Biskup, który pcha ludzi do Boga i żyje Kościołem

21752192_1631109466920329_4778470362105106560_n

14 września 2017 r. – tak, tradycyjnie mam ok. dwutygodniowy poślizg – ogłoszono nominację, którą papież Franciszek, jak to ma w zwyczaju, sporo namieszał. Uwielbiany w Krakowie tamtejszy sufragan bp Grzegorz Ryś został mianowany nowym metropolitą łódzkim (w miejsce, nota bene, abp. Marka Jędraszewskiego, który to właśnie z Łodzi objął metropolię krakowską). Tu dosłownie kilka moich przemyśleń na ten temat.

Czytaj dalej →

Wszyscy Święci w Warszawie

Kolejny raz przyjechałem dzisiaj do Warszawy, zawodowo, bo na szkolenie. Precyzyjnie – z Warszawy miałem transport do pewnego ośrodka nieopodal stolicy, gdzie szkolenie się odbywa przez kilka dni. I któryś już raz pomyślałem, że chciałbym wejść do jakiegoś kościoła na chwilę modlitwy.

Czytaj dalej →

Do jakiego Kościoła w Polsce przyjedzie Franciszek

Wielkimi krokami zbliżają się – a właściwie na szczeblu poszczególnych diecezji i parafii już trwają – drugie polskie Światowe Dni Młodzieży, które po pamiętnym 1991 r. na Jasnej Górze, tym razem w Krakowie w Roku Miłosierdzia zgromadzą tłumy ludzi, którzy chcą się po prostu dzielić swoim doświadczeniem Boga. W tych dniach i nieco wcześniej kilku katolickich publicystów pokusiło się o jakby podsumowanie: jak to z Kościołem w Polsce jest i do jakiego właściwie Kościoła papież Franciszek już dosłownie za kilka dni przybędzie. Bynajmniej, nie w huraoptymistycznym tonie, bardziej gorzko i obiektywnie.

Czytaj dalej →

500 zł na dziecko czy 20 mln na Rydzyka?

Naprawdę nie stanowi niczego przyjemnego – dla mnie przynajmniej – nawiązywanie do działalności o. Tadeusza Rydzyka CSsR, jaka by to działalność nie była. Głównie dlatego, że działalność ta budzi w mojej ocenie o wiele więcej kontrowersji (w negatywnym sensie) niż daje dobrego.

Czytaj dalej →

Moje małe przyzwyczajenia

Dwie sprawy, które – niby prozaiczne – a żyć troszku nie dają, jak czasami się nad nimi zastanowić. Kwestia takich dziwnych nawyków i przyzwyczajeń. Ale jednak.
Kościół – najlepiej, gdy pusty
Lubię pusty kościół. Lubię modlitwę w samotności. Jakoś tak sobie do serca wziąłem te słowa:

Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6, 6)

Nic na to nie poradzę. Pomijając sytuacje ekstremalne, kiedy idę na Mszę przysłowiowym bladym świtem, ździebko nieprzytomny, i staram się otrzeźwieć i rozbudzić się dość gwałtownie – to np. w niedzielę chciałbym układać to tak, żeby móc po prostu spędzić w ciszy z Nim ten kwadrans. Po prostu, w ławce. Dziesiątka różańca, jakieś tam podsumowanie – dnia, tygodnia. Gorzkie żale moje własne, ale i podziękowanie. Wyciszyć się, zwolnić bieg, wyrównać oddech.
Tak, wiem: jesteśmy wspólnotą, Kościół ma ludzi jednoczyć i gromadzić razem wokół ołtarza. Nie jako indywidualności, ale w grupie. Uzupełniając się, wspierając. To może jakieś tam natręctwo – ale im ciszej, spokojniej, mniej ludzi, tym ja się czuję lepiej. Może mnie rozpraszają inni? Nie wiem. Obserwuję to od dłuższego już czasu, w sumie sporo lat. Tak chyba po prostu mam i nie chcę tego zmieniać. Pora dnia nie ma znaczenia – czy rano, czy wieczorem.
Inna rzecz, że przekłada się to na niechęć i unikanie większych uroczystości, nieco pompatycznych, z „uroczystą oprawą” (szczyt, coś czego nie znoszę, to orkiestra na Mszy…), a więc siłą rzeczy pektorałów, infuł, pastorałów i tego złocisza wszelkiego… To pewnie z kolei pochodna tego, że z racji wieloletniego zamieszkiwania tam, gdzie mieszkałem, miałem pod nosem wszystkie prawie ówczesne uroczystości i „główne celebry w wymiarze diecezjalnym”.
Prostota, prostota i jeszcze raz prostota. Im bardziej prosty kościół, tym lepiej się tam czuję. Mniej rzeczy, ozdób odwracających uwagę – więcej przestrzeni dla Boga, żeby się w Niego wtulić, zachłysnąć Nim i zasłuchać.
Pismo Święte, brewiarz – najlepiej książkowy
 
Uwielbiam różnej maści aplikacje związane z modlitwami czy wiarą w ogólności – ostatnio korzystam z Modlitwy w drodze czy Mocnego Słowa. Przymierzam się do Brewiarza, z którego dotychczas korzystam czasami przez brewiarz.pl. Od kilku dni testuję aplikację Pismo Święte – dzięki niej znajdę każdy cytat biblijny o wiele szybciej, niż w książce.
No właśnie. Te wszystkie nowinki techniczne ułatwiają życie – żeby zmówić Jutrznię czy Nieszpory nie trzeba taszczyć sporej knigi w twardej oprawie w torbie/plecaku, wystarczy kliknąć na smartfonie. Podobnie z czytaniem Pisma Świętego – zamiast cegiełki pokaźnej, nawet mniejszy format, kolejna aplikacja, jakich milion innych masz w telefonie.
To nic. Uwielbiam po prostu wziąć to papierowe, moje własne, Pismo Święte i je czytać. Starą dużą Tysiąclatkę, albo odkrywane na nowo najnowsze wydanie paulistów Podobnie, najprzyjemniej odmawia mi się liturgię godzin z własnym tu i ówdzie pogniecionym, starym (1988) kompletnym wydaniem brewiarza (na marginesie: jak zobaczyłem, że nowe kosztują ok. 110 zł za tom – a ja kupowałem ok. 2000 roku stare wydanie za jakieś 150 zł za wszystkie cztery, i to nowe – to się zgarbiłem), z wystrzępionymi wstążkami/zakładkami, powtykanymi tu i ówdzie obrazkami. Intuicyjnie. Własna przestrzeń do modlitwy.
Do starszych osób trudno mnie zaliczyć – no chyba, że 3 w cyfrze wieku na początku to już starość. A jednak – taaaki tradycyjny. Co zrobić :)

Mój kościół

Trochę osobistej refleksji. 
Przez wiele lat – właściwie, co tu dużo mówić, większość mojego świadomego chrześcijaństwa i bycia aktywnym członkiem Kościoła – mieszkałem w jednej i tej samej parafii. Tam mnie do kościoła ciągnęło, piękna, z bogatą historią i po prostu odczuwalnym „tym czymś” budowla, tam stawiałem swoje pierwsze kroki przy ołtarzu (gdzie spędziłem wieeele czasu), tam podejmowałem najważniejsze życiowe dotychczasowe decyzje. 
Potem, po ślubie, przyszło zmienić miejsce zamieszkania. Nowy dom, nowa parafia, nowy kościół. Bardzo dużo i dość nieciekawie nowoczesny. W sumie, betonowy klocek z niezbyt dobrze wykonaną wieżą – choć, nie można ukryć, z ciekawą mozaiką w prezbiterium. Ale praktycznie cały dzień spowiedź, a przynajmniej większość. Poza tym, bardzo przytulna i ogrzewana kaplica – fajne rozwiązanie na zimowe dni. Na początku trudno, powoli (nie mówię o służbie przy ołtarzu – to też, ale to nie jest najważniejsze, chodzi ogólnie o to czucie się w kościele jak w domu), ale i tam się w pewnym sensie zaaklimatyzowałem… właściwie po to i w momencie, kiedy przyszło się znowu przenosić. Synek był w drodze i musieliśmy pomyśleć o choćby o jeden pokój większym mieszkaniu.
Tak właśnie wylądowaliśmy tu, gdzie mieszkamy obecnie – prawie 5 lat. Niby nie daleko, to samo miasto. I znowu, całkiem nowy i dość nowy w sensie historii kościół, parafia licząca ok. 25 lat. Heh, moja Mama pamiętała, jak to osiedle było wielkim pastwiskiem z łąkami i pasącymi się krowami :) Kościół, dosłownie jak się okazało, budowany „na wyścigi” – dwaj księża ścigali się w położonych koło siebie dzielnicach. Obydwaj dzisiaj nie żyją, a zostały dwa… potworki? Może przesadzam. Dziwny kolor z zewnątrz, projekt ewidentnie przewidziany na amfiteatr, operę. Miał być dwupoziomowy, na szczęście dolnego kościoła nigdy nie stworzono – wystarczy powiedzieć, że ówcześnie ustanowiona (lata 80. XX wieku) parafia obecnie podzielona jest na co najmniej 3; i tak jest problem z zapełnieniem górnego. Duża przestrzeń, otwarte prezbiterium. I znowu, dość długo nie mogłem się tu zadomowić – kolejne miejsce, nowe twarze, zwyczaje, wspólnota. 
Piszę o tym, ponieważ od jakiegoś czasu – co uświadomiłem sobie… dzisiaj – pewnie jakieś pół roku dopiero czuję się tutaj jak u siebie. Mój kościół. Mój dom. I jest to bardzo przyjemne uczucie. Co za tym idzie, kilka razy byłem w tej swojej pierwszej, rodzinnej parafii – i niby miejsce to samo, te same mury, prezbiterium, ale już inaczej. Inni ludzie, inne twarze, nowe zwyczaje. Już nie moja bajka trochę (tym bardziej – centrum diecezji, jak to z katedrami bywa – miejsce pewnie ok. 90% wszelkich największych celebracji i uroczystości, z pompą i hukiem [dosłownie, przy tym ordynariuszu…]). Zawsze to miejsce – tamten kościół – lubiłem z powodu porannych cichych Mszy Świętych. Nic się nie zmieniło – tylko że dzisiaj mam mniej okazji (przez co może bardziej je doceniam?) i nowe miejsce, kościół w którym rano, kiedy zaświeci słońce, widoczna jest niesamowita gra świateł. Robi się tak… ciepło, domowo. 
A jak to jest z tobą? Masz swój dom, swój kościół?

Pani Danusia

Wpis kompletnie nieplanowany. A jednak, życie jest bogate.

Poranna Msza Święta w kościele nieopodal. Czekam na księdza w zakrystii, a tu pojawia się nagle starsza pani, nazwijmy ją (anonimizacja przede wszystkim :D) Danusią. Widzę, że czai się przy wejściu do zakrystii – ksiądz w tym czasie spowiada.
Pani Danusia czai się, żeby poprosić księdza, żeby mogła przeczytać czytanie – i teoretycznie w samym takim pragnieniu nie ma nic złego. Ksiądz się pojawia, pani Danusia zadaje pytanie, czy ona może przeczytać, na co ksiądz, niechętnie, zgadza się – patrząc na mnie i mówiąc, że ja zaśpiewam psalm. Dla mnie – żadna różnica, może być. Co się dzieje na Mszy? Czyta czytanie… i nie odchodzi. Dobrze, że nie wstałem do tego psalmu – bo by zabawnie wyglądało: ja idę, a ona mi zagradza drogę i kurczowo trzyma się ambony. I pani Danusia zaczyna śpiewać psalm. Dramat, zawodzi, jęczy i fałszuje. Proboszcz osłupiał i patrzy na mnie, ja na niego. Widzę, że go szlag przysłowiowy trafia. Ja zaśmiałem się pod nosem – takie sytuacje biorę „na miękko”, nie ma co się napinać, nie pierwsza taka i nie ostatnia – „żeby tylko księdza puściła do ambony do przeczytania Ewangelii”. Widzę, proboszcz wkurzony. Bez sensu – na Mszy. Przecież nie po to – ani on, ani ja, ani nikt inny z kilkunastu osób w kościele – przyszliśmy do ołtarza.
Msza się kończy, wracamy do zakrystii. Jeszcze się nie przebraliśmy, a w drzwiach staje – oczywiście, pani Danusia. Nie czekając i nie znoszącym sprzeciwu tonem „każe” proboszczowi podejść, bo ona ma „3 sprawy”. Proboszcz się wkurzył na bezczelność i jej mówi, słychać nerwy, że nie może tak być, że ona sobie robi w trakcie Mszy Świętej to, co się jej podoba, i w takim razie nie będzie czytała. Ja w tym czasie chowam albę do szafy. Pani Danusia spokorniała? Bynajmniej. „Niech ksiądz sobie lepiej otworzy Biblię, tam gdzie jest napisane o miłosierdziu i życzliwości. A teraz proszę tu podejść”. Zgłupiałem – co za tupet. Nie śledziłem dalej dyskusji, bo proboszcz się dopiero wtedy wściekł – i nie dziwię się.
Szerszy kontekst. Pewnie każda – albo większość – parafia ma taką swoją panią Danusię. Tu nie chodzi o to, że ona chce – ale po co, i czego ona chce. Pani Danusia ma w sposób oczywisty zaburzenia psychiczne – co przejawiało się w szeregu zupełnie niezrozumiałych zachowań, jak choćby to, że kiedyś jednego z księży wyzwała przy osobach trzecich od świń, aby może 2 dni później na jakimś opłatku duszpasterstwa biec do niego z opłatkiem i zasypywać życzeniami. Nie bardzo kontaktuje, co robi, przynajmniej czasami – to jest przykre. Nie wnikam, być może jest osobą bardzo wierzącą – a może dewotką? Nie mnie to oceniać. Wszystkim wiadomo, że mąż pani Danusi jest szafarzem w parafii obok i pani Danusia po prostu nie może znieść tego, że ona nie może zaistnieć jakoś wyraźnie w swojej parafii. Należy do wszystkich możliwych tradycyjnych grup duszpasterskich – Żywy Różanie, Akcja Katolicka itp. … i grupy te z dużym uporem rozwala od środka. Wszystko wie najlepiej, wszystkich ustawia, nie przyjmuje do wiadomości, że ona nie jest wodzirejem i wszyscy nie będą robili tego, co ona chce (czyli siedzą a ona robi wszystko sama). Osoby z tych duszpasterstw często w niedziele zbierają przed kościołem po Mszach Świętych ofiary na różne cele – kiedy wypada kolej pani Danusi, zawsze zabierze większą puszkę na ofiary i przegoni drugą osobę, która też ma zbierać, do mniejszego bocznego wyjścia. Nie przyjmuje żadnych argumentów, czy to od ludzi, czy od duszpasterzy – w tym roku pojawili się 2 nowi księża, każdy z założenia otwarty, ale bardzo szybko przekonali się co do jej zamiarów. 
Pani Danusia po prostu lubi być widziana w kościele, i w tym zakresie nie wystarczy jej siedzenie w pierwszej ławce (bliżej, bardziej na środku się nie da) – więc pcha się do prezbiterium przy byle okazji. Pycha? Pewnie tak. Nie chcę oceniać – na ile to są jakieś jej cechy, a na ile choroba, widoczna gołym okiem. 
Problem polega na tym, że pani Danusia zniechęca ludzi do uczestniczenia w Mszach Świętych i wchodzenia w grupy duszpasterskie. Dzisiaj także – kiedy jedna osoba zobaczyła ją „startującą” do ambony, po prostu wstała i wyszła. Ludzie, jak to w parafii (miejska, nie wiejska) znają panią Danusię dobrze, doświadczyli sami jej „życzliwości” (wszystkim zwraca na wszystko uwagę – ten źle klęka, ten źle się żegna, ten za głośno drzwi zamyka – oj, długo by można), czy to w kościelnej ławce, czy w ramach jakiegoś duszpasterstwa czy inicjatywy – albo co najmniej o niej słyszeli. To ludzi odstrasza i zniechęca – widzą to jej gwiazdorstwo, religijność na pokaz, parcie na szkło. Czyli, koniec końców, szkodzi więcej niż daje. 
Żeby było jasne – co do zasady ja jestem bardzo gorącym zwolennikiem tego, aby świeccy angażowali się w liturgię. Oczywiście, że tak. Szczególnie, gdy nie ma zbyt wielu lektorów – nie ma komu czytać czytań mszalnych, śpiewać psalm i aklamację, przeczytać wezwania modlitwy powszechnej; a nawet, jeśli są, to przecież można się podzielić (ja nie mam z tym problemu: czytanie, psalm, modlitwa powszechna – 3 elementy, można się spokojnie podzielić). Jeśli ludzie chcą i to wyartykułują – świetnie, niech czytają, śpiewają; oczywiście, o ile nie ma obiektywnych przeciwwskazań (jakaś wada wymowy, która czyni czytanie niezrozumiałym, albo brak umiejętności w zakresie śpiewu). To jest bardzo fajne i budujące, kiedy świeccy włączają się w liturgię – nie tylko poprzez liturgiczną służbę ołtarza. W tym kontekście zastanawiam się – ile osób zaniechało zamiaru włączenia się w liturgię w parafii – bo zobaczyło, że muszą „konkurować” z panią Danusią. 
Smutne to jest. Mam nadzieję, że proboszcz kwestię pani Danusi rozwiązał. Za nią po prostu trzeba się modlić… o co? Po prostu modlić. 

Przyszłość Kościoła – od ilości do jakości

joseph-ratzinger-1
O wybitny tradycjonalizm, zacofanie, lefebryzm trudno mnie posądzać – pewnie prędzej o modernizm :) Te słowa znalazłem gdzieś na dniach, im bardziej patrzę na to, co się na świecie dzieje, tym bardziej widzę, jak bardzo to były słowa… po prostu prorocze. 

Z dzisiejszego kryzysu wyjdzie Kościół jutra. Kościół, który wiele utracił, stanie się maluczkim i będzie musiał zaczynać od początku. Nie będzie już mógł wypełnić wiernymi świątyń, które zostały zbudowane w okresach wysokiej „koniunktury”. Wraz z liczbą swoich zwolenników utraci wiele przywilejów w społeczeństwie, ale będzie się czuł silniejszy niż dotychczas, bo będzie dobrowolną wspólnotą, złożoną ze zdecydowanych ludzi. Jako mała społeczność będzie  o wiele mocniej angażował inicjatywę swoich poszczególnych członków. Na pewno będzie także znał nowe formy urzędu i wypróbowanych chrześcijan, ludzi różnych zawodów, będzie wyświęcał na kapłanów. W ten sposób będzie sprawował normalne duszpasterstwo w wielu mniejszych gminach czy grupach społecznych. Obok tego będzie, jak dotychczas, nieodzowny kapłan poświęcający się wyłącznie służbie Bożej. Ale pośród tych wszystkich zmian, które możemy przewidywać, znajdzie Kościół od nowa swoją istotę w tym, co zawsze stanowiło jego centrum, a jest tym wiara w Boga, w Trójcy Świętej Jedynego, w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który stał się człowiekiem, w pomoc Ducha Świętego aż do końca. W wierze i modlitwie pozna znowu swoje właściwe centrum, a sakramenty przeżywać będzie znowu jako służbę Bożą, a nie jako problem struktury liturgicznej.

A wypowiedział je – precyzyjniej, spisał – niejaki Joseph  Ratzinger, ówczesny profesor niemiecki, gdzieś w połowie lat 70. ubiegłego wieku, w latach 2005-2013 papież Benedykt XVI. 
 
Dla wielu – którzy Kościół rozumieją bardziej jako strukturę, hierarchię, budynki, mienie, pewien poziom, przepych, tytuły, godności, dobra, to wszystko co namacalne i materialne, widoczne i zaznaczające w świecie swoją obecność – może to być prawda trudna do przyjęcia. No bo jak to… Ano tak, że wystarczy spojrzeć, co się dzieje w Europie: Niemcy, Francja, ale już także Skandynawia. Można się modlić o to, aby do nas zeświecczenie, naciski muzułmańskie nie dotarły – ale nikt nie wie, jak będzie. Poza tym, że sytuacja w w/w krajach nie napawa optymizmem. 
Czy to źle? Chyba nie – może dlatego, że mam takie głębokie poczucie, że to wszystko i tak się już tutaj, w naszej katolickiej Polsce dzieje. Kościół na co drugim rogu w mieście, w prawie każdej wsi, pełno bazylik, klasztorów. I co? Kolęda trwa u mnie na osiedlu może po 2 godziny – i ksiądz wraca, bo przyjmuje go może 10 domów… z 30-40. Mszy – siłą rozpędu, według starych grafików – pewnie w miejskich parafiach po 6 w niedzielę,a na niektórych puchy, wiatr zawiewa puste wnętrza. Publiczne wyznanie wiary, czy po prostu do niej się przyznanie – czyli nie zaparcie – budzi w najlepszym wypadku politowanie, kręcenie głową, coraz częściej agresję, w skrajności do przemocy włącznie. Prześmiewanie kwestii związanych z wiarą staje się dobrym zwyczajem (oczywiście, odnośnie katolików – muzułmanów się boją) – za to za domaganie się poszanowania dla wartości, dla wiary, Boga, Kościoła coraz częściej ponosi się konsekwencje, także w zakresie działań prawnych. 
To wszystko jest już tak naprawdę wokół nas. Tylko niektórzy po prostu jeszcze tego nie widzą, i nie rozumieją. 
Płynnie przechodzimy z ilości w jakość. Mam nadzieję.

Akcja Charamsa i dlaczego się nie udała

Życie nie znosi pustki, Zły nie śpi. A więc zadziało się na dniach. Jak zażartował jeden z autorów – w Watykanie same kłopoty z tymi Polakami: niedawno Wesołowski, teraz inny Charamsa… 

Kto? Ks. prałat dr Krzysztof Charamsa, 42 lata, kapłan diecezji pelplińskiej, z urodzenia gdynianin, zatrudniony w Kongregacji Nauki Wiary, wykładowca teologii na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim oraz na Papieskim Ateneum Regina Apostolorum w Rzymie, drugi sekretarz Międzynarodowej Komisji Teologicznej. 
Osoba – mimo, iż prałat papieski, pracujący w „centrali” – tak naprawdę do zeszłego tygodnia nieznana szerzej. Jego twarz pojawiła się w ostatnim numerze TP na okładce w kontekście sporego artykułu pt. Teologia i przemoc, w którym – całkiem sensownie, nie ukrywajmy – wypunktował liczne mankamenty twórczości ks. dr hab. Dariusza Oko (tytułowanego dzielnie na wyrost profesorem – które to stanowisko, owszem, zajmuje, ale tytułu naukowego nie posiada) w kontekście tego, że karygodnym jest posługiwanie się chrześcijanina i katolika językiem tak pełnym nienawiści i pogardy, jak to czyni niejednokrotnie ks. Oko. 
W mojej ocenie, i to zamierzam podkreślić, pomimo kontekstu sytuacyjnego – tekst dobry i krytyczny, dość obszerny i konkretnie uwypuklający taki a nie inny (karygodny, w mojej ocenie) styl twórczości ks. Oko. Wreszcie ktoś podjął rzeczową dyskusję z owym księdzem, który znany jest głównie z plucia i upowszechniania w tym kraju pojęcia „gender”… do granic absurdu, które już chyba nie raz przekroczył, czego przykrą pochodną – niestety, trafnie – były pojawiające się komentarze, że dla Kościoła w Polsce zagadnienie gender stało się właściwie centrum działania, i więcej mówi się o gender niż o Jezusie, zbawieniu, Ewangelii. Słabo, co? Stąd moje po pierwsze zainteresowanie, po drugie pewna satysfakcja, że wreszcie ktoś podejmuje polemikę z ks. Oko i otwarcie, ale i na poziomie, nazywa sprawy po imieniu. „Gdy teologia staje się manifestem nienawiści, a nie racjonalnym wykładem myśli biblijnej i tradycyjnej wspólnoty chrześcijańskiej, nie jest już teologią, tylko zaczynem wojny ideologicznej”. Trudno być wiarygodnym świadkiem Jezusa, kiedy mówi się tylko o gender, ruchach gejowskich czy rzuca niepokojącymi statystykami. 
Za chwilę jednak, dzień czy dwa później, światło dzienne ujrzy materiał video, w którym tenże ks. Charamsa z uśmiechem, wręcz dumą oznajmia światu – przedstawiając się tak mniej więcej, jak ja to uczyniłem o nim powyżej – „jestem gejem”. Skrótowo – jest gejem, czuł się nim od zawsze, jest z tym szczęśliwy, od 5 lat pozostaje w związku z narzeczonym Eduardem. Zapowiada konferencję prasową, która odbywa się w jednej z popularnych rzymskich knajpek – pojawia się sam cały na czarno, pod koloratką, a obok ów narzeczony. Tworzy wizerunek współczesnego Lutra, bojownika o prawa uciśnionych, pogromcy homofobii – formułuje w tym zakresie bardzo konkretne i daleko idące postulaty, a wręcz żądania
Tu nie jest problemem to, że ks. Charamsa się zakochał – w końcu to zjawisko samo w sobie raczej nie jest obce większości ludzkości. Nie chodzi nawet o to, że zakochał się w osobie tej samej płci (co akurat dla mnie jest niesmaczne). Z kontekstu wypowiedzi wynika, że związek kwitnie, zatem należy uznać, iż dochodzi do aktów seksualnych, że bohater tej smutnej historii zamierza żyć długo i szczęśliwie z narzeczonym – a zatem ks. Charamsa jako kapłan i flagowy prałat jednej z najważniejszych rzymskich dykasterii z pełną świadomością łamie jedną z podstawowych zasad związanych z kapłaństwem (tak, wiem, żaden to dogmat czy przykazanie – tradycja – a jednak oczywista, niepodważona cały czas i obowiązująca: bezżeństwo i celibat), wykładowca akademickie jakby jednym wystąpieniem przekreśla i podkreśla, że to, co robił dotychczas, było nieszczere. Chodzi o to, że ma pełną świadomość, że grzeszy – zaś jego postawa to nic innego jak rozpierająca duma, radość, radość z możliwości podzielenia się z innymi swoim grzechem. Nikt nie kazał mu być księdzem, nikt go nie zmuszał. Skoro jednak zdecydował się przyjąć święcenia, dokonując wyboru i przyjmując wyrzeczenie w sferze seksu – ciśnie się kolokwialnie na usta: wtf? Co to ma być? 
Co ciekawe – a w sposób dość jaskrawy widać było np. w materiale przygotowanym przez TVN i Katarzynę Kolendę-Zalewską, którą to stację trudno uznać za prokatolicką czy sympatyzującą z Kościołem – skonsternowanie sytuacją nie tylko prezentują środowiska katolickie, chrześcijańskie, ale także dalekie od posądzenia o wszelkiego rodzaju sprzyjanie Kościołowi czy reklamowanie osób duchownych. Jak by nie patrzeć – w kontekście zwykłej uczciwości, rzetelności, wiarygodności osoby duchownej – trudno jest zrozumieć, jak żył przez 18 lat kapłaństwa facet, który funkcjonował w swoistej schizofrenii, sprzeniewierzając się zasadom moralnym, na których straży z definicji i powołania (kapłaństwo), nie mówiąc już o „pracy” (taka a nie inna kongregacja) powinien stać. Celibat to przyrzeczenie nawet nie tyle wobec Kościoła, co Boga. „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5, 37) – gdzieś coś dzwoni? Hipokryzja. Która zakończyła się w tak dramatyczny sposób, wręcz wybuchem emocji, frustracji, złości, zmęczenia podwójnym życiem. 
Czy można uwierzyć, że to działanie ks. Charamsy wypłynęło faktycznie z potrzeby chwili, jego spontanicznej reakcji na krytykę po zajętym stanowisku i postawach w Kościele? Ja nie jestem skłonny, aby w to uwierzyć, szczególnie przy ewidentnej medialności i wyreżyserowaniu poszczególnych etapów tego, co obserwowaliśmy w ostatnich dniach. Ktoś z komentatorów przytoczył bardzo dobre porównanie – sytuacja ks. Charamsy i innego duchownego, również homoseksualisty, oraz jego coming out, dla którego ujawnienie orientacji seksualnej bynajmniej nie było manifestacją, protestem, widowiskiem medialnym (dokonał jej po konsultacji z przełożonymi zakonnymi), i któremu nie przeszkadza ona trwać nadal jako celibatariuszowi. 
I teraz wrócę jeszcze do początku – czyli artykułu w TP. Jak już to wyraziłem, niezłego. I co z tego – to już jest teraz bez znaczenia. Może ktoś kiedyś skojarzy ks. Charamsę z nim – mała szansa, bo nie mam żadnych wątpliwości, że w świadomości społecznej większości zdecydowanej zapisze się jako „ten ksiądz gej (etc.)” w kontekście zachowania, postawy autora, a nie argumentów i słuszności lub braku jego tez. Powtórzę – pisząc o ks. Oko ks. Charamsa miał rację, używał trafnych argumentów – tylko że o tym pies z kulawą nogą nie będzie pamiętał. Na własne życzenie tegoż księdza, na skutek takiej a nie innej postawy (czego nie należy utożsamiać z samym faktem, że jest gejem – chodzi o postawę, działanie). A szkoda. 
To jest to, co napisał w oświadczeniu na okoliczność całej sytuacji ks. Adam Boniecki MIC. Kontekst sytuacyjny nie wpływa na merytorykę tekstu, dzięki któremu ks. Charamsa stał się szerzej znany. Gdyby redakcja TP była świadoma orientacji seksualnej autora, rzetelność wymagała by ujawnienia tejże w ramach tekstu lub przypisu. Nie wiedzieli. Co nie przeszkadza – celowo użyję tego słowa – prawicowym autorom mającym chyba jednak pewien problem z postrzeganiem rzeczywistości (wyzywającym, wypisującym brednie o tym, że Charamsa nigdy duchownym nie był ?, ubliżającym) wypisywania głupot o tym, że oto „wielka nierządnica” TP wreszcie ukręciła bata sama na siebie, że to koniec itp. Skąd to znamy? Zwolennicy ks. Oko, posługujący się bardzo podobnym językiem. Tym bardziej cieszy, że redakcja nie zamierza porzucić tematu, w którym ks. Charamsa zabrał głos swoim tekstem. 
W oświadczeniu TP wskazano, że „Ks. Charamsa przyznaje, że publikując artykuł w „Tygodniku” nie myślał o ujawnianiu swojej orientacji ani nas o niej nie informował”. Znowu przykrość, bo to jest zwyczajne kłamstwo – co można w tej chwili stwierdzić wręcz z pewnością. Ani bowiem moment skomasowania tych działań nie był przypadkowy, ani też nie zaistniały one spontanicznie. Tekst o objętości jak rzeczony opublikowany w TP musiał być przygotowywany, podobnie wysokiej jakości nagrania video z coming out’em ks. Charamsy – nie jedno, a szereg. Przyznał też, że napisał książkę – ktoś uwierzy, że to wszystko, ot, na kolanie, spontanicznie, wczoraj-dzisiaj? To po prostu dobrze sfinansowana i skrupulatnie przygotowana akcja nastawiona na promocję środowiska gejowskiego w przededniu rozpoczęcia Synodu Biskupów poświęconego rodzinie, do wywarcia nacisku na gremium ojców synodalnych. Nie, to nie teoria spiskowa – daleki jestem od nich. Tak to po prostu wygląda. Ksiądz, jeszcze przed wypuszczeniem tekstu w TP, kontaktował się z wieloma tytułami prasowymi, dostosowując swoją „ofertę” do ich profilu, podkreślając wartość materiału – potwierdziły to redakcje Newsweeka i Wprostu. W efekcie – pomimo chwilowego rozgłosu i popularności, którą pewnie zachowa przez jakiś czas, utracił raczej w większości wiarygodność. Tę, którą zyskał od początku, mając na uwadze, kogo (papieża) reprezentuje, do której pozyskania wykorzystał w sposób wyrachowany i jak najbardziej zaplanowany swoją pozycję, stanowisko, tytuły (kościelne i naukowe). 
Ludzie mają prawo czuć się oszukani – i czytelnicy TP (w tym ja). I osoby spoza grona, którym leży na sercu poziom i sposób językowy prowadzenia dyskusji w Kościele, którzy nie akceptują sposobu wypowiadania się przez ks. Oko – bo na skutek tej sytuacji mocno prawdopodobnym będzie sprowadzenie jakiegokolwiek kontestowania wypowiedzi ks. Oko do poziomu i wspólnego mianownika mniej więcej „gejostwo” itp. Zaszkodził w mojej ocenie też homoseksualistom, którzy starają się żyć zgodnie z przykazaniami – bo ugruntował tylko stereotyp, że gej to taki, który robi wokół siebie dużo zamieszania, chce aby go widziano, i wszystko chce pozmieniać. Wreszcie, na pewno takie zachowanie duchownego nie przyczyni się do przekonania do Kościoła i wiary w Jezusa kogokolwiek, to modelowe wręcz antyświadectwo. Boję się myśleć, ile zła ta sytuacja może przynieść tym najprostszym, nie wchodzącym w żadne niuanse, po prostu wierzącym… 
Przykre jest także to, że w swoich wypowiedziach po coming out’cie ks. Charamsa zbliżył się w zakresie używanych sformułowań, sposobu wypowiedzi… do tego, kogo punktował, czyli ks. Oko właśnie. Pomijając już kwestię niesamowitej ilości emocji, jakie mnie uderzyły w jego nagraniach video – niestety, wydaje mi się, odgrywanych w sposób, co tu dużo mówić, mało wiarygodny. Kościelna homofobia, gloryfikacja nienawiści, terroryzowanie, homofobiczne kłamstwo Kościoła, paskudne znieważanie – to tylko kilka przykładów.  
Ta sytuacja pokazuje coś bardzo bolesnego – że Kościół (bynajmniej nie tylko polski) ma duży problem z dwulicowością, podwójnym życiem, schizofrenią pewnej części swoich duchownych, którzy oddają się niejakiej grze pozorów, udają, oszukują. Obrazek ks. Charamsy tylko pokazuje, że ludzie z takimi problemami i skłonnościami bez problemu dostają się do „centrali”, awansują. On nie działał tam sam, nie zorganizował tego sam. Można mówić o „lobby”, można to określić inaczej – w Watykanie jest grupa duchownych, którzy taką „akcję Charamsa” współorganizowali, sfinansowali, zaplanowali. Można by się pokusić o stwierdzenie – Charamsa miał mniej do stracenia, w końcu to tylko monsignor, żaden biskup… Przywołanie pół żartem, pół serio zmarłego abp. Józefa Wesołowskiego to nie przypadek – a kolejny przykład tego, że filtr nominacji, awansów, szwankuje w zakresie moralności wybieranych osób, i to pomimo tego, że mamy kolejny już rok pontyfikatu papieża Franciszka, bardzo wyczulonego na kwestie nadużyć seksualnych. 
Pięknie wypowiedział się o. Józef Augustyn SI: „Musimy bardzo uważać, by ten skandal nie spowodował paniki i fobii homoseksualnej w seminariach. Pierwszym problemem nie jest bowiem pewien rodzaj wrażliwości, taka czy inna skłonność. Problemem nie jest homoseksualizm, ale wierność żyjącemu Bogu i przykazaniom przez Niego nadanym. Wrażliwość homoseksualna nie jest przekleństwem człowieka, lecz wyzwaniem i zadaniem, okazją do wierności żyjącemu Bogu. Bywa, że okazją trudniejszą. Ludzi dojrzałego sumienia, szukających Jezusa szczerze, nigdy nie trzeba wyrzucać z seminarium. Oni sami podejmą odpowiednią decyzję, rozeznając, jakie są warunki do godnego przyjęcia święceń. Człowiek głęboko uczciwy sam poprosi o stosowną pomoc, gdy ma problem i szczerze szuka rozwiązania współpracując z przełożonymi i wychowawcami. Wiem o tym z bezpośredniego spotkania z setkami, setkami alumnów. Człowiek wierny swojemu sumieniu znajdzie rozwiązania dla swojej wrażliwości, takiej czy innej; rozwiązania uczciwe, zgodne z intencją Kościoła. Kościół – odwołując się do nauki Chrystusa – ma prawo stawiać wymagania i warunki. Tak było w Kościele przez dwa tysiące lat, jest dzisiaj i tak będzie”. 
Tym bardziej więc – cześć i wdzięczność dla tych duchownych, którzy pomimo własnej słabości potrafią żyć w szczerości wobec Boga i samych siebie, unikając schizofrenii moralnej. 
W efekcie – zamiast szansy na rzeczową dyskusję i polemikę na temat poziomu, sposobu wyrażania, języka duchownych (i nie tylko) w Kościele, mamy skandal, który – poza dodaniem popularności samemu ks. Oko i niewątpliwie tym, że będzie sam w sobie przywoływany na potwierdzenie słuszności jego tez i sposobu ich wygłaszania – nie przyniesie nic dobrego. 
Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że – pomimo odnotowania sytuacji nie tylko na krajowym podwórku – całe przedsięwzięcie o kryptonimie Charamsa nie wpłynie i nie wymusi jakiegokolwiek działania w ramach Synodu Biskupów. Wręcz zaryzykowałbym stwierdzenie, że zajście może mieć skutek odwrotny do zamierzonego. Duch Święty ciągle czuwa. 
Prymas Polski abp Wojciech Polak mówił w kontekście sytuacji ks. Charamsy o osobistym dramacie, wzywając dla niego łaski opamiętania. Biskup pelpliński Ryszard Kasyna wezwał księdza do powrotu na drogę Chrystusowego kapłaństwa – co, niestety, wydaje się w świetle jego deklaracji mało prawdopodobne. 
Nie jestem w tym dobry, więc na koniec oddam głos Franciszkowi Kucharczakowi z GN: „„Coming out” ks. Charamsy, dokonany w przeddzień rozpoczęcia Synodu o Rodzinie w Rzymie, nie jest, oczywiście, przypadkiem. Patrząc z perspektywy ziemskiej, jest to happening zorganizowany przez księdza, który chce uznania Kościoła dla swoich grzesznych upodobań seksualnych. Ale świadomi chrześcijanie wiedzą, że takie rzeczy to zawsze coś dużo więcej. To wyzwanie rzucone Kościołowi przez osobowe zło, które nigdy nie śpi i aktywizuje się właśnie wtedy, gdy w Kościele dzieje się coś ważnego. To diabelskie „machnięcie ogonem” powinno uświadomić katolikom, że to nie przelewki. Zaczyna się synod. Patrzą na nas niebo i piekło. Na kolana, ludzie”. 

Hejtowanie Terlikowskich

Dzisiaj właściwie przypadkiem rano przeczytałem wywiad o dość głupawym tytule „Terlikowscy: na spacerze z dziećmi również mamy radykalne poglądy„, który dla WP przeprowadził niejaki Grzegorz Wysocki. Bynajmniej nie zamierzam go tutaj reklamować. 
Rozmówcami, czego się można domyśleć, autora są Małgorzata i Tomasz Terlikowscy, czyli dość znany i rozpoznawalny katolicki publicysta i filozof oraz jego małżonka. Znany, niestety, z wygłaszania poglądów tak kontrowersyjnych, co dyskusyjnych – w sensie rygoryzmu i radykalizmu ich brzmienia. Poglądów – gwoli ścisłości – których bynajmniej nie podzielam. 
Pomijając wyjątkowo przydługawy i wybitnie wręcz nudny początek dość długiej rozmowy (słaby warsztat rozmówcy?), chciałem się skupić w sumie na kilku tylko jej fragmentach.
Generalnie sedno wywiadu kręci się wokół hejtu, jaki spotyka Terlikowskich i przyczyn takowego stanu rzeczy (co ciekawe, pytani sami z uporem unikają odpowiedzi na pytanie w tym zakresie, powtarzając mniej więcej „a bo innych mniej radykalnych też hejtują”). 
W pewnym momencie pada coś takiego:
– Wydaje mi się, że aż tak silne negatywne emocje na wasz temat biorą się stąd, że bardzo często przesadnie radykalizujecie swoje opinie – czy to w tytułach, czy to paroma mocniejszymi zdaniami w tekście, które napisane zostały po to, by o tekście było odpowiednio głośniej, by był bardziej „szerowany”, cytowany, komentowany. 
– Małgorzata: Ale przecież sam pan pracuje w portalu internetowym i wie pan doskonale, jak to działa. Jak coś będzie nijakie i niewyraźne, to pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje.

Czy ja dobrze rozumiem – piszą to, co piszą, i jak piszą, żeby się rzucało w oczy? Biorąc pod uwagę ton ich wypowiedzi – obawiam się, że jest to tzw. krecia robota dla Kościoła, bo niestety chyba więcej ludzi od Niego odsuwa niż zachęca. 
– Czy nie kierujecie się z waszymi tekstami, ze swoimi przekazem, do wyłącznie już przekonanych? Czy, gdybyście nieco stępili pazury i język, nie bylibyście uważnie czytani również przez drugą stronę, która teraz tych tekstów nie traktuje poważnie i reaguje na nie, delikatnie mówiąc, dość alergicznie? 
Małgorzata: Raz jeszcze odwołam się do przykładu Hołowni. Szymon cały czas mówi o tym, że nie wolno radykalizować i trzeba trafiać do tych nieprzekonanych, ale przecież na niego również wylewa się wciąż nowe kubły pomyj. Tak działa internet.

Trochę powiązane. Może i trafiają do przekonanych, ale w mojej ocenie i tym może się nie spodobać to, co widzą/czytają. Porównanie z Szymonem Hołownią – którego bardzo cenię, i który wypowiada się czasami w taki sposób, że mam wrażenie że on i Terlikowscy mówią o różnych Kościołach – mocno wg mnie nie na miejscu, kompletnie chybione. Hołownia przede wszystkim nie stara się prowokować dla prowokowania, ale mówi bardzo prosto i dosadnie, a to zasadnicza różnica. 
I też jako odpowiedź na powyższe pytanie:
– Tomasz: Trzy rzeczy. Po pierwsze, każdy ma swój styl. Po drugie, przekaz odgrywa swoją rolę, gdy trafia szeroko, a nie wąsko. I po trzecie, są ludzie, i naprawdę bardzo cenię ich pracę, których rolą jest łagodne przekazywanie pewnych rzeczy. A są tacy, których rolą jest wkładanie kija w mrowisko. I my taką decyzję podjęliśmy

Styl stylem – to jedno. Szerokość przekazu – hmm, idziemy na ilość? Chyba nie o to tu chodzi. A tym bardziej w takiej Terlikowskiej formie. No i tym kijem w mrowisko… Tylko po co? 
Ja mam świadomość, że wywiad jest słaby. Mam świadomość, że mało konkretów – niestety, można ich tu i ówdzie znaleźć (okolice Frondy?) całkiem sporo jeśli chodzi o twórczość przede wszystkim Terlikowskiego mojego imiennika. Ale jak dla mnie z tej rozmowy zalatuje taką pewnością siebie – walą we mnie, hejtują, bo taki jestem fajny, i co mi zrobią. No nic. Fakt. Tylko pytanie – czemu taka postawa służy, co ona i komu daje? Ja odbieram wypowiedzi Terlikowskiego niestety z gruntu negatywnie, uważam że w wielu przypadkach przesadza i przejaskrawia w sposób, który dla średnio zorientowanego czytelnika po prostu wykrzywia i przekłamuje to, jaki jest Kościół i dla kogo jest w nim miejsce. Prościej – zniechęca do Kościoła, podczas gdy tacy Szymon Hołownia i jemu podobni starają się naprawiać to i ludzi do Kościoła zachęcać. Ufam, że sensowniej i z większym rezultatem.