Wszystko, co robisz, to czas twojego nawiedzenia i kilka myśli o Kościele dzisiaj

Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia. (Łk 19,41-44)

Kontynuacja tego, o czym Jezus mówił w ewangelii, której fragmentowi poświęciłem drugi wpisy wstecz. Jezus mówi co prawda o Jerozolimie, co może być rozumiane jako miasto, ale odnosi się oczywiście nie tyle do budowli i miejsca, co do ludzi, którzy się z nim utożsamiają. Tak, do Narodu Wybranego, który zlekceważył i nie uznał Jego, Syna Bożego, który przyszedł na świat.

W komentarzu na jednym z blogów napisałem, że z tym czasem nawiedzenia to jest tak jak z Zacheuszem (ten, co na drzewo wlazł, żeby Jezusa ujrzeć, i pod wpływem Jego wizyty nawrócił się) czy Bartymeuszem (który został uzdrowiony). Oni ten czas nawiedzenia rozpoznali. Czym on dla nich był? Tym wyjątkowym momentem, w którym Jezus w swojej ludzkiej postaci dosłownie przechodził przez ich życie – miasto, wieś. Namacalnie, fizycznie. Wykorzystali okazję, i odpowiedzieli na zaproszenie Boga, kierowane do każdego człowieka. Nic nadzwyczajnego – tak, do każdego, czy sobie z tego zdaje sprawę, czy nie. I dlatego oczywiście Bóg odpowiedział na ich prośby i tęsknoty odzwierciedlone nie tylko zachowaniem i słowami, ale także myślami serca.

Uciec nam może przez palce nie tylko okazja na spotkanie, a właściwie zaproszenie Boga do swojego życia (spotykamy Go przecież co rusz, obok, w drugim człowieku) – ale także okazja względem drugiego człowieka. Tak, każde złorzeczenie, oszczerstwo, nieuzasadniony wybuch gniewu, nieopanowane emocje, zranienie nie tylko dosłownie, co choćby werbalnie – to właśnie nic innego jak oddawanie pola Złemu. Świadomie czy nie – jesteśmy ludźmi wolnymi, mamy swój rozum i powinniśmy umieć się kontrolować. Wiem coś o tym, mam z wybuchami gniewu sam sporo kłopotów… To żadne usprawiedliwienie.  

Każde nasze działanie na tym świecie to czas nawiedzenia. Od nas zależy czy go rozpoznamy i wykorzystamy – czy też nie zauważymy, albo wręcz celowo zmarnujemy. Warto o tym pamiętać – choćby po to, aby zdążyć się opamiętać w ostatnich momentach życia.

This is your time
This is your dance
Live every moment
Leave nothing to chance
Swim in the sea
Drink of the deep
And fall on the mercy
And hear yourself praying
Won’t you save me

>>>

W tym kontekście na ciekawą rzecz zwraca uwagę Jan Turnau, a mianowicie porównuje Kościół do twierdzy, jaka pojawia się dzisiaj w ewangelii. Porównanie słuszne? Nie wiem. I dalej, sugeruje, iż Kościół powinien przemyśleć swoją dzisiejszą postawę w kontekście (braku) otwartości, postawy defensywnej jaką teraz prezentuje. Cóż, trudno się dziwić – skoro prawie wszędzie, włącznie z rzekomo tak chrześcijańską (chyba tylko z historii…) Europą, wiara w Boga chrześcijańskiego jest w najlepszym razie uważana za przejaw infantylizmu, zacofania, prostactwa i zabobonu, a poza Europą (vide Bliski Wschód) samo przyznanie się do Jezusa skutkuje często szykanami, utratą pracy, zagrożeniem zdrowia i życia wprost. Tak, w sensie doktryny konserwatyzm jest konieczny.

Ale chodzi autorowi, jak mniemam, bardziej o postawę Kościoła na zewnątrz, wobec innych. I tu – zgoda. Piękne przykłady dał nam sługa Boży Jan Paweł II – pielgrzymowanie po całym świecie, spotkanie w Asyżu w 1986, dni modlitw o jedność chrześcijan, dialog z judaizmem. To spore dziedzictwo i czytelny znak, w jakim kierunku Kościół powinien dążyć. Tak – Kościół w dzisiejszym świecie zmniejsza się ilościowo, i można mieć nadzieję, iż przejdzie to w jakość członków, że się tak wyrażę – w ich większą świadomość tego, kim są, w co wierzą, w dojrzałość wiary. Ale Kościół właśnie dzisiaj musi podkreślać, że jest otwarty dla każdego i Jego rolą nie jest tylko strzeżenie depozytu wiary w postawie obronnej, jakby w takiej twierdzy właśnie.  

Kościół musi prowadzić dialog ze światem, starać się sprostać nowym wyzwaniom – a nie przed światem i tym, co nowe, uciekać do zakrystii. Musi być także gotowy, o zachodzi potrzeba, do rozmowy, wewnętrznej dyskusji o Nim samym (w zakresie, oczywiście, tego co nie podważa prawd wiary). Bo, niestety, dzisiaj czasami wygląda to tak, jakby Kościół po okresie otwartości – Sobór Watykański II, pontyfikat Jana Pawła II – przestraszył się… i nie bardzo wiedział, co dalej. Czy to słuszne? Według mnie – nie. Różne sytuacje – w Kościele za granicą, w Polsce – pokazują, jak krańcowo różne są poglądy czy to księży czy biskupów, co doprowadza niekiedy do zupełnie sprzecznych ze sobą działań czy oceny pewnych zachowań.

Tak, do dobrego kierowania Kościołem konieczna jest, poza znajomością teologii, znajomość problemów tak Kościoła, jak i świata i współczesnego człowieka. Tak, do głosu w tym zakresie – tak w parafiach, diecezjach ale i w Watykanie powinni być dopuszczani świeccy – duchowni nie mają w tym zakresie żadnego monopolu (poza tym, że tak się przyjęło), i bardzo często w wielu kwestiach świeccy po prostu pewne problemy rozumieją i znają lepiej, są lepszymi specjalistami w danej dziedzinie. Brakuje tego dzisiaj – księża i biskupi często tego nie rozumieją, i stąd brak wypowiedzi, gdzie pojawić się powinny (albo wypowiedzi niekiedy conajmniej niejednoznaczne, żeby nie powiedzieć, że wprost ze sobą sprzeczne). Rolą Kościoła nie jest bierna defensywa – ale musi starać się świat zrozumieć i odpowiadać na jego potrzeby, potrzeby ludzi, którzy w nim żyją. Mam wrażenie, że niektórzy duchowni naprawdę żyją w oderwaniu od rzeczywistości – bo z tego, co mówią i czym się zajmują, widać że po prostu nie wiedzą, jakie są problemy ludzi.   

Heh, znów pan Jan – do którego myśli chciałem się odnieść – sprowokował dość długi tekst, kolejną dygresję 🙂

>>>

Tak wczoraj usiadłem i poprawiłem linki. W sumie, nie wiem, co mi na początku przyświecało i co miałem na myśli, gdy w linkach blogów nazwy i tytuły zrobiłem małymi literami. Od wczoraj – są dużymi.

>>>

Kolejny przykład świętości, wzięcia na serio powołania do poszanowania przez matkę życia  dziecka nawet za cenę swojego? Piękne naśladownictwo choćby bł. Joanny Beretty Molli. Kolejna święta – czy ją beatyfikują, czy nie. Oczywiście, w żadnym większym serwisie nie było o tym słowa. Bo i po co.

>>>

Wyczytane dzisiaj u x Andrzeja Przybylskiego – niby nie w temacie, ale piękne uzasadnienie nie czczenia (bo to złe słowo) ale modlitwy (nie do) przy relikwiach tych, w których świętość wierzymy:

Kiedy mówiłem z zachwytem jakiemuś znajomemu studentowi, że będzie u nas serce św. Jana Marii Vianney’a – ten stuknął się w głowę i stwierdził ze zdziwieniem: “Czy wy, w tym Kościele, nie przesadzacie!? Dosyć, że człowiek męczył się za życia to jeszcze po śmierci dzielicie go na części i wozicie po świecie?” Trochę się nad tym zastanawiałem, ale w najmniejszym stopniu nie zachwiało to mojej wiary w sens oddawania czci relikwiom świętych. Przecież cała świętość Proboszcza z Ars właśnie na tym polegała, żeby umierać dla Boga nie tylko na jakiś duchowy sposób, ale konkretnie, materialnie i cieleśnie. Tak jak oddał swoje ciało do dyspozycji Panu Bogu za życia, tak pozwolił nim dysponować również po śmierci. Pielgrzymka relikwii ciała świętych ma nam przypomnieć, że nie ma świętości czysto duchowej. Skoro jesteśmy jednością duszy i ciała to nie ma świętości bez daru ze swojego ciała, bez oddania Bogu swojego ciała. Mocno to zrozumiałem patrząc na relikwie św. Jana Marii Vianney’a. Przypomniałem sobie zegar z plebanii w Ars, który pokazywał codzienny rozkład zajęć Proboszcza. Kilkanaście godzin spowiadania, kilka godzin modlitwy, czasem tylko trzy godziny snu. Przecież to świętość, która polegała na umieraniu ciała z miłości do Boga. Mamy czasem tak mocno uduchowioną wizję świętości, że zapominamy, że jej nigdy nie osiągniemy jeśli nasze ciało nie będzie nas wpierać na tej drodze. I oto przez trzy dni byłem blisko tego świętego ciała, i to samego serca oddanego całkowicie Bogu. “Gdybyśmy zrozumieli czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy – mówił Jan Maria Vianney – ale nie ze strachu lecz z miłości. Kapłaństwo to miłość serca Jezusowego”. Kochać Jezusowe serce to umieć umierać dla Jezusa, ale nie ze strachu lecz z miłości! 

>>>

Zmierzając ku końcowi tego znowu długiego wpisu (coś pisałem ostatnio, że postaram się krócej? łatwo mówić, jak weny brak…), ostatnia kwestia.

W niedzielę w Polsce wybierać będziemy samorządowców – wójtów/burmistrzów/prezydentów miast, radnych, sejmiki. Poniższy spot kampanii Masz głos, masz wybór jest bardzo trafny. Raz, że prosty. Dwa, że jest obrazkowy dla rosnącej, co widać po drogach, ilości kierowców – trafia do wyobraźni.

Od tego, jak zagłosujemy, nie tylko zależy stan dróg w okolicy. Zależy wiele innych rzeczy. W końcu – nie chodzi o jakiegoś posła gdzieś tam w stolicy, tylko o tych, którzy będą decydowali o bardzo wielu kwestiach bezpośrednio dotykających tylko i wyłącznie mnie, rodziny, sąsiadów, mieszkańców wsi, miasta, województwa. Frekwencja pokazuje – problem jest nie tyle nawet z jakością głosowania, co z ilością. Mało komu się chce wybrać i poświęcić jakieś aż 10 minut na zagłosowanie. Za to do krytykowania – wszyscy, sami specjaliści, politologowie wszystkowiedzący o tym, kto jak i dlaczego nas okrada…

  1. Idź na wybory. Nie jest to wielka sztuka – a jest to prawo, o które wielu walczyło, i którego realizacja powinna i ma być przywilejem, a nie przykrym obowiązkiem. 
  2. Poświęć trochę czasu – gazety, serwisy www – i zastanów się, na kogo zagłosować. Może masz problem tylko z osobą – wiesz, jaką opcję polityczną chcesz poprzeć – a może w ogóle nie masz pomysłu? To usiądź i przygotuj się – kogo reprezentują kandydaci, co w życiu robili (jeśli już zajmowali stanowiska w samorządzie, urzędach czy parlamencie – co wtedy zrobili, co sobą prezentowali, czy zrobili coś poza gadaniem?), co obiecują (choć i tak dzielić to należy na pół). Niech ten głos nie będzie bezsensownym skreśleniem pierwszej z brzegu osoby.
Sam – powiem szczerze. Mam dylemat. Najbliżej mi chyba do wyrażenia obywatelskiego sprzeciwu przez np. oddanie głosu błędnego (np. skreślenie 2 nazwisk). Żeby pokazać, że nie odpowiada mi ani forma tego, co się dzisiaj w polityce na szczeblu czy regionalnym, czy krajowym dzieje. I żeby dać do zrozumienia, że nie widzę nikogo, kogo miałbym w pełni z przekonaniem poprzeć w tym głosowaniu (czyli – jak na kogoś zagłosuję, to na zasadzie, nieuznawanej przeze mnie samego, zasadzie mniejszego zła). Choć i tak pewnie nikt się tym nie przejmie – a już na pewno ci, którzy po wyborach dostaną się na stanowiska.

Komu to służy, czemu Kościół nic z tym nie robi, w czyje imię gromadzą się tam ludzie – czyli rzucania krzyżem część 3

Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy brat twój zgrzeszy, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich. (Mt 18,15-20)

Coś w tym jest – Słowo Boże jest aktualne w każdym czasie. To powyższe – może przede wszystkim dzisiaj, w naszej pięknej Polsce, w świetle towarzyszącego nam ciągle – raz bliżej, raz z oddali, ale ciągle w tle i na tapecie – problemu dotyczącego krzyża upamiętniającego ofiary tragedii smoleńskiej, stojącego przed pałacem prezydenckim.

Tak, jest w tym wszystkim grzech zaniedbania ze strony Kościoła. Owszem – pojawiły się wypowiedzi hierarchów, biskupów – m.in. prymasa Kowalczyka, szefa KEP abpa Michalika, metropolity warszawskiego abpa Nycza (także tutaj), czy bpa Kiernikowskiego z Siedlec. Dobrze, że nie udawali, że problemu nie ma.  To jednak tylko teoria i mało konkretna – zero konstruktywnych propozycji. Brak wezwania do opamiętania tych, którzy są najwyraźniej gotowi do doprowadzenia do zamieszek w imię obrony krzyża… któremu nikt nie chciał nic zrobić, tylko przenieść w bardziej właściwe miejsce. Którzy nie widzą, że ich działania dają jedynie to, że coraz więcej osób o przeróżnych interesach ma swoje kilka minut w mediach tylko dlatego, że pojawiają się tam, pod krzyżem, niekiedy szydząc z prawdziwej religijności, wiary, Kościoła i krzyża Chrystusa. A w ogóle – jak się ma do tego postawa metropolity szczecińskiego, który zarządził w diecezji… modły za obrońców krzyża? Ewidentny i dość zasadniczy rozdźwięk.

Nie można powiedzieć, że ci wszyscy, którzy brali udział w tzw. obronie krzyża (kursywa celowo – bo nie miało to nic wspólnego z obroną czegokolwiek, a na pewno nie krzyża) mieli rację i postępowali słusznie. Sprzeciwili się wypracowanemu wspólnie kompromisowi co do zachowania i umiejscowienia tego krzyża jako symbolu upamiętniającego tragedię w miejscu właściwym, tj. w kościele. Owszem, pojawił się inny pomysł – gdzieś wyczytałem o propozycji umiejscowienia krzyża w kaplicy prezydenckiej – mniejsza o to. Chodzi o rodzaj miejsca – kościół czy kaplica jest miejscem właściwym, godnym, w którym krzyżowi nie grożą żadne ataki, gdzie ludzie mogą w przestrzeni sacrum spokojnie go adorować i oddawać mu cześć, modląc się za poległych w katastrofie.

Czemu brak zasadniczych reakcji czy nawet nacisków ze strony czy to KEP, czy metropolity warszawskiego jako odpowiedzialnego terytorialnie za to miejsce wydarzeń, aby dokonać przeniesienia krzyża, jak to zostało zaplanowane i raz przez rozwydrzony tłum rzekomych obrońców udaremnione? Temat tamtej rozróby – trudno to inaczej nazwać – wraca jak bumerang w mediach, czy w wypowiedziach publicznych czy homiliach biskupich. I co z tego? Nic z tego nie wynika. Zero deklaracji ani jasnego oświadczenia – co powinno być zrobione, co należy w tej sytuacji uczynić. Pewnie – biskup nie zmusi kancelarii czy harcerzy do niczego.

Ale powinien powiedzieć wprost, otwarcie – upomnieć. Wskazać, co należy zrobić. Wykazać się konsekwencją: skoro coś ustalono, trzymajmy się tego, zróbmy to do czego się zobowiązaliśmy. Samo się nic nie zrobi. Sytuacja jest bezsensowna, patowa, i nikt najwyraźniej nie ma pomysłu, jak problem rozwiązać. Co daje pozostawienie krzyża tam, gdzie jest – poza świętym spokojem i odkładaniem w nieskończoność i tak nieuniknionej konieczności podjęcia konstruktywnej decyzji w tej sprawie? Nic. Poza tym, że różne środowiska mają okazję poużywać.

Dwie noce temu – prawie bójki pod krzyżem, będą zarzuty, a w TV każdy mógł zobaczyć i łatwo wyczytać z ruchu warg, jakimi to epitetami obie strony rzucały w siebie… Wczoraj – jakiś dziwny happening, niby to spontaniczna manifestacja młodzieży. Manifestacja – czego? Pogardy dla krzyża? Pogardy dla istniejącej sytuacji? Nie wiem. Na pewno nie poparcia ani dla krzyża, ani wiary, a już na pewno Kościoła. Cyrk, przedstawienie, impreza.

To wszystko – w cieniu krzyża, który był (jest?) spontanicznym milczącym pomnikiem zjednoczenia narodu w opłakiwaniu ofiar tragedii; dzisiaj zaś, z dnia na dzień, staje się niemym świadkiem przepychanek o zabarwieniu w oczywisty sposób politycznym, napędzanym na początku przez konkretną partię – a dzisiaj umiejętnie wykorzystywanym przez wszystkich, mających jakiekolwiek partykularne interesy, coś do ugrania na tym krzyżu i fakcie, że uwaga mediów jest ku niemu zwrócona.

Tak, dopóki pozostawi się sprawy samym sobie – ten cyrk będzie trwał. Nie liczy się merytoryka – liczy się to, że politycy mają interes w tym, aby się tam przepychać, nawoływać to jednych, to drugich, do skakania sobie do oczu, niby to w imię obrony a to krzyża i wiary, a to suwerenności i neutralności poglądowej czy tolerancji religijnej. O. Maciej Zięba OP, człowiek bardzo mądry, powiedział że tolerowanie tego, co tam  pod krzyżem się dotąd działo, to nic innego jak równia pochyła do zamieszek. Tak, to właśnie może się tam stać. Zamieszki. I nie jest ważne, kto podniesie pięści pierwszy – obrońcy krzyża czy ktokolwiek inny. Jeśli dojdzie tam do przemocy, walk i starć – winni będą także ci hierarchowie Kościoła, którzy nie zrobili nic albo za mało, aby się temu przeciwstawić i zapobiec takim zdarzeniom. Którym zabrakło – nie wiem, odwagi? – żeby zrobić to, co zrobi trzeba było. Zapewnić krzyżowi poszanowanie i przestrzeń sacrum w kościele.

Ile jeszcze czasu będziemy czekać, aż ktoś z ludzi Kościoła zrobi coś, aby tę farsę zakończyć? Kościół nie jest poza tym wszystkim. Kościół jest stroną. Kościół jest władny – co pokazały pierwotne ustalenia co do losu krzyża, zlekceważone przez obrońców – wpływać na tę sytuację. A przede wszystkim Kościół ma obowiązek nazwać po imieniu zachowanie ludzi, którym wydaje się, że krzyża bronią – a de facto szkodzą tak samo Kościołowi, temu krzyżowi i wizerunkowi katolików. Mało to się mówi o katolickim oszołomstwie? Tolerujmy to dalej – będą mówić więcej.

Ja mam już tego serdecznie dość. I dlatego o tym piszę. I będę pisał.

Ale jest nadzieja – z Ewangelii, a jakże. Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich. Jest na szczęście sporo (więcej?) serc roztropnych i widzących, co się dzieje, które nie ustają przed Bogiem w modlitwie o to, żeby to kretyństwo na placu się skończyło, a krzyż mógł być obiektem kultu, a nie przedmiotem przepychanek. I w nich nadzieja. A właściwie to w Bogu, którego uwagę te osoby szturmują, modląc się o rozwiązanie tej sytuacji.

Krzyż nie może dzielić – dzieli, owszem, często, ale żeby dzielił katolików tutaj, w Polsce, gdzie prawie każdy deklaruje się jako wierzący (może) i praktykujący (rzadziej)? Ci ludzie tam są zebrani pod krzyżem – jedni w imię partykularnych interesów własnych albo opcji politycznych – a ci drudzy, obrońcy krzyża? Nie wiem. Może w ich mniemaniu – w imię Boga, chrześcijaństwa, Kościoła, wolności wyznania… Ale mam poważne wątpliwości, czy pomiędzy nimi jest Bóg – mimo, że jest ich dużo więcej niż 2-3. A jeśli jest między nimi Bóg – to na pewno jest mu strasznie przykro. Głupio pewnie też. Bo On (Jego chwała) i czyjekolwiek prawdziwe dobrą są ostatnimi, którym służy to całe zamieszkanie.

Z uporem maniaka i rzucania krzyżem cd.

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)

Jezus uzdrawia kobietę – nie inaczej, ale z powodu jej uporu. Tak, nie odpuściła. Nie chciała ich zostawić w spokoju, wytrwale szukała odpowiedzi, łaski dla swojego dziecka. Do tego stopnia, że – jako kobieta, pewnie prosta (ale w ogóle – kobieta, w tamtych czasach) zdobyła się na odwagę, aby odpowiedzieć bardzo pewnie Jemu, nauczycielowi, uzdrowicielowi. 
Niektórym wydaje się, że Bogu nie wypada mówić, prosić, zawracać głowę pewnymi sprawami, błahostkami. Przecież tyle tych ludzi ma na świecie, każdy coś od Niego chce, to co ja Mu tam będę… Ale to nie tak. On szuka pogubionych owiec. A do tych chyba najłatwiej dotrzeć właśnie, gdy będą pytały. Jak się człowiek buntuje, to i nawet krzyczeć na Bogach – dosłownie, albo w sercu – zacznie, pytać, żądać odpowiedzi. I wiesz co? To też jest droga. To też jest sposób. Szukanie wyjaśnienia, dociekanie, próba zrozumienia. Bóg tego nie lekceważy. Tak jak dzisiaj nie zlekceważył kobiety, która nie chciała dać się zbyć. 
Czy to jest jakaś pochwała robienia rzeczy na odczepne, żeby mieć święty spokój przysłowiowy? Nie. Ale dowód na to, że Bóg nigdy nie pozostaje głuchy na prośby, o ile człowiek w ich kierowaniu wykazuje się wytrwałością. Niektórzy powiedzą – akurat, tyle się modliłem o coś, i nic. Nic? A może była odpowiedź, tylko nie taka, jakiej byś chciał, jaką sobie wyobrażałeś – więc żeś się obraził? Może, z innej strony, domyślałeś się – taka będzie odpowiedź – ale jakby u Boga szukałeś zanegowania tego, że jednak może być inaczej, i zawiodłeś się, że On tylko potwierdził… Gdzie jednak w tym Jego wina? 
Można być człowiekiem wielkiej wiary – i nie zdawać sobie z tego sprawy. Tak jak ta kobieta – pewnie się zdziwiła, na chłodno analizując, już po uzdrowieniu dziecka, te słowa do niej skierowane przez Jezusa. Ale można też być pewnym siebie i zapatrzonym w lustro małym biednym łajdakiem – któremu wydaje się, że osiąga Himalaje w kroczeniu drogą Boga. Oj, można się zdziwić… Grunt, aby się nie poddawać, nie słuchać wszystkich tych lekceważących docinek czy rad – po co, daj spokój, nie warto, nic nie zdziałasz. Jak odpuścisz – nawet na pewno, samo się nie zrobi. Ale kiedy nie odpuścisz, będziesz pukać do skutku, zadawać pytania i dociekać – wiele możesz zdziałać. I to nie tylko w odniesieniu do relacji z Bogiem – ale w życiu też. Zresztą, za czas niezbyt długi sam będę miał co najmniej 3 płaszczyzny przekonania się, że tak jest (obym przygotował się wystarczająco, aby dać radę).
>>>

No i stało się. A inaczej – postawili na swoim. Krzyż został – bo co, przepraszam, księża i harcerze mieli się bić o niego z dość sporym tłumem ludzi (mylnie – acz święcie) przekonanych, że bronią wolności, polskości, katolicyzmu i Bóg wie czego jeszcze? 
Krzyż został tam, na Placu Zwycięstwa, sprofanowany – i taka jest prawda, bez względu na to, jak bardzo owijać to w przysłowiową bawełnę pewne osoby czy niektóre media chcą. To boli najbardziej – poza tym, że ci, którzy się czynu tego dopuścili w ogóle tego nie rozumieją… 
Nie ma co przelewać z pustego w próżne. Zacytuję kilka wypowiedzi osób pewnie sporo mądrzejszych ode mnie, z którymi się utożsamiam. Pogrubienia własne.
Ci rozhisteryzowani fanatycy odgrywający spektakl nienawiści w imię obrony krzyża – to moi „bracia i siostry”? Oni są tam gdzie ja? Czy oni jeszcze pamietają że na krzyżu umarł Jezus? I że krzyż jest symbolem miłości , pokory, uniżenia, oddania ? Myślę, że nikt w ostatnich czasach bardziej nie sprofanował tego znaku jak dzisiejsi „obrońcy” i ich poplecznicy. Nie wiem ile osób po dzisiejszych wydarzenia odejdzie od Kościoła. Myślę , że będzie ich trochę. To jest antyewangalizacja w czystym wydaniu.
(Dudi na swoim drugim mniej prywatnym blogu, a bardziej poświęconym sprawom bieżącym kraju i nie tylko)

W tłumie pod Pałacem Prezydenckim, w którym stałem, by na własne uszy usłyszeć ten kawałek Polski, padały słowa najróżniejsze. Ludzie folgowali sobie, mamy przecież wolność. Jedno słowo jednak opisuje dobrze sytuację: ”Hańba”. Rzeczywiście.
Można pocieszać się, że krzyż milion razy znaczył coś wręcz przeciwnego niż zamiar Tego, który na nim poniósł śmierć. Różnych Krzyżaków nie brakowało nie tylko na Pomorzu pod koniec średniowiecza.
Mamy jednak – zdawałoby się – inne czasy. Wydawałoby się: no właśnie.
Mnie się też wydawało wczoraj rano, że ludzie pokrzyczą, poobrażają prezydenta elekta wolnej Polski, jak żadnego dotąd – i ustąpią delegacji z księżmi na czele.
Czy ustąpiliby, gdyby przemówił do nich arcybiskup metropolita warszawski? Nie wiem, czują się silni, mają za sobą potężną partię polityczną i mocną rozgłośnię mieniącą się katolicką. Pewnie uważają, że tych paru księży, którzy do nich przyszli, to nie żadna władza kościelna. Harcerze to też dla nich Żydzi… Ale należało spróbować.
Problem jest oczywiście także państwowy, nawet przede wszystkim. Krzyżem walczy się przecież z demokracją. I walczy się twardo, pierwsza bitwa została przegrana. Jeszcze dotąd tak nigdy nie było.
Sytuacja jest bardzo poważna. Demokracja jest młoda i słaba, Kościół stary i potężny tradycją. Jeśli nawet lokalizacja krzyża w mieście to raczej nie sprawa kościelna, jeśli nawet demokracja powinna raczej bronić się sama, to o sens krzyża powinien zadbać Kościół. Prezydium Episkopatu, prymas Polski, kardynał krakowski. Choćby tylko o to.
Muszą wziąć odpowiedzialność, rzucić na szalę swój autorytet. W interesie Kościoła, w interesie Polski. Nie ma Papieża, który uważał, że krzyża w Auschwitz być nie powinno i w ten sposób sensu krzyża bronił.

(Jan Turnau na swoim blogu)

To, co się 3 sierpnia 2010 roku stało pod Pałacem Prezydenckim, pokazuje nie tylko słabość instytucji Kościoła katolickiego w Polsce. Dowodzi czegoś znacznie gorszego – słabości wiary ogromnej rzeszy polskich katolików. Gdybyśmy bowiem mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, nie byłoby w ogóle problemu krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Nikt by się nie odważył. To, co tam się dzieje od wielu tygodni jest możliwe dlatego, że w Kościele katolickim w Polsce nie tylko nie ma zdecydowanego sprzeciwu, przeciwko instrumentalnemu traktowania świętego znaku zbawienia do celów całkowicie sprzecznych z jego treścią, ale jest szerokie przyzwolenie. Jest aprobata nie tylko w jakichś marginalnych grupach, ale w dużej części tych, którzy powinni bronic krzyża przed zmanipulowaniem ze szczególnym zaangażowaniem – wśród duchownych.

Dzisiaj również pod Pałacem Prezydenckim można było usłyszeć głosy negujące ważność kapłaństwa duchownych, którzy tam się pojawili. Dziś po raz kolejny zostały wykrzyczane. Ale od lat istnieją przecież w polskim Kościele bardzo aktywne środowiska ponad głowami biskupów dzielące księży na „prawdziwych” i „nieprawdziwych”. W imię fałszywie pojmowanej troski o jedność Kościoła nie spotyka ich za to nawet nagana. Tymczasem jest to jedna z bardziej ropiejących ran faktycznych podziałów, a nawet rozbicia wspólnoty polskich katolików. Wszystko wskazuje na to, że kryzys autorytetu w naszym Kościele będzie się pogłębiał w bardzo szybkim tempie.

Gołym okiem widać, że koczujący pod warszawskim krzyżem „obrońcy” pilnie potrzebują ewangelizacji. Po to, żeby wiedzieli, iż za Mickiewiczowskim „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem – Polska jest Polską, a Polak Polakiem” kryje się nie treść polityczna, ale głęboko religijna. Czy w ciągu ostatnich tygodni ktokolwiek podjął wobec tych zagubionych i przekonanych o tym, iż działają w dobrej wierze, jakąkolwiek misję pozwalającą im zrozumieć, co naprawdę w chrześcijaństwie oznacza krzyż? Nie słyszałem o czymś takim.

 (ks. Artur Stopka na swoim blogu)

3 sierpnia 2010 to smutny dzień dla Polski. Tego dnia Polska ugięła się przed mieszaniną religijnego fanatyzmu i politycznego cynizmu, który łączy garstkę nawiedzonych na ulicy z grupą cwanych polityków w ich gabinetach, a wszystkiemu przyglądają się podekscytowane media.

To, co się stało – rezygnacja z przeniesienia krzyża, umycie rąk przez Metropolitę Warszawskiego, który stwierdził, że Kościół nie jest stroną w tym sporze, chwały Kościołowi hierarchicznemu nie przynosi. Przegrany jest Kościół, przegrane jest państwo polskie, przegrany jest rząd, przegrany jest zdrowy rozsądek, przegrani są wszyscy, ci, którzy łudzili się, że żyjemy w normalnym europejskim kraju, ba, w kraju, który rości sobie prawo do pouczania innych na czym polega demokracja. Wygrał PiS, prezes Kaczyński, ojciec Rydzyk, Gazeta Polska – teraz oni będą dyktować warunki. Cieszyć może się lewica – dostała prezent, ciekawe, co z nim pocznie. Ciekawe, co zrobi Platforma, co zrobią partia i rząd, bo dobrego wyjścia już nie ma. Pozostaje mniejsze zło.

(Daniel Passent na swoim blogu)

Krzyż pod Pałacem jest symbolem protestu politycznego wymierzonego w obecny obóz rządzący i podsycanego przez PiS. Posłuży jako punkt zbiórek przeciwnikom prezydenta Komorowskiego.
Ale pozostanie krzyża jest też klęską Kościoła. Oto, jaki ma posłuch i respekt wśród rozmodlonych obrońców krzyża. Księży mających asystować przeniesieniu obrzucono wyzwiskami, tak samo jak władze świeckie.

Tłum pod krzyżem przypomniał mi sceny z ,,Śmierci prezydenta””, kiedy podżegano do obalenia demokratycznie wybranego prezydenta Gabriela Narutowicza, co skończyło się śmiertelnymi strzałami na schodach Zachęty. Strzelał ówczesny wzmożony patriota.

Podobne ciarki przeszły mi po plecach, kiedy patrzyłem, jak dwóch niezrównoważonych mężczyzn przerywa posiedzenie Sądu Najwyższego. I znów funkcjonariusze nie są w stanie zapanować nad sytuacją. Krzykacze nie wychodzą, wychodzą sędziowie.  

Krzyżowym tłumom nie ma co tłumaczyć, gdzie jest linia graniczna  między obywatelskim nieposłuszeństwem a szacunkiem dla instytucji i procedur demokratycznego państwa. Ale ja do tych tłumów mam mniej pretensji niż do Kaczyńskiego, który tę agresję podsyca.  PiS zwycięża, ale ceną tego zwycięstwa jest anarchizacja polityki i kierowanie jej na manowce.        

(Andrzej Szostkiewicz na swoim blogu)

Bogu to nie zaszkodzi. Może – a nawet na pewno – przykro Mu z powodu tego wszystkiego, tego z rozmysłem i absolutnie celowo kreowanego przez jedną opcję polityczną (PiS) z pomocą kilku medialnych sprzyjających jej tytułów przedstawia, a druga jednocześnie nie bardzo wie, co z tym fantem zrobić; no i pośrodku tego hierarchowie Kościoła, którym znowu brakuje woli? chęci? umiejętności? jednoznacznego zajęcia stanowiska, używając swoje autorytetu, póki go jeszcze mają. 
Kościół też to wytrzyma. Większości księżom jest wstyd, współczują współbratom w  kapłaństwie, których ludzie tam wczoraj tak a nie inaczej potraktowali. Może co najwyżej jeden czy drugi biskup podrapie się po głowie, zastanowi nieco, ale pewnie wewnątrz KEP nie wysilą się na coś wspólnego, konstruktywnego, autorytarnego. Bo po co. Przecież ci, co tam te burdy urządzają – no chodzą do  kościoła, na tacę dają, to co sobie człowiek będzie w stopę strzelał… 
Dzisiaj Kościół stawia właśnie przed  pewnie nimi – duchownymi – św. Jana Marię Vianneya, patrona proboszczów. Czy to proboszcz, czy biskup – przecież też proboszcz, tylko że parafia większa. Trafił na zabitą dechami dziurę we Francji w czasach, którym do świętości gdy chodzi o sposób życia bardzo dużo brakowało. I co? I nic. Usiadł i zabrał się do roboty. Jak się zabrał, to po kilkanaście godzin spowiadać potrafił – taki był jego charyzmat. Nie siedział cicho, nie udawał że nie ma problemów, nie starał się dobrze z ludźmi żyć, kosztem mówienia prosto w oczy tego co źle robią. A jaki jest charyzmat dzisiejszych biskupów? W czym się wykazują, poza pisaniem przydługawych listów, najczęściej niezrozumiałych dla słuchaczy z powodu formy, albo powtarzających w kółko te same slogany? Teraz, właśnie w takich sytuacjach, biskup powinien umieć zająć jasne stanowisko, użyć swego autorytetu. Sam przyjść pod krzyż. Tak jak Jezus przyszedł – wiedząc, co Go na nim czekało.
A co z ludźmi, którzy to wszystko – z bliska, daleka – obserwowali? Dla ilu będzie to zgorszenie?

ŻEBY NIE LATAĆ Z PUSTĄ TACZKĄ

Jaka jest rola Kościoła? Co nam daje? Czym powinien być, a jak to jest w praktyce? To kilka pytań, które wierzącym powinny leżeć na sercu. Choć od czasu do czasu. Ja dawno nie czytałem tak dobrego tekstu, jak poniższa rozmowa, właśnie temu tematowi poświęcona. (Wszelkie pogrubienia – moje).

 
Po co Kościół?
rozmowa z biskupem Andrzejem Czają

O Kościele zajętym samym sobą, o katechezie, wydziałach teologicznych i ewangelizowaniu proboszczów z biskupem Andrzejem Czają rozmawia ks. Tomasz Jaklewicz.

Bp Andrzej Czaja – Od 29.08.2009 roku ordynariusz diecezji opolskiej, dr hab. teologii dogmatycznej. Ma 46 lat, 22 lata kapłaństwa. Od 20 lat związany z KUL-em, wykłada także na Uniwersytecie Opolskim. Jego specjalnością jest eklezjologia (nauka o Kościele) oraz pneumatologia (nauka o Duchu Świętym). Duszpasterz studentów, wygłosił kilkadziesiąt rekolekcji i misji parafialnych.

Ks. Tomasz Jaklewicz: Ksiądz Biskup jako teolog wypowiadał się krytycznie o Kościele i postulował pewne zmiany. Czy teraz, jako biskupowi, udaje się Księdzu realizować te postulaty?
Bp Andrzej Czaja: – Przyznam, że o wiele łatwiej pisać, niż wdrażać w życie. I niektóre rzeczy napisałbym inaczej. Dobry teolog podejmuje solidną krytykę Kościoła w świetle Ewangelii. Jeśli widzi rozziew między Ewangelią a życiem Kościoła, to musi o tym twardo powiedzieć. Biskup musi to zrealizować. Ale to jest trudne, bo biskup pracuje z konkretnymi ludźmi. I znajduje się w sytuacji krawca, który chciałby uszyć wspaniały garnitur, ale ma materiału tylko na spodnie czy nogawki.

Co jest słabością, a co siłą Kościoła w Polsce?
– Kategoria „słaby” czy „silny” nie jest właściwa do opisu Kościoła. Wolałbym rozróżnić Kościół bardziej żywotny i Kościół zastygły, mdły. Kościół jest żywotny, kiedy realizuje to, co podkreślił Sobór Watykański II: „Kościół jest w Chrystusie niejako sakramentem”. Najważniejsze jest tu „w Chrystusie”. Jeśli Kościół ma świadomość, że najważniejsza jest więź z Chrystusem, i o nią się troszczy, wtedy jest sobą i jest mocny. Natomiast Kościół się wynaturza, jeśli nie realizuje swojej misji budowania więzi z Bogiem i jednoczenia ludzi między sobą.

Jak to wygląda w Kościele w Polsce?
– Są pewne zaniedbane obszary lub źle rozłożone akcenty. Mam wrażenie, że Kościół jest zbytnio zajęty sobą, umacnianiem struktur i wymiaru instytucjonalnego, a za mało zbawieniem człowieka. Tu i ówdzie budujemy Kościół dla Kościoła, a Chrystus założył Kościół dla zbawienia człowieka.

W czym przejawia się zajmowanie się Kościoła sobą?
W postawie wyczekiwania na człowieka zamiast wychodzenia do niego. Czekamy na ludzi w kościele, w zakrystii czy kancelarii. Za mało do nich wychodzimy. Druga rzecz: trzymamy się wypracowanych form duszpasterskich bez gotowości na zmianę, na poszukanie czegoś nowego. Benedykt XVI mówi, że jeśli Kościół zdiagnozuje, że jakaś struktura nie funkcjonuje tak, jak należy, to Kościół musi mieć odwagę taką strukturę przejrzeć i albo poprawić jej działanie, albo z niej zrezygnować. Kolejna sprawa – za mało jest rzeczowej diagnozy znaków czasu i brakuje reakcji na te znaki.

 
Czy można powiedzieć konkretnie, która kościelna struktura jest do wymiany?
– Za słabo przyjęliśmy postulaty Soboru Watykańskiego II, który powtarzał jednym tchem, że Kościół musi być bardziej służebny, otwarty i wspólnotowy. Chodzi teraz o rzeczowe zdiagnozowanie, co służy tym trzem wymiarom, a co przeszkadza. To jest konkret.

Niektórzy mówią, że na Zachodzie wprowadzono sobór, ale teraz mają tam puste kościoły.
– Problemem jest jakość recepcji soboru. Dla mnie polskim wzorem jego dobrej recepcji w życiu Kościoła jest ks. Franciszek Blachnicki. Zapomniany i nieodkryty. To jest jedna z postaci, do której trzeba wrócić. To on zwrócił uwagę, że słabość Kościoła wynika z zaniedbania wiary podmiotowej. Jesteśmy ciągle zbytnio nastawieni na masy, brakuje podejścia personalnego. Nie możemy w kształtowaniu duszpasterstwa posługiwać się kategorią sukcesu, a mam wrażenie, że nieraz o to nam chodzi, by się pochwalić w statystykach.

À propos statystyk, mamy systematyczny spadek liczby uczestników niedzielnej Mszy św. Jest on na tyle wolny, że wydaje się, iż wszystko jest OK.
– Nieraz nie chcemy przyjmować do wiadomości pewnych liczb, które mogą niepokoić. Nie wystarczy dziś wołać na ambonie: „przyjdźcie, bo odprawiam Mszę”. Mam wrażenie, że świadomość, czym jest Msza św., jest bardzo niska. Potrzebujemy kościelnej pracy u podstaw. Powinniśmy skoncentrować się na zwiastowaniu kerygmatu i wdrożeniu mistagogii.

To znaczy…
– Kerygmat to pierwsze przepowiadanie tego, kim jest Jezus, co mi daje, jak zaradza mojej biedzie. Mistagogia jest wdrożeniem w misteria wiary przeżywane w roku liturgicznym. Świat nie jest w stanie dać lepszej oferty niż Ewangelia, ale chodzi o komunikatywne odkrycie tego bogactwa, jakie niesie chrześcijaństwo. Kiedy będzie to dobrze pokazane, zostanie przyjęte.

Jak sam Ksiądz Biskup realizuje ten postulat?
– Staram się zmienić postrzeganie Kościoła u księży. Benedykt XVI mówił nieraz do biskupów, że mają najlepszą cząstkę swego czasu ofiarować księżom, zmotywować ich i ukierunkować, a oni to pociągną dalej. Postrzegam swoją posługę biskupa jako bycie proboszczem proboszczów i dlatego też staram się ich ewangelizować. 

Mocne. Jeśli trzeba ewangelizować księży, to znaczy, że z ich wiarą nie jest najlepiej.
– Wiem, że to brzmi mocno, ale się nie wypieram tego sformułowania. Chodzi o to, że księża są mocno zaangażowani w działanie na rzecz człowieka, ale po swojemu, bez Boga. Zagraża nam aktywizm. W czasach komuny opowiadano anegdotę o człowieku, który gonił z pustą taczką. Gdy go zapytano, dlaczego to robi, odpowiedział, że normy są tak naszpanowane, że nie ma czasu naładować. To nam grozi: latanie z pustą taczką. Musimy przeorientować nasze myślenie, żeby wiedzieć, co jest ważne, co mniej ważne, a co najważniejsze.

Co jest najważniejsze?

Najważniejsze jest najpierw od Boga wziąć, następnie to, co Boże, w sercu pielęgnować, a potem dać. U św. Marka napisane, jest, że Jezus ustanowił apostołów, aby Mu towarzyszyli. Pierwsze jest „aby Mu towarzyszyli”. Dopiero potem jest głoszenie Ewangelii i wypędzanie złych duchów. Jak ksiądz to pojmie, wtedy pokaże to wiernym. Być chrześcijaninem to Boga wziąć, Bogiem żyć i Boga dawać. Nasze duszpasterstwo przypomina mi szyld „wszystko dla Jezusa”, a ja się pytam, ale czy „z Jezusem?” O własnych siłach, po swojemu chcemy nieść innym zbawienie. Tracimy świadomość obecności Boga z nami. Zapomnieliśmy, że On jest Emmanuelem. Z tą prawdą chcę dotrzeć do księży. Wieczne lampki sygnalizują w naszych świątyniach, że Bóg jest z nami. A my jesteśmy jak ślepi. Jeśli ksiądz odkryje, że jest z nim wszechmogący i kochający Bóg, to żadne fale go nie zaleją. Nie zgnuśnieje, nie podda się zwątpieniu.

Żeby to widzieć, potrzeba modlitwy.
– Wpisałem w swój biskupi herb słowa z antyfony wielkanocnej „Zmartwychwstałem i zawsze jestem z tobą”. I to orędzie chcę zwiastować jako biskup: „Jest z nami Bóg, nie lękajcie się”. Cóż nam czynić trzeba? Trwać przed Panem i Jemu służyć. Dokładnie w takiej kolejności – nie inaczej.

Udaje się Księdzu Biskupowi znajdować czas na modlitwę?
– W pierwszych miesiącach bycia biskupem dwie rzeczy przychodzą mi najtrudniej. Pierwsza to czas dla Boga. O to trzeba walczyć. Modlitwa nie jest czymś dodatkowym, to jest źródło. Rano musi być solidna dawka modlitwy. Druga rzecz trudna: to rozeznawanie spraw personalnych. Żyjemy w świecie półprawd, niedopowiedzeń. My, księża, też w to wpadamy. Czasem ksiądz nie ma odwagi żyć w prawdzie. To jest bardzo smutne i to trapi.

Jaka jest kondycja duchowieństwa w Polsce?

– Boję się uogólnień. Mamy wielu wspaniałych księży, starszych i młodszych, ale jest też sporo zrezygnowania, brakuje entuzjazmu. Źródłem wypalenia bywa katecheza w szkole. Czeka nas poważna debata nad katechezą w szkole. W moim przekonaniu, trzeba tę debatę rozpocząć wśród biskupów.

Jakie pytanie Ksiądz Biskup postawiłby jako punkt wyjścia?
– Mam wrażenie, że odkąd katecheza weszła do szkoły, uznaliśmy, że duszpasterstwo dzieci i młodzieży mamy już załatwione. Żeby było jasne, ponad 90 procent katechetów świeckich i duchownych podchodzi do swoich zadań z całym zaangażowaniem. Problem w tym, że w szkole nie są w stanie zrealizować dwóch rzeczy: związać katechizowanego ze wspólnotą parafialną i formować wiary. 

 
Ale przecież to są zasadnicze cele katechezy?
– No właśnie. To jest to pytanie, które chciałbym postawić. Dlaczego nie realizujemy na katechezie dwóch jej celów? Przyczyn jest wiele, ale między innymi to, że mamy do czynienia w szkole ze zróżnicowanym adresatem: jeden potrzebuje głębokiej katechezy, a drugi abecadła. Wybieramy średnią i mijamy się z wszystkimi. Podręczniki do katechezy są niedostosowane do adresata, ani językowo, ani treściowo. Podręczniki powinni pisać katecheci, a nie katechetycy. Nie dostrzegamy, że diametralnie zmienił się adresat. Katecheza „wisi w powietrzu”, bo brakuje podstawowego wdrożenia w wiarę w naszych rodzinach. Nasze pokolenie miało jeszcze w domu coś, co można nazwać rodzinnym katechumenatem.

Nasi rodzice chybaby tak tego nie nazwali.
– Rodzice nie mieli pojęcia, co to jest kerygmat i mistagogia, ale ich życie było przesiąknięte wiarą. Przekaz wiary i jej formowanie w rodzinie dokonywały się przez proste świadectwo ich życia z Bogiem. Z rozrzewnieniem wspominam moich rodziców i dziadków, którzy Boga traktowali jak domownika. „Ponbóczku, dzięki Ci, że my zdążyli z tym sianem przed burzą”. Karmiłem się takimi modlitwami.

Co wobec tego powinniśmy zrobić z katechezą?
Rozwiązaniem nie jest przeniesienie religii z powrotem do salek, ale musi nas stać na pewne ryzyko. W gimnazjach i w szkołach średnich widziałbym takie rozwiązanie: wycofujemy jedną godzinę w tygodniu ze szkoły, żeby na drugą zaprosić do salki. Do parafii przyjdzie mniej osób, ale będą to ci, którzy chcą i których poślą odpowiedzialni rodzice. W parafii chodziłoby o wdrażanie w życie chrześcijańskie, o akcentowanie wymiaru przeżyciowego, a wiedzę można przekazywać w szkole. W parafii musi dokonywać się formacja wiary, wiązanie z konkretną parafią. Obecność księdza w szkole jest ważna, ale w wymiarze najwyżej pół etatu, żeby miał siły do pracy w parafii.

Mamy mnóstwo wydziałów teologicznych. Czy one spełniają pokładane w nich nadzieje?

– Pytanie z trzema kropkami: po co one powstały…? Mnożenie wydziałów bez odpowiedzi na pytanie o ich sens, w moim przekonaniu, jest bez sensu.

Miały służyć Kościołowi w Polsce.
– Kościołowi służy taka teologia, która – posłużę się tytułami książek abp. Nossola – jest na usługach wiary i jest bliższa życiu. Ale czy tak to ustawiano? Pogubiliśmy się, bo nie ustawiliśmy sobie celu. Dziś mówimy, że trzeba utrzymać te wydziały, bo chodzi nam o utrzymanie etatów… Nie słyszę, żeby ktoś mówił, że zależy nam na nich, bo służą Kościołowi. To się kręci, ale nie wiemy, dokąd ma zmierzać. Mamy trochę tak, że jest wydział dla wydziału.

To jest może przykład tego Kościoła dla Kościoła?
– Tak, to jest jeden z tych przejawów. Nie widzimy tego, bo jesteśmy tak zagonieni, pogrążeni w aktywizmie i konsumpcji, że nie mamy czasu na głębsze przemyślenia. To jest dramatyczne. Brakuje nam czasu na pytania o sens. Kierujemy się logiką, że to musi działać. W mojej posłudze biskupiej też to dostrzegam. Jeśli stracimy głębię, wpadniemy w mielizny i zakopiemy się.

Może Kościołowi w Polsce brakuje lidera, bardziej spójnego duchowego przywództwa?
– To jest jeden z tych punktów, który widzę inaczej, odkąd zostałem biskupem, niejako od środka. Ale sam nie mam jasnej wizji. Zgadzam się, że potrzebujemy jednego głosu. Duch Święty nam pomaga, bo daje nam w ostatnich dziesięcioleciach genialnych papieży. W Polsce będzie o to trudniej, bo wśród biskupów brakuje jedności i ulegają nieraz pewnej próżności. Nie możemy zapomnieć, że po ludzku nie damy rady. Musimy budować na Bogu. Tragedia smoleńska pokazała, że w czasach prób Polacy szukają ratunku w Bogu. W polskim Kościele jest wciąż ogromny potencjał wiary, ale musimy szukać sposobów, jak ją obudzić, jak żyć nią na co dzień. 

Osoba o tyle ciekawa, że jedna z niewielu (jedyna?) nominacja na biskupa diecezjalnego osoby pracującej w Polsce, a nie zasłużonej dzięki pracy w strukturach watykańskich. Młody, z dorobkiem naukowym – ale, co widać z rozmowy, twardo stąpający po ziemi. Z pomysłami duszpasterskimi, a nie tylko pasterską władzą. Godny następca abpa Nossola.

Tak do przemyślenia.