Pokora i autentyczność

Jezus powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1-6.16-18)

Stajemy u progu Wielkiego Postu – czasu, w którym Kościół wzywa każdego z nas i zachęca do większej zadumy nad sprawami wiary, podejmowania postanowień, uskutecznienia pewnych praktyk pokutnych przypisanych do tego okresu. I co dostajemy na twarz? Fragment o tym, że musimy być w tym wszystkim, co odnosi się do Pana Boga, autentyczni i szczerzy. Inaczej to kompletnie bez sensu.

Czytaj dalej →

Pójście na rekord czy post bez spiny?

Dzisiaj jest Popielec, Środa Popielcowa – jak kto woli – i może to dość banalnie zabrzmi, ale sporo ludzi, w tym i ja, zastanawia się nad tym: co by tu sensownego ze sobą zrobić przez ten czas, żeby było lepiej. Teoretycznie pytanie dość proste – jako że niedoskonali jesteśmy (a przynajmniej ja) dość mocno, więc właściwie to czego by nie spróbować, to raczej gorzej nie będzie… A jednak, bardzo łatwo jest zmienić się na gorsze. Ot, tak nieświadomie. Albo przedobrzyć.

Czytaj dalej →

Plan

Przeżywamy ostatnie dosłownie dni starego roku liturgicznego AD 2015 i w niedzielę rozpoczniemy nowym adwentem AD 2016.
Za oknem średnio – nie wiem, jak u Was, ale w moim Trójmieście teoretycznie sucho, choć od kilku dni już całkiem mroźno, pierwszy śnieg posypał, rano trzeba pastwić się nad samochodem z nie tyle może odśnieżaniem, co odszranianiem. Bez czapki i rękawiczek ani rusz. Ale za to, jak się człowiek wyczołguje rano z domu, jakie piękne gwiaździste niebo, bez jednej chmurki! Ogólnie nieco przygnębiająco – w tym sensie, że rano ciemno (jak docieram do fabryki robi się ładnie), i jak się z tej fabryki wychodzi to w sumie już też ciemno. Szkoda, ale – to akurat prawda w tym kontekście – taki mamy klimat.
Nie jestem fanem przesady i duchowej kulturystyki w tym sensie, aby ścigać się dla samego ścigania czy robić coś dla udowodnienia tylko sobie samemu jakiejś kwestii. Ale mam takie wrażenie – i pewnie każdy z nas podobnie, jako że mniej więcej tego rodzaju zachęta płynie chyba z każdej ambony czy to w adwencie, czy w wielkim poście, i słyszymy ją od dziecka – że to jest faktycznie dobry moment, żeby coś sobie postanowić i po prostu spróbować być lepszym dla ludzi, bardziej zasłuchanym w Boga, nie tylko wierzącym w Niego, ale ufającym Mu, otwierającym przed Nim swoje serce i zapraszającym Go do swojego życia nie tylko wtedy, kiedy właściwie nie ma już  w tym życiu czego zbierać.
Postanowienia w stylu: nie będę jadł słodyczy – w sumie, hm, też są dobre, ale to chyba dość infantylne? Oczywiście, mam pełną świadomość, że i ja mam z tym problem, i właściwie dobrze by było, żebym ich tyle nie jadł – ale to jakby zupełnie obok sfery duchowej, i tak trochę na poziomie małego dziecka. Bardzo ambitnym – jak dla mnie – wydaje się założenie codziennego uczestnictwa w roratach (czyli wyrwany kawałek snu od poniedziałku do soboty przez cztery tygodnie); u mnie niewykonalne z powodu godzin pracy, u wielu osób pewnie też. Mniej TV czy jakiegoś innego zapychacza czasu? Pewnie, żeby mieć czas dla bliskich i w nich odnajdywać Boga, wsłuchać się w to, co Bóg przez nich do mnie mówi, być bardziej dla nich niż dla siebie. Jakieś postanowienie modlitewne? Dziesiątka różańca to naprawdę nie jest wyczyn – ja ostatnio, dla utrzymania rytmu dnia, odmawiam w tym samym końcowym etapie dojazdu do pracy. 
Ja wracam do czegoś, co pewnie z 15 lat temu mi się udało – mianowicie mam ambitny zamiar od niedzieli najbliższej, czyli od początku adwentu, zabrać się za systematyczne czytanie Pisma Świętego i przeczytać je w całości. Raz się udało, więc czemu nie? Szukałem i szperałem nieco w internetach, czego efektem jest wybór planu czytania Biblii autorstwa Jacka Święckiego. Dlaczego ten? Bo nie jest tak – może nie tyle bezmyślnie, co mało czytelnie – że czyta się wszystko, a przede wszystkim ST, po kolei, jako że wcale nie oznacza to zachowania chronologii. Autor umiejętnie przestawia też pewne poszczególne rozdziały ksiąg, co wynika z wielu kwestii (na przestrzeni wieków pewne rzeczy pomylono i przesunięto). Poza tym są osobne bloki, tzw. rekonstrukcje, najtrudniejszych fragmentów Biblii. Całość wedle założenia ma zająć 104 tygodnie, czyli 2 lata.  
Zaplanowanie sobie czegoś na 2 lata uważam za mocno ambitne, tym bardziej więc proszę skromnie o wsparcie w tej materii. Plan tygodniowy podzielony jest na 6 dni – jest więc (niedziela?) zapasu, żeby nadgonić, w razie czego.
Zachęcam do odważnego, ale na miarę swoich możliwości, podejmowania jakiś pomysłów czy postanowień adwentowych, a przede wszystkim systematyczności w ich realizacji. 
Ps. Dodatkowy pomysł – odkładać jakieś pieniądze na boku przez te kilka tygodni. I przekazać na jakiś cel, czy chociażby wrzucić do skarbonki w kościele – żeby bardziej, materialnie, zaangażować się, zainwestować i wesprzeć to, co mój kościół – moja parafia – buduje. 

Co by tu w tym poście…

Ameryki nie odkryję – Wielki Post się zaczął, i w życiu człowieka wierzącego powinno to skutkować pewnymi zmianami, założeniami, pomysłami na ulepszenie siebie. 
Mądry nie jestem, więc oddaję głos autorom natchnionym, ba, nawet starotestamentalnym:

 „Czemu pościliśmy, a Ty nie wejrzałeś? Umartwialiśmy siebie, a Tyś tego nie uznał?” Otóż w dzień waszego postu wy znajdujecie sobie zajęcie i uciskacie wszystkich waszych robotników. Otóż pościcie wśród waśni i sporów, i wśród bicia niegodziwą pięścią. Nie pośćcie tak, jak dziś czynicie, żeby się rozlegał zgiełk wasz na wysokości. Czyż to jest post, jaki Ja uznaję, dzień, w którym się człowiek umartwia? Czy zwieszanie głowy jak sitowie i użycie woru z popiołem za posłanie – czyż to nazwiesz postem i dniem miłym Panu? Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On [rzeknie]: „Oto jestem!” Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem. (Iz 58, 3-10)

Nawróćcie się! Odstąpcie od wszystkich waszych grzechów, aby wam już więcej nie były sposobnością do przewiny. Odrzućcie od siebie wszystkie grzechy, któreście popełniali przeciwko Mnie, i utwórzcie sobie nowe serce i nowego ducha. Dlaczego mielibyście umrzeć, domu Izraela? Ja nie mam żadnego upodobania w śmierci – wyrocznia Pana Boga. Zatem nawróćcie się, a żyć będziecie. (Ez 18, 30b-32)

To z kilku tych pierwszych dni adwentu – Izajasz z liturgii słowa (a także z godziny czytań), a Ezechiel z któregoś czytań brewiarzowych.

Nie czuję się kompetentny, aby pouczać czy mówić, co trzeba, a czego nie trzeba – tym bardziej, że jakimś tytanem pracy wielkopostnej niewątpliwie nazwać mnie nie można. Michał Lewandowski vel Teolog na manowcach zaproponował na swoim blogu bardzo ciekawą sprawę – nie mówić o Bogu przez ten czas, ale w tym sensie, żeby przestać gadać, a posłuchać Go naprawdę mocno. Kuszące. Tym bardziej, że ja teraz w ogóle niewiele mówię – siedzę, staram się coś wchłaniać z wiedzy, uczyć. Jest inaczej i na swój sposób fajnie.

Ten okres to post, modlitwa i jałmużna. Postem jako wyrzeczeniem – a nie tylko czymś fajnym, bo to trendy, zdrowe, robi się popularne. Z własnej nieprzymuszonej woli i nie dla siebie – ale ku Bogu i dla Niego (a jeśli to komuś dobrze zrobi, to tym lepiej). U mnie, niestety, nie bardzo, bo żeby mieć trochę siły i zmusić szare komórki do pracy, to raczej jem więcej niż mniej, i to nie do końca najzdrowiej. Modlitwą jako czymś, czego ma być… No właśnie. Więcej? Pewnie dobrze by było. Czyli jak się nie modlę, to żebym zaczął. A jak się coś tam modlę, to żebym spróbował, żeby to było sensowniejsze, może bardziej systematyczne, żeby przemodlić może więcej sytuacji życia, nawet najprostszych (mój mały sukces – ostatnio, gdzie nie idę, jakoś tak chwytam za różaniec – i to jest już mimowolne, z czego się cieszę). Jałmużną przede wszystkim nie jako formą zabicia czy uciszenia wyrzutów sumienia, skonsumowaniem nadwyżki, tego z czego mi zbywa. To nie jest jałmużna – bo jałmużna to dar serca, odjęcie sobie czegoś i świadoma rezygnacja po to, aby ofiarować to Jemu w jakiejś intencji. Nie musisz tego wrzucić do skarbonki w kościele – daj potrzebującemu, o ile znasz i wiesz, że możesz pomóc.

Ruszamy. Żeby za te 40 dni – a właściwie już mniej – nie westchnąć z poczuciem pewnej normalności i jakby już tradycji: cóż, chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle… To jest czas dla mnie – Bóg go nie potrzebuje. To ja mam go wykorzystać dobrze.

To dobry moment na postanowienia i wyrzeczenia – a nuż, uda się coś zmienić. Ja codziennie modlę się za tych, którzy cokolwiek postanowili, żeby wytrwali i trwali w tym nie dla siebie, ale dla Boga. Dobra rada – nie warto się rzucać od razu na heroizm, jak człowiek ma problemy z rzeczami najprostszymi; powoli, po mału. Aby była progresja.  

Pustynna pokusa

Jezus pełen Ducha Świętego, powrócił znad Jordanu i czterdzieści dni przebywał w Duchu na pustyni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód. Rzekł Mu wtedy diabeł: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby się stał chlebem. Odpowiedział mu Jezus: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek. Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje. Lecz Jezus mu odrzekł: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Zaprowadził Go też do Jerozolimy, postawił na narożniku świątyni i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół! Jest bowiem napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, żeby Cię strzegli, i na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Gdy diabeł dokończył całego kuszenia, odstąpił od Niego aż do czasu. (Łk 4,1-13)

Stało się – kolejny Wielki Post naszego życia. Popielec przeleciał – pewnie nie każdy nawet „znalazł czas”, żeby zajrzeć do kościoła. Ja za to po raz kolejny przekonałem się u siebie, że niestety słusznym jest przesuwanie sypania popiołem z momentu tuż po jego poświęceniu (przed modlitwą powszechną) na zakończenie Eucharystii; dlaczego? bo jak u nas posypali ludziom głowy w trakcie Mszy – to na modlitwie powszechnej w kościele zostało już połowę tego, co było na początku – reszta prosto od posypania wyszła.  
Mam wrażenie, że my postu dzisiaj w ogóle nie rozumiemy – na pewno młodzi. Gdzieś tam coś dzwoni – post, modlitwa i jałmużna – w zakamarkach skrzętnie pochowanej (przed sobą samym) wiedzy z katechezy. Niewątpliwie naleciałość żydowska – tylko że bardzo słuszna i potrzebna. Modlitwa jako postawa wobec Boga, w tym prośba o właściwą (jałmużna) postawę wobec ludzi i o nabieranie sił duchowych w ramach postu właśnie. Zapominamy o tym – te trzy pojęcia brzmią jak zupełnie abstrakcyjne hasła z zakurzonej książeczki do nabożeństwa. 
Ten dzisiejszy obrazek ewangeliczny strasznie mocno pokazuje, że Zły nie musi od razu namawiać do czegoś z gruntu złego. On po prostu kusi, podsuwa propozycje z pozoru neutralne, o ile nie nawet bardzo korzystne. Zamień kamień w chleb – przecież jesteś głodny, a możesz. Oddaj mi pokłon – co się przejmujesz, zobacz, ile zyskasz. Skocz z narożnika – aniołowie cię ochronią, niczym nie ryzykujesz. Czy Jezus, czyniąc zadość namowom Złego, uczynił by coś złego sam? Wydaje mi się, że nie. Poza tym, że łaska Boża i Jego moc, którymi dysponował, nie służyła by dobru, a użyciu ich dla samego użycia. Zły proponuje Jezusowi wszystkie królestwa świata – nęcące? Nawet bardziej. Już nawet ta propozycja dotycząca chleba – nawet Syn Boży musiał być głodny po 40 dniach. 
Bóg nie stawia przed nami zadań niewykonalnych. Kto kiedyś miał okazję być na pustyni, niekoniecznie nawet w Ziemi Świętej, ten wie, że może być kusząca oderwaniem od tego, co światowe, codzienne, męczące. Cały dowcip polega na tym, aby tę pustynię – na dobry początek w Wielkim Poście – odnaleźć i umiejscowić w sobie. Być tu, gdzie jestem i robić to, co robię – mało kto może sobie pozwolić na zamknięcie się np. w klasztorze czy na rekolekcjach – i w pustyni własnego serca przeżywać post. Także cieleśnie – bo czy jest wyczynem np. w piątek wytrzymać o chlebie i wodzie? Da się – wydawało się trudne, a nie miałem problemu. Nie dość, że zdrowe, to jeszcze człowiek się lepiej czuje – ale nie to jest najważniejsze, ale intencja. Nie bez powodu egzorcyści, za Jezusem powtarzają, że pewne rodzaje pomiotów Złego tylko postem można wygonić (czego także apostołowie nie rozumieli). 
Warto wybrać się na taką pustynię swojego życia – nawet fizycznie się z niego nigdzie nie ruszając. Strzepnąć z siebie ten brud, osad, wszystko co oddziela od prawdziwych relacji z Bogiem i z drugim człowiekiem, nie pozwala być autentycznym. Postarać się też o taki prawdziwy post – niekoniecznie związany z jedzeniem (chyba, że ktoś ma z tym problem – ja mam…), ale na przykład z używkami, telewizją, czasem przepuszczanym w internecie czy przed grami. Niby niewiele – ale zauważysz różnicę, kto wie,. może Ci się spodoba – nie dla samego robienia, ale dla odmienienia siebie, a przy tym porządkowania tego, co między tobą a Bogiem. Co najlepsze, to wtedy, kiedy się uda – myślisz, schudłem, nie palę, odstawiłem alkohol – pojawią się te same pokusy, jakie dzisiaj widać u Jezusa. Zły znajdzie sposób, żeby coś podsunąć – a twoją rolą będzie umiejętne wysłanie go na przysłowiowe drzewo. To dopiero będzie sprawdzian, czy ta pustynia się na coś przydała, i na ile. Dopiero wtedy się okaże, czy te postanowienia, plany i wyrzeczenia były coś warte. Jakiś czas temu podśmiewałem się w duchu ze skrzyneczek papierowych Caritasu, do których dzieci zbierały pieniądze na jakiś zbożny cel przez okres postu – kto wie? Nie musi być skrzyneczka, rozejrzyj się, sam wymyśl zbożny cel – i odłóż, ale nie z tego, co zbywa, a rezygnując z czegoś dla siebie, oddając to komuś. I nie po to, żeby od wielkanocnego Alleluja dalej robić swoje, jak dawniej – tylko żeby w tym poście, modlitwie i jałmużnie się rozsmakować, na dłużej, optymalnie na stałe. 
Ta sytuacja Jezusa kuszonego na pustyni to nie był teatrzyk na potrzeby Ewangelii, odpowiednio ubarwiony i podkolorowany. To jest opis tego, jak Bóg – będąc równocześnie i nie mniej człowiekiem – doświadczał ludzkiej słabości. Tak, jak ty czy ja. Po swojemu, na swój sposób, kiedy Zły walił w Niego w to, co najbardziej było wątłe – zaczął od jedzenia, skoro Jezus był głodny. Mimo, że – jak powiedziałem – teoretycznie Zły nic złego Mu nie proponował. 
O ile Wielki Post to czas zdecydowanie mniej radosny od Adwentu, to chyba jednak lepszy na takie gruntowe odgruzowywanie siebie, porządki, spróbowania bycia nie tyle lepszym (we własnym mniemaniu), co innym, bardziej dla innych, bardziej z Bogiem po drodze, umiejącym łączyć życie z Nim i życie między innymi. Potraktuj to jako zadanie – ale bardziej długoterminowe niż te matematyczne 40 dni.