Jest mi wstyd i tego nie rozumiem

Nie jestem fanem Gazety Wyborczej. Niestety, z przykrością stwierdzam, iż udało się jej napisać nt. Kościoła dość spójny i przedstawiający przykrą rzeczywistość tekst. 
We wtorek 20.03.2012 w wersji papierowej pojawił się artykuł pt. Jak w praktyce wygląda zero tolerancji w Tylawie, w wersji on-line nazwany inaczej i znajdujący się tutaj. Dotyka on sprawy jednej z ofiar pedofila z Tylawy (archidiecezja przemyska), księdza, skazanego prawomocnym wyrokiem za swoje czyny. Pani ta wyczytała bowiem w gazecie stanowisko Przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika nt. postępowania wobec księży dopuszczających się przestępstw seksualnych. A wypowiedział się tak: „Stolica Apostolska mówi, że VI przykazanie obowiązuje od zawsze i każdego. Nie ma żadnych przywilejów”. Zresztą, wypowiedzi te medialnie były głośnie – choć raz słusznie – w ostatnich dniach, kiedy m.in. była mowa o możliwości karnego przeniesienia takich duchownych do stanu świeckiego.
Nie w tym jest problem. Problem jest w tym, jak się ma to, co abp. Michalik mówił – do tego, co ten sam abp. Michalik jako ordynariusz owego księdza z Tylawy robił w sytuacji stawianych mu zarzutów seksualnych, zresztą potwierdzonych prawomocnym wyrokiem przez sąd. 
A było tak – sprawa ujrzała światło dzienne w 2001 r. Pojawiło się sporo zarzutów, i to nie ze strony jednej, a kilku osób. Reakcja abp. Michalika? Napisał list, w którym wyraził współczucie duchownemu i nadzieję, „że konfratrzy i parafianie, którzy znają lepiej środowisko niż wrogie Kościołowi i depczące prawdę gazety lub osoby, nie stracą zaufania do swego proboszcza, ale okażą mu bliskość przez gorliwą modlitwę”. Powiedzmy, że jest to zrozumiałe, sytuacja miała swój początek, może nie chciał od razu dyskredytować i osądzać owego księdza. Miał prawo, ale… czy nie należało, przed wyrażeniem się tak zdecydowanie w jego obronie, zasięgnąć informacji innych księży z dekanatu, okolicy, i za ich pośrednictwem informacji od świeckich? Moim zdaniem – należało. Wątpliwości z pewnością by się nasunęły – o takich sprawach się mówi, i przy odrobinie woli można by było dojść do tego, że są wątpliwości co do zachowania tego człowieka. A jednak – nikt niego nie zrobił. Można się tłumaczyć „bo nikt tego wprost nie nakazywał wtedy”. Tylko czy jest to usprawiedliwienie?
Po 3 latach od ujawnienia sprawy, w czerwcu 2004 r. Sąd Rejonowy w Krośnie skazuje księdza na 2 lata więzienia z zawieszeniem na pięć za molestowanie sześciu dziewczynek. Nie opiszę, co robił, ale w kontekście dorosłego człowieka i księdza, takie zachowanie pod adresem dzieci to po prostu obrzydliwość. Do winy człowiek się nie przyznał, ale chociaż się nie odwoływał. Reakcja abp. Michalika? Żadna. To znaczy, na początku 2005 r. – sam? czy może raczej pod wpływem nacisków – przeniósł skazanego księdza. Po co było to pół roku zwłoki? Wyrok był prawomocny po niespełna miesiącu. Skazany prawomocnie za przestępstwa seksualne kapłan przez pół roku był nadal proboszczem. 
Parafianom wielu się to w głowie nie mieściło. Próbowali interwencji w kurii, czyli u abp. Michalika, jedna osoba napisała nawet do papieża Jana Pawła II. Z kurii – zero odpowiedzi. Z Watykanu – informacja, że sekretarz papieski abp. Stanisław Dziwisz przekazał pismo właściwej kurii… czyli do abp. Michalika właśnie. Po kilku wprost formułowanych prośbach o zmianę, w parafii pojawił się nowy ksiądz. Co wcale nie oznaczało, że skazany ksiądz z parafii zniknął – był tam dalej, dalej pełnił swoją posługę. 
Parafianie próbowali działać, pisząc do poszczególnych polskich biskupów w tej sprawie. Znowu – zero odzewu – co jest przykre, bo oznacza obojętność czy brak wyczucia nie tylko jednego, ale wielu biskupów. Co nie powinno mieć miejsca. Żaden z nich nie mógł zareagować? Mógł. To nie jego jurysdykcja, ale są odpowiednie dykasterie, jest nuncjusz, są sposoby do zareagowania na takie sygnały. O ile się chce. Efekt – dopiero po, zrozumiałym dla adresata, napisanym po włosku liście do kar. Josepha Ratzingera, ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, dzisiaj papieża Benedykta XVI. Wystarczył tydzień – skazany ksiądz zniknął z parafii w Tylawie. 
Niestety, co jest dla mnie niezrozumiałe, pozostał… w tym samym dekanacie Dukla, 15 km dalej. Czemu to miało, poza zgorszeniem, służyć? Nie mnie decydować, dokąd powinien wysłać taką osobę ordynariusz – czy na rekolekcje zamknięte do klasztoru gdzieś w głuszy, czy do domu rekolekcyjnego – właściwa osoba powinna to wiedzieć i zadziałać. A tymczasem odprawiał Msze, głosił homilie, a nawet – czego już w ogóle nie rozumiem – spowiadał małe dzieci przygotowujące się do I Komunii świętej. 
Pojawiał się tam do końca 2011 r., czyli przez 5 lat od daty wyroku. A przy okazji – mniej więcej do momentu, kiedy sprawa przestępstw seksualnych duchownych stała się głośna także w Polsce. Wątpię w zbieg okoliczności. Co więcej, ludzie – którzy sprawę znali – także dziwili się, że ksiądz z tak poważnymi i udowodnionymi zarzutami karnymi pojawia się, jakby nigdy nic, w kościele, głosi kazania, odprawia Msze Święte. W odpowiedzi od proboszcza usłyszeli, że dzieje się tak na prośbę biskupa – czyli abp. Michalika właśnie. Na pytanie dziennikarki o potwierdzenie takiej wypowiedzi ów proboszcz odpowiedzieć nie chciał. Wymyślił to, żeby uzasadnić obecność, bądź co bądź pewnie kolegi? Jeśli bowiem takie miało być faktycznie stanowisko biskupa – nie miał powodu, aby go nie ujawnić. 
Jak to wszystko wytłumaczyć? Mnie to wygląda na schizofrenię – jedno się mówi pod publiczkę, a co innego stosuje na własnym diecezjalnym podwórku. Albo na to, że abp. Michalik nie spodziewał się te kilka lat wstecz takiego narośnięcia problemów nadużyć seksualnych duchowieństwa, zakładał że sprawa po wyroku zostanie wyciszona, albo będzie można zwalić problem medialnego zaistnienia sprawy na komunistów, agnostyków, wrogów Kościoła czy kogo tam jeszcze. I teraz, gdy sprawa wraca, reaguje stanowczo Watykan, są kraje gdzie do dymisji podaje się pół episkopatu – trzeba się dopasować z tym, co się mówi.
Dla mnie to jest żenujące. Poza tym, że Watykan zajął w ostatnich latach zdecydowane stanowisko w tych sprawach, nic się nie zmieniło. Przykazanie jest, jakie było. Skazanie prawomocnym wyrokiem oznacza winę – ksiądz też obywatel i podlega prawu państwa, zatem co do winy wątpliwości mieć nie można. Dlaczego zabrakło odpowiednich reakcji? Dlaczego wszystko, co w tej sprawie było robione przez abp. Michalika jako biskupa diecezjalnego i przełożonego proboszcza z Tylawy, było albo wymuszane (przez ludzi lub jego watykańskich zwierzchników), albo było nie było robione nic?
Uważam, że ta sytuacja absolutnie dyskredytuje abp. Michalika – czy to jako ordynariusza, czy tym bardziej osoby stojącej na czele Konferencji Episkopatu Polski. 

Dezorganizacja i marnowanie okazji

Kolejny GN, kolejny świetny artykuł – tekst tym razem x Tomasza Jaklewicza pt. Centrum dowodzenia (link znalazłem tutaj, niestety nie działa jakby). Kolejny problem. A może ten Wielki Post to właśnie czas w którym należy się zastanowić nad mankamentami Kościoła? Nie dla samego zastanawiania się, nie dla satysfakcji czy dumy, ale dla pogłębienia refleksji o sprawach nie tak pięknych i napawających dumą, ale właśnie mniej optymistycznych, problematycznych. Nawet gdy są to kwestie, powiedzmy, techniczne. 
Za komuny to było łatwo. Było wiadomo – dobrzy tu, źli tam. Był Prymas Wyszyński, centralna postać Kościoła w Polsce, mający wpływ na relacje ze Stolicą Apostolską, nominacje biskupów, politykę wobec PRL (zatem quasi-nuncjusz). Jak to autor zacytował Georga Weigela – polski Kościół na pontyfikacie Jana Pawła II, początkowo związanym właśnie z kard. Wyszyńskim, jakby chował się za plecami wielkiego papieża. I tak już jest… w sumie 31 lat, od śmierci Prymasa Tysiąclecia w 1981 r. Zgadza się – dzisiaj są relacje na linii III RP-Watykan, jest nuncjusz, Prymas to tytuł stricte honorowy i historyczny, przynależny znowu biskupom gnieźnieńskim (nota bene – dochodzi do absurdu, gdy mamy… 3 prymasów: 2 „prymasów seniorów” [przy czym nie ma czegoś takiego! co nie przeszkadza tak tytułować, niestety, nawet na łamach GN] Glempa i Muszyńskiego, i obecnego – abp. Kowalczyka), stawia się akcent na kolegialność, przy jednoczesnym akcentowaniu pomocniczej roli episkopatów krajowych w stosunku do władzy biskupów w powierzonych im diecezjach. Czy jednak nie jest tak, że większość problemów, z którymi borykają się poszczególne diecezje, jest dla nich wspólna? A co za tym idzie – łatwiej by było się z nimi zmierzyć wspólnymi siłami, działając głosem jednej konkretnej osoby?
Polska i Kościół w naszym kraju nie potrzebuje kopii Prymasa Tysiąclecia, za to zdecydowanie potrzebny jest człowiek, który stanie się kimś a’la papieżem w skali kraju, stając na czele Kościoła, podejmie pewne sprawy które są i czekają na rozwiązanie. Owszem, jest Przewodniczący KEP, drugą już kadencję metropolita przemyski abp Józef Michalik. Niestety, ja tę osobę odbieram raczej nie tyle negatywnie, co nijako. Brak pomysłu na zaistnienie Kościoła w mediach, pozycja zdecydowanie defensywna, umiejący zabrać głos jedynie w wypadku np. profanacji krzyży, a nie w sytuacjach gdy ludzie po prostu czekają na konkretne i szybkie stanowisko Kościoła (vide poprzedni tekst), którego regularnie brakuje lub starają się je przedstawiać duchowni niższej rangi (księża, niekiedy specjaliści, profesorowie) lub świeccy. Co więcej, jest to ordynariusz diecezji, zwierzchnik metropolii, więc siłą rzeczy dzielący czas między diecezję a obowiązki w ramach KEP. Jedyny wyjątek – Sekretarz Generalny KEP bp Wojciech Polak (tytularnie bodajże sufragan gnieźnieński), jedyny stale pracujący przy KEP biskup. 
Gdzie jest problem? Brak fachowego doradztwa. Wiernych często traktuje się wprost jako tych, którzy powinni Kościoła bronić, ale nie za bardzo się wtrącać w decyzyjność, to jest zarezerwowane dla biskupów, którzy – doba ma w końcu tylko 24 h – funkcje przy KEP siłą rzeczy traktują jako sprawę dodatkową poza obowiązkami w diecezjach. Dlaczego jednak nie sięgnąć po specjalistów, fachowców, nawet niekoniecnzie duchownych? Owszem, są ograniczenia finansowe, jednak nie chodzi tu o ilość, ale o jakość. Biskupi spotykają się, nie ukrywajmy, dorywczo – Rada Stała KEP kilka razy do roku, zebrania plenarne 4 razy w roku, plus spora ilość różnych ciał doradczych, niestety działających bardzo delikatnie mówiąc doraźnie, w zależności od pomysłowości i woli osoby stojącej na tego ciała czele. To wszystko mogło by zostać wsparte zatrudnionymi odpowiednimi – duchownymi, świeckimi – specjalistami. Kwestie poruszanych na dniach problemów medialnych (specjaliści PR, znawcy mediów, dziennikarze – jak to wskazano w tekście, strona www KEP niestety jest bardzo przestarzała, co wie każdy, kto ją ogląda w miarę choćby regularnie – identyczna od lat) czy problem Funduszu Kościelnego (prawo nie tylko kanoniczne, ale i cywilne, jak również wyznaniowe czy umowy międzynarodowe na linii RP-Stolica Apostolska) – nad tym wszystkim na bieżąco, a nie od afery do afery (w stylu wypowiedzi o jednostronnych planach rządu, bez konsultacji z KEP, odnośnie spraw finansowych Kościoła w Polsce) mogli by pracować kompetentni specjaliści. Być na bieżąco z pracami legislacyjnymi, przygotowywać materiały dla biskupów (ale i pod kątem katechezy) na bieżące tematy z zakresu nauki Kościoła o rodzinie, seksualności, etyce, problemach nauki (bioetyka).
Można by długo pisać. Mam nadzieję, że sprawy te leżą na sercu samym biskupom, bo to do nich należy ruch i możliwość ew. zmian w zakresie tego, o czym napisałem. Tylko oni między sobą mogą uregulować pewne rzeczy, aby KEP działała sensowniej, lepiej, by więcej wynikało z jej prac niż tylko – niestety, dla mnie również – najczęściej patetyczne i dość oklepane listy pasterskie. Mniej pisania listów (i zmuszania księży do ich czytania zamiast homilii – powinny być w gablotach lub dostępne w kopiach przy wyjściu z kościoła), więcej konstruktywnego działania i zadbania nie o to, aby robić dla samego robienia, ale aby przyciągnąć ludzi, dotrzeć do nich, zainteresować i pokazać, że Kościół ma im naprawdę wiele do zaoferowania. 

Boże donosicielstwo

Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich. (Mt 18,15-20)
Trudne to słowa, ale bardzo dzisiaj potrzebne. Jak tak się rozejrzeć naokoło – po prostu wolna amerykanka przysłowiowa, i niestety wdziera się także w sprawy wiary, do Kościoła. Skąd to, z polityki? Pewnie też. Przecież wszędzie, w każdej sferze życia liczy się to, kto mówi/krzyczy głośniej, kto bardziej się rzuca w oczy, kto lepiej przyciągnie – choćby czymś chamskim, niesmacznym czy wulgarnym – uwagę. Tak wygląda świat – wystarczy zobaczyć jeden czy drugi program, przyjrzeć się ramówce wiadomości, poczytać gazety. Albo po prostu poobserwować. Nikt nie rozlicza treści, a nawet jeśli ktoś próbuje – jest zagłuszany pod pretekstem „uprzedzeń”, „braku tolerancji”, „zaściankowości”. 

Jezus mówi jasno – w Kościele jest inaczej. W sprawach wiary – które powinny być punktem odniesienia także jako kryterium oceny innych sfer – nie można pozwolić sobie na lekkomyślność czy po prostu samolubstwo. Nie ma znaczenia, czy chodzi o to, że ktoś zgrzeszył przeciwko mnie czy komuś innemu, zrobił coś nagannego publicznie czy też bardziej kameralnie. Wskazówka jest prosta – idź i upomnij. Nie rób afery, nie nakręcaj sensacji. Dyskretnie, ale zdecydowanie – w cztery oczy. Jeśli się uda – świetnie. Gdy się nie uda – powtórz to samo z tymi 2 choćby innymi osobami, aby napominany miał świadomość, że nie o czyjeś subiektywne odczucia chodzi, że to opinia większej grupy. Dopiero jeśli to nic nie da – kary kościelne. 
Ktoś może powiedzieć – strasznie to może trwać. No tak, ale tak działa Kościół – ostateczność to ostateczność, należy próbować rozmawiać, prosić, szukać porozumienia. Tak uczył Jezus. Być może jakby pośrednio przez to niektóre ruchy, które w ramach Kościoła powstały, a później same postawiły się poza Nim, mogły się rozwinąć sporo zanim Kościół jednoznacznie się od nich odciął, wskazując błędne postępowanie i przyczynę tego odcięcia. To cena, jaką zapłacił za dobrą wolę i próbę szukania kompromisu, ratowania jedności. Czy to przez setki lat, właściwie od początku historii chrześcijaństwa, przez apogeum reformacji, czy to na przykładzie lefebrystów, czy to – opisywanego szeroko (i dobrze, bo dokładnie wyjaśnione) – pewnego polskiego księdza z jednej z diecezji na południu, powołującego się na objawienia (m.in. o możliwości „telefonu do Jezusa”) i wypaczającego naukę Kościoła choćby w kwestii oficjalnej intronizacji Jezusa na Króla Polski, otwarcie wypowiadającego posłuszeństwo swojemu biskupowi, mimo próśb. Tak, o ks. Piotra Natanka chodzi – pewnie i tak każdy to wie. 
Duchowni są tu w trudniejszej sytuacji – dane mają w pewnym sensie więcej, ale i za więcej odpowiadają. Bo to do nich przychodzą ludzie, u nich szukają odpowiedzi, drogowskazów, wyjaśnienia wątpliwości, wskazania – jak dalej postępować. To wielka odpowiedzialność, z której trzeba rozważnie korzystać. A jednocześnie, niestety, duże pole do nadużyć – taki jeden ks. Natanek może – i, niestety, jak widać z powodzeniem mu się to udaje – pociągnąć za sobą wielu, Bogu ducha winnych, ludzi, których zwiódł i nadal zwodzi. Tutaj trzeba działać. Tutaj jest pole do popisu – nie dla swojej chwały, nie żadnego donosicielstwa. A jeśli już, to tylko Bożego.
Jedno trzeba powiedzieć jasno. Nie ma znaczenia, ilu jeszcze wystąpi Natanków, Lutrów, Kalwinów, Lefebrów czy innych ludzi, którzy głównie w imię swojej chwały i własnej sławy uznają się za jedynych słusznych interpretatorów woli Bożej, Ewangelii i będą twierdzili, że posiadają wyłączność na prawdę, wskazywanie dobra i zła, ocenianie ludzi. Kościół wytrzymał 2000 lat z takimi, raz było ich więcej, raz mniej. Dlaczego? Dzięki czemu? Dzięki temu, że tutaj ludzie ciągle modlą się do tego Jezusa Chrystusa, do tego jedynego prawdziwego Boga, skupiając się na tym, czego On sam nauczał, a nie np. na formalnym obwoływaniu Go Królem Polski (może by ustrój zmienić, Konstytucję). Bo ciągle proszą w Jego imię o jedność Kościoła, cały czas tak bardzo zagrożoną. Na szczęście, to nie ma znaczenia – Duch Święty jest między nimi i czuwa.
>>>
Dopiero wczoraj dowiedziałem się, że w sobotę odszedł człowiek wielkiego formatu, jeden z polskich książąt Kościoła – kard. Andrzej Maria Deskur. 
Rocznik 1924 (ciekawostka – 29 lutego, czyli obchodził urodziny co 4 lata), 4 lata młodszy od Karola Wojtyły. Prawnik, później seminarzysta. Doktorat z teologii moralnej we Francji (wysłany tam przez kard. Adama Sapiehę, analogicznie jak Karol Wojtyła – podczas którego święceń kapłańskich przyjął tonsurę), gdzie wyświęcony w 1950 przez kard. Pierre’a Gerliera (metropolitę Lyonu). Nie mogąc wrócić do Polski, pracował w Szwajcarii. Od 1952 do śmierci (59 lat!) w służbie Stolicy Apostolskiej. Najpierw w Papieskiej Komisji ds. Kinematografii, Radia i Telewizji – był jej wicesekretarzem (1955-59), podsekretarzem (1959-70), sekretarzem (1970-73) a od 1973 – przewodniczącym. Tworzył filipińskie radio Veritas – największą rozgłośnię katolicką w Azji. Od zwołania II Soboru Watykańskiego specjalista, pracownik kilku komisji, wniósł znaczny wkład w przygotowanie soborowych dokumentów: konstytucji o Kościele „Gaudium et Spes” i deklaracji o środkach społecznego przekazu „Inter mirifica”. W uznaniu jego zasług i wkładu w prace Vaticanum II Paweł VI zaprosił go – jeszcze nie biskupa – do koncelebry Mszy św. na zakończenie Soboru w grudniu 1965 w bazylice św. Piotra. W latach 1996-1974 był członkiem delegacji Stolicy Apostolskiej pod przewodnictwem abp. Agostino Casarolego, która odwiedzała Polskę w ramach pierwszych kontaktów między obu stronami. 
Rok od objęcia funkcji przewodniczącego Papieskiej Komisji ds. Środków Przekazu, w 1974, otrzymał z rąk Pawła VI sakrę biskupią, jako biskupią dewizę przyjmując słowa „Veritas vos liberabit” (Prawda was wyzwoli). Uczestnik kilku zgromadzeń Synodu Biskupów. 13 października 1978 doznał paraliżu lewej części ciała po wcześniejszym zawale serca, po którym poruszał się do śmierci na wózku inwalidzkim – cały świat patrzył, jak tuż  po swoim wyborze Jan Paweł II 17 października 1978 odwiedzał go w poliklinice Gemelli. Od 1980 arcybiskup, w dniu moich urodzin kreowany kardynałem (otrzymał tytuł kościoła rzymskiego, jaki wcześniej dzierżył kard. Karol Wojtyła – św. Cezarego na Palatynie). Papieską Radą ds. Środków Społecznego Przekazu kierował do 1984. Od 1987 do śmierci stał na czele Papieskiej Akademii Maryi Niepokalanej.
Prywatnie – zapalony brydżysta (od jednego z przyjaciół Jana Pawła II otrzymał, po wylewie, zestaw do gry dla osób poruszających się na wózku inwalidzkim), znany ze swojego humoru. Nie raz wypowiadał się, że pozostał w Rzymie jako spłata świętopietrza, którego Polska za czasów komunizmu płacić nie mogła. Nie bez powodu (zbieżność dat i nie tylko) wielu dopatruje się związku pomiędzy jego chorobą a wyborem Polaka na Stolicę Piotrową.  
Nie tylko Polska, ale i cały świat straciły wielkiego człowieka. Mam nadzieję, że teraz ktoś może podejmie się spisania jego biografii?

Razem, nie obok siebie

Gdy Jezus przemawiał do tłumów, oto Jego Matka i bracia stanęli na dworze i chcieli z Nim mówić. Ktoś rzekł do Niego: Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą mówić z Tobą. Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi? I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką. (Mt 12,46-50)
Ktoś mógłby Jezusowi zarzucić – dyskredytuje i umniejsza więzy rodzinne, i to na przykładzie kogo? Własnej matki. Czyli że w tym Kościele, który przecież Maryję tak czci, to nic się już przysłowiowej kupy nie trzyma… Oczywiście, jest to zupełnie błędna interpretacja. Maryja towarzyszyła Jezusowi i temu zaczątkowi Kościoła od początku. To przy niej rósł Zbawiciel, to ona Go wychowała, to ona obserwowała Jego publiczną działalność, aby z bólem pochylić się nad Jego umęczonym ciałem, gdy w końcu oddał życie za nas na krzyżu. 
Tu nie ma sprzeczności. Tu jest jasne położenie akcentu – rodzina rodziną, a prawdziwą rodziną chrześcijanina jest każdy inny chrześcijanin. My nawet chętnie się pomodlimy, pójdziemy do kościoła, na jakieś nabożeństwo, przyjmiemy kolędę. Ale w swoim własnym gronie. Ja i rodzina, czasami – w różnych wspólnotach – także przyjaciele. I tyle. A gdzie dzielenie się wiarą i wspólne jej przeżywanie z tyloma innymi, naokoło? Tym ma być przecież Kościół – wielką wspólnotą serc, które razem, a nie tylko obok siebie, mijając się bezwiednie, wędrują do Królestwa Bożego. Mamy być nie tylko sami dla siebie, ale dla innych, obok. 
 
Ja akurat wychodzę z założenia (co wielu ma za złe, ale cóż) że w relacjach rodzinnych – rodzice-dzieci itp. – powinna być wzajemność. Owszem – na start czyste konto, szacunek się należy starszym i wdzięczność, ale nie może być tak, że należy się on bezwarunkowo, bez względu na to, jaki taki rodzic jest, jak dziecko traktuje. Bezwarunkowa i zawsze musi być miłość. Na szacunek – także własnego dziecka – trzeba po prostu zasłużyć, niczym spektakularnym, ale jednak.
 
Jesteśmy bardzo rodzinni, i to jest dobre. Jezus próbuje nam jednak pokazać – rodzina człowieka wierzącego jest dalece większa, są nią wszyscy wierzący. Kiedy? Wtedy, gdy odstawiamy na bok egoizm i swoje zachcianki, a staramy się wsłuchać w ten cichy i dyskretny głos Boga Ojca, żeby prawidłowo odczytać Jego wolę. To jest sedno chrześcijaństwa – nie tyle sam chrzest i inne sakramenty (albo papierki z nimi związane), ale to, co się dzieje, co i jak robię dalej. Czy z tych obowiązków, jakie spoczywają na człowieku wierzącym, się wywiązuję, czy je olewam. Czy wiara jest dla mnie czymś żywym, co pielęgnuję i pracuję, aby wzrastała – czy przykrym obowiązkiem, albo nawet wstydliwym jakby piętnem, którym broń Boże się nie afiszuję przed ludźmi. Bez przesady, bądźmy rozsądni i racjonalni. 
Albo chcesz być człowiekiem Boga, człowiekiem Bożym i – jak ta Maryja, która czekała spokojnie na swojego Syna – wypełniać Jego wolę w sposób doskonały. Albo przejmujesz się kaprysami i modami ludzi, których po prostu nie stać najczęściej na szczere i wprost nazwanie ich postaw, bo łatwiej i wygodniej jest po prostu wyśmiewać to, na co sami nie potrafią się zdobyć, choć to kiedyś deklarowali.

Z ludzi wzięci, dla ludzi posłani

Pan Bóg ciekawie prowadzi po swoich drogach. Wczoraj, zupełnie przypadkiem, wpadłem w rodzinnej parafii na mszę wieczorną. Ot, załatwiałem pewną sprawę nieopodal, i – na dobieg – ale zdążyłem, rzutem na taśmę. Z uwagi na ilość zajęć dawno już nie miałem okazji być na Mszy w tygodniu – tym lepiej.
Patrzę – pełno księży. Co się okazało? Rocznica – dość komiczna liczba – święceń, no i się prawie cały rocznik zjechał (2 za granicą – jeden misjonarz, jeden ekskardynowany do diecezji niemieckiej). Mieszanka dość ciekawa. Najmłodszy prałat w diecezji, specjalista od walki z sektami, ojciec duchowny seminarium, duszpasterze młodzieży, hokeiści i kajakarze. Co ciekawe – jeden z nich, do tego parafianin nasz, świętujący tego dnia 50 urodziny (powiedzmy, mocno spóźnione powołanie). 

Ostatni powiedział bardzo fajne kazanie. Mówił o kapłaństwie, o wdzięczności za ten dar. Powiedział wprost, że rozumie, że ludzie czasami krzywo patrzą na księży, bo niektórzy z nich nie dają dobrego przykładu. Opowiadał o swoim dziecięcym zauroczeniu kapłanami – tym, że uważał ich za takich świętych, prawie nadludzi. A przecież kapłani to ludzi – z ludzi wzięci, dla ludzi posłani. Zwykli, słabi, grzeszni, upadający. Normalni, aż do bólu. Nie jacyś supermeni, z których święcenia zrobiły herosów. Ludzie, którzy dość wyjątkową drogą idą – jak my – ku Królestwu Bożemu, tylko że mają nieco inną rolę. Co ważne, nie tylko rola ta sprowadza się do nauczania – bo wiele znaczy sam przykład życia, być może nawet więcej niż słowa. 

Padły bardzo mądre słowa – że ludzie mają takich kapłanów, jak się o nich modlą. Bóg słucha – ale trzeba go poprosić. A że się często nie modlą – to jest, jak jest. Co ważne – kapłani nie są gdzieś oderwani od rzeczywistości, wiszący pomiędzy niebem a ziemią. Kościół to wspólnota i kapłaństwo sprowadza się do bycia w tej wspólnocie, stanowienia jej razem z wiernymi. Ujął to tak – jak ksiądz byłby sam, to co by robił? Sam do siebie gadał? Sam siebie spowiadał? No nie. To by było bez sensu. 
Czerwiec to czas, gdy Kościół w swoich diecezjach wzbogaca się o nowych diakonów i prezbiterów, którzy przyjmują święcenia. Warto szczególnie w tym czasie pamiętać o nich – tych nowych, i tych już od wielu lat wśród nas pracujących. Aby Bóg darzył ich zdrowiem, siłami, swoim światłem i radością z posługiwania. Aby owocnie przybliżali Boga ludziom i prowadzili ludzi do Boga.

Szukanie wspólnego mianownika

W czasie ostatniej wieczerzy Jezus podniósłszy oczy ku niebu, modlił się tymi słowami: Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie. (J 17,11b-19)
Jedność. Piękna rzeczywistość i prawda – a jednocześnie jak bardzo odległa. Można powiedzieć – problemu nie było, dopóki On sam być pomiędzy nimi. Spory zaczęły się właściwie już w kilka lat później – wystarczy wspomnieć spory pomiędzy Piotrem i nawróconym Szawłem vel Pawłem, czyli spór pomiędzy tym, czy chrześcijaństwo ma być skierowane tylko do Narodu Wybranego, czy do wszystkich ludzi, bez względu na pochodzenie, wyznanie. Można by powiedzieć – Paweł, co sam mówił wprost, Jezusa jako człowieka nigdy nie spotkał, zaś przez całe 3 lata chodzili z Nim ci, którzy stali po stronie Piotra. I co? I nic. Kościół ukształtował się taki, jaki znamy dzisiaj, uniwersalny, a nie jako sekta żydowska, właśnie dzięki natchnionemu uporowi Pawła właśnie. 
Później już było tylko gorzej. Setki herezji, mniejszych lub większych rozłamów, które apogeum osiągnęły pewnie w dwóch miejscach historii – 1054 roku, w momencie wzajemnych ekskomunik pomiędzy patriarchami Wschodu (Konstantynopol) i Zachodu (Rzym), i później zapoczątkowanej przez Lutra (niestety, nie bez racji były jego tezy) w 1517 roku reformacji. Dzisiaj, można powiedzieć, od ok 50 lat – czyli od Soboru Watykańskiego II – Kościół szuka jedności i działa w kierunku jej odzyskania, utrzymując stosunki z pozostałymi wspólnotami chrześcijańskimi, pracując nad tym, co pomiędzy wspólnotami łączy, a nie dzieli. Do odzyskania tej jedności jest jeszcze daleko, ale liczy się to, że wszystkie strony próbują ją osiągnąć. 
Tu nie chodzi o to, aby nagle wszyscy stworzyli jeden uniwersalny Kościół, bo to raczej jest niemożliwe. Chodzi o to, aby szukanie wspólnego mianownika było celem nadrzędnym, i aby tej jedności szukać nie tyle za wszelką cenę – ale aby te poszukiwania były spójne, ciągłe i uczciwe. Aby były w tej prawdzie właśnie, o której Jezus mówi. Bo tylko prawda może pomóc odnaleźć utraconą jedność.
Idźmy przez świat, pamiętając, że Prawda ma się w nas uświęcać. Prawda – nie jakiś chwilowy interes czy widzimisię.

Od pięknej bojaźni do pięknej obietnicy

Nowa praca (w sensie – stanowisko, bo firma ta sama), nowe obowiązki, a przy tym muszę do końca miesiąca ogarniać jednocześnie dotychczasowe. Dużo, naprawdę, szczególnie w kontekście mierzenia się z zupełnie nowymi zagadnieniami. Stąd poślizg był i przez kila dni nieregularne wpisy mogą być.
Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście. Rzekł do Niego Filip: Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy. Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie – wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. (J 14,1-12)
Ten tekst jest piękny przede wszystkim słowami, od których się zaczyna. Kto wierzy Bogu, u tego nie ma miejsca na strach i bojaźń. Bóg to wszystko zabrał, zamazał i tak naprawdę zniweczył na drzewie krzyża, i ostatecznie podeptał, odsuwając kamień, który stał na drodze zmartwychwstaniu Jego Syna. Wiara komplementarna – i w Boga Ojca, i w Syna Bożego (nie wspominając o Duchu Pocieszycielu). Serce ludzkie – nas, przecież tak pewnych siebie, dumnych, wierzących nade wszystko w siłę pieniądza i własne możliwości – bardzo łatwo i często poddaje się tej trwodze tak bardzo właśnie ludzkiej. Maska pewności siebie, buta i pycha – a pod tym strach człowieka, który by najchętniej uciekł gdzie przysłowiowy pieprz rośnie. Wielu tak żyje. Czemu? Bo jeszcze więcej osób taki styl bycia premiuje. Totalna iluzja i teatrzyk – wszyscy wiedzą, o co chodzi, ale udają, że się dają nabrać. Bo boją się tak samo. Bo nie chcą okazać słabości. 
Tym bardziej więc dla takich niedowiarków wydaje się być Jezusowe zaproszenie, propozycja. Do domu, gdzie zmieści się każdy. Do domu, dokąd może wejść każdy – według niektórych, poza tymi, którzy swoim sposobem bycia przekreślą sobie ten dostęp, skazując się na potępienie wieczne; według innych, do których stanowiska i ja się przyłączam, każdy, bez wyjątku, pytanie tylko, czy od razu po śmierci, czy odpokutowawszy swoje winy. Jezus mówi wręcz wprost – idzie tam, do tego domu, dla nas, aby nam przygotować miejsca, kiedy my tam dotrzemy. Wyprzedza nas i pokazuje – ta droga jest bezpieczna, sam ją już dla ciebie, mały człowieku, przeszedłem, umierając i zmartwychwstając, abyś ty mógł dzięki Mnie i we Mnie zmartwychwstać do życia, które nie będzie miało końca.
Tak, znamy drogę. Tamci, spośród których jeden – mój imiennik – wyskoczył z pytaniem o to, co to właściwie za droga, pewnie też, tylko jeszcze do nich ta prawda nie dotarła. Jezus był jeszcze z nimi – jakakolwiek perspektywa męki, śmierci a tym bardziej zwycięstwa nad tą ostatnią, choć Jezus o tym mówił i przygotowywał ich, nie mieściła się apostołom jeszcze w głowach. Potrzebna chyba była inna optyka, inna perspektywa – ujrzenie Jezusa jako tego, który żyje, ukrzyżowany, choć umarł. Wtedy zrozumieli – inni przed rzeczywistością pustego grobu, jeszcze inni w Emaus, czy podczas wspólnego łowienia ryb albo posiłku nad jeziorem. Znamy drogę – jeśli tylko znamy Jezusa. Nie jako postać historyczną, jeden z licznych biogramów w atlasie czy encyklopedii religijnej – ale jako Pana, Zbawiciela, Mesjasza, Boga z nami. Właściwa droga, jedyna prawda, wieczne życie.
Tak sobie myślę – ludzie i dzisiaj mają problemy ze zrozumieniem Trójcy Świętej – a co dopiero tamci, w większości prości rybacy i rzemieślnicy? Nic dziwnego, że pytali – jak Tomasz, jak Filip. Jezus prowadzi tam, dokąd człowieka chce doprowadzić Bóg; Bóg przez Jezusa prowadzi ludzi ku sobie. Warto, dla zobrazowania tej prawdy, zacytować przepiękną prefację o Trójcy Świętej (choć to nie uroczystość ku Jej czci):
Panie, Ojcze święty, wszechmogący, wieczny Boże. Ty z jednorodzonym Synem Twoim i Duchem Świętym jedynym jesteś Bogiem, jedynym jesteś Panem; nie przez jedność osoby, lecz przez to, że Trójca ma jedną naturę. W cokolwiek bowiem dzięki Twemu objawieniu wierzymy o Twojej chwale, to samo bez żadnej różnicy myślimy o Twoim Synu i o Duchu Świętym. Tak, iż wyznając prawdziwe i wiekuiste Bóstwo wielbimy odrębność Osób, Jedność w istocie i równość w majestacie.
Jedna natura, choć trzy Osoby boskie – odrębne w swojej postaci, choć tożsame w istocie. Mówi i naucza Jezus, Syn – a działa wszechmogący Bóg Ojciec. Trudne to może się wydawać, ale przecież to podstawa wiary Kościoła. Nic, co by umysł ludzki był w stanie zgłębić czy poznać w całości – ale prawda, którą Bóg objawia i pozwala rozumieć tym, którzy jej zrozumienia pragną i szukają szczerze. Jak ktoś ma problem – świetnym obrazkiem jest tutaj Trójca Święta Rublowa. A jeśli ktoś ma problem mimo tego – Jezus sam zostawia wskazówkę. Przypatrz się temu, co Ten Człowiek uczynił, ile dokonał. Uwierz w Jego dzieła – których zwykły człowiek nigdy by nie dokonał. Można próbować to sobie jakoś wytłumaczyć, uzasadnić i rozgryzać – serce podpowiada, że tu ludzkie kalkulacje i obliczenia to za mało. Trzeba uwierzyć – nic innego w takiej sytuacji po prostu nie ma sensu, wszystko inne będzie stratą czasu. 

No i na końcu ta piękna obietnica – o której dzisiaj możemy powiedzieć, że się ziściła i ziszcza cały czas. Dzieli nas przeszło 2000 lat od czasu, gdy Jezus wypowiadał te słowa, wędrując po Ziemi Świętej, i można z pełnym przekonaniem powiedzieć – miał rację. Ci, którzy po Nim i w Jego imię przyszli, działali rzeczy po prostu cudowne, a z pewnością dla wielu (także w świetle dzisiejszego stanu wiedzy i nauki) niewytłumaczalne. Bo zaufali Bogu. Bo wiedzieli, że On nigdy nikogo nie zawiódł, jeśli ktoś szczerze się do Niego zwracał. Jezus poszedł do Ojca, aby jeszcze bardziej tam właśnie wstawiać się za nami. Pozostawił Kościół tutaj i jakby zachęca – wypróbuj Mnie, proś, módl się. Daj mi szansę, abyś na własnej skórze przekonał się, że dla Mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Niech się nie trwoży serce wasze.
>>>

Mała prośba, z innej beczki. Tak wyszło, że jutro mam urodziny. Za modlitwę – nic konkretnego, o siły po prostu, wdzięczny będę. Bo sporo tego wszystkiego mam na głowie.

Napełnieni paszą z dobrego źródła

Miało być już coś w piątek – ale Blogger się zbiesił i nie działał na pewno środa-piątek. A z kolei – później ja nie miałem czasu. 

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec. Temu otwiera odźwierny, a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych. Tę przypowieść opowiedział im Jezus, lecz oni nie pojęli znaczenia tego, co im mówił. Powtórnie więc powiedział do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ja jestem bramą owiec. Wszyscy, którzy przyszli przede Mną, są złodziejami i rozbójnikami, a nie posłuchały ich owce. Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę. Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości. (J 10,1-10)
Heh, znowu to, o czym niedawno pisałem – Jezus jako Pasterz, o którym x R. mówił na chrzcie naszego Dominika niespełna 2 tygodnie temu 🙂 
Jezus nie owija w bawełnę. Zaczyna od razu od zestawienie – pasterz dobry a zły, co więcej, używa bardzo dobitnych sformułowań i określeń: złodziej i rozbójnik. Kontekst? Wydaje się dość oczywisty – faryzeusze, którzy – odpowiedzialni za powierzonych im Żydów – prowadzili ich na manowce, gorszyli swoim postępowaniem, a do tego nakładali niezrozumiałe obowiązki, dokonując nadinterpretacji przepisów żydowskiego prawa. Te słowa trzeba jednak rozumieć szerzej – także w kontekście Kościoła dzisiaj. Owszem, w największym uproszczeniu pasterze to ci, którzy są szczególnie powołani do opieki nad duszami – czyli duszpasterze – ale nie tylko. Każdy z nas jest za tę wspólnotę odpowiedzialny, powinien dawać w niej świadectwo – a tym samym, świadczyć o Kościele wobec innych Jego członków, a także tych, którzy są poza Nim. To jest taka nasza – każdego z nas – odpowiedzialność za owce, które są wokół nas, i za tych wszystkich, którzy są poza owczarnią. Nikt z nas doskonałym nie jest, ale nie zwalnia to z obowiązku i odpowiedzialności za siebie nawzajem. Nie jesteśmy chrześcijanami i wierzącymi sami dla siebie – ale dla innych, tak między nimi, jak i niewierzącymi. A to zobowiązuje. 
Jak być dobrym pasterzem? Jak On, najlepszy i jedyny Dobry Pasterz, wzór – Jezus Chrystus. On nie musi nic wymuszać, wdzierać się, napadać – Jemu odźwierny sam otwiera drzwi owczarni, do Niego biegną i lgną owce, On jeden prowadzi je tam, gdzie potrzeba, właściwymi drogami, na żyzne pastwiska. Nikt drugim Jezusem nie będzie, ale pasterskie posługiwanie – czy to duszpasterzy, czy nas, świeckich, pamiętających że jesteśmy wzorami dla innych – ma sens tylko wtedy, gdy zakorzenione będzie w tym Jezusowym pasterzowaniu, z jego pasterzowania będzie czerpało i do niego nawiązywało. Każdy jest odpowiedzialny inaczej, za kogoś innego, inną grupę, i każdy dla kogoś innego ma być, stawać się autorytetem. Jak to wychodzi w praktyce?
Bardzo ciekawe jest to, jak Jezus nazywa siebie – brama. Z czym się kojarzy? Z wejściem, z początkiem, z wstępowaniem do czegoś, miasto, twierdza, co bezpieczne, solidne, wypróbowane. Do jakiejś oazy, gdzie człowiek może odpocząć. Jezus zaprasza do siebie, abyśmy przez bramę, jaką On sam jest, weszli do Kościoła, odnaleźli Boga, i tym sposobem osiągnęli zbawienie. Co ważne – to nie jest jedna z iluś tam alternatywnych, równoważnych dróg do wyboru. To jest ta prawdziwa, najlepsza. Można by dodać – nie ta wspaniała, wielka, ozdobna i rzucająca się w oczy brama – ale skromniejsza, mniej może zachęcająca i wyniosła, ale prowadząca tam, gdzie nawet podświadomie człowiek chce dotrzeć. Do domu, domu Boga Ojca. 
Mnie zaciekawiło także to zdanie – Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę. Czyli to działa w obie strony. Kościół daje nam tę duchową strawę, paszę, która uzdalnia nas do tego, aby z Kościoła iść do świata, powołani aby innych sprowadzać z manowców życia do Niego, do Boga, do Kościoła. Idziemy nie inaczej, tylko po prostu napełnieni Bogiem. Zatem ta Boża brama to z jednej strony obietnica w perspektywie wieczności, życia po życiu – z drugiej zaś strony, posiłek, który umacnia na to wszystko, co czeka człowieka, zanim do bram wieczności zapuka. To jest to życie, o którym mówi Dobry Pasterz – życie, której daje, i którego każdemu pragnie ofiarować w obfitości. 
Zastanawiające jest to, co ewangelista miał na myśli, mówiąc, że oni nie pojęli znaczenia tego, co im mówił. Choć tego typu wypowiedzi można, w różnych miejscach ewangelii, znaleźć nie raz – powiedziane wprost, albo inaczej jednoznacznie: niestety, ci, którzy szli za Jezusem, nawet Apostołowie, nie zawsze rozumieli prawdziwy sens tego, co mówił. Bogiem a prawdą – najczęściej nic nie rozumieli, bo próbowali po ludzku rozumować (najlepszy przykład – jak opornie szło im ze zmartwychwstaniem, nawet gdy się już dokonało, a wcześniej ile przecież Jezus o nim mówił). Może dlatego nic nie rozumieli, bo Jezus ich do pasterzowania jeszcze wprost nie posłał? Piotr Paś owce moje usłyszy dopiero później, po zmartwychwstaniu, gdy jakby ponownie przyzna się do Jezusa po wielkoczwartkowym potrójnym zaparciu. Dlaczego? Może dlatego, że dopiero kiedy zrozumiał, że sam jest niesiony przez Jezusa, stał się zdolny nieść innych. Nikt nie stanie się pasterzem dla innych, zanim sam nie doświadczy bycia owcą prowadzoną przez Jezusa.  

Sandały i jedna suknia – między teorią a praktyką

Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien. I mówił do nich: Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali. (Mk 6,7-13)
To, co dzisiaj napiszę, może zabrzmi nieco jak takie gorzkie żale pod adresem stylu kapłaństwa, jaki często można dzisiaj zaobserwować, ale trudno. 
Ewangelista już na samym początku podkreśla wielkość władzy, jaką Jezus składa w dłonie Apostołów, a więc tych protoplastów biskupów i tych, których oni, jako swoich pomocników, rozsyłają po świecie – właśnie prezbiterów i diakonów. Wtedy ich realnym przejawem było to, że posłuszne pierwszym posłanym były złe duchy, które mieli moc wypędzać z opętanych (jak to czynią dzisiaj egzorcyści – nie bez powodu kapłani nie tylko gruntownie wykształceni specjalistycznie, ale przede wszystkim o znanej i głębokiej pobożności, którzy będą w stanie stawić czoła Złemu osobowo działającemu w danej osobie). Już tutaj jest mowa także o namaszczeniu chorych – jednym z siedmiu sakramentów Kościoła, jaki i dzisiaj przyjmują ludzie cierpiący na poważne choroby, w zagrożeniu śmiercią.
Na tym misja kapłanów się nie kończy – to tylko, patrząc na dzisiejsze zadania stojące przed kapłanami, jej pewna część. Podstawa i sprawa najważniejsza – sprawowanie Eucharystii, sprowadzanie Boga do człowieka, gdy chleb i wino stają się Ciałem i Krwią naszego Pana Jezusa Chrystusa. Nie – ot, tak sobie – ale po to, aby tym Ciałem karmić samych siebie i wszystkich wierzących, którzy do ołtarza przychodzą, aby z tego Ciała czerpać siłę. Nie tylko Eucharystia – ale i pozostałe sakramenty, które prowadzą człowieka przez życie z Bogiem, od jego początku do samego końca – a więc chrzest, bierzmowanie jako dojrzałość chrześcijańska, małżeństwo lub droga powołania w służbie kapłańskiej. Szczególna – posługa konfesjonału, sakrament pokuty i pojednania – kolejny najbardziej spektakularny aspekt tego, co zostało w kapłańskie dłonie złożone. Człowiek, sam w sobie grzeszny, ale posłany przez Boga, by Jego mocą i w Jego imieniu odpuszczał, rozgrzeszał i dawał nadzieję, że Miłosierny Ojciec zawsze czeka na swoich marnotrawnych synów, nawet gdy powracają raz po raz, a później i tak najczęściej znowu zgrzeszą. Głoszenie Słowa Boże – czy to z ambony, tłumaczenie i wyjaśniania Pisma Świętego, jak i katechizacja (nie tylko dzieci i młodzieży) w szkołach, ale także poza nimi, nie ograniczająca się do wymogów nauczania szkolnego czy katechezy sakramentalnej (przed I komunią, bierzmowaniem czy małżeństwem). 

Co jeszcze rzuca się w oczy w tym tekście? Upór, konsekwencja i zdecydowanie, jakie Jezus nakazuje uczniom. Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Nie można się poddawać, nie można załamywać rąk i ustępować. Kapłan jest w całości posłany do posługi, i nie może się zrażać niepowodzeniami. Ludzie Boga szukają, a nawet gdy sami to słowami negują – potrzebują Go. Czasami po prostu tego nie rozumieją – czy to przez własną zatwardziałość, poglądy wyniesione ze środowiska domowego (nigdy potem nie poddane weryfikacji), albo przez życiowe tragedie, jakie stały się ich udziałem, gdy w rozpaczy obarczyli winą za nie – kogo? Boga, bo najłatwiej. Czasami misja kapłana sprowadzać się może tylko do tego, aby człowieka z takiego błędu wyprowadzić. Bo do pewnych rzeczy człowiek dojść musi sam, nie można go poprowadzić do wszystkiego za rękę – ale można mu wskazać drogę. 
Żeby dobrze zrozumieć to, co Jezus mówi o strząsaniu prochu z nóg na świadectwo dla nich – bynajmniej nie o żadne złorzeczenie, wygrażanie Bożym gniewem czy potępianie chodzi. Owszem, błędne teorie, zwodnicze doktryny należy nazywać tak po imieniu i wskazywać, jakie Kościół wiąże konsekwencje dla duszy człowieka w wypadku trwania przy nich. Świadectwem jednak, o które tu chodzi, ma być postawa, całość tego, jakim kapłan jest człowiekiem. Świadectwem, które dojdzie do odbiorców o zatwardziałych i zamkniętych sercach nawet o wiele później – ale dotrze do celu, popchnie do zastanowienia się nad sobą, nad swoimi poglądami i postawami. 
Od czego trzeba zacząć? Nie od osądzania – ale od nawrócenia. To jest cel, jaki Bóg codziennie stawia przed każdym człowiekiem – może przed kapłanami w pewnym sensie szczególnie. Nawrócenie to nie tyle moment, o którym czasami mówi się w kontekście historii nawróceń – ale proces, który z pewnością ma jakiś początek, punkt zwrotny, i to ten punkt w biografiach nazywany jest najczęściej nawróceniem. Ale to dopiero start – a meta? Tylko Bóg wie. Ważne jest, aby dobiec do niej, a nie zrezygnować po drodze z tego ciągłego nawracania. Ważne dla ludzi, których kapłani wzywają do nawrócenia – jak to wygląda, gdy taki kapłan mówi jedno, a po wyjściu z kościoła robi coś, co stoi w jaskrawej sprzeczności z tym, o czym przed chwilą mówił? Ludzie to widzą. To bije w autentyczność, pal sześć, danej osoby księdza – ale przede wszystkim podważa zaufanie do Kościoła. 
Postawa i podejście, to złe, duchownych do ich obowiązków, traktowanie ich jako pracy od do, niechęć do podjęcia się czegokolwiek ponad to, co konieczne – znamy to. Kto nie zna – niech się cieszy, że ma lepiej. Bardzo częsty problem – życie ponad stan. Nieustanne utyskiwanie, także z ambony (i bardzo często nie w tylko w ramach ogłoszeń parafialnych), na brak środków na różne dziwne, mniej lub bardziej słuszne inwestycje – podczas gdy sam proszący o pieniądze żyje w warunkach, o jakich większość parafian może tylko marzyć, jeździ nowym samochodem bynajmniej nie w wersji standard, ubrania markowe widać z daleka. Owszem – zawsze zgadzałem się i popieram, że ksiądz powinien samochód mieć – bo jak inaczej np. zdążyć na czas do chorego w środku nocy, gdy parafia rozległa? To co innego – mieć zapewnione to, co potrzebne do posługi, a obrastanie w rzeczy zbędne i zbyteczne, przejawy luksusu. Nic dziwnego, że tyle się trąbiło o maybachach czy mercedesach pewnych duchownych – większość ludzi może o tym pomarzyć. Czy to potrzebne? Czy tych pieniędzy nie mogli wydać sensowniej, na równie dobrze jeżdżący tańszy samochód – różnicę przeznaczając na jakiś zbożny cel? I jak to się ma do Jezusowych słów: idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien? Ubóstwo to jedno i nie każdy kapłan musi chcieć czy musieć je praktykować – natomiast każda przesada przesadą pozostaje. Prostota, to co potrzebne i konieczne – i tyle. Jak jest więcej? Rozdać tym, którzy potrzebują bardziej – zawsze się znajdą. 
Tak, jestem w pewnym sensie antyklerykałem. Ale wydaje mi się, że jest to zrozumiałe i wręcz konieczne. Znam zresztą wielu księży, którzy również nimi są. Księży naprawdę wartościowych, prawdziwie zaangażowanych w to, co robią, w pracę dla ludzi do których są posłani, nie ograniczających się do koniecznego minimum wysiłku, ale wykazujących inicjatywę. Świeccy to widzą, i do takich się garną. Ksiądz to nie urzędnik czy poborca daniny z tytułu tego, że się do Kościoła należy (co tydzień na tacę, raz w roku koperta na kolędzie), choć wielu taki styl kapłaństwa prezentuje. Trzeba wyjść do ludzi, otworzyć dla nich plebanie, a nie uciekać, przemykać pomiędzy zakrystią a plebanią, żeby nikt nie zaczepił, zagadał, zaproponował coś, co wymaga wysiłku. 
Księża nie są ani lepsi ani gorsi od nas. Są tacy sami jak my, bo przecież z nas wzięci. Ale spoczywa na ich barkach ogromne zadanie i to, jacy są, co sobą prezentują, ma o wiele szerszy wpływ na innych niż w wypadku tego, co robią świeccy. Co więcej – świeccy wiele chcą zrobić, ale bardzo często księżom się nie chce, czy celowo ukręcają łby pomysłom, które wymagały by kreatywności i zrobienia czegoś. Bo co ci świeccy wiedzą, co oni się tam znają. Znają się, i to na wielu sprawach o wiele lepiej niż duchowni. Dlatego powinny działać (a nie istnieć na papierku i milcząco aprobować wszystkie decyzje proboszcza/biskupa) rady parafialne czy specjalistyczne ciała doradcze na szczeblu diecezji. Dlatego finanse – parafii, diecezji – powinny być jawne i zajmować się powinni nimi także świeccy.Dlatego pomysły świeckich powinny być zawsze brane pod uwagę – i jeśli odrzucane, to z wyjaśnieniem przyczyn poprzedzonych chłodną i dokładną analizą powodów takiej decyzji. Świeccy nie są po to, żeby nimi sterować i dyrygować, jak to wielu księży chyba nadal uważa, nie ograniczają się do wykonywania woli proboszczów i przyklaskiwania wszystkim, najdziwniejszym nawet, ich pomysłom – nie są przedmiotem, a podmiotem w Kościele. Mają swój rozum i pomysły bardzo często o wiele lepsze (bo w ogóle je mają) niż księża. Oczywiście, zawsze można powiedzieć nie da się – ale jest to uzasadnione, o ile się wcześniej po prostu spróbuje, i nie wyjdzie; a nie z założenia, od razu, bez kiwnięcia palcem.
Komu wiele dano, od tego wiele wymagać będą. Jak sobie to uświadamiam – to zaczynam się za nich modlić, wszystkich. A przede wszystkim tych, którzy tej modlitwy naprawdę potrzebują, bo z ich kapłaństwa więcej jest powodów do zgorszenia i niesmaku, niż pożytku. I podkreślam – nie jest to opinia o wszystkich duchownych. Ja na szczęście trafiłem w życiu tylko na nielicznych takich, przy zdecydowanej większości kapłanów naprawdę Kościołowi i ludziom oddanych. Ale są tacy, którzy od Kościoła i z Kościoła uciekają przez takie a nie inne doświadczenia dziwnego, a często niczym nieuzasadnionego potraktowania przez tego czy innego księdza. Dlatego postawa, sposób i styl życia kapłanów jest problemem – nawet, jeśli przyjąć, że jest to problem mniejszości. Wystarczy zestawić cele i zadania, formę – o jakich mówi choćby w tym tekście u góry Jezus – z tym, co widać. I wyciągać wnioski.

To, czego ja chcę – a to, co daje Bóg. Konfrontacja i punkt odniesienia

Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. (Mt 11,2-11)

Bardzo ciekawa sytuacja, nie sądzisz? Pokazuje, że Jan Chrzciciel jest człowiekiem, jak każdy inny, i ma wątpliwości. Widział i chciał bardzo dostrzec to, co Bóg mówił do ludzi – w tym do niego – przez tego niesamowitego człowieka, za którym coraz więcej ludzi szło, który uzdrawiał, czynił cuda, i tak pięknie, choć wymagająco, nauczał o Bogu zupełnie inaczej niż inni, akcentując miłość i miłosierdzie jako przymioty Stwórcy, ale też to, co powinno cechować ludzi w relacjach między nimi samymi.  
Jan co do jednego był pewny – i słusznie. Jego misja nie służyła samej sobie. Sam o sobie mówił głos wołającego na pustyni. Nie on był istotny – ale to, jak wszystkich miał przygotować na przyjście Tego, który miał nadejść po nim samym. Teraz, gdy grunt umykał mu spod nóg, gdy trafił do więzienia i słusznie spodziewał się tego, co miało niebawem nastąpić (jego śmierć), wiedział, że jest odpowiedzialny za tych, którzy za nim poszli. Odkrył jakby karty – zapytał tego, którego dotyczyły jego wątpliwości: czy ty jesteś Tym, którego wyczekujemy? Być może obawiał się nieco, co zrobią idący za nim ludzie, gdyby jego zabrakło – w końcu był w pewnym momencie sam bardziej znany i rozpoznawalny niż Jezus, a do tego, gdy wszyscy dowiedzieli się, że jego – Jana – zamknięto w więzieniu, to zakładając, że Jezus jest Mesjaszem, jak wyjaśnić brak Jego reakcji na uwięzienie przecież Jego proroka (nie mówiąc, że krewnego)? Musiał się dowiedzieć, aby jednoznacznie wskazać drogę tym, którzy szli za nim. 
No właśnie. Czemu Jezus nic nie zrobił? W końcu, po ludzku rzecz biorąc, tak właśnie powinien postąpić – conajmniej upomnieć się o niesprawiedliwie uwięzionego, a w opinii osób bardziej radykalnych – doprowadzić może i do powstania? Bardzo by to pasowało do idei Mesjasza – wyzwoliciela dosłownie narodu żydowskiego, który rozpocząłby i doprowadził skutecznie do końca walkę o niepodległość Izraela. Nie, Jan w żadnym wypadku nie był Zbawicielowi obojętny – stąd słowa Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Ale już w następnych słowach wskazuje – największy z ludzi jest karzełkiem w porównaniu z najmniejszym zbawionym. Rolą Jana w Bożych planach było, niestety, dać się zabić – jako świadectwo tego, co może czekać na tych, którzy pójdą za Mesjaszem. Niewdzięczna rola – ale przyjął ją z godnością i wiarą, wiedząc, Komu zaufał. Władza ziemska mogła go tylko skrócić o głowę, odebrać ziemskie życie – on miał obiecane o wiele więcej. 
Bo Jezus dąży w pewnym sensie do konfrontacji – tego, co my sobie o Nim wyobrażamy, z tym jaki On jest naprawdę. Stajemy przed Bogiem, modlimy się, prosimy i dziękujemy – ale to wszystko w ramach jakiegoś swojego wyobrażenia osoby Boga. Co Jezus odpowiedział uczniom Jana? Piłatowi w Wielki Piątek na pytanie czy Ty jesteś Mesjaszem? odpowie tak, Ja nim jestem. Dzisiaj jednak nie mówi o sobie – tak, to ja. Wskazuje na swoje czyny, na przejawy łaski Bożej przez Niego działającej – pozostawiając posłańcom, samemu Janowi i każdemu innemu samodzielne wyciągnięcie wniosku. Czy zwykły człowiek tyle może uczynić? To pięknie pokazuje – droga wiary, czy to będąc na jej początku, czy krocząc nią wiele lat, zawsze może zaprowadzić do wątpliwości, kryzysu, depresji. Tak się zdarza, takie bywają okoliczności – Jan zresztą miał pretekst, jego przyszłość nie rysowała się zbyt kolorowo. Ale nie załamał się – zwrócił się do źródła, bezpośrednio, zapytał Boga nawet o Niego samego. W trudnej, dramatycznej wręcz okoliczności dalej szukał, pytał, zastanawiał się. I uzyskał odpowiedź, która nadała sens temu wszystkiemu, co go dotknęło, i co miało go niebawem spotkać. 
Mamy prawo do własnych wyobrażeń, wizji, odbioru spraw i sytuacji. One w pewnym sensie są częściami składowymi naszej indywidualności, tego kim jesteśmy, wyjątkowości tak bardzo w nas ukochanej przez Boga. Ten tekst dzisiaj znowu pokazuje – Bóg nie traktuje nas jak bezmyślnej masy, nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Pyta przez swojego Syna wprost – Coście wyszli oglądać na pustyni? Coście wyszli zobaczyć? Słowa o trzcinie nawiązują do proroctwa Izajasza, że obiecany Mesjasz, gdy nadejdzie, nie złamie trzciny nadłamanej (Iz 42, 3). Trzcina, jak sobie rosła przed Jego przyjściem, tak samo będzie rosła i kołysała się na wietrze, gdy On przyjdzie. Ludzie w miękkich szatach? Symbol dobrobytu, przepychu, nawet zbytku – ale Mesjasz nie musi być i nie będzie władcą w ludzkim rozumieniu, żyjącym w pałacu, opływającym w bogactwo i ubierającym się w takie miękkie szaty. Nie takie jest Jego królestwo i królowanie. 
Te słowa, które Jezus wypowiedział, stanowią jakby kontynuację Jego odpowiedzi na pytanie, podane przez uczniów Jana (którzy już wówczas odeszli, jak podał ewangelista), przez samego Jana – czy On jest Mesjaszem? Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Proste jak drut. Jan (co sam Jan wiedział) miał wskazać ludziom Zbawiciela, i z pomocą i pod natchnieniem Ducha Świętego wskazał nad Jordanem Jezusa. Owszem, zwątpił chwilowo, w tych okolicznościach – ale swojego wskazania nigdy nie odwołał. A teraz – Ten, na którego wskazał, sam potwierdza trafność słów Jana. Spójność, konsekwencja. 
Możemy – porządni, spełniający uczynki miłosierdzia, modlący się, wspierający potrzebujących, uczciwi – znaleźć się także sami w momencie podobnym do tego, w jakim wtedy był Jan. I nie ma znaczenia, czy – jak dla Jana – będzie to koniec. Ważne jest to, czy nasza wiara wytrzyma taką noc duszy. Bóg nie ogranicza albo nie odbiera nam prawa do wątpliwości – ale pragnie, abyśmy przez takie próby przeszli zwycięsko. Aby błogosławieństwo obiecane tym, którzy nie zwątpili, mogło się stać także naszym udziałem. Trzeba w takich momentach zwrócić się do źródła, szukać odpowiedzi nie u szarlatanów i naciągaczy – ale Jednego, który zna odpowiedź na każde pytanie. Zawsze wracać do Boga, do modlitwy, do Kościoła. 
Teraz, w Adwencie, oczekujemy narodzenia Pana, przyjścia Zbawiciela. Warto czasami zadać samemu sobie pytanie i spróbować odpowiedzieć na to pytanie, które stawia sam Bóg. Czego szukasz? Czego potrzebujesz? Czego ci brakuje? I udzieliwszy odpowiedzi – zestawić to z tym, co proponuje Bóg, co On wskazuje jako to, co ważne, istotne, wartościowe, potrzebne. Aż wreszcie – nie wahać się odrzucić tego, co z Bożą hierarchią wartości stoi w sprzeczności. Dopiero wtedy można mówić o zwycięstwie, prawdziwej gaudete – radości – jaką przedstawia nam dzisiaj Kościół.
W tym kontekście warto zadać sobie samemu pytanie – czego szukasz w Kościele? Czym Kościół jest dla ciebie, czym powinien być? I co robisz, aby Kościół choć trochę zaczął przypominać ten twój, wymarzony? Jako mała pomoc – można poczytać, o jakim Kościele marzą pewne osoby publiczne. Te myśli napawają optymizmem. 
W tym kontekście – ciekawy motyw z dzisiejszego, rekolekcyjnego kazania. Przychodzi człowiek do osoby mocno uduchowionej, i zwierza się z problemu – trudności ze skupieniem podczas modlitwie; stara się modlić – a myśli uciekają do studiów, pracy, sympatii… Usłyszał odpowiedź od owego duchownego: Ja, jak stoję, to stoję; jak idę, to idę; jak biegnę – to biegnę. Ty – jak stoisz, to już idziesz; jak idziesz, to już biegniesz. Wniosek? Za bardzo się spieszymy – będąc tu, myślami wybiegamy już tam, do przodu – w efekcie to tu jest niedbałe, rozproszone. Czy chodzi o modlitwę, czy chodzi o cokolwiek innego – problem ze skupieniem zawsze jest problemem. A na wszystko trzeba umieć znaleźć i wygospodarować czas i przestrzeń. Owszem, podzielność uwagi to podobno zaleta – ale pewnych czynności efektywnie połączyć się nie da. 
>>>
Wczoraj zmarł najwybitniejszy polski specjalista z zakresu prawa kanonicznego – x infułat prof. Remigiusz Sobański. 80 lat to piękny wiek, a jego życie było z pewnością spełnione, pozostawił po sobie wielki dorobek myśli prawniczej. A jeszcze niedawno publikował co tydzień felietony w GN…
Jedynie o 5 lat przeżył go p. Edward – żaden profesor, infułat, prosty świecki człowiek, który od zawsze (do momentu pojawienia się nowego ordynariusza, dla którego był za stary…) był zakrystianinem w mojej rodzinnej parafii, który odszedł także w kończącym się tygodniu. Nigdy się nie skarżył, dla każdego miał dobre słowo, zawsze onieśmielony gdy mu się bezinteresownie pomogło. Od zawsze posługujący w parafii za darmo – a przez wiele lat był jedynym kościelnym. Naprawdę Boży człowiek. Chciałbym, żeby kiedyś ktoś o mnie pomyślał choć trochę tak dobrze, jak dobrze ja mogę pomyśleć dzisiaj o nim.

>>>

Adwentowo – o tym, gdzie teraz się znajdujesz, gdzie tak naprawdę oczekujesz na Pana – w wieczerniku, czy może w knajpie? Rozważają x Artur Stopka i Afro