Kompromitacja – samobój abp. Michalika

Dzisiejszy występ abp Józefa Michalika – nie dość że metropolity (przemyskiego), to jeszcze przewodniczącego KEP – po prostu mnie załamał. Jak człowiek na to patrzy, to naprawdę spekulacje i teorie spiskowe o jednym wielkim ataku na Kościół przestają być potrzebne – skoro głowa polskiego Episkopatu na własne życzenie w sposób dramatyczny przysłowiowo strzela (sobie i Kościołowi) w stopę.
Otóż abp. Michalika na zebraniu plenarnym KEP zapytano dzisiaj o kwestię przypadków pedofilii wśród duchownych. Odpowiedź padła następująca (cytuję za deon.pl):

Boleję nad tym, oczywiście nikt nie może akceptować tego. Nie akceptuje ani Kościół, ani żaden człowiek Kościoła. Natomiast problem cały jest w tym, żeby tej troski o dziecko też nie ograniczyć tylko do ran, które zostały mu zadane. I to jeszcze w dodatku te rany, bywa, że one są przedstawiane w taki sposób troszkę redukcyjny. (…) Ile jest ran w dziecięcych sercach, w dziecięcych życiorysach, kiedy rozchodzą się rodzice. Dzisiaj nikt nie mówi o rozwodzie, że to jest krzywda dla dziecka. Oczywiście, że jest wielką krzywdą molestowanie, nie wolno zapomnieć o tym, ale nie tylko to, może jeszcze więcej i szersze pole, dlaczego na ten temat nie mówimy? Też musimy mówić. Chcąc pełnić urząd proroczy, nie pomijajmy jednego ani drugiego. Bo to jest jakieś nasze zadanie.

Wiele tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami były zdrowe. Słyszymy nie raz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga. (…) Dzisiaj otrzymujemy z instancji międzynarodowych światowych instrukcję, że mamy zaczynać informację, czy wprowadzenie w życie seksualne dziecka, w przedszkolach. To jest horrendalna rzecz, przecież trzeba pomóc i dziecku i rodzinie być mocniejszą, a nie iść po tej linii najłatwiejszej.

Człowiek czyta te słowa raz, drugi…i nie ma pojęcia, o co chodziło autorowi.

Wiadomo już, kto jest winny pedofilii. Rodzice tych perfidnych dzieci powinny płacić księżom odszkodowania – bo to dzieci są groźne dla zboczeńców, ponieważ ich uwodzą. O to chodzi? Bo dzieci – którym brakuje ciepła i miłości – lgną i szukają jej u obcych dorosłych, gubiąc się i wciągając np. księży w pedofilię? Jaki miałby być rzekomy związek przyczynowy i wpływ rozwodów na pedofilię? Dziwne i zupełnie absurdalne wnioski – jednak takie wypływają z tych słów. Niestety.

Powtarza się casus księdza ex-kanclerza warszawsko-praskiego Wojciecha Lipki sprzed kilku dni, który – siedząc przy jednym stole z sekretarzem KEP bp. Wojciechem Polakiem i pełnomocnikiem KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży o. Adamem Żakiem SI – mówił z głupawym uśmiechem na twarzy rzeczy świadczące o tym, że „u nas się nie przyjęło” to, o czym jednoznacznie wypowiada się KEP. Zaskakuje wręcz oszałamiający brak wyczucia sytuacji – kiedy takie słowa padają z ust w dniach (miesiącach), kiedy nie tylko w Polsce ludzie Kościoła robią wszystko, aby przekonać o jednoznacznym i wyraźnym podejściu „zero tolerancji” wobec pedofilii, staraniach wypracowania metod zwalczania dewiacji. Wydaje się oczywiste, że Kościół powinien być pierwszy do obrony dzieci, że sprawy w zakresie regulacji i reagowania na nadużycia seksualne w polskim Kościele i jednoznacznego określenia odpowiedzialności w tym zakresie zmierzają w dobrym kierunku dzięki wysiłkom bp. Polaka czy o. Żaka właśnie – a tu nagle, jak przysłowiowy filip z konopii, przychodzi człowiek, który to wszystko autorytetem przewodniczącego powinien spinać i budować, a więc posiadać powinien umiejętność precyzyjnego formułowania i wypowiadania myśli… i opowiada bzdury.

Określenia można mnożyć – totalna kompromitacja, błazenada, straszne bzdury. Oderwanie od rzeczywistości? Chyba najwyraźniej. Próba sprowadzenia problemu przez rzecznika KEP do „zwykłego lapsusa językowego” to kolejny dowód katastrofalnego braku wyczucia – tak rzecznika, jak i jego szefa. Złe rozłożenie akcentów i przekonanie, że wypowiada się słowa w dobrej wierze – prowadzące do tragicznego skutku, chyba niestety bezmyślności i lekkomyślności, albo po prostu nie przygotowania i nie znajomości tematu, co bezpośrednio w moim odczuciu świadczy o braku szacunku wypowiadającego się w stosunku do rozmówcy (dziennikarza) i odbiorców wypowiedzi (wierni Kościoła), czyli prawie wszystkich. Nie da się ukryć, że nasuwa się jeszcze jedno pytanie – abp Michalik nie wiedział, co mówi, czy może nie chce wiedzieć, co mówi?

Tak – przeprosił za nieporozumienie na na prędce zwołanej konferencji prasowej po południu. „Przepraszam za to nieporozumienie… Cały kontekst mojej wypowiedzi i mojego nastawienia jest taki, że dziecko jest niewinne i nie może być krzywdzone”. „Znam styl księdza arcybiskupa. Jest czasem tak, że rozpoczyna zdanie, czasem nie kończy, czasem wtrąca inne, ale co do jego intencji nie mam absolutnie żadnych wątpliwości i sytuacja jest jasna: zero tolerancji dla pedofilii”. Świetnie – tylko że chyba nie bardzo mi się chce wierzyć, ponieważ dla mnie zostało powiedziane coś zupełnie innego, niż rzekomo miało być powiedziane – gdy chodzi o sens. Nawet karkołomna próba przełożenia „z polskiego na nasze” chyba się nie udała w taki sposób, jaki efekt miała osiągnąć – bo syf pozostał. Trudno jednak przyjąć, iż wytłumaczeniem zaistniałej sytuacji jest udzielanie odpowiedzi w biegu, z miejsca – skoro chodzi o sprawę, która w Kościele jest priorytetowa i akcentowana wyjątkowo mocno, zaś dzisiejsza sytuacja pokazuje, że nie potrafi się w sposób zrozumiały wypowiedzieć o tym szef Episkopatu.

Dobre w tej sytuacji widzę dwie rzeczy.

Po pierwsze, że wszyscy chyba ludzie, którym Kościół szczerze leży na sercu, wyrazili ubolewanie z powodu słów, które padły: Fronda („Wiadomo już, kto jest winny pedofilii. Rodzice tych perfidnych dzieci powinny płacić księżom odszkodowania.bok tych niewątpliwie słusznych słów padły także inne. I tych nie sposób już bronić”), Joanna Kociszewska, wiara.pl („trzeba powiedzieć, że jest to potężna pomyłka, kompletnie sprzeczna z tym co mówi psychologia. Jest prawdą, że poranione dziecko szuka miłości, ale miłości, nie molestowania czy gwałtu. To dorosły wykorzystał fakt, że było łatwym łupem, i skrzywdził jeszcze potworniej. Wina leży wyłącznie po stronie dorosłych i jest tym większa, jeśli chodzi o dziecko już wcześniej skrzywdzone”), Tomasz Terlikowski („takich słów nie da się obronić, nie da się ich zrozumieć, a już na pewno nie da się ich zaakceptować” – który po późniejszej konferencji prasowej dodał, że niesmak po wszystkim i tak pozostał)), Zbigniew Nosowski („Nic tych słów nie usprawiedliwia, nic ich nie tłumaczy. Spontaniczność wypowiedzi dowodzi, że abp Michalik nic nie wie o pedofilii. A skoro nie wie, nie będzie potrafił jej zapobiegać. I jeszcze bardziej mi wstyd.Takie jedno zdanie niweczy wysiłki wielu osób – także części hierarchów, na czele z sekretarzem generalnym, bp. Wojciechem Polakiem – zaangażowanych w przygotowywanie kościelnych wytycznych działania oraz programów prewencji”), Wojciech Teister, gosc.pl („Chciałbym mieć nadzieję, że wypowiedź abp Michalika była nieporozumieniem”), ks. Grzegorz Strzelczyk („”Najbardziej niepokojące w tej całej sprawie jest dla mnie ‚słyszy się często’, które zostaje wypowiedziane przed kawałkiem o ‚wciąganiu’. Kogo słucha Przewodniczący KEP w sprawie przyczyn pedofilii? Bo jeśli ta wypowiedź obrazuje jego faktyczną wiedzę na temat tych przyczyn (tuż przed obradami KEP dotyczącymi także przypadków pedofilii duchownych), to moje przerażenie sięga zenitu”).

Po drugie – w kontekście zbliżających się wyborów władz KEP – można mieć nadzieję, że sami biskupi wreszcie w swoich ekscelencjach zrozumieją, że czasy, kiedy wystarczał i był w sam raz taki właśnie abp Michalik już dawno minęły (o ile w ogóle kiedykolwiek istniały), i należy w sposób bardzo zdecydowany i szybki przewietrzyć kierownictwo tej szanownej instytucji, ponieważ jeszcze kilka sytuacji jak tych, których świadkami byliśmy w ostatnich tygodniach, i trudno będzie oczekiwać, aby nawet najbardziej wierzący katolik był w stanie słuchać tego rodzaju wypowiedzi. Bo – jak napisałem na początku – w takiej jak dzisiaj sytuacji Episkopat nie potrzebuje wroga z zewnątrz Kościoła: wydaje się bowiem, że sam przed sobą nie będzie w stanie obronić wypowiedzi, jaką dzisiaj zafundował wszystkim abp Michalik. 

Przepraszam, ale…

Zupełnie przypadkiem pod koniec jedynkowych Wiadomości usłyszałem, że na TVP Info Krzysztof Ziemiec rozmawiać będzie z abp. Henrykiem Hoserem SAC czyli ordynariuszem warszawsko-praskim o całej sytuacji dotyczącej sprawy byłego już proboszcza z Tarchomina, skazanego nieprawomocnie za przestępstwo seksualne, który (mimo pół roku od tego faktu) do 26 września br., tj. wyemitowania na ten temat programu w TVN, nadal pełnił funkcję proboszcza tejże parafii. Niestety, nigdzie nie widzę pliku wideo z tej rozmowy – nie mogę więc podlinkować do poczytania. A rozmowa bardzo ciekawa choćby z uwagi na osobę prowadzącą – red. Ziemca – nie tylko deklarującego się, ale niewątpliwie będącego człowiekiem wierzącym, zatem gwarantem zachowania w niej pewnego poziomu. 
Powiem tak – mam mieszane uczucia. Tchnęło tu pewną nadzieją i refleksją, ale jakby nie do końca. 
Zaczęło się bardzo obiecująco – biskup zacytował ewangelię Marka: „Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze” (Mk 9, 42). Dalej, niestety, już gorzej. Abp Hoser mówił m.in. „Nie zrobiłem nic, by opóźnić procedurę dochodzeniowo-karną w tej sprawie” – wybacz, ale to zasługa nie jest, bowiem samo utrudnianie postępowania karnego jest karalne, więc trudno cieszyć się tylko z tego, że biskup był tak miły nie przeszkadzać policji i śledczym; jeszcze by tego brakowało, aby utrudniał… W dużym skrócie – całokształt wypowiedzi – tym bardziej z ust biskupa, zatem ojca diecezji i największego w niej autorytetu (rozmowa akurat z nim z pewnością była posunięciem absolutnie celowym – pytanie, czy z własnej inicjatywy, czy też np. nuncjusz w sposób jednoznaczny kazał się pokajać?) – miała chyba wywołać u odbiorców przekonanie, iż diecezja właściwie to zrobiła wszystko, co mogła, zgodnie z procedurami – więc o co chodzi. Tymczasem jak już pisałem o wypowiedzi ks. Wojciecha Lipki (poprzedni tekst) – także tutaj trudno nie stwierdzić oczywistych rozbieżności pomiędzy słowami i czynami papieża Franciszka (jeszcze przed sprawą w sądzie, a co dopiero wyrokiem, przeniósł do stanu świeckiego peruwiańskiego biskupa oskarżonego o molestowanie, nie ucieka od tematu i wskazuje na konieczność zdecydowanych działań w przypadku oskarżeń wobec duchownych) oraz słowami bp. Wojciecha Polaka z ostatniej konferencji z jednej strony, a słowami i dość dziwnymi tłumaczeniami a to ks. Lipki poprzednio, a to abp. Hosera dzisiaj. Także pomimo tego, że biskup warszawsko-praski – jak powiedział – solidaryzuje się z wypowiedzią bp. Polaka, nie ks. Lipki, podczas piątkowej konferencji (co nie znajduje odzwierciedlenia w całości dzisiejszej jego rozmowy z Ziemcem). 
Red. Ziemiec trafnie zadał pytanie – czemu słowa przepraszam w ogóle nie umieszczono w dzisiejszym oświadczeniu kurii warszawsko-praskiej? Sądząc po tonie tego dokumentu – jest tam, w mojej ocenie, dorobiona ideologia do tego, co już zaszło, do niefortunnych (co najmniej) wypowiedzi i oczywistego braku decyzji, które winny były zapaść co do księdza z Tarchomina jeśli nie w marcu br., to już w 2011 r.; próba udowodnienia, że diecezja postępowała zgodnie z wytycznymi odpowiedniej w tym zakresie instrukcji, zatem wszelki medialny szum jest zbędny. Pominę fakt, że oświadczenie podpisała „kuria” – brak cywilnej odwagi podpisania się pod tym dokumentem przez kogokolwiek z imienia i nazwiska? Pojawia się tam sformułowanie o niemożności stosowania kar kanonicznych przed ustaleniem winy – świetnie, tylko nikt w tym zakresie nie podnosi zarzutu. Chodzi o to, że nie zrobiono z księdzem nic, pomimo wiedzy o podejrzeniach w stosunku do niego od kwietnia 2011 r. (dokładnie 2,5 roku!). 
Co więcej – istotne – sam abp. Hoser w dzisiejszej rozmowie, na pytanie dziennikarza, odpowiedział, iż w jego ocenie w tej konkretnej sprawie zarzuty są mocno udokumentowane (w przeciwieństwie, jak podał, do przypadku z diecezji, kiedy nie potwierdzono zarzutów w materii nadużyć seksualnych ze strony innego duchownego). Czemu więc zabrakło działania? 
Padły także następujące słowa biskupa: „Usuwanie z urzędu w tej fazie procesowej jest środkiem zapobiegawczym. Przełożony jest zobowiązany by ocenić, czy osoba jest zagrożeniem dla otoczenia. Sąd nie zakazał mu kontaktu z dziećmi i młodzieżą nie zastosował aresztowania. Nasza analiza wykazała, że nie mamy do czynienia przypadkiem recydywy”. Chyba miało być mądrze, wyszło że mówiący te słowa nie bardzo zna się na materii, jaką poruszył. Chodziło z pewnością o art. 41a kodeksu karnego – zakaz m.in. kontaktów z małoletnimi – który jest środkiem karnym, zatem dodatkową dolegliwością stosowaną obok kary, lub w pewnych okolicznościach zamiast niej. Skoro kara – to orzekana wyrokiem sądowym, zatem na zakończenie postępowania. Dalej, skoro wyrok nieprawomocny i postępowanie przed sądem karnym trwa – to może się kara zmienić (nie wiadomo – nie znamy treści wyroku sądu I instancji – w jakim zakresie wniesiono apelację). Z kolei instytucja tymczasowego aresztowania w tego rodzaju sytuacji raczej nie miała by sensu – nic więc dziwnego, że nie zastosowano go. Arcybiskup powiedział o środku zapobiegawczym – czyli w jego ocenie należało by delikwenta usunąć z parafii tylko, gdyby jednoznacznie (w jaki sposób i kto miał by to weryfikować, sprawdzić?) wyglądał na takiego – za przeproszeniem – który będzie dalej molestował i był w ten sposób zagrożeniem dla otoczenia? Brak recydywy to argument? Raczej zasłona. Czy biskup powinien sam z siebie – nie czekając na media (tym razem zajęło pół roku od wyroku sądu, zanim dokopały się do sprawy) – zareagować i odsunąć księdza z parafii, czy uznać: molestował raz, obiecał że się poprawi i nie będzie, więc niech dalej robi swoje, skoro nie jest recydywistą? Oczywiście – każda sytuacja jest inna – ale czy odpowiedź nie wydaje się oczywista? 
Ale nawet – pomijając to – co stało na przeszkodzie, poza pewnym wyczuciem, poczuciem odpowiedzialności i owszem, jakąś odwagą, aby z uwagi na same podejrzenia odsunąć księdza od pracy w parafii? O to chodzi, tu jest problem – co red. Ziemiec wyraźnie zaznaczał, formułując kilkakrotnie pytania – bo nie o ocenę pracy sądu czy policji chodzi w całej sprawie, ale o bierność diecezji i zachowanie, jakby się nic nie stało. Tu nie chodzi o to, co nakazuje najmądrzejsza nawet instrukcja (albo inaczej: wprost nie nakazuje wyrzucić z parafii, no to nie wyrzuciłem) – która z przyczyn oczywistych nie przewidzi każdej możliwej do zaistnienia sytuacji – ale o roztropność i działanie wtedy, kiedy jest to potrzebne. Paradoksalnie – to właśnie jest owo „nie odczytanie sytuacji”, o którym abp. Hoser powie (opiszę poniżej), a jednak nie potrafił go odnieść do całej sytuacji, a tylko do postawy jednej osoby. Powiedział też, że „traktowanie takich przypadków [przestępstw seksualnych] wymaga zdecydowanej postawy” – więc skoro to tak dobrze wie, czemu postąpił dokładnie odwrotnie, unikając podjęcia odpowiednich kroków?
Tej wypowiedzi w ogóle nie rozumiem: „parafianie z Tarchomina nic nie wiedzieli o tych sprawach. Czy przez pół roku stało się coś, co spowodowało szkodę?”. Oczywiście – sam czyn. No bo czy uniknięciem szkody miało by niby być to, aby sprawę zamieść pod dywan i uniknąć tego, co się stało (tj. zainteresowania mediów)? Teoretycznie zdarzenie upublicznione wywołało zgorszenie wśród ludzi – czy jednak oznacza to, że nie powinno być ujawnione, tzn. ksiądz powinien nadal jakby nigdy nic pracować w parafii? Myślę, że sytuacja była by o wiele prostsza, uniknięto by jakichkolwiek wątpliwości co do działań i intencji diecezji w prosty sposób: oświadczenie o zarzutach wobec księdza jako uzasadnienie odwołania z parafii, odczytane w parafii i opublikowane na www diecezji. Od razu, nie po rozdmuchaniu sprawy w mediach. Tak samo jak bp Piotr Jarecki mógł udawać, że to nie on pod wpływem alkoholu rozjechał latarnię w Warszawie – a przyznał się sam do wszystkiego, wyraził skruchę, przeprosił. Można postąpić uczciwie, transparentnie? Można. Trzeba chcieć.  
Tak, padło słowo „przepraszam”. A dokładnie – „Przepraszam, jeżeli sytuacja sprawiała wrażenie, że doszło do próby pomniejszenia, niedostrzeżenia powagi przestępstwa”. Arcybiskup jakby wyraził też coś na kształt skruchy, że takie słowa nie znalazły się w treści oświadczenia (czyżby redagowanego przez ks. Lipkę?) – i to dobrze rokuje. Dobrze również, że ordynariusz podkreślił, iż badanie tego typu spraw w sposób oczywisty powinno spoczywać na organach świeckich, państwowych, które posiadają ku temu procedury i możliwości, a jednocześnie są niezależne od jednostek kościelnych, zatem nie można zarzucić żadnych nacisków – tu zdecydowanie wypowiedział się trafnie. Tylko pojawia się pytanie – skoro tak, i już jeden sąd (tak, nieprawomocnie, wiem) wydał wyrok skazujący, nie z czapki tylko na podstawie konkretnego postępowania dowodowego, skąd bierność i brak konkretnych decyzji co do tego księdza po fakcie, czyli jakieś pół roku temu? Owszem, sąd II instancji może wyrok zmienić, oczywiście. Czy ktoś wierzy w to, że nagle uniewinni tego księdza? 
Dobrze też, że odbyło się spotkanie z dziekanami poszczególnych dekanatów, że biskup powołał – jak to nazwał – zespół szybkiego reagowania w podobnych sytuacjach. Oby do kolejnych takich nie doszło. Dobrze, że wykorzystując media zaapelował do wszystkich ludzi o czujność i zgłaszanie wszelkich podejrzeń w zakresie zachowań na tle seksualnym osób działających w imieniu Kościoła – wskazując nie tylko na księży, ale też na katechetów. 
I wreszcie, dobrze że jakby w końcu obiektywnie spojrzał na osobę dotychczasowego kanclerza kurii ks. Wojciecha Lipki – co doprowadziło do, spóźnionych acz trafnych wniosków w postaci odwołania go jutro ze stanowiska, co zostało zapowiedziane wprost („Ksiądz Wojciech Lipka przestaje być kanclerzem kurii warszawsko-praskiej”). Pomijając moje stanowisko co do sytuacji ks. Wojciecha Lemańskiego (i roli ks. Lipki w tym, że zakończyła się aferą a nie konsensusem przed jej wybuchem, w czym według moich informacji miał duży udział), jak już pisałem – powinien „polecieć” za samą konferencję prasową z ubiegłego piątku. Stwierdzenie abp. Hosera, iż „spowodował pewne wątpliwości co do decyzji, co do konieczności bardzo jednoznacznego wypowiadania się w sprawach [pedofilii w Kościele]. Nie potrafił odczytać sytuacji (…) Jego rolą była sygnalizacja problemu” to dyplomatyczna gra słowna, jednak przekaz jest jasny. Nie może być tak, że papież i Episkopat mówią jedno, a przy tym samym stole w imieniu jednej z diecezji należącej do tego Episkopatu i podlegającej w ramach Kościoła temu papieżowi ktoś kiwa głową, po czym mówi de facto coś zupełnie innego – przy tym w materii tak oczywistej jeśli chodzi o stanowisko czy to KEP, czy papieża, a jednocześnie wymagającej delikatności i wyczucia. A ks. Lipka tak się zapędził w tym sygnalizowaniu, że przekaz zabrzmiał mniej więcej: co wam do tego, zajmijcie się sobą, nasza sprawa. Dobrze, że post factum ktoś zauważył, że coś w takiej postawie nie gra. 
Komentarz na bieżąco do rozmowy, z jednego z portali społecznościowych: „Biedny Ziemiec – tak bardzo stara się nie dopuścić do kompromitowania się przez abp. H. I tak bardzo rozmówca nie daje mu szansy”. Niestety, dość trafny – oglądałem całość rozmowy, nie da się ukryć, że pan Krzysztof miał coraz większe oczy i nie bez powodu pewne pytania powtarzał, licząc na bardziej konkretne (sensowne?) odpowiedzi – niestety, bezskutecznie. 
I jeszcze taka ciekawostka. TVP zaprosiła abp. Hosera jako biskupa miejsca, dając szansę na wyjaśnienie sytuacji, jasne stanowisko – i nie do końca wyszło… nie z winy stacji, co tego, co mówił rozmówca Ziemca. Z kolei TVN praktycznie w tym samym czasie pokazał rozmowę Moniki Olejnik z bp. Grzegorzem Rysiem z Krakowa – fakt, na temat w dużej mierze inny, bo kwestii zarobków duchownych – który chyba przyjął lepszą strategię, mówiąc, że łatwo jest pokazać rzeczy patologiczne w Kościele, ale jak dzieje się coś dobrego, to nikt o tym nie mówi. Nie brnął w sytuację, nie oceniał sprawy warszawsko-praskiej (choć stwierdził, że w Krakowie w jakiejkolwiek sytuacji podejrzeń w tej materii w stosunku do księdza odsuwa się go od wszystkich obowiązków) – bo tutaj, nie ukrywając, w tej sprawie na podstawie tego, co zrobiono (a raczej czego nie zrobiono) można było tylko polec. 

Po prostu lip(k)a

Wstyd? Zażenowanie? Złość na traktowanie ludzi w sposób niepoważny? 
Sam nie wiem, jak opisać emocje po wysłuchaniu tego, co bardzo żmudnie skonstruował a następnie z – niestety moim zdaniem głupawym – uśmiechem recytował, a media transmitowały, ks. Wojciech Lipka. Pal sześć, gdyby był on w nomenklaturze kościelnej „byle kim”. Bo tak się złożyło, że zapytano go i wypowiadał się jako kanclerz kurii diecezji warszawsko-praskiej. 
W skrócie – rozbiło się o to, że wiadomość o tym, że ksiądz Grzegorz K. (do niedawna proboszcz parafii Tarchomin w Warszawie) mógł dopuścić się molestowania seksualnego, dotarła do kurii 01 kwietnia 2011 r. W tym samym czasie sprawę do prokuratury zgłosił psycholog Marek Sułkowski, który prowadził terapię jednego z wykorzystywanych seksualnie ministrantów. I sedno – w stosunku do owego księdza władze diecezjalne po prostu palcem nie kiwnęły przez przeszło 2 lata, tj. do dnia 26 września 2013 r., kiedy odwołano go z parafii. Odwołano z powodu wyroku? Nie, ponieważ ten – tak, nadal nieprawomocny – zapadł… w marcu 2013 r. W  marcu br. ks. Grzegorz K. został skazany przez Sąd Rejonowy w Otwocku pod Warszawą na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata za molestowanie ministranta. Odwołano go z powodu materiału, wyemitowanego w dniu odwołania na TVN w programie „Czarno na białym”. 
Nie o to jednak się rozbija problem – sąd ustalił swoje, jest wyrok skazujący, choć nieprawomocny. Chodzi o skandaliczną po prostu wypowiedź kanclerza kurii, jaką uraczył wszystkich podczas konferencji prasowej (link powyżej), która pokazuje absolutne lekceważenie władz duchownych diecezji warszawsko-praskiej w stosunku do przyjętych zasad działania struktur Kościoła w tego typu przypadkach. Opowiadanie o wyjaśnianiu sprawy „własnymi kanałami” to po prostu wodolejstwo, pic na wodę – z jasnym przekazem: wara, nie wasz (świeckich) problem. 
Przede wszystkim – ów ksiądz Lipka sprawiał wrażenie, w mojej ocenie, rozbawionego sytuacją – co samo w sobie jest nie na miejscu. Dalej, pozwalał sobie na stwierdzenia (cytaty), że „czekaliśmy na rozwój wydarzeń” albo „zarzuty okazały się bez pokrycia i nie zostały udowodnione”. No to, przepraszam, czy tam nie umieją czytać? Procedury kościelne jasno mówią – oczywiście, pozostawiając „roztropność i rozeznanie” biskupowi diecezjalnemu (co na tej samej konferencji podkreślał, siedzący obok Lipki, sekretarz KEP bp Wojciech Polak – który równocześnie wskazywał, iż decyzje powinny zapadać jak najszybciej) – winno się księdza zawiesić w czynnościach (powtórzył to co najmniej 2 razy), a nade wszystko odsunąć od pracy z dziećmi. Kolejna wtopa – ów ksiądz nadal zajmował się ministrantami (zarzuty dotyczyły zachowania w stosunku do bezpośrednio osób z ich grona!). Co więcej – zarzuty dotyczyły także molestowania, a poza tym wybronił się z zarzutów rozpijania (załapał się na przedawnienie), z tytułu których miałby osobny proces. Tym bardziej, że z kościelnej instrukcji wprost wynika – zawieszenie nie stanowi rozstrzygnięcia o winie księdza. 
Jak można poza tym stwierdzić, że zarzuty okazały się być bez pokrycia – skoro sąd wydał wyrok skazujący? Przykro mi, ja takie słowa odbieram, jakby wypowiadający je (w imieniu biskupa) miał słuchaczy i pytających za idiotów. Prawomocność to jedno, ale sąd wydał rozstrzygnięcie, konkretne, skazujące. Po prostu ks. Lipka nie potrafił w żaden sposób wyjaśnić, dlaczego diecezja zareagowała tak, jak zareagowała – czyli wcale – i z jakiego powodu lekceważono choćby informacje wprost zgłosił tam psycholog który prowadził terapię jednego z wykorzystywanych seksualnie ministrantów. 
I wreszcie – fantastyczne sformułowanie kanclerza, że to „czyny dawne”. Domyślam się, że definicji legalnej tego pojęcia się nie znajdzie w żadnym dokumencie – ale czy za takie należy uznać wydarzenia z 2001 r. w tego rodzaju sprawie? No chyba nie. Porażka na całej linii – wizerunkowo (przede wszystkim, co wali w cały Kościół), z ludzkiego punktu widzenia, a także logicznie i merytorycznie. 
Przykre to było, bowiem wypowiedzi bp. Polaka i ks. Lipki były ze sobą po prostu sprzeczne. Panowie siedzieli przy tym samym stole, wydawało by się że reprezentowali ten sam Kościół (tylko na innym poziomie jego struktury w RP), przy czym bp. Polak mówił, jak powinno się postępować (i bardzo mocno, co było widać, starał się uniknąć jednoznacznie negatywnej oceny działania kurii praskiej), a ks. Lipka wykrętnie odpowiadał na pytania, rysując obraz, jak to diecezja praska – mając wytyczne w poważaniu – „zrobiła po swojemu”, zupełnie odwrotnie: nie robiąc nic, dopóki media nie nagłośniły sprawy. 
Jak widać, sytuacja spowodowała wzburzenie w każdym chyba środowisku związanym z kościołem. 
Kuria warszawsko-praska jest w sytuacji, która wymaga głębokiej reformy. Jeśli kanclerz kurii mówi publicznie do dziennikarzy – to nie wasza sprawa, kiedy zadają pytania o pedofilię, to dla mnie jest to wystarczający powód do odwołania tego kanclerza, bo kompromituje Kościół (Marcin Przeciszewski – szef KAI). Ta konferencja nt pedofilii pokazala tylko tyle, ze w co najmniej jednej diecezji (i zeby na tym sie skonczylo) mamy ludzi, ktorzy dzialaja tak jak mafia: bronmy swoich za wszelka cene, nawet kosztem calej wspolnoty, ze nie powiem o ofiarach. Podtrzymuje co wczesniej napisalem: jesli ks. Lipka dalej bedzie kanclerzem to znaczy,ze chroni go biskup a to w konsekwencji znaczy, ze biskup tez nie kontorluje tego co sie dzieje w jego diecezji, wiec powinien dla jej dobra podac sie do dymisji (pisownia oryginalna – ks. Kazimierz Sowa, wypowiedź na profilu społecznościowym). Jestem ojcem i chcę mieć pewność, że jeśli do biskupa zgłosi się psycholog z informacją tego typu, to ksiądz zostanie zawieszony, a sprawa będzie wyjaśniona, a nie kurialista będzie mi opowiadał, że wyrok był nieprawomocny, a w ogóle to sprawa jest przestarzała. Jeśli tego się nie robi, to naraża się na szwank nie tylko wizerunek, ale przede wszystkim zaufanie (Tomasz Terlikowski, wypowiedź na profilu społecznościowym). 
Ostre słowa, ale i materia delikatna. Po sprawie ks. Wojciecha Lemańskiego (w której z niejednego źródła można było dowiedzieć się, że dużo przyłożył rękę do jej finału w postaci wywalenia ks. Lemańskiego z parafii właśnie kanclerz Lipka) i tej sytuacji trudno nie odnieść, graniczącego z pewnością, wrażenia, że w diecezji warszawsko-praskiej po prostu nikt nie panuje nad sytuacją. Z czego wniosek powinien być co najmniej jeden – trzeba zrobić porządki, zaczynając od kurii i kanclerza jako pierwszego (za ton tej wypowiedzi medialnej i fakt, że nic nie zrobił, wiedząc o sprawie minimum 2 lata). Pytanie, czy odnośne władze kościelne nie powinny zastanowić się nad czymś jeszcze: czy powierzanie diecezji – niewątpliwie zasłużonemu – biskupowi, który jako ksiądz zakonny 21 lat spędził w Rwandzie, po czym miał specjalnie skrojony pod siebie stołek w Watykanie, było posunięciem słusznym, czy też należało by ten stan zmienić. 
Dla porównania z tym całym cyrkiem – świeża (05 lipca 2013 r.) decyzja papieża Franciszka: peruwiański biskup Gabino Miranda Melgarejo z diecezji Ayacucho wydalony ze stanu duchownego. Nie po procesie świeckim, karnym – informację upublicznił przewodniczący peruwiańskiego episkopatu pod wpływem rozpoczęcia (!) postępowania karnego z zarzutami dotyczącymi nadużyć seksualnych, w tym pedofilskich. Franciszek nie czekał na wyrok, nie czekał na rozprawę – działał, a nie udawał. Za to dzięki pozorowanym działaniom kanclerza Lipki zaistniała nie tyle lipka – ale po prostu bardzo duża lipa, szkodząca (nie tylko wizerunkowo) Kościołowi w Polsce. 

Jest mi wstyd i tego nie rozumiem

Nie jestem fanem Gazety Wyborczej. Niestety, z przykrością stwierdzam, iż udało się jej napisać nt. Kościoła dość spójny i przedstawiający przykrą rzeczywistość tekst. 
We wtorek 20.03.2012 w wersji papierowej pojawił się artykuł pt. Jak w praktyce wygląda zero tolerancji w Tylawie, w wersji on-line nazwany inaczej i znajdujący się tutaj. Dotyka on sprawy jednej z ofiar pedofila z Tylawy (archidiecezja przemyska), księdza, skazanego prawomocnym wyrokiem za swoje czyny. Pani ta wyczytała bowiem w gazecie stanowisko Przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika nt. postępowania wobec księży dopuszczających się przestępstw seksualnych. A wypowiedział się tak: „Stolica Apostolska mówi, że VI przykazanie obowiązuje od zawsze i każdego. Nie ma żadnych przywilejów”. Zresztą, wypowiedzi te medialnie były głośnie – choć raz słusznie – w ostatnich dniach, kiedy m.in. była mowa o możliwości karnego przeniesienia takich duchownych do stanu świeckiego.
Nie w tym jest problem. Problem jest w tym, jak się ma to, co abp. Michalik mówił – do tego, co ten sam abp. Michalik jako ordynariusz owego księdza z Tylawy robił w sytuacji stawianych mu zarzutów seksualnych, zresztą potwierdzonych prawomocnym wyrokiem przez sąd. 
A było tak – sprawa ujrzała światło dzienne w 2001 r. Pojawiło się sporo zarzutów, i to nie ze strony jednej, a kilku osób. Reakcja abp. Michalika? Napisał list, w którym wyraził współczucie duchownemu i nadzieję, „że konfratrzy i parafianie, którzy znają lepiej środowisko niż wrogie Kościołowi i depczące prawdę gazety lub osoby, nie stracą zaufania do swego proboszcza, ale okażą mu bliskość przez gorliwą modlitwę”. Powiedzmy, że jest to zrozumiałe, sytuacja miała swój początek, może nie chciał od razu dyskredytować i osądzać owego księdza. Miał prawo, ale… czy nie należało, przed wyrażeniem się tak zdecydowanie w jego obronie, zasięgnąć informacji innych księży z dekanatu, okolicy, i za ich pośrednictwem informacji od świeckich? Moim zdaniem – należało. Wątpliwości z pewnością by się nasunęły – o takich sprawach się mówi, i przy odrobinie woli można by było dojść do tego, że są wątpliwości co do zachowania tego człowieka. A jednak – nikt niego nie zrobił. Można się tłumaczyć „bo nikt tego wprost nie nakazywał wtedy”. Tylko czy jest to usprawiedliwienie?
Po 3 latach od ujawnienia sprawy, w czerwcu 2004 r. Sąd Rejonowy w Krośnie skazuje księdza na 2 lata więzienia z zawieszeniem na pięć za molestowanie sześciu dziewczynek. Nie opiszę, co robił, ale w kontekście dorosłego człowieka i księdza, takie zachowanie pod adresem dzieci to po prostu obrzydliwość. Do winy człowiek się nie przyznał, ale chociaż się nie odwoływał. Reakcja abp. Michalika? Żadna. To znaczy, na początku 2005 r. – sam? czy może raczej pod wpływem nacisków – przeniósł skazanego księdza. Po co było to pół roku zwłoki? Wyrok był prawomocny po niespełna miesiącu. Skazany prawomocnie za przestępstwa seksualne kapłan przez pół roku był nadal proboszczem. 
Parafianom wielu się to w głowie nie mieściło. Próbowali interwencji w kurii, czyli u abp. Michalika, jedna osoba napisała nawet do papieża Jana Pawła II. Z kurii – zero odpowiedzi. Z Watykanu – informacja, że sekretarz papieski abp. Stanisław Dziwisz przekazał pismo właściwej kurii… czyli do abp. Michalika właśnie. Po kilku wprost formułowanych prośbach o zmianę, w parafii pojawił się nowy ksiądz. Co wcale nie oznaczało, że skazany ksiądz z parafii zniknął – był tam dalej, dalej pełnił swoją posługę. 
Parafianie próbowali działać, pisząc do poszczególnych polskich biskupów w tej sprawie. Znowu – zero odzewu – co jest przykre, bo oznacza obojętność czy brak wyczucia nie tylko jednego, ale wielu biskupów. Co nie powinno mieć miejsca. Żaden z nich nie mógł zareagować? Mógł. To nie jego jurysdykcja, ale są odpowiednie dykasterie, jest nuncjusz, są sposoby do zareagowania na takie sygnały. O ile się chce. Efekt – dopiero po, zrozumiałym dla adresata, napisanym po włosku liście do kar. Josepha Ratzingera, ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, dzisiaj papieża Benedykta XVI. Wystarczył tydzień – skazany ksiądz zniknął z parafii w Tylawie. 
Niestety, co jest dla mnie niezrozumiałe, pozostał… w tym samym dekanacie Dukla, 15 km dalej. Czemu to miało, poza zgorszeniem, służyć? Nie mnie decydować, dokąd powinien wysłać taką osobę ordynariusz – czy na rekolekcje zamknięte do klasztoru gdzieś w głuszy, czy do domu rekolekcyjnego – właściwa osoba powinna to wiedzieć i zadziałać. A tymczasem odprawiał Msze, głosił homilie, a nawet – czego już w ogóle nie rozumiem – spowiadał małe dzieci przygotowujące się do I Komunii świętej. 
Pojawiał się tam do końca 2011 r., czyli przez 5 lat od daty wyroku. A przy okazji – mniej więcej do momentu, kiedy sprawa przestępstw seksualnych duchownych stała się głośna także w Polsce. Wątpię w zbieg okoliczności. Co więcej, ludzie – którzy sprawę znali – także dziwili się, że ksiądz z tak poważnymi i udowodnionymi zarzutami karnymi pojawia się, jakby nigdy nic, w kościele, głosi kazania, odprawia Msze Święte. W odpowiedzi od proboszcza usłyszeli, że dzieje się tak na prośbę biskupa – czyli abp. Michalika właśnie. Na pytanie dziennikarki o potwierdzenie takiej wypowiedzi ów proboszcz odpowiedzieć nie chciał. Wymyślił to, żeby uzasadnić obecność, bądź co bądź pewnie kolegi? Jeśli bowiem takie miało być faktycznie stanowisko biskupa – nie miał powodu, aby go nie ujawnić. 
Jak to wszystko wytłumaczyć? Mnie to wygląda na schizofrenię – jedno się mówi pod publiczkę, a co innego stosuje na własnym diecezjalnym podwórku. Albo na to, że abp. Michalik nie spodziewał się te kilka lat wstecz takiego narośnięcia problemów nadużyć seksualnych duchowieństwa, zakładał że sprawa po wyroku zostanie wyciszona, albo będzie można zwalić problem medialnego zaistnienia sprawy na komunistów, agnostyków, wrogów Kościoła czy kogo tam jeszcze. I teraz, gdy sprawa wraca, reaguje stanowczo Watykan, są kraje gdzie do dymisji podaje się pół episkopatu – trzeba się dopasować z tym, co się mówi.
Dla mnie to jest żenujące. Poza tym, że Watykan zajął w ostatnich latach zdecydowane stanowisko w tych sprawach, nic się nie zmieniło. Przykazanie jest, jakie było. Skazanie prawomocnym wyrokiem oznacza winę – ksiądz też obywatel i podlega prawu państwa, zatem co do winy wątpliwości mieć nie można. Dlaczego zabrakło odpowiednich reakcji? Dlaczego wszystko, co w tej sprawie było robione przez abp. Michalika jako biskupa diecezjalnego i przełożonego proboszcza z Tylawy, było albo wymuszane (przez ludzi lub jego watykańskich zwierzchników), albo było nie było robione nic?
Uważam, że ta sytuacja absolutnie dyskredytuje abp. Michalika – czy to jako ordynariusza, czy tym bardziej osoby stojącej na czele Konferencji Episkopatu Polski.