Księżowska bi(a)da

Jezus powiedział do faryzeuszów i uczonych w Prawie: Biada wam, faryzeuszom, bo dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, i z wszelkiego rodzaju jarzyny, a pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Tymczasem to należało czynić, i tamtego nie opuszczać. Biada wam, faryzeuszom, bo lubicie pierwsze miejsce w synagogach i pozdrowienia na rynku. Biada wam, bo jesteście jak groby niewidoczne, po których ludzie bezwiednie przechodzą. Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: Nauczycielu, tymi słowami nam też ubliżasz. On odparł: I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo wkładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie. Biada wam, ponieważ budujecie grobowce prorokom, a wasi ojcowie ich zamordowali. A tak jesteście świadkami i przytakujecie uczynkom waszych ojców, gdyż oni ich pomordowali, a wy im wznosicie grobowce. Dlatego też powiedziała Mądrość Boża: Poślę do nich proroków i apostołów, a z nich niektórych zabiją i prześladować będą. Tak na tym plemieniu będzie pomszczona krew wszystkich proroków, która została przelana od stworzenia świata, od krwi Abla aż do krwi Zachariasza, który zginął między ołtarzem a przybytkiem. Tak, mówię wam, na tym plemieniu będzie pomszczona. Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania; samiście nie weszli, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli. Gdy wyszedł stamtąd, uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli gwałtownie nastawać na Niego i wypytywać Go o wiele rzeczy. Czyhali przy tym, żeby go podchwycić na jakimś słowie (Łk 11,42-54)

Połączyłem, idące w ciągłości, teksty z wczoraj i dzisiaj – bo i odbiorcy ci sami, a i temat podobny.

Na pewno te słowa są w pewnym sensie ukierunkowane na pewną grupę – bo Jezus mówi do ówczesnych nauczycieli, duchowych przywódców Izraela. Tych, którzy wtedy tamtym mieli Boga przybliżać – a jak te opisy pokazują, dość często było odwrotnie dokładnie. Zarzuty są poważne. Skrupulanctwo zamiast miłosierdzia. Obnoszenie się z własną godnością i stanem. Rozdmuchane ego. Celebrytyzm. Selektywność – ty się zajeżdżaj, a ja cię będę punktował, stojąc wygodnie z boku. I wreszcie – zamiast przybliżania Boga, Jego zasłanianie, odpychanie, antyświadectwo i zgorszenie. 
Na pewno te – gorzkie i trudne – słowa pozostają aktualne również dzisiaj, co nasza rzeczywistość bardzo dobitnie niestety pokazuje nawet w ostatnich dniach. Akcja ks. Krzysztofa Charamsy chociażby – niedowierzanie, zgorszenie, zdziwienie, wykorzystanie momentu (tuż przed rozpoczęciem synodu biskupów) i mediów, które przyjęły za dobrą monetę dorobioną na prędce historię. Papież, który w trakcie synodu – choć nie precyzując – mówi: „chciałbym w imieniu Kościoła prosić was o przebaczenie za skandale, które w ostatnim czasie wybuchły tak w Rzymie, jak i w Watykanie, proszę was o przebaczenie”. Media skupiają się na dociekaniu – za co przeprasza – a to nie ma znaczenia (tzw. Vatileaks z kamerdynerem jeszcze Benedykta XVI, medialną szopkę ks. Charamsy czy jakikolwiek konkretny inny/inne przypadki). 
To dobrze, że Ojciec Święty chce, aby ludzie widzieli, że to nie są sprawy, na które macha ręką, nad którymi przechodzi do porządku dziennego (teoretycznie mógłby – jest stosowna dykasteria, tam się tymi rzeczami zajmują). To nawet bardzo dobrze, że głowa Kościoła pokazuje, że duchowni powinni najpierw wymagać od siebie – czego na każdym kroku swoją zwyczajnością, prostotą uczył jeszcze jako szeregowy zakonnik, biskup czy kardynał, i uczy nadal jako papież. 
Człowiek w konfesjonale zamiast prawdy o Bożym Miłosierdziu potrafi usłyszeć niezrozumiały bełkot czy prawie zwymyślanie albo odpytywanie o „szczegóły” grzesznej materii, pomieszane ze straszeniem piekłem (nie chodzi mi o negowanie grzechu – ale formę). Celebrowanie i fetowanie każdego, za przeproszeniem kiwnięcia palcem przez danego księdza – „a że ksiądz kanonik raczył”, „ksiądz prałat zaszczycił”, „wasza ekscelencja uświetniła swoją osobą” etc. Im więcej kolorowych ozdóbek  przy stroju (a tu pas, a tu lamówka, a tu pompon przy birecie, dystynktorium – a jak się trafi infuła to już w ogóle jak biskup prawie!) tym lepiej. Pycha po prostu i próżność. Niektórzy księża jako dyżurni, etatowi prawie, komentatorzy mediów różnych nurtów i poglądów – zawsze gotowi do komentarza, często nijak mającego się do nauki Kościoła czy w ogóle postawy, jaka powinna cechować katolika (nie mówiąc, że duchownego). Ambonowe moralizatorstwo „kazaniowe” (bo trudno to homilią nazwać) o potrzebie ubóstwa, wsparcia kolejnego dzieła – gdy mówiący te słowa właśnie nabył nowiutkiego smartfona z wyższej półki albo nową furę (nie rozliczam – ksiądz ma swoje finanse, dysponuje nimi, samochód mieć wręcz powinien – ale czy życie ponad stan nie gorszy? a wielu księży tak żyje). W bardzo dużym uproszczeniu – bycie kimś, kogo gdy osoba wchodząca przypadkowo z ulicy do kościoła zobaczy, to bynajmniej do jakiejkolwiek relacji z Bogiem, do modlitwy nie zachęci, a wręcz od zbliżenia do tej rzeczywistości Bożej odstraszy. 
Oczywiście, te same zarzuty pewnie powinno się skonfrontować – każdy we własnym sumieniu – nie tylko do duchownych, ale i świeckich; wbrew temu, co się mówi, święcenia czy śluby zakonne nie robią z człowieka giganta ducha, nie upgrade’ują świętości na wyższy level, nie robią z człowieka, ot tak, duchowego nadczłowieka. Ale nie da się ukryć, gdy ktoś naucza (czasami – niestety – moralizuje, mniej czy bardziej zamierzenie), ma za zadanie prowadzić, wspierać – upadki takich osób są bardziej widoczne, bardziej bolą, a przede wszystkim gorszą tych małych (pomijam już szum medialny). 
Ksiądz też człowiek, z całą pewnością. Dlatego trzeba się za nich modlić. O siły, mądrość, roztropność w tym, co mówią, jak mówią, co robią i jakie dają świadectwo. Nie my jesteśmy od rozliczenia – to domena Boga, on rozliczy każdego. Mimo wszystko, czasami jak się na niektórych patrzy to człowiek zastanawia się – gdzie ja jestem? Ano w Kościele – zbudowanym z grzeszników, jak ja czy taki ksiądz. Na szczęście, i w tym jest nadzieja, w tym wszystkim jest i działa też Duch Święty. Niektórym księżom mógłby częściej otworzyć Pismo Święte na tym fragmencie powyżej. 

Niepodległościowe delicje

Jezus nauczając mówił do zgromadzonych: Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie. (Mk 12,38-44)

Objadają domy wdów… Niestety, przykro mi się to kojarzy z naszą polską rzeczywistością. Przykład z mojego podwórka. Miejska parafia, albo emeryci albo mniej więcej moi rówieśnicy, czyli młodzi z małymi dziećmi. Księży kilku. Proboszcz, na parafii od 3 lat, ma 3 z kolei samochód – kolejny quasi terenowy. Ok, jak wikary od nas szedł na probostwo na wieś, to rozumiem, że taki może się do czegoś przydać. Ale jemu? Wikary – może nie najnowsza (ostatni model), ale poprzednia wersja limuzynki bmw, czarnej oczywiście. Nie wiem, ile to kosztuje, ale na pewno ok. 100.000 zł. Czy to wypada? Kościół stoi jak cię mogę (tak to jest, jak pierwszy proboszcz ścigał się z kolegą z dekanatu, budując – no i wygrał, ale już za jego życia kościół taniej było by zburzyć i postawić nowy, niż go doprowadzić do porządku), nie wiadomo za co się w nim brać – a tutaj kapłani takimi furami się rozbijają. Ja nie bronię – każdy ma swoje pieniądze i robi z nimi, co ma ochotę – ale czy im akurat wypada? Widać po ludziach, że u wielu się nie przelewa – może nie bieda, ale skromnie. I tacy ludzie idą do kościoła, i słyszą o konieczności dzielenia się i wspierania od księdza, który ma samochód za równowartość pewnie ok. 75 ich wypłat/rent, czyli coś na co oni nigdy sobie pozwolić nie będą mogli. Tak, w mojej ocenie to rozpusta, przepych i po prostu próżność. Ciekawe, czy rusza ich sumienie, gdy w takim dniu czytają powyższe słowa. 
Inna sytuacja – ludzie mają niewiele, a potrafią się dzielić. Kilka lat temu, gdy odchodził poprzedni proboszcz, opisałem tutaj, jak pożegnać się z nim przyszedł (bo człowiekiem lubianym był i dobrym) jeden z żebrzących pod kościołem (wiem, że człowiek faktycznie bez perspektyw, żaden naciągacz). Wręczył mu… paczkę ciasteczek, delicji, tłumacząc się, że on też chce się pożegnać, a na więcej go nie stać. Trudno o lepszy dowód na to, że i dzisiaj na każdym kroku można zaobserwować ten wdowi grosz, poświęcenie, wyrzeczenie, rezygnację z czegoś dla siebie – aby w jakiś sposób okazać serce, włączyć się w coś, wziąć udział – nawet gdy udział taki ma być bardziej niż symboliczny. To nie ma znaczenia – liczy się, że jest, że stanowi wysiłek, i że powstał ze zbożnych intencji. Kwota czy wartość to kwestia dalsza, drugorzędna. Ilu jest takich, którzy prawie nie mają – a dają ten wdowi grosz, a ilu mają więcej niż wiele, nie mają pomysłu na co to spożytkować, a i tak nie dadzą nawet z tego zbytku? Właśnie – zbytku, jak wskazuje Jezus, czyli np. dla uspokojenia sumienia. Tu nie ma ofiary, nie ma wyrzeczenia, więc znowu – liczy się pobudka, czyli złożenie ofiary na miarę swoich możliwości.
Kilka razy o tym czytałem, jakoś ostatnio do wraca i chyba się zdecyduję – ok, ostatnio finansowo jest ciężko, ale spróbować chyba trzeba oddawać Bogu – na ofiarę, na zbożne cele, jakieś inicjatywy – dziesięcinę, czyli 10% swojego zarobku. Ludzie mówią, że postępujący tak wiele łask otrzymują – tak naprawdę więcej biorąc, niż dając. 
Ks. Artur Stopka dzisiaj pyta: na ile procent twojego życia ma szansę Bóg? Dobre pytanie. Bóg nie pyta tylko o pieniądze. Bóg pyta – ile chcesz mi dać, w ogóle, z siebie. Nie chodzi o kasę, przelewy, banknoty, przeliczalne dobra – ale wskazuje jednocześnie, że człowiek naprawdę wierzący i żyjący z Nim nie może przechodzić obojętnie wobec potrzeb Kościoła i konkretnych potrzebujących, na tyle na ile ma możliwość im zaradzić. Tak, to jest wyrzut sumienia, i to dla wielu – wystarczy popatrzeć, kto jakim wozem zajeżdża pod kościół, a jakie kwoty i w jakich monetach (papierowe? rzadko) padają na tacę – rozdźwięk jest oczywisty. Masz rodzinę, żonę, dzieci, chorych rodziców czy starszych dziadków na utrzymaniu? Nikt ci nie każe od ust im czy sobie odejmować – ale na pewno masz możliwość złożenia ofiary, zaangażowania się, wykonania prawdziwego i z serca płynącego gestu złożenia jałmużny. A jeśli nie masz – to możesz na pewno w innej formie pomóc, swoim czasem czy pracą – rozejrzyj się wokół.
Bóg czeka na twój grosz. Może być wdowi – i nawet lepiej niech taki będzie, niż będzie „okrągłą sumką” rzuconą na odczepne. 
Dzisiaj wielkie święto narodowe – szkoda, że większość nie wie nawet, która to jest rocznica. W stolicy przekrzykiwać się będą pewnie ze 3 co najmniej marsze zwołane na tę okoliczność, w prasie od kilku dni przeżywano, która osoba medialna z jakiego komitetu organizacyjnego postanowiła się wypisać, bo nie pasowała tej osobie inna osoba w komitecie, itp. Zadowoleni na pewno są sprzedawcy i firmy szyjące flagi – tych widzę z okna zdecydowanie więcej niż np. dekoracji na Boże Ciało – i wszyscy sprzedający w okolicach jakichkolwiek ewentów rocznicowych pamiątki i gadżety. A co my z tą niepodległością robimy? Jak ją wykorzystujemy? Czy w ogóle? Czy po prostu coraz bardziej dyskretnie, a zarazem skutecznie, dajemy się otumanić, zrobić wodę z mózgu, ogłupić i podejmować w tym stanie błędne decyzje? To dobry dzień, aby zrobić rachunek sumienia z tego, jak wykorzystujemy swoje czynne prawo wyborcze – kogo wspieramy, komu oddajemy władzę w Polsce w ręce, i czy jakkolwiek potrafimy to uzasadnić, czy jest to tylko przejaw bezmyślnej rutyny? Ja z przerażeniem stwierdzam, że ci, którzy o tę wolność dla nas (i nie tylko dla nas) swego czasu walczyli to dzisiaj najpewniej się w grobach przewracają…

Sandały i jedna suknia – między teorią a praktyką

Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien. I mówił do nich: Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali. (Mk 6,7-13)
To, co dzisiaj napiszę, może zabrzmi nieco jak takie gorzkie żale pod adresem stylu kapłaństwa, jaki często można dzisiaj zaobserwować, ale trudno. 
Ewangelista już na samym początku podkreśla wielkość władzy, jaką Jezus składa w dłonie Apostołów, a więc tych protoplastów biskupów i tych, których oni, jako swoich pomocników, rozsyłają po świecie – właśnie prezbiterów i diakonów. Wtedy ich realnym przejawem było to, że posłuszne pierwszym posłanym były złe duchy, które mieli moc wypędzać z opętanych (jak to czynią dzisiaj egzorcyści – nie bez powodu kapłani nie tylko gruntownie wykształceni specjalistycznie, ale przede wszystkim o znanej i głębokiej pobożności, którzy będą w stanie stawić czoła Złemu osobowo działającemu w danej osobie). Już tutaj jest mowa także o namaszczeniu chorych – jednym z siedmiu sakramentów Kościoła, jaki i dzisiaj przyjmują ludzie cierpiący na poważne choroby, w zagrożeniu śmiercią.
Na tym misja kapłanów się nie kończy – to tylko, patrząc na dzisiejsze zadania stojące przed kapłanami, jej pewna część. Podstawa i sprawa najważniejsza – sprawowanie Eucharystii, sprowadzanie Boga do człowieka, gdy chleb i wino stają się Ciałem i Krwią naszego Pana Jezusa Chrystusa. Nie – ot, tak sobie – ale po to, aby tym Ciałem karmić samych siebie i wszystkich wierzących, którzy do ołtarza przychodzą, aby z tego Ciała czerpać siłę. Nie tylko Eucharystia – ale i pozostałe sakramenty, które prowadzą człowieka przez życie z Bogiem, od jego początku do samego końca – a więc chrzest, bierzmowanie jako dojrzałość chrześcijańska, małżeństwo lub droga powołania w służbie kapłańskiej. Szczególna – posługa konfesjonału, sakrament pokuty i pojednania – kolejny najbardziej spektakularny aspekt tego, co zostało w kapłańskie dłonie złożone. Człowiek, sam w sobie grzeszny, ale posłany przez Boga, by Jego mocą i w Jego imieniu odpuszczał, rozgrzeszał i dawał nadzieję, że Miłosierny Ojciec zawsze czeka na swoich marnotrawnych synów, nawet gdy powracają raz po raz, a później i tak najczęściej znowu zgrzeszą. Głoszenie Słowa Boże – czy to z ambony, tłumaczenie i wyjaśniania Pisma Świętego, jak i katechizacja (nie tylko dzieci i młodzieży) w szkołach, ale także poza nimi, nie ograniczająca się do wymogów nauczania szkolnego czy katechezy sakramentalnej (przed I komunią, bierzmowaniem czy małżeństwem). 

Co jeszcze rzuca się w oczy w tym tekście? Upór, konsekwencja i zdecydowanie, jakie Jezus nakazuje uczniom. Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Nie można się poddawać, nie można załamywać rąk i ustępować. Kapłan jest w całości posłany do posługi, i nie może się zrażać niepowodzeniami. Ludzie Boga szukają, a nawet gdy sami to słowami negują – potrzebują Go. Czasami po prostu tego nie rozumieją – czy to przez własną zatwardziałość, poglądy wyniesione ze środowiska domowego (nigdy potem nie poddane weryfikacji), albo przez życiowe tragedie, jakie stały się ich udziałem, gdy w rozpaczy obarczyli winą za nie – kogo? Boga, bo najłatwiej. Czasami misja kapłana sprowadzać się może tylko do tego, aby człowieka z takiego błędu wyprowadzić. Bo do pewnych rzeczy człowiek dojść musi sam, nie można go poprowadzić do wszystkiego za rękę – ale można mu wskazać drogę. 
Żeby dobrze zrozumieć to, co Jezus mówi o strząsaniu prochu z nóg na świadectwo dla nich – bynajmniej nie o żadne złorzeczenie, wygrażanie Bożym gniewem czy potępianie chodzi. Owszem, błędne teorie, zwodnicze doktryny należy nazywać tak po imieniu i wskazywać, jakie Kościół wiąże konsekwencje dla duszy człowieka w wypadku trwania przy nich. Świadectwem jednak, o które tu chodzi, ma być postawa, całość tego, jakim kapłan jest człowiekiem. Świadectwem, które dojdzie do odbiorców o zatwardziałych i zamkniętych sercach nawet o wiele później – ale dotrze do celu, popchnie do zastanowienia się nad sobą, nad swoimi poglądami i postawami. 
Od czego trzeba zacząć? Nie od osądzania – ale od nawrócenia. To jest cel, jaki Bóg codziennie stawia przed każdym człowiekiem – może przed kapłanami w pewnym sensie szczególnie. Nawrócenie to nie tyle moment, o którym czasami mówi się w kontekście historii nawróceń – ale proces, który z pewnością ma jakiś początek, punkt zwrotny, i to ten punkt w biografiach nazywany jest najczęściej nawróceniem. Ale to dopiero start – a meta? Tylko Bóg wie. Ważne jest, aby dobiec do niej, a nie zrezygnować po drodze z tego ciągłego nawracania. Ważne dla ludzi, których kapłani wzywają do nawrócenia – jak to wygląda, gdy taki kapłan mówi jedno, a po wyjściu z kościoła robi coś, co stoi w jaskrawej sprzeczności z tym, o czym przed chwilą mówił? Ludzie to widzą. To bije w autentyczność, pal sześć, danej osoby księdza – ale przede wszystkim podważa zaufanie do Kościoła. 
Postawa i podejście, to złe, duchownych do ich obowiązków, traktowanie ich jako pracy od do, niechęć do podjęcia się czegokolwiek ponad to, co konieczne – znamy to. Kto nie zna – niech się cieszy, że ma lepiej. Bardzo częsty problem – życie ponad stan. Nieustanne utyskiwanie, także z ambony (i bardzo często nie w tylko w ramach ogłoszeń parafialnych), na brak środków na różne dziwne, mniej lub bardziej słuszne inwestycje – podczas gdy sam proszący o pieniądze żyje w warunkach, o jakich większość parafian może tylko marzyć, jeździ nowym samochodem bynajmniej nie w wersji standard, ubrania markowe widać z daleka. Owszem – zawsze zgadzałem się i popieram, że ksiądz powinien samochód mieć – bo jak inaczej np. zdążyć na czas do chorego w środku nocy, gdy parafia rozległa? To co innego – mieć zapewnione to, co potrzebne do posługi, a obrastanie w rzeczy zbędne i zbyteczne, przejawy luksusu. Nic dziwnego, że tyle się trąbiło o maybachach czy mercedesach pewnych duchownych – większość ludzi może o tym pomarzyć. Czy to potrzebne? Czy tych pieniędzy nie mogli wydać sensowniej, na równie dobrze jeżdżący tańszy samochód – różnicę przeznaczając na jakiś zbożny cel? I jak to się ma do Jezusowych słów: idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien? Ubóstwo to jedno i nie każdy kapłan musi chcieć czy musieć je praktykować – natomiast każda przesada przesadą pozostaje. Prostota, to co potrzebne i konieczne – i tyle. Jak jest więcej? Rozdać tym, którzy potrzebują bardziej – zawsze się znajdą. 
Tak, jestem w pewnym sensie antyklerykałem. Ale wydaje mi się, że jest to zrozumiałe i wręcz konieczne. Znam zresztą wielu księży, którzy również nimi są. Księży naprawdę wartościowych, prawdziwie zaangażowanych w to, co robią, w pracę dla ludzi do których są posłani, nie ograniczających się do koniecznego minimum wysiłku, ale wykazujących inicjatywę. Świeccy to widzą, i do takich się garną. Ksiądz to nie urzędnik czy poborca daniny z tytułu tego, że się do Kościoła należy (co tydzień na tacę, raz w roku koperta na kolędzie), choć wielu taki styl kapłaństwa prezentuje. Trzeba wyjść do ludzi, otworzyć dla nich plebanie, a nie uciekać, przemykać pomiędzy zakrystią a plebanią, żeby nikt nie zaczepił, zagadał, zaproponował coś, co wymaga wysiłku. 
Księża nie są ani lepsi ani gorsi od nas. Są tacy sami jak my, bo przecież z nas wzięci. Ale spoczywa na ich barkach ogromne zadanie i to, jacy są, co sobą prezentują, ma o wiele szerszy wpływ na innych niż w wypadku tego, co robią świeccy. Co więcej – świeccy wiele chcą zrobić, ale bardzo często księżom się nie chce, czy celowo ukręcają łby pomysłom, które wymagały by kreatywności i zrobienia czegoś. Bo co ci świeccy wiedzą, co oni się tam znają. Znają się, i to na wielu sprawach o wiele lepiej niż duchowni. Dlatego powinny działać (a nie istnieć na papierku i milcząco aprobować wszystkie decyzje proboszcza/biskupa) rady parafialne czy specjalistyczne ciała doradcze na szczeblu diecezji. Dlatego finanse – parafii, diecezji – powinny być jawne i zajmować się powinni nimi także świeccy.Dlatego pomysły świeckich powinny być zawsze brane pod uwagę – i jeśli odrzucane, to z wyjaśnieniem przyczyn poprzedzonych chłodną i dokładną analizą powodów takiej decyzji. Świeccy nie są po to, żeby nimi sterować i dyrygować, jak to wielu księży chyba nadal uważa, nie ograniczają się do wykonywania woli proboszczów i przyklaskiwania wszystkim, najdziwniejszym nawet, ich pomysłom – nie są przedmiotem, a podmiotem w Kościele. Mają swój rozum i pomysły bardzo często o wiele lepsze (bo w ogóle je mają) niż księża. Oczywiście, zawsze można powiedzieć nie da się – ale jest to uzasadnione, o ile się wcześniej po prostu spróbuje, i nie wyjdzie; a nie z założenia, od razu, bez kiwnięcia palcem.
Komu wiele dano, od tego wiele wymagać będą. Jak sobie to uświadamiam – to zaczynam się za nich modlić, wszystkich. A przede wszystkim tych, którzy tej modlitwy naprawdę potrzebują, bo z ich kapłaństwa więcej jest powodów do zgorszenia i niesmaku, niż pożytku. I podkreślam – nie jest to opinia o wszystkich duchownych. Ja na szczęście trafiłem w życiu tylko na nielicznych takich, przy zdecydowanej większości kapłanów naprawdę Kościołowi i ludziom oddanych. Ale są tacy, którzy od Kościoła i z Kościoła uciekają przez takie a nie inne doświadczenia dziwnego, a często niczym nieuzasadnionego potraktowania przez tego czy innego księdza. Dlatego postawa, sposób i styl życia kapłanów jest problemem – nawet, jeśli przyjąć, że jest to problem mniejszości. Wystarczy zestawić cele i zadania, formę – o jakich mówi choćby w tym tekście u góry Jezus – z tym, co widać. I wyciągać wnioski.

Apostołka apostołów przy pustym grobie

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy /tak/ płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich bracii powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział. (J 20,1.11-18)
Tym razem to nie dzisiejszy tekst – ale z wczoraj. Bo wczoraj Kościół wspominał jedną z najciekawszych postaci związanych z osobą Jezusa. I nie tylko dlatego, że na kanwie kilku mniej lub bardziej spiskowych teorii wokół niej napisano ostatnimi czasy, począwszy od Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna sporo dobrze sprzedających się powieści. 
Może przede wszystkim dlatego, że była kobietą. Chodzi o Marię z Magdali, zwaną popularnie Marią Magdaleną. Tę właśnie, której jedną z historii opowiada powyższy obrazek ewangeliczny. Nie wystarczyło jej to, że była z innymi kobietami i Janem pod krzyżem, widziała ostatnie stadium, apogeum męki Zbawiciela, Jego śmierć, to jak żołnierz przebijał Mu bok. Może słyszała w tym wszystkim krótką wymianę zdań – a raczej obronę Jezusa przez Dyzmę (pierwszego świętego? sam Jezus obiecał mu niebo), który później wyznaje wiarę i prosi o miłosierdzie. 
Już w tym fragmencie jej postawa jest inna. Bo co zrobili uczniowie? Niektórzy pouciekali z miasta – jak tych dwóch, których sam Zmartwychwstały musiał przekonywać i zawracać, gdy już prawie do Emaus doszli. Inni – zaszyli się w wieczerniku, tym niedawnym miejscu wspólnego z Nim ucztowania, bo.. bali się. Sytuacja ich przerosła, nie wiedzieli – co dalej, co zrobić, czy przegrupować się, a może rzucić to wszystko i wrócić do swoich domów, do swoich zajęć, które 3 lata wcześniej porzucili, idąc za Nim? 
Nie wiemy, co było w sercu Marii z Magdali. Na pewno wielki ból i smutek. Czy się bała? Ewangelista o tym nie wspomina. Nie sądzę. Bolała, bo straciła kogoś, kto był dla niej najważniejszy – nie jako kochanek, potajemny partner, ojciec ukrytych dzieci (co niektórzy autorzy spekulują). Zresztą – czy ona sama nie mogła Go kochać jako człowieka? Mogła. Co nie znaczyło wzajemności. Był człowiekiem, ale i Bogiem, któremu uwierzyła, który był jej punktem odniesienia. I już po tych niespełna 3 dniach przyszła, aby pobyć choćby z tą cielesną powłoką, jaka została po Jego śmierci. Chciała w ten sposób oddać mu hołd. Nie zważała na to, co powiedzą ludzie, na ewentualne problemy gdyby napotkała strażników, których przecież Piłat mógł zostawić przy grobie wichrzyciela za jakiego w oczach Żydów uchodził Jezus. 
Stąd jej łzy, które były na pewno łzami szczerej tęsknoty za kimś, kto wskazał jej drogę, a dopiero co został brutalnie zabity. Maria otrzymuje pierwszy po śmierci Jezusa znak od Boga – widzi aniołów. Gdzie jest ciało? Co się stało? Ukradli je? Jeszcze nie rozumiała, co się stało – nie oczekiwała nic, po prostu chciała ostatni raz oddać Panu hołd, namaszczając Jego ciało. Nawet tego nie może zrobić… Nie rozpoznaje Jezusa, gdy ten odzywa się tuż za jej plecami. Ale nie poddaje się – jeśli to  ty Go zabrałeś, powiedz mi, gdzie Go położono. Ma swój cel i nie zamierza odpuścić. 
To, co usłyszała później, musiało w jakiś sposób przypominać wcześniejsze zdarzenie. Kiedyś musiała być sytuacja, gdy Maria pierwszy raz o Nim usłyszała. Od ludzi? Z plotek o uzdrowieniach, o wyrzucaniu demonów przez Niego? Ktoś opowiedział kawałek z Jego nauki? Może sama Go gdzieś usłyszała? Na pewno wtedy Bóg zapukał do jej serca. Zwrócił się do niej tak, jak Bóg zwraca się do każdego – wprost, po imieniu. Mario. Mówię właśnie do ciebie. Zwracam się do wszystkich, każdemu proponuję zbawienie. Ale mówię też konkretnie do ciebie. Tak, jak Zmartwychwstały mówiący w tej chwili do niej. To On. Żyje! 
Także pierwsze posłanie po zmartwychwstaniu Jezus kieruje do niej. Właśnie jej się pierwszy objawia. To ona ma zanieść radosną nowinę do apostołów. Nie Piotr, nie Jan – ona, kobieta, Maria. Pusty grób rozpromienia historię chrześcijaństwa i ogłasza zwycięstwo Zbawiciela nad śmiercią właśnie dzięki Marii, przez nią. jako pierwszą W świetle ówczesnych konwenansów, niskiej pozycji  kobiet w społeczeństwie – paradoks. Znali ją, to prawda, ale mogli pomyśleć, ze zwariowała. Zresztą, najpewniej – co można odczuć, czytając ewangelie – Piotr nie pobiegł do grobu dlatego, że się ucieszył, ale dlatego że po prostu nie uwierzył. Eh, mała wiara…
Wschodnia tradycja Kościoła przypisuje Marii z Magdali tytuł apostołki apostołów. Gra słów z jednej strony, ale jakże prawdziwa. Pozostają pytania co do jej wcześniejszych dziejów, zanim dołączyła do grupy idących za Jezusem. Pewne jest, że Jezus wyrzucił z niej bodajże 7 złych duchów, o czym wspomina ewangelia Łukasza. Tak samo jak to, że jest o niej mowa w każdym miejscu, gdy autor wymienia podążających za Panem (Marii było tam kilka – ale o tej zawsze jest mowa). Z czego wynika to, że utożsamia się ją z jawnogrzesznicą, którą Jezus uratował od ukamienowania, cudzołożnicą? Nie wiem i nie rozumiem – chociaż nie wykluczam, bo nie takie pokręcone życiorysy Jezus rozprostowywał. Jakoś mi się w to wierzyć nie chce. Może przemawia przez to jakaś próba zdyskredytowania przez wczesnochrześcijańskich pisarzy jej osoby? No bo kto by pomyślał, nie wypada – żeby  k o b i e t a … 
Dla mnie to świetna postać. Która na szacunek zasługuje nie ze względu na parytety czy tego typu bzdury, czy fakt bycia kobietą. Ona zasługuje na szacunek, bo nie zabiegała o pierwszeństwo o którym napisałem (często niezauważane), a jednak Jezus ją nim obdarzył: pierwsza zaniosła radosną nowinę od grobu. Zasługuje na szacunek ze względu na swoją postawę po śmierci Pana – to, że nie uciekła, nie bała się, ale ukojenia szukała przy Nim, szła oddawać Mu hołd. Wspaniała patronka ludzi, którzy wierzą nadziei wbrew nadziei. 
>>>
GN opublikował ciekawy tekst na temat blogów księży. Bardzo cieszę się, że zwrócili uwagę np. na blog ks. Andrzeja Przybylskiego, który często i chętnie czytam. Napisali o ks. Arturze Stopce – bo aktywnie pisze na wielu frontach. Dziwię się, że pominęli blog ks. Tomasza Sękowskiego (może dlatego, że ostatnio rzadziej pisze?). Trochę nie rozumiem reklamowania tego bloga – artykuł wychodzi pod koniec lipca 2010, zaś ostatni wpis… z listopada 2009.
W ogóle – jak ktoś zainteresowany jest księżowskimi blogami – spora lista (jedyna w swoim rodzaju) jest w serwisie kaplani.com.pl.
>>>

Jakoś nie chciało mi się pisać… Przelewanie z pustego w próżne… Chodziło o przepychanki odnośnie krzyża, który po katastrofie w Smoleńsku stanął przed pałacem prezydenckim. Przecież to jest oczywiste. Teren państwa, kancelaria decyduje. Tam ma i powinien być pomnik. A krzyż jako symbol może zaistnieć w innym, lepszym miejscu. Bardzo dobry tekst o przeciąganiu krzyża.

>>>

Kilka świetnych myśli z tekstu o pracujących w Bronxie franciszkanach ze wspólnowy Renewal (Odnowa), o tym że życie to jak stołek o 3 nogach i o skakaniu w ciemno ze schodów ufając Bogu:
Benedykt XVI powiedział, że serce misjonarza to serce, które jest przebite. Bardzo mnie to dotknęło. Zmagałem się długo z tym, o co pytasz. Przebicie serca jest częścią nawrócenia. Uczę się kochać tych, którzy ze mnie szydzą. Sam byłem kiedyś pierwszym, który kpił z chrześcijan. Często czuję strach. To dobrze, bo mam możliwość wyboru: wyjść na ulicę czy zostać w celi. Ewangelizacja to mieszanka strachu i „Jezu, ufam Tobie”. Zastanawiałeś się, dlaczego Bóg w ogrodzie Eden postawił drzewo? Po to, by Adam miał możliwość wyboru. Zmaganie się z możliwością odrzucenia jest codziennym chlebem apostoła. Umieram, by dać życie innym.
– Bóg nie wchodzi z butami w twoje życie – wyjaśnia o. Agustino. – On delikatnie pyta. Tak rodziło się moje powołanie. Tuż po nawróceniu mówiłem: „Panie, dla Ciebie wszystko! Co mam robić?”. Usłyszałem cichy głos: „Chcę, byś został kapłanem”. „Panie, spraw, bym został milionerem, a ja rozdam pieniądze ubogim” – krzyczałem. A w sercu słyszałem: „Chcę, byś został kapłanem”. „Panie, założę liczną rodzinę, a moje dzieci wychowam na prawdziwych chrześcijan”. „Chcę, byś został…”. „Panie – nie dawałem za wygraną – dla Ciebie wejdę na Mount Everest!”. „Chcę…”. Co było robić? Skapitulowałem – śmieje się zakonnik z Teksasu. – Nie żałowałem tego ani przez chwilę. Dziś wiem, że jedyną rzeczą, która może mnie uszczęśliwić, jest wypełnienie Jego woli. 
Chcę być dzieckiem. Dziecko jest wolne. Nie wstydzę się okazania słabości. Dziś rano czytałem słowa Faustyny i zacząłem płakać. Dar łez – czułem to wyraźne – był głosem Jezusa mówiącego: Zobaczcie, jak bardzo was kocham! 
Chciałem grać jedynie dla Pana, ale nie potrafiłem. Spowiednik zalecił, bym codziennie przez pół godziny grał jedynie dla Boga. Bez świadków. Grałem, ale czułem, że wciąż się popisuję. „Jezu, daj mi czyste serce! – wyłem. – Zabierz mą ogromną pychę!”. Grałem tak samotnie przez pół roku. Robiło mi się już niedobrze. Spowiednik powiedział, że może to potrwać nawet 4 lata. Zdobywanie cnoty to długi dystans. Budujemy solidny dom, a nie domek z kart. Po miesiącach codziennej walki odetchnąłem. Poczułem, że modlę się grą i przestaję się popisywać. Dziś niczego już nie chcę, jedynie grać dla Niego. Jeśli przestanę, zaczną wołać kamienie. – A czego bardziej boicie się, wychodząc na ulice Bronksu: agresji czy szyderstwa? – pytam, żegnając się z zakonnikami w szarych habitach. – Odrzucenia – odpowiada o. Agustino. – Boję się starego człowieka, który we mnie drzemie. Dlatego każdego dnia staję na szczycie schodów i błagam: „Łap mnie!”.
O co chodzi z tymi schodami? Przeczytaj całość 🙂