My jesteśmy trzej, Ty jesteś Trzej

Jezus powiedział swoim uczniom: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz [jeszcze] znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi. (J 16,12-15)

Nie dalej jak tydzień temu pisałem tutaj, że Duch Święty jest tajemnicą – a tak naprawdę wychodzi to i ujawnia się jeszcze bardziej właśnie dzisiaj, czyli w dzień nie tylko Jednej z Osób Trójcy, ale całej Trójcy właśnie. Jak to mówią słowa poświęconej Trójcy – i pewnie w większości kościołów dzisiaj odmawianej prefacji – „wyznając prawdziwe i wiekuiste Bóstwo * wielbimy odrębność Osób, * Jedność w istocie i równość w majestacie„. Czyli że co? Może to, że Trójca jest taką koniczynką – nie czterolistną, wystarczy z trzema listkami – która tak naprawdę jest jedną rośliną, wyrastającą z jednej łodygi?

Czytaj dalej →

Dywagowanie

To może zabrzmi trochę jak herezja, ale jednak…
Wydaje mi się, a może nawet jestem pewien – nie da się zgłębić prawdy o Trójcy Świętej. Próba ogarnięcia Boga – a Trójca to przecież Jego natura, ta sama rzeczywistość – to, jak powiedział bodajże Augustyn, mniej więcej tak nierealne założenie, jak próba przelania wody z morza do dołka wykopanego przez dziecko. I to się nie uda, i tamto. Co nie zmienia faktu, iż pewnie jest sporo mądrych głów – teologów – którzy tę materię zgłębiają przez całe życie, piszą mądre traktaty, wykładają, dyskutują, spierają się. 
A Bogu to chyba nijak nie jest potrzebne. 
Jemu nie zależy na rozkładaniu Jego samego na części pierwsze, dywagowaniu. On po prostu jest i wyciąga rękę, zawsze ten sam i tak samo kochający. Trójca Święta to taka rzeczywistość, która z każdej strony człowieka przerasta – a jednocześnie pozwala człowiekowi urosnąć nie wtedy, kiedy ją zrozumie (bo nie ma jak), ale wtedy, kiedy w tę Trójcę uwierzy i Jej właśnie zawierzy. Dlatego, zamiast się zastanawiać nad tym, co niezgłębialne, może lepiej i sensowniej po prostu pomodlić się – czy to do Boga Ojca, Syna Bożego czy Ducha Świętego. Za siebie (żaden to egoizm), za najbliższych, za tego który doprowadza do przysłowiowej szewskiej pasji w szkole, na uczelni, w pracy, a nawet za jakąś przypadkową osobę; poprosić czy podziękować. Ale chcieć Bogu podarować to swoje życie, tę codzienność – i powiedzieć Mu, że On jest tak ważny, bez względu na to jak by tę Trójcę nie opisywać, że chcę, aby On moją rzeczywistość swoją Bożą rzeczywistością przenikał i napełniał, nadając mojemu życiu sens i błogosławiąc mi. 
Bóg w Trójcy Świętej to nie taki trójkącik z okiem, albo dziwaczna rodzinka w osobach staruszka z brodą, młodszego z brodą i jakiegoś (o co chodzi?) gołębia między nimi. Ten Bóg to miłość bez końca, która zawsze tak samo wychodzi do człowieka, kocha bezwarunkowo, bez względu na wszystko, z całym moim bagażem grzechów i syfu wokół mnie, mojego nieuporządkowania i zachcianek. I może najlepszym sposobem na to, aby na tę Jego miłość odpowiedzieć – jest miłować, tak szczerze i autentycznie? Nie zawsze lubić, ale miłować – tak jak to mówi Ewangelia o Bogu, który umiłował świat: On nas, a my to umiłowanie mamy ponieść dalej, i dzieląc się nim, tę miłość pomnażać. 
Bóg, który w szaleństwie miłości ofiarował za człowieka swojego Syna, i pozwolił, aby ludzie Go zabili, zaprasza dzisiaj do zanurzenia się w tej miłości. To wystarczy. Tam Go poznamy. 

Boże upodobanie

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. (Mt 11,25-30)
Sam Jezus wskazuje w tych słowach na bardzo ważną prawdę, którą – tak samo, jak jest ważna – tak samo często zapominamy i pomijamy. Boże upodobanie – rzeczywistość, której najczęściej nie rozumiemy, która do nas nie dociera i pozostaje niewyjaśniona. Boże upodobanie, które – choć czasami tak niezrozumiałe – nadal jest i będzie wyrazem największej troski Boga Ojca o Jego stworzenie, czyli każdego z nas, mnie i ciebie. Tu nie ma znaczenia, czy nam się to w głowie mieści, czy rozumiemy, czy On się kieruje w danej sytuacji (żadne zbiegi okoliczności – nie ma czegoś takiego!), czy po prostu zgrzytamy zębami, bo kombinowaliśmy w inną stronę, i nie wyszło. Sam Syn Boży dziękuje Bogu Ojcu i sławi Go za to, jak sobie upodobał. Za to, że Boże upodobanie zostało zrealizowane. 
Poza tym, że cały ten tekst jest kolejnym dowodem na istnienie, na dialog pomiędzy poszczególnymi Osobami Trójcy Świętej, Jezus po raz kolejny uwiarygadnia się w oczach ludzkich. Nie jest żadnym samozwańczym prorokiem czy pseudo-mesjaszem. Wszystko, co głosi ludziom, głosi w imieniu Ojca. Wszystkie cuda, jakich dokonuje – dokonuje mocą z wysoka, otrzymaną od Ojca. To nie Jezusowe widzimisię, a wypełnianie konkretnego planu Boga Ojca. Co więcej, wskazuje, iż nie można czcić czy uznać poszczególnych, wybiórczo, Osób Trójcy. Poznanie Boga to poznanie i Ojca, i Syna, i Ducha. Każdy z nich prowadzi do pozostałych. 
Piękna i radosna obietnica zostaje wypowiedziana dalej. Przyjdźcie do Mnie wszyscy. Coś jeszcze w zakresie tego, dla kogo jest Kościół, do kogo kierowana jest Ewangelia, Dobra Nowina? Pewnie pisałem to już milion razy, ale napiszę raz jeszcze. Zbawienie jest dla każdego, i dary Ducha Świętego udzielane przez Kościół tak samo. Jeśli ktoś tego nie chce – Bóg kocha tak bardzo, że pozwala się od siebie odwrócić. Ale to nie żadna zła wola Boga czy Jego mściwość – tylko wolna wola i, tak naprawdę, głupota człowieka. Nic dziwnego jednak, że pusta frustracja ogarnia ludzi, którzy szukają na własną rękę, po czym znajdują nic, albo samo zło. Trudno. Takie doświadczenie czasami jest potrzebne, choćby po to, aby taka osoba zrozumiała, że błądzi, i w ten sposób odnalazła Drogę, Prawdę i Życie. Najgorzej, gdy zamiast tego wpada w dziwną zapalczywość, zamiast wyciągnąć wniosków, i zwalcza wiarę – zupełnie bez sensu – jeszcze bardziej. 
No właśnie. Skoro Jezus wskazuje jako wzory cnotę cichości i pokory – to na pewno nie tamtędy droga. Boża gorliwość i zapał to jedno, ale bez przesady. Lepiej spożytkować je na noszenie brzemion. Ważne – swoich przede wszystkim, bo bardzo często i głośno można zobaczyć takich, co to w świetle fleszy, w gąszczu mikrofonów czy w najpoczytniejszych tytułach prasowych moralizują o innych, stawiają tezy i diagnozy odnośnie wad i brzemion innych. A własne? No nic dziwnego, że przy takim podejściu dla nich się już nie ma czasu. My mamy brać – i swoje, i innych – jarzmo, ale na siebie, a nie rozgadywać o słabościach innych. To zdecydowanie trudniejsze, bardziej mozolne i czasochłonne. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. 
Ale warto. Tylko w ten sposób wiem, że walczę po właściwej stronie. I o to, co najważniejsze.

Odrębność, która nie oddala – a łączy

Jezus powiedział do Nikodema: Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. (J 3,16-18)
Ktoś pięknie powiedział – Trójca Święta to takie równanie, które nijak się ma do zasad matematycznych – bo 1 + 1 + 1 = … 1. Bóg w trzech Osobach pozostaje wciąż Jednym, jedynym i tym samym Bogiem. Coś tajemniczego i niezgłębionego, a zarazem w głębi serca bliskiego. Odrębność osób, która nie oddala ich od siebie; bliskość, która szanuje różnice; miłość doskonała – taki jest Bóg w niepojętej wieczności. Bóg w trzech Osobach. Miłujący Ojciec, który posyła Syna dla zbawienia świata, a potem – za Nim – Ducha Świętego, który ma rozbudzić wiarę w to życie wieczne, wysłużone na krzyżu przez Syna.
Tak samo jest z człowiekiem – jak Trójca Święta między sobą współpracuje w tym samym dziele, tak samo człowiek musi zacząć współpracować z Bogiem, aby jego życie nabrało sensu. My nic nie możemy – poza tym, że możemy uwierzyć. To jest to, co możemy dać od siebie, ten nasz wkład, który jest konieczny. Bóg wskazuje kierunek, a ja mam po prostu w tym kierunku pójść. Tylko tyle? Niby tak. Więc czemu tak wiele osób zawsze postępuje inaczej, rzekomo idąc pod prąd? Prawdziwe pójście pod prąd to właśnie chrześcijaństwo – bo nie po to, żeby komuś coś pokazać, wylansować siebie, ale po to, aby nie bacząc na idiotyzmy i pokusy świata, nie stracić punktu odniesienia i się nie pogubić. 
Może ktoś powie, że się powtarzam – trudno – ale tu największa rola należy do Bożego Duszka. On teraz działa. Nie ma wiary bez Niego – i tylko z Nim można naprawdę szczerze wyznać wiarę, ponieważ do Jezusa zawsze On prowadzi, nawet gdy ten, którego prowadzą, nie zdaje sobie z tego sprawy. Można to nazwać przeczuciem, instynktem, szóstym (czy którymś tam…) zmysłem – jak kto woli. To Jego powiew, Jego tchnienie. Tego najbardziej aktywnego, choć może często pomijanego (Ojciec – mądry starzec; Syn – pełen werwy młodzieniec; a Duch? gołąbek…) z Trójcy Świętej. My tego nie doceniamy, że Bóg jest tak blisko, i do tego w trzech Osobach. Naród Wybrany, wydaje mi się, był w gorszej sytuacji. Dla niego dowodem na obecność i opiekę Boga były 2 kamienne tablice z 10 przykazaniami. Bóg konkretny tak, że bardziej się nie da.
Zastanawiałem się kiedyś, dlaczego akurat ten fragment Ewangelii czytany jest w uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Chyba innej odpowiedzi nie ma – Bóg znowu chce pokazać, jaki by nie był, jedna czy trzy Osoby, że Jego definicja sprowadza się do miłości. Aby miłować, kochać – trzeba mieć drugą osobę. Bóg stworzył ludzi, bo chciał się podzielić miłością, jaką ma w sobie. To jest wzór dla nas – bo tak samo my mamy siebie nawzajem kochać. Nie aby zginąć – ale by żyć. Nie, aby zostać potępionym – ale by osiągnąć zbawienie. W Bogu, który jak na obrazie Rublowa, siedzi w swoich trzech Osobach przy stole – zgadnij, dla kogo jest to wolne miejsce?

Wzór Ducha Świętego i kilka gorzkich słów o małżeństwie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi. (J 16,12-15)
Kiedy ktoś mówi, że dogmat o Trójcy Świętej nie ma sensu albo jest to kwestia drugoplanowa, o mniejszym (lub żadnym znaczeniu) – warto, aby sięgnął m.in. do tego tekstu. Bo wynika z niego jasno, że tak nie jest – Jezusa, Jego misję i Jego słowa zrozumieć można jedynie przez pryzmat prawdy o Bogu Trójjedynym – Ojcu, Synu i Duchu. 
Ważny jest kontekst, sytuacja – to tzw. mowa pożegnalna, jaką Jezus wygłosił podczas Ostatniej Wieczerzy, a zatem w wieczór Wielkiego Czwartku. Zaryzykowałbym – streszczenie, podsumowanie i sedno tego, co głosił, nauczał przez całe 3 lata swojej działalności. Znamienne – znajdujemy ją tylko u Jana. Długi i piękny tekst, ciągnący się bodajże od 13 rozdziału ewangelii janowej. Tekst, który liturgia Kościoła w częściach serwuje nam od jakiegoś czasu (o niektórych jego częściach pisałem ostatnimi czasy) – i dobrze, bo jego bogactwo jest wielkie.

Ktoś może zapytać – czego takiego znieść nie mogli ci, do których Jezus mówił tamte słowa? Odpowiem może nieco przekornie – nie tyle, czego znieść nie mogli, ale dlaczego znieść nie mogli. W kontekście tego, co działo się dalej, jakie było zachowanie uczniów od momentu pojmania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym (zatem praktycznie bezpośrednio po wygłoszeniu tej mowy) do chwili Zesłania Ducha Świętego, można powiedzieć – nie mogli znieść, bo nie byli uzbrojeni przez Jezusa mocą z wysoka, nie posiadali daru Parakleta-Pocieszyciela. Tego Ducha im brakowało. Tak jak w matematyce – mieli wszystkie dane pod nosem, wypowiedziane słowa i obietnice, po prostu nie potrafili podstawić ich do odpowiedniego wzoru. Tym wzorem było tchnienie Bożego Ducha. Tylko z Jego pomocą równanie prawdy o życiu człowieka, o tym dokąd prowadzi i jaką drogą winien iść, można rozwiązać prawidłowo, prawdziwie. 
To nie będzie już żadna nowa nauka, kolejne nowe przykazania, reguły – Duch Święty zstąpi, aby ugruntować, uporządkować i usystematyzować w sercach wierzących to wszystko, co przyniósł i dał im Zbawiciel, który podąża do Ojca. Misja Jezusa w momencie zmartwychwstania de facto została zakończona spektakularnym sukcesem. Pozostają jednak ci, którzy uwierzyli, najczęściej bardzo skonsternowani, nie wiedzący, co myśleć, co robić, jak żyć. Po to te objawienia Pana po zmartwychwstaniu, to kilkakrotne Pokój wam! i Nie bójcie się, to Ja jestem!, wspólne posiłki i dialogi. Żeby na nowo poznali Go, rozpoznali w Nim Tego, za którym poszli, który ich uwiódł i któremu uwieźć się pozwolili. 
Ten Duch to kolejny dar, przejaw miłości Boga. Niesamowite. Nie wystarczyło, że z miłości stworzył świat i człowieka na swoje podobieństwo. Gdy człowiek pogubił się tak, ze trudno było pogubić się bardziej, wysłał światu swojego Syna, który dla tych ludzi umarł i zmartwychwstał. I na tym nie kończy – chcąc, aby dzieło Syna trwało, posyła Pocieszyciela, Ducha Prawdy, by z Jego tchnieniem ludzie tą prawdą przyniesioną przez Syna Bożego żyli. 
>>>
Ja rozumiem – stwierdzenie, że rozwiodło się przeze mnie pół firmy jest powodem do dumy z zawodowego punktu widzenia dla prawnika. Ok, zgoda. Doprecyzowując – rozwiodło pokojowo, bez wieloletnich procesów, publicznego (z udziałem dzieci) prania brudów itp. Tym lepiej. Sukces zawodowy – skądinąd kolejni przychodzili po pomoc w tym zakresie nie z innego powodu jak z uwagi na polecenie przez wcześniejszego klienta. 
No tak. Tylko czy rozwód w ogóle może być powodem do dumy? Moim zdaniem, z punktu widzenia człowieka naprawdę wierzącego, katolika – nie. I nie bardzo wyobrażam sobie siebie, o ile uda mi się uzyskać uprawnienia korporacyjne, jako pełnomocnika w sprawie rozwodowej. Chyba, że w roli tego, który – wbrew woli czy partykularnemu interesowi klienta – będzie za wszelką cenę starał się doprowadzić do zgody i uniknąć orzeczenia rozwodu. 
To cytat z jednej z osób z pracy. Druga – w rozmowie, aż zdziwiłem się, szczerej, choć znamy się krótko – właśnie przeprowadza się do świeżo wynajętego mieszkania. Żeby była jasność – jest to osoba w związku małżeńskim, młoda zresztą, staż małżeński lat powiedzmy ze 3. Powód? Bo już nie daje rady. Bo ma dość, bo się ciągle kłócą. Pociągnięta za język – bo ma nadzieję, że to zmotywuje drugą stronę, aby zgodzić się (albo wręcz zainicjować samemu) starania w kierunku rozwodu. Masakra. Brakuje odwagi, aby usiąść i porozmawiać – trudno, jeśli tak uważa, to taka szczerość zawsze będzie lepsza niż takie pokrętne podpuszczanie czy niedomówienia – i powiedzieć wprost, że czas się rozstać; co więcej – próbuje spowodować, aby działania podjęła druga strona. Brak cywilnej odwagi to minimalne określenie. 
Czy dzisiaj już nikt nie traktuje serio tego, czym ma być małżeństwo? Na dobre i na złe – w życiu, a nie w nazwie średniej jakości serialu w TVP. Do śmierci. Żadną sztuką jest być razem, jak kolorowo, ładnie, wszystko się układa, same sukcesy – to chyba każdy potrafi. Sztuką jest wytrzymać ze sobą w miłości kilkadziesiąt lat, przez problemy, kłótnie, spory, znoszenie własnych słabości, przebaczanie. Dzisiaj, o zgrozo, małżeństwo traktowane jest jako zwykły kontrakt, czyli praktycznie tylko z punktu widzenia prawa cywilnego – umowa. Składasz oświadczenie woli – wstępujesz w związek. Coś nie wyjdzie – zbieram zabawki, rozwód, i po sprawie. Bo przestaliśmy do siebie pasować, bo trzeba umieć przyznać, że coś się zmieniło. A może po prostu trzeba umieć, a przede wszystkim chcieć, zawalczyć o drugą osobę? Ale stawiając na pierwszym miejscu swoje potrzeby i zachcianki – fakt, raczej się nie uda. 

Od pięknej bojaźni do pięknej obietnicy

Nowa praca (w sensie – stanowisko, bo firma ta sama), nowe obowiązki, a przy tym muszę do końca miesiąca ogarniać jednocześnie dotychczasowe. Dużo, naprawdę, szczególnie w kontekście mierzenia się z zupełnie nowymi zagadnieniami. Stąd poślizg był i przez kila dni nieregularne wpisy mogą być.
Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście. Rzekł do Niego Filip: Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy. Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie – wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. (J 14,1-12)
Ten tekst jest piękny przede wszystkim słowami, od których się zaczyna. Kto wierzy Bogu, u tego nie ma miejsca na strach i bojaźń. Bóg to wszystko zabrał, zamazał i tak naprawdę zniweczył na drzewie krzyża, i ostatecznie podeptał, odsuwając kamień, który stał na drodze zmartwychwstaniu Jego Syna. Wiara komplementarna – i w Boga Ojca, i w Syna Bożego (nie wspominając o Duchu Pocieszycielu). Serce ludzkie – nas, przecież tak pewnych siebie, dumnych, wierzących nade wszystko w siłę pieniądza i własne możliwości – bardzo łatwo i często poddaje się tej trwodze tak bardzo właśnie ludzkiej. Maska pewności siebie, buta i pycha – a pod tym strach człowieka, który by najchętniej uciekł gdzie przysłowiowy pieprz rośnie. Wielu tak żyje. Czemu? Bo jeszcze więcej osób taki styl bycia premiuje. Totalna iluzja i teatrzyk – wszyscy wiedzą, o co chodzi, ale udają, że się dają nabrać. Bo boją się tak samo. Bo nie chcą okazać słabości. 
Tym bardziej więc dla takich niedowiarków wydaje się być Jezusowe zaproszenie, propozycja. Do domu, gdzie zmieści się każdy. Do domu, dokąd może wejść każdy – według niektórych, poza tymi, którzy swoim sposobem bycia przekreślą sobie ten dostęp, skazując się na potępienie wieczne; według innych, do których stanowiska i ja się przyłączam, każdy, bez wyjątku, pytanie tylko, czy od razu po śmierci, czy odpokutowawszy swoje winy. Jezus mówi wręcz wprost – idzie tam, do tego domu, dla nas, aby nam przygotować miejsca, kiedy my tam dotrzemy. Wyprzedza nas i pokazuje – ta droga jest bezpieczna, sam ją już dla ciebie, mały człowieku, przeszedłem, umierając i zmartwychwstając, abyś ty mógł dzięki Mnie i we Mnie zmartwychwstać do życia, które nie będzie miało końca.
Tak, znamy drogę. Tamci, spośród których jeden – mój imiennik – wyskoczył z pytaniem o to, co to właściwie za droga, pewnie też, tylko jeszcze do nich ta prawda nie dotarła. Jezus był jeszcze z nimi – jakakolwiek perspektywa męki, śmierci a tym bardziej zwycięstwa nad tą ostatnią, choć Jezus o tym mówił i przygotowywał ich, nie mieściła się apostołom jeszcze w głowach. Potrzebna chyba była inna optyka, inna perspektywa – ujrzenie Jezusa jako tego, który żyje, ukrzyżowany, choć umarł. Wtedy zrozumieli – inni przed rzeczywistością pustego grobu, jeszcze inni w Emaus, czy podczas wspólnego łowienia ryb albo posiłku nad jeziorem. Znamy drogę – jeśli tylko znamy Jezusa. Nie jako postać historyczną, jeden z licznych biogramów w atlasie czy encyklopedii religijnej – ale jako Pana, Zbawiciela, Mesjasza, Boga z nami. Właściwa droga, jedyna prawda, wieczne życie.
Tak sobie myślę – ludzie i dzisiaj mają problemy ze zrozumieniem Trójcy Świętej – a co dopiero tamci, w większości prości rybacy i rzemieślnicy? Nic dziwnego, że pytali – jak Tomasz, jak Filip. Jezus prowadzi tam, dokąd człowieka chce doprowadzić Bóg; Bóg przez Jezusa prowadzi ludzi ku sobie. Warto, dla zobrazowania tej prawdy, zacytować przepiękną prefację o Trójcy Świętej (choć to nie uroczystość ku Jej czci):
Panie, Ojcze święty, wszechmogący, wieczny Boże. Ty z jednorodzonym Synem Twoim i Duchem Świętym jedynym jesteś Bogiem, jedynym jesteś Panem; nie przez jedność osoby, lecz przez to, że Trójca ma jedną naturę. W cokolwiek bowiem dzięki Twemu objawieniu wierzymy o Twojej chwale, to samo bez żadnej różnicy myślimy o Twoim Synu i o Duchu Świętym. Tak, iż wyznając prawdziwe i wiekuiste Bóstwo wielbimy odrębność Osób, Jedność w istocie i równość w majestacie.
Jedna natura, choć trzy Osoby boskie – odrębne w swojej postaci, choć tożsame w istocie. Mówi i naucza Jezus, Syn – a działa wszechmogący Bóg Ojciec. Trudne to może się wydawać, ale przecież to podstawa wiary Kościoła. Nic, co by umysł ludzki był w stanie zgłębić czy poznać w całości – ale prawda, którą Bóg objawia i pozwala rozumieć tym, którzy jej zrozumienia pragną i szukają szczerze. Jak ktoś ma problem – świetnym obrazkiem jest tutaj Trójca Święta Rublowa. A jeśli ktoś ma problem mimo tego – Jezus sam zostawia wskazówkę. Przypatrz się temu, co Ten Człowiek uczynił, ile dokonał. Uwierz w Jego dzieła – których zwykły człowiek nigdy by nie dokonał. Można próbować to sobie jakoś wytłumaczyć, uzasadnić i rozgryzać – serce podpowiada, że tu ludzkie kalkulacje i obliczenia to za mało. Trzeba uwierzyć – nic innego w takiej sytuacji po prostu nie ma sensu, wszystko inne będzie stratą czasu. 

No i na końcu ta piękna obietnica – o której dzisiaj możemy powiedzieć, że się ziściła i ziszcza cały czas. Dzieli nas przeszło 2000 lat od czasu, gdy Jezus wypowiadał te słowa, wędrując po Ziemi Świętej, i można z pełnym przekonaniem powiedzieć – miał rację. Ci, którzy po Nim i w Jego imię przyszli, działali rzeczy po prostu cudowne, a z pewnością dla wielu (także w świetle dzisiejszego stanu wiedzy i nauki) niewytłumaczalne. Bo zaufali Bogu. Bo wiedzieli, że On nigdy nikogo nie zawiódł, jeśli ktoś szczerze się do Niego zwracał. Jezus poszedł do Ojca, aby jeszcze bardziej tam właśnie wstawiać się za nami. Pozostawił Kościół tutaj i jakby zachęca – wypróbuj Mnie, proś, módl się. Daj mi szansę, abyś na własnej skórze przekonał się, że dla Mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Niech się nie trwoży serce wasze.
>>>

Mała prośba, z innej beczki. Tak wyszło, że jutro mam urodziny. Za modlitwę – nic konkretnego, o siły po prostu, wdzięczny będę. Bo sporo tego wszystkiego mam na głowie.

Nie ma Jezusowego widzimisię

Żydzi porwali kamienie, aby Jezusa ukamienować. Odpowiedział im Jezus: Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować? Odpowiedzieli Mu Żydzi: Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga. Odpowiedział im Jezus: Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli Pismo nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym? Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie. Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu. I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk. I powtórnie udał się za Jordan, na miejsce, gdzie Jan poprzednio udzielał chrztu, i tam przebywał. Wielu przybyło do Niego, mówiąc, iż Jan wprawdzie nie uczynił żadnego znaku, ale że wszystko, co Jan o Nim powiedział, było prawdą. I wielu tam w Niego uwierzyło. (J 10, 31-42)
No chociaż raz – powiedzieli wprost i bez owijania w bawełnę przysłowiowego, co im leżało na wątrobie, czego od Jezusa chcieli. Że nie chodziło o to, że im przeszkadzało łuskanie kłosów w szabat. Że nie mieli nic w sumie (poza zazdrością) przeciwko temu, że wielu ludzi różnego pochodzenia, znajdujących się w różnych sytuacjach życiowych, w różnych okolicznościach uzdrawiał, ba, nawet wskrzeszał. Że nie chodziło o to, że choćby dosłownie na głowie stanęli, nie potrafili w żaden sposób złapać Go za słówko, przyłapać Go na niefortunnej czy możliwej do opatrznego zrozumienia wypowiedzi. Był uzurpatorem, fałszywym mesjaszem. 
Problem polega na tym, że w tej prawdziwości swojego oskarżenia i zarzutu przeciwko Jezusowi… byli kompletnie w błędzie. Ani Jezus fałszywy, ani tym bardziej mesjasz przez małe m pisane. Trudno na świecie o kogoś bardziej od Niego prawdziwego; a na pewno nie znajdzie się na świecie – wtedy, dzisiaj, kiedyś w przyszłości – inny Mesjasz. Jeden, jedyny, prawdziwy, Syn Boga żywego, Bóg-Człowiek. Nawet w tej sytuacji Pan potrafi udowodnić faryzeuszom, że ich zarzut jest błędny – wskazuje bowiem na miejsce w Piśmie Świętym, w którym mowa jest o bóstwie Narodu Wybranego (a de facto – wszystkich ludzi, do których Jezus został posłany). Skoro tak mówi Pismo – to gdy każdy z nich był bogiem, jak zatem można bóstwa odmówić Jezusowi, posłanemu przez Boga Ojca? 
Nie kończy jednak na tym. Deklaracje, rodowody nie mają tu znaczenia – bo poza nimi są także czyny. Nie bez powodu Pan nauczał, że po owocach ich poznacie (Mt 7, 16), i nie zamierzał innej miary stosować do Siebie samego. Jeśli nie wierzycie w moje posłanie – uwierzcie, widząc, czego dokonuję. A dokonał bardzo wiele. Nie o wiarę w Jezusa już chodziło, ale zrozumienie, że to Bóg przez Niego działa, i wiarę w Niego – tego prawdziwego Boga miłości, miłosiernego i kochającego Ojca, a nie Boga-krwiopijcę, mściwego, okrutnego (bo tak często w Starym Testamencie mógł się jawić). To, czego dokonał Jezus, dokonał sam Bóg, który w Nim był. 
Kłania się tajemnica Trójcy Świętej – wspólnoty istot Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Żydzi wtedy tego nie rozumieli – nic dziwnego, dzisiaj, po 2000 latach istnienia Kościoła wielu ma z tym problem. Jezusa nie można czytać, obserwować i rozumieć w oderwaniu od istoty Boga Ojca. Oni są jednością. Nie ma Jezusowego widzimisię – tylko wypełnianie woli Ojca, aż do krzyża, aż do Ogrodu Oliwnego i dramatycznego Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22, 42) Jezus był tak samo w pełni Bogiem, pozostając w pełni człowiekiem – stąd ludzki strach przed tym, co jako Bóg z pewnością widział i rozumiał. Wiedział, że Bóg tak chce, i nie będzie bardziej czytelnego świadectwa od tego, gdy Jego Syn, nawet jakby wbrew swej ludzkiej naturze, wypełni wszystko do końca. 
Na koniec – ciekawa, może jakby przemycona, wskazówka (zakończenia zdarza się traktować po macoszemu). Jak Go szukać? Jak śledzić losy Jezusa Chrystusa, od początku? Jak je dobrze, prawidłowo odczytywać? Od Jana Chrzciciela. Więzy pokrewieństwa pozostają tu bez znaczenia – liczy się to, że właśnie Jan Go wskazał palcem innym. Dzisiaj te słowa, jako retrospekcja swego rodzaju, powracają. Ludzie, którzy poszli za Nim – mniej lub bardziej świadomie – własnymi, choć anonimowymi, świadectwami potwierdzają. On jest Synem Bożym.

Za chwilę, w Niedzielę Palmową Męki Pańskiej, zacznie się ostatnia prosta Wielkiego Postu. Ostatni, wcale nie najgorszy, moment, aby coś ze sobą zrobić. Ot, choćby uczciwie przyjrzeć się życiorysowi Jezusa. I równie uczciwie wyciągnąć wnioski. To bardzo dobry początek.

KROKI W BOŻYM TAŃCU

Jezus powiedział swoim uczniom: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz [jeszcze] znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi. (J 16,12-15)
To z wczoraj, z uroczystości Trójcy Przenajświętszej. Sentymentalnie – bo to tytuł mojej rodzinnej parafii. Do zeszłego roku – dzień odpustu. A Ewangelia – cóż, dopiero dzisiaj, a właściwie wczoraj, zrozumiałem ją w kontekście tego dnia – bo zawsze zastanawiałem się: o Duchu Świętym? Przecież dzisiaj czcimy Trójcę całą…
Żeby zrozumieć Boga-Jezusa – trzeba zgłębić Trójcę Świętą. Nie zrozumieć, nie rozszyfrować – zgłębić. Nie umysłem, ale na kolanach. W duchu wiary, tylko w ten sposób. Inaczej się nie uda. O tym mówi właśnie Jezusa. Że to wszystko, czego uczył, to co wcześniej objawił Bóg Ojciec – nabiera sensu, razem z pojęciami Ojca, Syna i Ducha, dopiero gdy uwierzymy w Trójcę Świętą.
Pierwszy objawił się Ojciec – Stwórca, który dał ludziom prawo i przykazania. Potem na świat przyszedł, posłany przez Ojca, Syn Boży, który wypełniał słowa, powiedziane przez Ojca ustami proroków. I gdy Syn wypełnił swoją misję na drzewie krzyża – obiecał i obietnicy dotrzymał, zsyłając Ducha Pocieszyciela dla wszystkich, którzy wytrwali. Tajemnica w pełnej krasie – Bóg w Trzech Osobach, różnych ale i równych sobie. 
Z pomocą przychodzą wczorajsze teksty mszalne, dla mnie bardzo piękne:

Ty z jednorodzonym Synem Twoim i Duchem Świętym * jedynym jesteś Bogiem, jedynym jesteś Panem; nie przez jedność osoby, * lecz przez to, że Trójca ma jedną naturę. * W cokolwiek bowiem dzięki Twemu objawieniu * wierzymy o Twojej chwale, * to samo bez żadnej różnicy myślimy o Twoim Synu * i o Duchu Świętym. * Tak iż wyznając prawdziwe i wiekuiste Bóstwo * wielbimy odrębność Osób, * Jedność w istocie i równość w majestacie. (prefacja)

Boże Ojcze, Ty zesłałeś na świat Twojego Syna, Słowo Prawdy, i Ducha Uświęciciela, aby objawić ludziom tajemnicę Bożego życia; spraw, abyśmy wyznając prawdziwą wiarę uznawali wieczną chwałę Trójcy i uwielbiali Jedność Osób Bożych w potędze ich działania. (kolekta)
To nie jest łatwe. I moje słowa pewnie słabe i proste. Dlatego polecam przy okazji tekst o. Tomasza Kwietnia OP o zwierzeniach boskiej Trójcy.  
Trójcę Rublowa pewnie każdy zna – ja znalazłem ładniejszy, może bardziej przemawiający obrazek:

>>>
Mamy nową błogosławioną – s. Marię Pierinę De Micheli 🙂
>>>
Ojciec i syn razem przy ołtarzu jako kapłani? Tak, to możliwe. I miało miejsce niedawno. Ks. Piotr Kieniewicz MIC, rektor seminarium marianów w Lublinie, asystował do prymicyjnej mszy swojemu ojcu – ks. Antoniemu Kieniewiczowi. Niemożliwe? Wręcz przeciwnie. Pan Antoni wychował dzieci, pochował żonę, po czym wstąpił do seminarium, które niedawno ukończył. Ma 69 lat. Można by powiedzieć – wiek emerytalny. Sam zainteresowany mówi: Bambosze, wygodny fotek, spokój emeryta. Mogłoby się wydawać, że tak będzie wyglądać przyszłość mojego ojca. Tymczasem Duch Święty przychodzi i mówi: Wstań i chodź. Poczytać o tym można tutaj.

>>>
Mam wrażenie, że prymas Glemp się nudzi na swojej emeryturze, bo nie wiem w innej sytuacji, po co szedłby wywiadu udzielać Newsweekowi (choć, z drugiej strony, całości nie znam). Jednak, jak zwykle w takich sytuacjach, do mediów od razu poszło to, co najpikantniejsze. A o czym mógłby ów kard. Glemp mówić? Ano temat dyżurny – Radio Maryja i osoba jego twórcy. Ok, pewnie w większości kwestii rację ma. Tylko po co te wypowiedzi? Koła nie wynalazł, nowego nic nie powiedział. A i Rydzyk od tego się nie zmieni, ani mu za współpracę w RM nie podziękują.
A na marginesie – w oficjalnym serwisie Prymasa Polski wyczytałem, że nie ma czegoś takiego jak prymas senior. Gwoli wyjaśnień. 
>>>
Nie wiem, ale po skali i tym, ile ciągle nowych „rewelacji” w kwestiach nadużyć seksualnych duchownych się pojawia, chyba jakoś trudniej (a może wcale?) mi uwierzyć, kiedy jakiś wyższy rangą (i nie tylko) duchowny w jakieś niewygodnej sprawie, która wychodzi na jaw, mówi „nie wiedziałem…”.  Dzisiaj historia się powtarza – polityk we Włoszech aresztowany za korupcję, a okazuje się że utytułowany godnościami papieskimi, zarządzał ogromnymi środkami jednej z watykańskich kongregacji. I co, mam uwierzyć, że nikt nic nie wiedział, czym się zajmował, za co go teraz oskarżają? No ludzie… W tekście użyto, wygodnego niezwykle, sformułowania „układ niejasnych powiązań”. A ja powiem wprost – machloje. I to w centrum Kościoła. Jak tak można? Kto na to pozwala? Ile można przymykać oczu? Czy to nie oni powinni właśnie pierwsi być świadomi, że prawda i tak wyjdzie na jaw, i kombinować nie ma sensu? Bo jeśli nie – to po co to Prawda was wyzwoli?
Wiem, gorzkie zakończenie. Ale … mnie trafia, jak czytam o takich rzeczach. I pewnie nic się nie stanie, żadnego duchownego nie dotkną konsekwencje – bo teraz Kościół jest na etapie zajmowania się problemem pedofili, i takich się karze. A dopóki nie wybuchnie jakaś wielka afera finansowa w stylu tamtej z Banco Ambrosiano, nikt nie pomyśli, aby pociągnąć do odpowiedzialności tych w Watykanie, którzy do takich „niejasnych układów” dopuścili i je umożliwili. To już dzisiaj jest błoto, które chlapie na Kościół.