego rozwoju Kościoła, w dobrym kierunku. 
Bo to, że Jezus Kościoła nie opuści wszędzie tam, dokąd odejście Benedykta XVI Go popchnie, jest bardziej niż pewne. A sam (emerytowany już) papież pokazuje, że są rzeczy ważniejsze niż najbardziej doniosła misja – gotowość do postawienia się w Bożej obecności i umiejętność powiedzenia wprost, kiedy brakuje sił, kiedy pozostawać może tylko (aż) modlitwa. 

Góra paradoksów

Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim. Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy [tamci] weszli w obłok. A z obłoku odezwał się głos: To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! W chwili, gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmili o tym, co widzieli. (Łk 9,28b-36)

To bardzo ważny fragment, ponieważ jak chyba żaden inny pokazuj bezsilność i nieumiejętność ludzkiego zachowania w sytuacji „bliskiego spotkania”, wręcz namacalnego, z majestatem Boga samego. To, co dokonuje się na Taborze – górze paradoksów – jest po ludzku niepojęte i niewytłumaczalne. 
Jezus – niewątpliwie człowiek, przez wielu uważany za proroka, a przez niektórych „podejrzewany” o bycie Mesjaszem, w swojej ludzkiej istocie przemienia się – ukazując cały majestat bóstwa, łączącego się w Nim w jedyny i niepowtarzalny w historii człowieka sposób z człowieczeństwem. Będąc Bogiem – pozostał człowiekiem, i będąc w całości (z wyjątkiem brudu grzechu) człowiekiem – nie umniejszył tym w żaden sposób swojego bóstwa. To był, po prawniczemu nazywając, po prostu dowód – niewątpliwie istotny i potrzebny dla tego początkującego Kościoła, którego tak właściwie nie było, dla tych, którzy mieli niebawem stanąć u jego podwalin i na czele poszczególnych jego wspólnot – apostołów. 
Góra paradoksów? Dokładnie tak. Wielkość i majestat przemienionego Pana, na którą przyszły pierwszy papież, pierwszy apostoł męczennik i umiłowany uczeń Pana przeżywają tak, że nie wiedzą za bardzo, co powiedzieć – stąd ta dość dziwna deklaracja o stawianiu namiotów, czyli ludzkiego zabezpieczenia noclegu… dla nie żyjących od wieków Mojżesza i Eliasza. I jednocześnie cień niepokoju, gdy przysłuchiwali się rozmowie dwóch mężów z Jezusem, mówiąc o jakimś bliżej nieokreślonym odejściu Jezusa, które miało dokonać się w Jerozolimie – czytelny dla nas, dla nich pewnie wtedy nie bardzo, znak i zapowiedź męki, śmierci, ale i zmartwychwstania. 
Apostołowie tam obecni nie wiedzieli, jak zareagować, co ze sobą począć, co właściwie z tym wszystkim, co widzieli i słyszeli zrobić. My dzisiaj o wiele jesteśmy bogatsi – znamy ich historię, mamy Pismo Święte, przeszło 20 wieków historii Kościoła z całym Jego bogactwem i tradycją, nieprzebrane rzesze kanonizowanych i nie tylko po prostu ludzi świętych. Ale mimo wszystko – tak bardzo często nie wiemy, co robić, jakie decyzje podejmować, czym się w poszczególnych zwrotnych momentach życia kierować. Tak czesto wydaje się, że jestem w sytuacji bez wyjścia, jakby Bóg celowo coś mi w życiu komplikował, mnożył i piętrzył problemy, a już na pewno nie pomagał… Tymczasem tak naprawdę jest inaczej. 
Góra paradoksów to miejsce, gdzie Bóg nie mówi wprost, nie wyjaśnia, nie wykłada, nie pokazuje palcem. A jednocześnie wyraża się tak precyzyjnie, że bardziej trudno sobie wyobrazić – „to jest mój Syn wybrany, Jego słuchajcie”. Niby tylko niewielka wskazówka – ale jeśli ktoś szuka sercem, odnajdzie (może nie najprostsze) te właściwe odpowiedzi właśnie w Nim. 

Gdański biskup afrykański

Archidiecezja gdańska czeka na biskupa – i w pewnym sensie się go doczekała. Mam na myśli wakat na stanowisku sufragana. Doczekaliśmy się biskupa jednak w innym sensie – ponieważ kapłan naszej archidiecezji został, w ramach pewnie jednej z ostatnich decyzji personalnych Benedykta XVI, w dniu 22 lutego 2013 r. mianowany arcybiskupem tytularnym Otriculum i nuncjuszem apostolskim w Liberii, co wiąże się również z akredytacją w Gambii i Sierra Leone. 
ks. prałat Mieczysław Adamczyk (2003)
Mowa o ks. prałacie Mieczysławie Adamczyku. Rocznik 1962, święcenia przyjął w 1987 (kolega rocznikowy jednego z kapłanów, którzy udzielali mi ślubu), absolwent (doktorat) studiów w zakresie prawa kanonicznego, w Papieskiej Akademii Dyplomatycznej przygotowujący się do służby już od 1989 r. W służbie dyplomatycznej Stolicy Apostolskiej od dnia 01 lipca 1993 r., pracował w nuncjaturach na Madagaskarze (1993-1997), w Indiach (1997-1999), na Węgrzech (1999-2002), w Belgii i Luksemburgu (2002-2005), Republice Południowej Afryki (2005-2008) – jako sekretarz nuncjatur, i w Wenezueli (od 2008) jako radca. Człowiek młody, bowiem zaledwie 50-letni, znający 5 języków, a jednocześnie całe życie kapłańskie praktycznie związany ze służbą dyplomatyczną Watykanu. Zastępuje abp. George’a Antonysamy’ego, powołanego 21 listopada 2012 r. na metropolitę Madrasu i Majlapuru w rodzinnych Indiach. 
Tym samym grono polskich nuncjuszy wzrosło do 7 osób: abp Janusz Bolonek – Bułgaria (od 2008) i Macedonia (od 2011), abp Juliusz Janusz – Słowenia oraz delegat apostolski w Kosowie (2011), abp Henryk Nowak – 5 krajów skandynawskich (2012), abp Jan Romeo Pawłowski – Kongo i Gabon (2009), abp Marek Solczyński – Gruzja i Armenia (2011) oraz Azerbejdżan (2012) oraz abp Józef Wesołowski – Dominikana oraz delegat apostolski w Portoryko (2008). 
Jest to jedna z 5 nominacji z zakresu służby dyplomatycznej – 1 nuncjusz został przeniesiony na inną placówkę, natomiast pozostałych 4 – w tym abp nominat Adamczyk – zostali wraz z nominacjami wyniesieni do godności arcybiskupiej. 
I taka smutna konstatacja – informację o powyższej nominacji można znaleźć na wiara.pl, KEP, deon.pl, nawet na stronie archidiecezji łódzkiej. Ale na stronie diecezji gdańskiej do dzisiaj ani słowa na ten temat – bądź co bądź, kapłana tej diecezji. Heh…
Gratulujemy księdzu Mirosławowi, życząc jednocześnie wielu Bożych łask i sił w nowej roli.
>>>
Życzenia ślę również Janowi Turnau, publicyście m.in. Tygodnika Powszechnego, jubilatowi obchodzącemu dzisiaj piękną 80 rocznicę urodzin.
Posłużę się do jego opisu – kto nie zna – słowami x Adama Bonieckiego MIC:

Jan Turnau jest zjawiskiem specjalnym. Bodaj od powstania „GW” pisze w niej teksty religijne. Żadna sztuka pisać takie w „Niedzieli” czy „Gościu Niedzielnym”, nawet w „Tygodniku Powszechnym”, który jest pismem katolickim. Ale w „Gazecie”? Bezbożnej, jak uważają jedni, antyklerykalnej, jak głoszą inni, niebezpiecznej, jak głosi sam Przewodniczący (teksty religijne są tam jego zdaniem tylko po to, by podstępnie captare benevolentiam naiwnych katolików).
I Jan Turnau, wykształcony teolog (tak, tak), wie o czym pisze, a pisze prosto, niekiedy upraszczając pewnie zawiłe, teologiczne kwestie, ale nauki wiary nie deformuje, a raczej ją przybliża. Robi to trochę jak ks. Jan Twardowski, lecz u Turnaua jest sarkazm i zgryźliwość, choć dominują miłość, miłosierdzie, nadzieja i zachwyt.

Powiem tak – nie ze wszystkimi tezami i tekstami pana Jana się utożsamiam, natomiast zdecydowanie popieram jego pracę, zaangażowanie w ekumenizm w zakresie przekładów biblijnych, oraz choćby te właśnie jego teksty w GW oraz w rozdawanym tu i ówdzie bezpłatnym piśmie (bodajże w piątki) Metro. Tak, również za to, że dzięki niemu w GW można znaleźć coś wartościowego, co on tam napisze – a nie tylko, mniej lub bardziej na poziomie lub trafne walenie w Kościół jak popadnie. Czyli generalnie opinię x Bonieckiego podzielam.

Kto jego tekstów nie zna, kto nie zetknął się z jego książkami – a warto – niech zajrzy na blog pana Jana i obejrzy jego pisanki – piękne, proste i zazwyczaj bardzo głębokie rozważania nad Słowem Bożym, choć zdarzą się również komentarze bieżące.

Nie ma na co czekać

Niezastąpiony Franciszek Kucharczak w Tabliczce sumienia z ostatniego GN:

Gdy kilka dni temu wieczorem wsiadałem do samochodu przy supermarkecie, z tyłu podszedł do mnie zaniedbany mężczyzna. Zagadnął metodą „na uczciwego”.

Co będę pana okłamywał, potrzebuję na piwo – powiedział. W pierwszym odruchu chciałem go zignorować, ale przypomniało mi się, że on jest przecież potrzebujący, i to – wbrew deklaracji – niekoniecznie piwa. Wyjaśniłem mu więc, że jestem w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, co oznacza, że nie piję alkoholu w intencji tych, co piją za dużo. I że zobowiązałem się jednocześnie do tego, że nie będę alkoholu kupował, częstował nim i wydawał na niego pieniędzy. – A to rozumiem – powiedział i chciał odejść. Zatrzymałem go. Zaczęliśmy rozmawiać. Opowiadał o sobie, o tragicznych kolejach losu, które doprowadziły go do bezdomności. W trakcie rozmowy uświadomiłem sobie, że on naprawdę rozpaczliwie czegoś potrzebuje. Że jest nawet bardziej samotny niż czytelnik gazety przejętej przez Hajdarowicza. Poczułem się bezradny. W myśli poprosiłem Boga o pomoc. W tym momencie przyszedł mi do głowy fragment z Listu św. Jakuba: „Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda?”. 
Ewidentnie temu człowiekowi brakowało codziennego chleba, wybraliśmy się więc do supermarketu. On ładował do wózka chleb, mleko, opiekane śledzie, masło… i przy każdym artykule pytał nieśmiało: mogę jeszcze? Gdy wyszliśmy ze sklepu, on miał zakupy, a ja poczucie, że spotkał mnie zaszczyt i że to ja zostałem obdarowany. Potem podwiozłem go w pobliże miejsca, w którym nocował. Stojąc na ulicy zapytałem go, czy chciałby zmienić swoje życie. 
– No przecież, ale jak? – zdziwił się. 
– Czy wierzy pan, że Jezus Chrystus przyszedł, żeby pana zbawić, i zależy Mu na panu dużo bardziej niż panu? – powiedziałem. 
– Wierzę – odpowiedział po prostu. 
– A chce pan oddać Mu swoje życie? 
– Chcę. 
Pomodliliśmy się, tak jak staliśmy. Powtarzając za mną, powiedział Jezusowi, żeby był jego Panem, że oddaje się Mu bez zastrzeżeń, że przebacza tym, którzy mu zawinili. Potem padliśmy sobie w objęcia. Oczy mu się szkliły (no, mnie też trochę). Wtedy powiedział coś, co mnie prawie powaliło: – Bardzo ci dziękuję. Nawet nie za to, co mi kupiłeś… ale za tę modlitwę.
 
Wahałem się, czy opowiedzieć tę historię, to ostatnie zdanie jednak przeważyło szalę. Bo w nim doskonale widać odpowiedź na pytanie, o co właściwie chodzi w ewangelizacji: o umożliwienie spotkania z Jezusem. Spotkania – nie swatania Go na odległość. Bo ludzie potrzebują JEZUSA dużo bardziej niż czegokolwiek. On jest „artykułem” ich pierwszej potrzeby, nawet gdy gonią za tym, co ich niszczy. Nie wiedzą, że On naprawdę żyje i działa i że naprawdę Mu na nich zależy. A nie wiedzą, bo się do Niego nie zwrócili. Zapyta ktoś, co takie oddanie życia Jezusowi zmienia. Gdyby oddał, toby nie pytał. 


Po prostu mocne i prawdziwe.

>>>

Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: To plemię jest plemieniem
przewrotnym. żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku
Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak
będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Królowa z Południa powstanie
na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona
przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś
więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu
plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się
nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. (Łk 11,29-32)
Kiedy czytam te słowa, mam wrażenie, że roszczeniowość mamy zaszczepioną w siebie jakby od początku – w tym sensie, że od grzechu pierworodnego, bo Boga Ojca o nią nie posądzam, abyśmy od Niego, na Jego podobieństwo zostali czymś takim obdarzeni. 
Historia w tym zakresie bardziej niż bardzo się powtarza, zatacza koło. Izraelici w swojej głupocie, uporze i „dam-sobie-radę-sam” błąkali się po Ziemi Świętej przez 40 lat, kiedy nie ma wątpliwości, że gdyby Bóg im pomógł, bo by na Niego zwrócili uwagę, przeszli by ten dystans w rok. Żydzi za czasów Jezusa ciągle pragnęli, aby złota rybka w wydaniu cieśli z Nazaretu była atrakcją i udowadniała w myśl „pokaż, na co cię stać”. 
Tylko, że nie tędy droga – o czym było bardzo dokładnie i wprost w niedzielę, pisałem o tym ostatnio. Bóg może – pewnie, i nikim żaden z nas nie jest, aby czegokolwiek żądać i rościć. On nic nie musi. A już na pewno nie musi się przed nami wykazywać. Oczywiście, można prosić Pana o znak – tak jak wielu dzisiaj modli się o cud potrzebny do kanonizacji bł. Jana Pawła II. Liczą się pobudki, intencje, to, co jest w sercu. Jeśli z tej perspektywy podejście wygląda – no, skoro chcesz coś od nas, to się wykaż! – to jedyne, na co człowiek ma szanse, to po prostu rozczarowanie. Bóg złotą rybką nie był, nie jest i nie będzie. Wszystko mamy podane jak na tacy – przykazania, historię zbawienia, naukę i tradycję Kościoła. Wystarczy otworzyć swoje oczy, serce i czerpać z tego – a cuda i znaki, jeśli będą naprawdę potrzebne, też przyjdą i to w najmniej oczekiwanym, ale najlepszym momencie. Po to, aby pomóc, a nie, żeby coś się działo.  
Na koniec – nie sposób nie odnieść tej opowieści do bieżącej sytuacji Kościoła w kontekście decyzji Benedykta XVI o rezygnacji. Wielu osobom – mnie także – przewraca i każe zmienić postrzeganie papiestwa jako pewnej stałości, choć pewnie słusznie, bo przecież papież nie podjął decyzji, jaką podjął, pod wpływem impulsu, ale po głębokim jej przemodleniu i, co podkreślał, przede wszystkim wobec Boga i przed Nim. Świat się nie skończy, masoneria nie zaleje Kościoła 28 lutego 2013 r. o godz. 20:00, idziemy dalej – Pan daje siłę swojemu ludowi i wszyscy modlimy się o światło Ducha dla kardynałów na czas konklawe. Nie będzie znaków, nie ma co Bóg wie czego dorabiać do (nota bene, pięknego) zdjęcia błyskawicy nad Bazyliką św. Piotra. Idziemy dalej i Bóg nie będzie ani o krok inny czy gdzie indziej przez to, że papież zrezygnował – tak samo, jak dotychczas, znajdzie Go ten, kto tego pragnie. 

Pustynna pokusa

Jezus pełen Ducha Świętego, powrócił znad Jordanu i czterdzieści dni przebywał w Duchu na pustyni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód. Rzekł Mu wtedy diabeł: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby się stał chlebem. Odpowiedział mu Jezus: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek. Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje. Lecz Jezus mu odrzekł: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Zaprowadził Go też do Jerozolimy, postawił na narożniku świątyni i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół! Jest bowiem napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, żeby Cię strzegli, i na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Gdy diabeł dokończył całego kuszenia, odstąpił od Niego aż do czasu. (Łk 4,1-13)

Stało się – kolejny Wielki Post naszego życia. Popielec przeleciał – pewnie nie każdy nawet „znalazł czas”, żeby zajrzeć do kościoła. Ja za to po raz kolejny przekonałem się u siebie, że niestety słusznym jest przesuwanie sypania popiołem z momentu tuż po jego poświęceniu (przed modlitwą powszechną) na zakończenie Eucharystii; dlaczego? bo jak u nas posypali ludziom głowy w trakcie Mszy – to na modlitwie powszechnej w kościele zostało już połowę tego, co było na początku – reszta prosto od posypania wyszła.  
Mam wrażenie, że my postu dzisiaj w ogóle nie rozumiemy – na pewno młodzi. Gdzieś tam coś dzwoni – post, modlitwa i jałmużna – w zakamarkach skrzętnie pochowanej (przed sobą samym) wiedzy z katechezy. Niewątpliwie naleciałość żydowska – tylko że bardzo słuszna i potrzebna. Modlitwa jako postawa wobec Boga, w tym prośba o właściwą (jałmużna) postawę wobec ludzi i o nabieranie sił duchowych w ramach postu właśnie. Zapominamy o tym – te trzy pojęcia brzmią jak zupełnie abstrakcyjne hasła z zakurzonej książeczki do nabożeństwa. 
Ten dzisiejszy obrazek ewangeliczny strasznie mocno pokazuje, że Zły nie musi od razu namawiać do czegoś z gruntu złego. On po prostu kusi, podsuwa propozycje z pozoru neutralne, o ile nie nawet bardzo korzystne. Zamień kamień w chleb – przecież jesteś głodny, a możesz. Oddaj mi pokłon – co się przejmujesz, zobacz, ile zyskasz. Skocz z narożnika – aniołowie cię ochronią, niczym nie ryzykujesz. Czy Jezus, czyniąc zadość namowom Złego, uczynił by coś złego sam? Wydaje mi się, że nie. Poza tym, że łaska Boża i Jego moc, którymi dysponował, nie służyła by dobru, a użyciu ich dla samego użycia. Zły proponuje Jezusowi wszystkie królestwa świata – nęcące? Nawet bardziej. Już nawet ta propozycja dotycząca chleba – nawet Syn Boży musiał być głodny po 40 dniach. 
Bóg nie stawia przed nami zadań niewykonalnych. Kto kiedyś miał okazję być na pustyni, niekoniecznie nawet w Ziemi Świętej, ten wie, że może być kusząca oderwaniem od tego, co światowe, codzienne, męczące. Cały dowcip polega na tym, aby tę pustynię – na dobry początek w Wielkim Poście – odnaleźć i umiejscowić w sobie. Być tu, gdzie jestem i robić to, co robię – mało kto może sobie pozwolić na zamknięcie się np. w klasztorze czy na rekolekcjach – i w pustyni własnego serca przeżywać post. Także cieleśnie – bo czy jest wyczynem np. w piątek wytrzymać o chlebie i wodzie? Da się – wydawało się trudne, a nie miałem problemu. Nie dość, że zdrowe, to jeszcze człowiek się lepiej czuje – ale nie to jest najważniejsze, ale intencja. Nie bez powodu egzorcyści, za Jezusem powtarzają, że pewne rodzaje pomiotów Złego tylko postem można wygonić (czego także apostołowie nie rozumieli). 
Warto wybrać się na taką pustynię swojego życia – nawet fizycznie się z niego nigdzie nie ruszając. Strzepnąć z siebie ten brud, osad, wszystko co oddziela od prawdziwych relacji z Bogiem i z drugim człowiekiem, nie pozwala być autentycznym. Postarać się też o taki prawdziwy post – niekoniecznie związany z jedzeniem (chyba, że ktoś ma z tym problem – ja mam…), ale na przykład z używkami, telewizją, czasem przepuszczanym w internecie czy przed grami. Niby niewiele – ale zauważysz różnicę, kto wie,. może Ci się spodoba – nie dla samego robienia, ale dla odmienienia siebie, a przy tym porządkowania tego, co między tobą a Bogiem. Co najlepsze, to wtedy, kiedy się uda – myślisz, schudłem, nie palę, odstawiłem alkohol – pojawią się te same pokusy, jakie dzisiaj widać u Jezusa. Zły znajdzie sposób, żeby coś podsunąć – a twoją rolą będzie umiejętne wysłanie go na przysłowiowe drzewo. To dopiero będzie sprawdzian, czy ta pustynia się na coś przydała, i na ile. Dopiero wtedy się okaże, czy te postanowienia, plany i wyrzeczenia były coś warte. Jakiś czas temu podśmiewałem się w duchu ze skrzyneczek papierowych Caritasu, do których dzieci zbierały pieniądze na jakiś zbożny cel przez okres postu – kto wie? Nie musi być skrzyneczka, rozejrzyj się, sam wymyśl zbożny cel – i odłóż, ale nie z tego, co zbywa, a rezygnując z czegoś dla siebie, oddając to komuś. I nie po to, żeby od wielkanocnego Alleluja dalej robić swoje, jak dawniej – tylko żeby w tym poście, modlitwie i jałmużnie się rozsmakować, na dłużej, optymalnie na stałe. 
Ta sytuacja Jezusa kuszonego na pustyni to nie był teatrzyk na potrzeby Ewangelii, odpowiednio ubarwiony i podkolorowany. To jest opis tego, jak Bóg – będąc równocześnie i nie mniej człowiekiem – doświadczał ludzkiej słabości. Tak, jak ty czy ja. Po swojemu, na swój sposób, kiedy Zły walił w Niego w to, co najbardziej było wątłe – zaczął od jedzenia, skoro Jezus był głodny. Mimo, że – jak powiedziałem – teoretycznie Zły nic złego Mu nie proponował. 
O ile Wielki Post to czas zdecydowanie mniej radosny od Adwentu, to chyba jednak lepszy na takie gruntowe odgruzowywanie siebie, porządki, spróbowania bycia nie tyle lepszym (we własnym mniemaniu), co innym, bardziej dla innych, bardziej z Bogiem po drodze, umiejącym łączyć życie z Nim i życie między innymi. Potraktuj to jako zadanie – ale bardziej długoterminowe niż te matematyczne 40 dni. 

Boży paradoks i wietrzenie

Mimo, że sprawa odejścia Benedykta XVI powoli znika z mainstreamowych mediów, ustępując miejsca codziennej sieczce, pewnie nie jedyny nadal myślę sobie nad tą sprawą. 
Ten papież niewątpliwie był konserwatystą, a jednocześnie sam fakt, iż podjął – i to już jakiś czas temu – tak odważną i historyczną decyzję, świadczy o jego nowoczesności połączonej (wypływającej) z miłością do Kościoła i odpowiedzialnością za Niego. Zacytował bym tutaj pewien niezły tekst Perfectu… ale może lepiej nie. Nie musimy wiedzieć, dlaczego to się stało – natomiast sama pokusa spokojnej emerytury z możliwością odpoczynku i pisania to zdecydowanie zbyt daleko idące uproszczenie. Papież wiedział, jaki wybór przyjmował – musiało się więc stać coś, czego wówczas nie przewidział. Naszą rolą nie jest dzisiaj wnikanie – a uszanowanie tej decyzji. I modlitwa – za niego, za Kościół, za wszystkich. Najbardziej przykre jest to, że ten bez wątpienia wielki człowiek ma dużą szansę zostać po latach zapamiętanym jedynie jako ten, który zrezygnował. A to bardzo niesprawiedliwe uproszczenie. Odchodzi w obwołanym przez siebie Roku Wiary, nie ukończywszy tej wierze poświęconej encykliki.
Przyznam się bez bicia. Entuzjastą papieża Ratzingera od początku nie byłem. Decyzja konklawe 7 lat temu dość mocno mnie zdziwiła, lekko przybiła. Mówię otwarcie – bo czemu nie. Niewątpliwie medialnie ustępował poprzednikowi, nie potrafił się odnaleźć w tłumie, żywiołowo reagować – czas pokazał, że nie musiał, bo to ludzie reagowali na niego, a i sam Benedykt się ożywił w relacjach z tłumami, choć pewnie każde z nimi spotkanie było dla niego ze względu na charakter dość trudne. Urzekło mnie jednak to, co i jak pisze – szczególnie biorąc pod uwagę, kim jest, czym się zajmował przez ten cały czas od powołania w 1981 r. do Kongregacji Nauki Wiary. Może właśnie dlatego pisze tak ujmująco prosto? Nie wiem, ale wiele jego tekstów czytało mi się łatwiej niż teksty błogosławionego Wojtyły – bądź co bądź, filozofa. To może być paradoksalne – człowiek uważany (niesłusznie) za wielkiego inkwizytora, nieśmiały, skryty, którego niewątpliwym ideałem życia była by praca naukowa połączona z możliwością wykładania i pisania, okazał się być w słowie pisanym łatwiejszy, bardziej przystępny i zrozumiały dla zwykłych ludzi niż papież uwielbiany przez tłumy. Brak było tych niewielkich nawet gestów, którymi Jan Paweł II porywał, burzył mury i onieśmielał – ale torował sobie drogę do ludzi słowem pisanym, inaczej. Boży paradoks. 
Dzisiaj modlę się o siły dla Benedykta – bez względu na teorie spiskowe wierzę, że ustępuje, bo po ludzku nie dał rady, bo brakuje sił. Bo mu ich, jak napisał Szymon Hołownia, w stopniu naprawdę skrajnym zabrakło, a nie dlatego, że zmęczyło go to, do czego powołał go Pan. W takim razie właśnie o te siły modlę się dla niego. Czy będzie „papieżem seniorem” (co brzmi co najmniej idiotycznie), czy będzie biskupem seniorem Monachium i Fryzyngii (chyba najbardziej poprawnie – kardynałem w momencie wyboru na papieża być przestał; ciekawostka – nowy papież mógł by go znowu kreować? pewnie tak), czy zamieszka w klasztorze w Watykanie czy gdziekolwiek (wczoraj na audiencji generalnej padły słowa, iż „dla świata pozostanie ukryty”), bez względu na to, co zrobią z jego pierścieniem Rybaka (zniszczą niewątpliwie). Na tej drodze, którą podjął, w jakże nowej dla siebie i dla świata roli – wszędzie tam, dokąd ta droga go zaprowadzi.
Z tej całej sytuacji dla Kościoła płynie dość przykra konsekwencja – zmieni się optyka postrzegania papiestwa jako roli pełnionej do końca, jaki by on (vide Jan Paweł II) nie był. Teraz zawsze będzie można ponarzekać – „przecież mógłby ustąpić…” – bez względu na kontekst. To oczywiście nie w żaden sposób wina papieża Benedykta – tylko przykra konsekwencja. 
Historia lubi się powtarzać. Już w 1978 r. roku śmierć papieża Lucianiego musiała zmusić do zastanowienia kardynałów – co to ma znaczyć? Spekulowano – Siri, Benelli – po czym ani jeden, ani drugi nie wygrał, a głosujący purpuraci zaczęli szukać dalej, i znaleźli człowieka, którego pontyfikatu żaden z nich sobie nie wyobrażał nawet – Wojtyłę z komunistycznej Polski. Wtedy Pan Bóg zadziałał wprost, zabierając do siebie Jana Pawła II po miesięcznym pontyfikacie – dzisiaj Benedykt XVI zdecydował się ustąpić sam. Już huczą plotki o spodziewanej walce na konklawe frakcji Sodano i Bertonego – podobnie? Oby dobry Bóg zrobił nam wszystkim podobną niespodziankę, jak 16 października 1978 r. Bo skutkiem takiego posunięcia papieża jest właśnie to, że w łeb wzięły wszelkie kalkulacje, co sprzyja poddaniu się tchnieniu Ducha, który może chcieć wywietrzyć w Kościele to i owo. Trudno o lepszą okazję. 
 
Papież złamał wszystkie utarte schematy i w poczuciu odpowiedzialności za Kościół zrobił coś, czego nikt – włącznie z nim samym – pewnie by się nie spodziewał. I to dla tego Kościoła, z troski i miłości do Niego, wykazując się heroizmem. To jest bardzo czytelny znak – wpisujący się m.in. w powołanie Rady Nowej Ewangelizacji, zmiany w kompetencjach organów Kurii Rzymskiej, kierunek (pochodzenie) kreowanych przez niego purpuratów, którzy przecież za moment będą wybierać jego następcę – że przyszła pora na naprawdę mocne i walące w oczy zmiany, nawet gdy mają zachwiać tym, co wydawało się jednym z niewielu pewników (a przecież dożywotność pontyfika nie jest żadnym dogmatem czy nie wynika z prawa kanonicznego). 
Ja nie boję się – masło maślane – przyznać, że może nie tyle się boję, co poczułem się niepewnie. Nic to, przejdzie. Za chwilę będzie nowy papież, Kościół ruszy dalej, a my z nimi – z nowym papieżem, z tym samym Kościołem. Pan da siłę – tylko musimy się na nią otworzyć, modlić się o nią, i nie zamykać się w ciasnych mocno szufladkach przyzwyczajeń i zwyczajów. 

W duchu miłującej odpowiedzialności

Teraz nieco bardziej na spokojnie, po paru godzinach z tą sprawą w tyle głowy.

Benedykt XVI tak naprawdę zakpił z wszystkich, którzy nazywali go konserwatystą pancernym – czy tak postąpił by człowiek o takich cechach? Nie. Wykazał się wielką odwagą, dokonując czegoś, co nie miało miejsca od przeszło 700 lat, a przy tym tak naprawdę to chyba ze 2 razy dotychczas miało miejsce. 
Kluczowe w tekście papieża jest jedno zdanie: z powodu podeszłego wieku moje siły nie są już wystarczające, aby w sposób należyty sprawować posługę Piotrową (…) aby kierować łodzią św. Piotra i głosić Ewangelię w dzisiejszym świecie, podlegającym szybkim przemianom i wzburzanym przez kwestie o wielkim znaczeniu dla życia wiary, niezbędna jest siła zarówno ciała, jak i ducha, która w ostatnich miesiącach osłabła we mnie na tyle, że muszę uznać moją niezdolność do dobrego wykonywania powierzonej mi posługi. Co najbardziej pokazuje, że papież – po długim okresie zmagania (mowa jest o tym, że planował odejście już rok temu po pielgrzymkach do Meksyku i na Kubę – odstąpił od tego jednak po aferze ze swoim kamerdynerem, nie chcąc, aby utożsamiano to z ucieczką) i przemadlania swojej decyzji podjął ją w trosce o Kościół i stając w Bożej obecności wobec słabości swojego ciała, a także świadomości, iż jako osoba podeszła już wiekiem posiada pewne ograniczenia. Dzisiaj nie raz przecież wypowiadają się osoby znające papieża, które przewidywały takie wydarzenie (abp Alfons Nossol, kard. Miroslav Vlk). 
To bardzo odważny krok – tym bardziej, że przecież zupełnie inny od postawy jego poprzednika, bł. Jana Pawła II (na marginesie – po co w Faktach TVN pokazywali przez 5 minut starszych państwa, których pointą wypowiedzi był wyrzut: no, miał kanonizować NASZEGO papieża, a teraz co!). Cóż, dwóch różnych ludzi, inne rodzaje duchowości, inne charaktery, inne charyzmaty. Dzisiaj powtarzał cytat z błogosławionego papieża z Polski, jaki miał wypowiedzieć odnośnie swojego pontyfikatu: że z krzyża się nie schodzi; do końca, do śmierci. Oczywiście miał prawo tak uważać i wytrwać w tym postanowieniu do końca. Tak samo jak Benedykt XVI miał prawo zrobić to, co – jakby do końca się wahając – uczynił, w poczuciu odpowiedzialności za Kościół, któremu ze względu na ograniczenia związane z po prostu starością w swojej ocenie nie jest w stanie już w sposób odpowiedni kierować. Zrzeczenia się tiary, co warto wskazać wprost, dokonał w sposób przewidziany przez Kodeks Prawa Kanonicznego – publicznie, wskazując przyczyny oraz powołując się na dobrowolność działania. 
Jan Paweł II przyzwyczaił nas do papieża-sportowca, śpiącego po 5 godzin, tryskającego zdrowiem, zawsze z dobrym słowem i zasłuchanym w ludzi, których miał wokół. Nie każdy jest góralem z Wadowic. Nic dziwnego, że 86-letni człowiek dochodzi do wniosku, że – jak wskazują lekarze – nie może już latać po całym świecie, ma coraz większe problemy z chodzeniem, mam nadzieję że na tym się kończy. Tu nie chodzi o papieża-gwiazdę, ale o papieża, któy od 1978 r. nie jest woskową figugą w Watykanie, hen, gdzieś tam – tylko wielkim podróżnikiem, który jako głowa Kościoła stara się pielgrzymować i być z wiernymi we wszystkich jego zakątkach, wychodzi do ludzi, szuka z nimi kontaktu, pragnie ich przekonać, zdobyć dla Boga. Czy można dziwić się decyzji 86-letniego człowieka, który przez blisko 8 lat sprawował ten urząd – mimo, iż przed konklawe, nigdy nie pragnąc papieskiej tiary, liczył na rychła (i zasłużoną) kardynalską emeryturę? Co jest niewłaściwego w tym, że człowiek otwarcie, szczerze i świadomie stwierdza – nie dam rady i mówię to otwarcie? 
Słowa kard. Angelo Sodano o tym „gromie z jasnego nieba” pasują do sytuacji (natomiast same słowa przemówienia, wybacz, po prostu przesadzone) – stąd też taki a nie inny mój poprzedni, przecież też dzisiejszy, tekst. Szok. Zdziwienie. Jak to? Ano tak. Nigdzie nie jest powiedziane, że papieżem jest się do śmierci. Owszem, przez wieki tak przyjmowano, jednakże trzeba wziąć pod uwagę kontekst – ludzie jeszcze nie tak dawno żyli o wiele krócej (choć oczywiście nie brakuje pontyfikatów osób w podeszłym wieku – choćby Leona XIII z przełomu XIX i XX wieku), poza tym od papieża świat nie oczekiwał tak dynamicznej aktywności, a raczej bycia, nauczania, pisania. Świat się zmienia, ludzie się zmieniają – zmieniają się także wyzwania przed papieżem, który do ich realizacji potrzebuje coraz więcej sił. Czy tym gestem Benedykt XVI wskazuje: szukajcie mojego następcy wśród młodych? W kontekście kolegium kardynalskiego – oznaczało by to osoby w wieku pewnie ok. 65 lat :) 
Papież jest realistą. Zdaje sobie z pewnością sprawę, że mógł by kontynuować pontyfikat do kresu swoich dni – oby jak najdłużej. Że tworzy precedens. I co z tego? Nie bez powodu Kościół wprowadził wiek emerytalny (75 lat co do zasady) dla biskupów i kapłanów. Papież jest przecież biskupem, czemu więc szukać tutaj wyjątku? Tak dotąd nie było, owszem – ale czy to rozwiązanie jedynie z takiego powodu jest w jakiś sposób niewłaściwe? Jan Paweł II również to rozważał – choć podjął inną decyzję ostatecznie. Jak to zgrabnie ujął kard. Kazimierz Nycz – w pewnym sensie papież dał dobry przykład, jak trzeba podchodzić do pełnienia misji w Kościele. Nie trzeba do grobowej deski – wystarczy dotąd, kiedy Bóg daje siły do działania w sposób samego człowieka satysfakcjonujący i pozwalający mu obiektywnie dobrze ocenić jego posługę. Papież chciał wypełniać misję swojego pontyfikatu w sposób jak najdoskonalszy – stąd też odejście w sytuacji, gdy zrozumiał, iż siły fizyczne i ograniczenia wieku już na to nie pozwalają. 
Bardzo spodobał mi się, jeden z wielu, komentarz o. Pawła Gużyńskiego OP, który powiedział: „Jeżeli w Kościele dzieje się coś nietypowego, to najczęściej oznacza to interwencję z góry z ważnym pomysłem dla Kościoła. Spodziewam się czegoś bardzo dobrego dla Kościoła. Rzeczy nietypowe, nadzwyczajne, niestandardowe, to znaczy, że Pan Bóg chce coś pospieszyć (…) Wprowadziliśmy ograniczenie wieku jeśli chodzi o proboszczów i  biskupów. Ta dożywotność od dołu znika w Kościele. Można powiedzieć, że jest to zamknięcie całego procesu jeśli także pojawia się ten precedens, który pojawia się z papieżem. Nikt nie jest niezastąpiony i to generalnie dobrze. Nikt nikomu nie ujmuje, ale do tego (do pełnienia funkcji papieża – red.) trzeba mieć końskie zdrowie.  Papież sam daje sygnały, że panowanie nad tym wszystkim już go przekracza w tym momencie. I to jest zupełnie ludzkie, to jest normalne”. Od siebie dodam – w jego sytuacji to dowód odwagi i heroizmu, gdy podjął decyzję o rezygnacji, jakby wbrew tradycji i pewnie oczekiwaniom wielu, ale mam wrażenie w pełni wewnętrznej wolności. W podobnym tonie wypowiedział się ks. Adam Boniecki MIC, mówiąc, żę: „To decyzja bardzo ważna dla Kościoła, dlatego że otwiera precedens, iż także urząd papieski może być przekazany za życia poprzednika. Trzeba być wdzięcznym Benedyktowi, że pokazał, jak można rozwiązać problem urzędu, starości i słabości z wielką wiarą”.  
Pewnie można by tu jeszcze wiele napisać… Co będzie dalej? Jak to będzie formalnie – papież-senior? Nadal Benedykt XVI, czy może znowu Joseph Ratzinger? 
Krótko jeszcze o symbolice, w mojej ocenie nie przypadkowej, dnia w którym świat dowiedział się o decyzji Benedykta XVI – o Światowym Dniu Chorego, z którymi to chorymi Ojciec Święty z pewnością chciał się w ten sposób szczególnie zidentyfikować i utożsamić. Oddaję głos komuś, kto napisa to pięknie – Jotce

Nie ogarniam

VATICAN-POPE-AUDIENCE

Chciałem dzisiaj napisać coś związanego ze Światowym Dniem Chorego…

Ale właśnie przeczytałem te słowa:

Najdrożsi Bracia,

zawezwałem was na ten Konsystorz nie tylko z powodu trzech kanonizacji, ale także, aby zakomunikować wam decyzję o wielkiej wadze dla życia Kościoła. Rozważywszy po wielokroć rzecz w sumieniu przed Bogiem, zyskałem pewność, że z powodu podeszłego wieku moje siły nie są już wystarczające, aby w sposób należyty sprawować posługę Piotrową. Jestem w pełni świadom, że ta posługa, w jej duchowej istocie powinna być spełniana nie tylko przez czyny i słowa, ale w nie mniejszym stopniu także przez cierpienie i modlitwę. Tym niemniej, aby kierować łodzią św. Piotra i głosić Ewangelię w dzisiejszym świecie, podlegającym szybkim przemianom i wzburzanym przez kwestie o wielkim znaczeniu dla życia wiary, niezbędna jest siła zarówno ciała, jak i ducha, która w ostatnich miesiącach osłabła we mnie na tyle, że muszę uznać moją niezdolność do dobrego wykonywania powierzonej mi posługi. Dlatego, w pełni świadom powagi tego aktu, z pełną wolnością, oświadczam, że rezygnuję z posługi Biskupa Rzymu, Następcy Piotra, powierzonej mi przez Kardynałów 19 kwietnia 2005 roku, tak, że od 28 lutego 2013 roku, od godziny 20.00, rzymska stolica, Stolica św. Piotra, będzie zwolniona (sede vacante) i będzie konieczne, aby ci, którzy do tego posiadają kompetencje, zwołali Konklawe dla wyboru nowego Papieża.

Najdrożsi Bracia, dziękuję wam ze szczerego serca za całą miłość i pracę, przez którą nieśliście ze mną ciężar mojej posługi, i proszę o wybaczenie wszelkich moich niedoskonałości. Teraz zawierzamy Kościół święty opiece Najwyższego Pasterza, naszego Pana Jezusa Chrystusa, i błagamy Jego najświętszą Matkę Maryję, aby wspomagała swoją matczyną dobrocią Ojców Kardynałów w wyborze nowego Papieża. Jeśli o mnie chodzi, również w przyszłości będę chciał służyć całym sercem, całym oddanym modlitwie życiem, świętemu Kościołowi Bożemu.

W Watykanie, 10 lutego 2013 r.
Benedykt XVI, papież

Nie ogarniam. Po prostu. Syfu w Kościele jest bardzo dużo, te ciągłe brudy związane z molestowaniem seksualnym, sekularyzacja, ataki na Kościół i wiarę… Papież był i jest w sercu tego – czym się kieruje, podejmując taką decyzję? Chorobą, o której nie wiemy? Po prostu świadomością swojej słabości fizycznej związanej z wiekiem i spadającymi z tego powodu ograniczeniami? Przedkłada możliwość wyboru człowieka młodszego, obdarzonego większymi siłami, lepiej rozumiejącego dzisiejszy świat nad wytrwanie na urzędzie do śmierci?

Tak naprawdę coś takiego zdarzyło się w historii Kościoła raz – 13 grudnia 1294 r., gdy składał urząd papieski św. Celestyn V (Piotr Morrone OSB). A teraz doświadczymy tego za niespełna 3 tygodnie. 

Połów-marzenie

Zdarzyło się raz, gdy tłum cisnął się do Niego, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret – zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów! A Szymon odpowiedział: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim. (Łk 5,1-11)

Cieszę się, że bo najwyraźniej poziom homilii, wypowiadanych w kontekście tego tekstu, zmienia kierunek i przestaje on być odnoszony – jak, przynajmniej w mojej okolicy kilka lat temu – jedynie do kapłaństwa i życia zakonnego. Bo to po prostu uproszczenie, spłycenie i zatrzymanie się na bohaterach sceny (Piotr i pozostali – rybacy – powołani na apostołó), bez głębszego zastanowienia się, co tak naprawdę i o kim Bóg tutaj mówi.
Rybacy niewątpliwie byli fachowcami w swoim zawodzie, bo z pewnością sporo doświadczenia, sztuki i umiejętności potrzeba było, aby odpowiednio wypłynąć, znaleźć miejsce, prawidłowo zarzucić sieci, nie zniszczyć ich, a jeszcze złowione ryby dotransportować do brzegu. Z pewnością to umieli. Tego dnia jednak jakoś nie szło. Całonocny połów – i zero efektu. Nic innego, tylko przy brzegu zadbać o sprzęt, przepłukać sieci – może jutro będzie lepiej. 
Tym bardziej dziwić mogły słowa Jezusa – wypłyń, spróbuj, zarzuć sieci. Piotr w tej sytuacji zachował się bardzo roztropnie, nie polemizując – wiedział, że nie ma do czynienia ze zwykłym człowiekiem, ale Nauczycielem. Posłuchał, choć tak wiele razy później i tak robił swoje, posłuchał, choć najpierw wyraził wątpliwość – ale ostatecznie szacunek wobec Pana wziął górę. Nazywają to inaczej – po prostu zaufał. Co się dzieje dalej? Połów-marzenie, sieci się rwą prawie, łodzie zanurzone po same burty – trzeba cały wysiłek i kunszt włożyć w to, żeby te Boże dary dowlec do brzegu. 
Z nami jest bardzo podobnie. Problem polega na tym, że taka sytuacja na ogół zdarza się u większości dość rzadko, w myśl przysłowia „jak trwoga, to do Boga”. Kiedy się wali, pali, tracimy grunt pod nogami, wtedy biegniemy do Niego, wypłakać się, przytulić, po raz kolejny coś tam obiecać… Byle by było lepiej. Tu może tak dramatycznie nie było – niewątpliwie jednak zerowy połów = zerowemu zarobkowi. I właśnie w takim momencie wkracza Jezus. Nie jako złota rybka, za którą przyjeżdża kontener mrożonych ryb – ale jako Ten, który może zaradzić. O ile człowiek zechce współpracować, zaufać, zawierzyć. Wypłyń, zarzuć sieci. Postawa Piotra to po prostu reakcja człowieka wiary, który z Bogiem idzie przez życie, umie i chce Go słuchać – bierze sobie te słowa do serca, wprowadza w czyn – i bardzo szybko przekonuje się, że warto było, bo Bóg nigdy nie wyprowadza na manowce, nie zwodzi (a jak ci się tak wydaje – to nie doszedłeś jeszcze do miejsca, dokąd cię prowadzi, albo za bardzo zapatrzyłeś się w siebie i użalasz się nad sobą). 
To Piotrowe „odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” znowu w pewien sposób pokazuje – on nie do końca rozumiał, wydawało mu się że Jezus był tylko dla tych idealnych, bezgrzesznych, że on zbyt brudny i mały… Czyli dla kogo? Nie ma ideałów, nie ma ludzi bez grzechu – każdy z nas po prostu, częściej lub rzadziej, tapla się w takim czy innym syfie, a Jezus nie zwraca na to w ogóle uwagi – po prostu przychodzi, mimo wszystko (a może właśnie dlatego?). 
Wypłyń na głębię. Daj się Bogu zaprosić na ten jedyny w swoim rodzaju połów, który ma szansę stać się największą przygodą twojego życia. Zaufaj Mu – jeśli się wahasz, spróbuj w jakimś zakresie, daj Mu szansę tak samo, jak On ciągle nie rezygnuje z ciebie. Daj się zachwycić połowem jak marzenie, pozwówl wybrać się na tego, który dalej już sam będzie potrafił i chciał łowić. 

Deptanie po piętach

Przeczytane przed chwilą praktycznie.
– Duchowny, który z panią rozmwiał, nie mógł pani pomóc, ponieważ sam był zagubiony. Używał ciągle tych samych słów, jakimi księża pocieszali wiernych 500 lat temu. A przecież od tamtego czasu trochę poszliśmy do przodu. – Przerwał, jakby to, co powiedział, jego samego zabolało. – Na tym właśnie polega dzisiaj problem z religią. Tkwi w miejscu. Zamiast się otworzyć, szukać sposobu na to, aby nabrać znaczenia we współczesnym świecie, staje się defensywna, broni dotychczasowego stanu posiadania, cofa medialnie do najniższego wspólnego mianownika – nabiera cech fundamentalizmu. 
(…) 
– Problem jest w tym, że w twoim kraju religia jest tak skupiona na walce z nauką oraz trudnymi do odparcia argumentami ateistów, że wasi duchowni stracili poczucie, czym tak naprawdę powinna być wiara. W naszym kościele – wschodnim – oraz w wyznaniach takich jak buddyzm czy hinduizm zadaniem religii nie jest dostarczanie teorii lub wyjaśnień. Akceptujemy prawdę, że to, co boskie, jest nierozpoznawalne. Ale dla ciebie i podobnie myślących, kierujących się rozumem ludzi, rzecz sprowadza się do wyboru. Fakty albo wiara. Nauka albo religia. – Przerwał, po czym dodał: – Nie musisz wybierać. 
– Ale nauka i wiara nie są ze sobą zgodne. 
– Oczywiście, że są. Nie powinnuy ze sobą konkurować. Problem sprowadza się do waszych duchownych i waszych naukowców. Jedni drugim depczą po palcach. Wielkimi ciężkimi buciorami. Nie rozumieją, że religia i nauka mają po prostu inne cele. Nauki potrzebujemy, żeby zrozumieć, jak funkcjonuje wszystko na tej planecie i poza nią – my, natura, to, co nas otacza. Żaden myślący człowiek temu nie zaprzeczy. Ale religii również potrzebujemy. Nie dla żałosnych kontrteorii na temat tego, czego nauka nie jest w stanie udowodnić. Jest nam niezbędna z innego powodu, żeby zaspokoić innego rodzaju potrzebę – sensu. Dla nas, jako ludzi, ta potrzeba jest czymś zupełnie podstawowym. I wykracza poza dziedzinę nauki.
(…) 
– Wiele w życiu widziałem. Spotykałem dobrych, miłych, szczodrych ludzi, których dobre uczynki były niezwykle szlachetne. Ale widziałem też takich, którzy robili niewyobrażalne, potworne rzeczy. I to właśnie czyni nas ludźmi. Mamy rozum. Podejmujemy decyzje i wcielamy je w życie. Kształtujemy nasz los w relacjach z innymi. A Bóg – cokolwiek oznacza to słowo – jest po prostu wtedy w nas. Za każdym razem gdy dokonuejmy wyboru, czujemy Jego obecność. Jest w nas. 
Bynajmniej nic z teologicznej półki, jeśli chodzi o pochodzenie – choć słowa włożone w usta duchownego koptyjskiego. Z powieści o bardzo pomysłowej fabule, którą czytam. 
I tyle. Bez komentarza. Do zastanowienia. Choć według mnie nie ma tutaj nad czym myśleć – prawda i tyle. Szkoda, że ludzie tak często skupiają się na nie zauważaniu tych różnic i przeciwstawianiu wierze nauki.