Moje narzekanie zamienione w taniec

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. (Mt 11,25-30)

Uwielbiam te słowa 🙂 Rozdział Ewangelii Mateusza, w którym mowa jest o świadectwie Jana Chrzciciela (o którym było ostatnio), o mądrości którą usprawiedliwiają jej czyny, słynne „biada” pod adresem kilku miast wypowiedziane – i na zakończenie, tuż właśnie po owym „biada”: właśnie te słowa. 
Po raz kolejny Jezus wskazuje wprost na wartość prostoty jako takiej. No właśnie… To przekład znany z kościołów polskich, według Biblii Tysiąclecia. Jeśli ktoś dysponuje niewielką książeczką Ewangelia 2014 (Edycja św. Pawła), to ma tekst nieco inaczej przełożony – wersja z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem (również Edycja, 2011). Jak tam brzmi końcówka pierwszego zdania? „(…) a objawiłeś je tym, którzy są jak małe dzieci”. Zmian jest więcej: zamiast „a Ja was pokrzepię” jest „a Ja dam wam wytchnienie”; zamiast „bo jestem cichy i pokorny sercem” jest „bo jestem łagodny i pokorny sercem”; wreszcie zamiast „albowiem jarzmo moje jest słodkie” jest „bo moje jarzmo jest łatwe do niesienia”. 
Niuanse językowe dotyczące przekładów? Może. Ale jednocześnie – wiele z tego wynika. Prostota na wzór tego, u którego ta prostota jest zawsze świeża i autentyczna, bo inaczej nie potrafi działać – czyli właśnie dziecka. Bóg jako Ten, który pokrzepia – nie tyle daje tą krzepę, co daje chwilę wytchnienia, aby udźwignąć to, co mamy na swoich barkach. Bóg, który nie tyle jest cichy, co przede wszystkim Jego przymiotem jest łagodność, z jaką podchodzi do nas i naszych ciągłych wybryków, porażek, kłamstw, złorzeczenia itp. No i ten Bóg, którego ciężary nakładane na człowieka nie są jakąś poetycką przenośnią, którą można okrasić określeniem „słodkie”, ale konkretnym problemem, z którym człowiek się zmaga, ale który jest do uniesienia z Jego pomocą. W tych słowach, jak dla mnie, jawi się Bóg bardziej konkretny, mniej poetycki a bardziej konkretnie nastawiony do człowieka. 
Po co my do tego Boga przychodzimy? Utrudzenie, zmęczenie, brak sił – to już wiemy, czy z tekstu czy z własnej praktyki. Ale czego szukamy? Zaspokojenia – czasami tylko pytań i rozwiania wątpliwości, a czasami tak bardzo namacalnie właśnie pragnień, marzeń, potrzeb. Dokładnie tak, jak to ujął Piotr Żyłka z redakcji deon.pl, laureat Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. Biskupa Jana Chrapka, razem z ks. Janem Kaczkowskim. I co jest najważniejsze – zwrócenie się w takiej sytuacji do Boga to właściwie jedyne sensowne rozwiązanie – bo tylko On jest odpowiedzią w sensie wiedzy, ale i materii tego, czego każdy z nas w swojej indywidualności potrzebuje. 
Wczoraj miałem okazję wziąć udział w wydarzeniu niesamowitym w ramach Tygodnia dla Jezusa. Świetna ekumeniczna inicjatywa – chyba pierwszy raz podjęta u nas na Wybrzeżu, w którą włączył się cały wachlarz wspólnot chrześcijańskich. Wczoraj miał miejsce koncert moich ulubieńców – chóru TGD – pierwszy w Trójmieście od dobrych kilku lat. Nie dość, że pogoda beznadziejna (ale Bóg dał znak – nie padało w ogóle w trakcie grania, za to lunęło momentalnie kiedy zeszli ze sceny!), to dzień jakiś taki nie bardzo. 
Kiedy zaczęli grać, wszystko się zmieniło. Przeszło półtoragodzinny… no właśnie. Koncert? Też. Występ? Nie bardzo – bo była modlitwa, uwielbienie, świadectwo, umiejętnie wplecione w śpiew. Kawałki głównie z ostatniej płyty Uratowani (kto zna ich dorobek – wie, że dość innej od wcześniejszej twórczości) – ale znalazły się też Waterwalker oraz Zanim powiem słowo. Niesamowicie utalentowani ludzie – począwszy od kierownika zamieszania i dyrygenta Piotra Nazaruka, poprzez instrumentalistów (nowa twarz – perkusista – okazało się pierwszy raz występował z grupą), na wokalistach i solistach skończywszy – których połączone w uwielbieniu Boga talenty dawały efekt dosłownie piorunujący. 
Mogę pisać dużo, użyć mądrych słów – ale to nie ma sensu. Kto nie zna, a chciałby to poczuć – odsyłam do ich płyt, oraz na koncerty (najwięcej na południu Polski). To trzeba posłuchać, w tym trzeba wziąć udział, aby zrozumieć. I w tym wszystkim taki fajny nacisk położony nie na jakieś górnolotne modlitwy – ale na osobistą relację, moją, z Bogiem, która powinna znajdować odzwierciedlenie w codziennym życiu, w modlitwie, w postawie (uwielbienie a nie współzawodnictwo). Nie zabrakło także słów bardzo prawdziwych – jedno ze świadectw mówiło o tym, że najbliżsi opowiadającego modlili się nad osobą chorą na raka, a jednak ona zmarła. Osoby te wcześniej modliły się nad 3 innych ludzi z podobnym schorzeniem – i dochodziło do zaniku choroby. Tu było inaczej – i mówiący te słowa podkreślił, że choć zupełnie tego nie rozumie, czemu tak się stało, to jednak nadal wierzy, skoro Bóg uratował tam,tych troje i zesłał cud. 
Różni jesteśmy, różne mamy potrzeby. Jeśli nie widzisz dla siebie miejsca w kościele, nie potrafisz przyjść na Mszę – może warto zacząć od spraw drobniejszych, ot, posłuchania takiego TGD? To nie jest lekki powiew Ducha – to jest potężne Jego uderzenie. Warto Mu się poddać. 

Uwielbiamy Cię

Z głębi naszych serc

Póki serca biją w nas

Niech rozbrzmiewa pieśń 

Ty pochylasz się nad nami

I przywracasz ślepym wzrok

Ty podnosisz załamanych

Oddajemy Tobie hołd

Ty więźniowi dajesz wolność

A głodnemu dajesz chleb

Podziwiamy Twoją dobroć

Panie uwielbiamy Cię

Jahwe

My ufamy Tobie

Ty jesteś wielkim Bogiem

Który stworzył świat 

Jahwe

My ufamy Tobie

Jesteś naszym Bogiem

Nie zawiedziesz nas 

Kompromitacja – samobój abp. Michalika

Dzisiejszy występ abp Józefa Michalika – nie dość że metropolity (przemyskiego), to jeszcze przewodniczącego KEP – po prostu mnie załamał. Jak człowiek na to patrzy, to naprawdę spekulacje i teorie spiskowe o jednym wielkim ataku na Kościół przestają być potrzebne – skoro głowa polskiego Episkopatu na własne życzenie w sposób dramatyczny przysłowiowo strzela (sobie i Kościołowi) w stopę.
Otóż abp. Michalika na zebraniu plenarnym KEP zapytano dzisiaj o kwestię przypadków pedofilii wśród duchownych. Odpowiedź padła następująca (cytuję za deon.pl):

Boleję nad tym, oczywiście nikt nie może akceptować tego. Nie akceptuje ani Kościół, ani żaden człowiek Kościoła. Natomiast problem cały jest w tym, żeby tej troski o dziecko też nie ograniczyć tylko do ran, które zostały mu zadane. I to jeszcze w dodatku te rany, bywa, że one są przedstawiane w taki sposób troszkę redukcyjny. (…) Ile jest ran w dziecięcych sercach, w dziecięcych życiorysach, kiedy rozchodzą się rodzice. Dzisiaj nikt nie mówi o rozwodzie, że to jest krzywda dla dziecka. Oczywiście, że jest wielką krzywdą molestowanie, nie wolno zapomnieć o tym, ale nie tylko to, może jeszcze więcej i szersze pole, dlaczego na ten temat nie mówimy? Też musimy mówić. Chcąc pełnić urząd proroczy, nie pomijajmy jednego ani drugiego. Bo to jest jakieś nasze zadanie.

Wiele tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami były zdrowe. Słyszymy nie raz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga. (…) Dzisiaj otrzymujemy z instancji międzynarodowych światowych instrukcję, że mamy zaczynać informację, czy wprowadzenie w życie seksualne dziecka, w przedszkolach. To jest horrendalna rzecz, przecież trzeba pomóc i dziecku i rodzinie być mocniejszą, a nie iść po tej linii najłatwiejszej.

Człowiek czyta te słowa raz, drugi…i nie ma pojęcia, o co chodziło autorowi.

Wiadomo już, kto jest winny pedofilii. Rodzice tych perfidnych dzieci powinny płacić księżom odszkodowania – bo to dzieci są groźne dla zboczeńców, ponieważ ich uwodzą. O to chodzi? Bo dzieci – którym brakuje ciepła i miłości – lgną i szukają jej u obcych dorosłych, gubiąc się i wciągając np. księży w pedofilię? Jaki miałby być rzekomy związek przyczynowy i wpływ rozwodów na pedofilię? Dziwne i zupełnie absurdalne wnioski – jednak takie wypływają z tych słów. Niestety.

Powtarza się casus księdza ex-kanclerza warszawsko-praskiego Wojciecha Lipki sprzed kilku dni, który – siedząc przy jednym stole z sekretarzem KEP bp. Wojciechem Polakiem i pełnomocnikiem KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży o. Adamem Żakiem SI – mówił z głupawym uśmiechem na twarzy rzeczy świadczące o tym, że „u nas się nie przyjęło” to, o czym jednoznacznie wypowiada się KEP. Zaskakuje wręcz oszałamiający brak wyczucia sytuacji – kiedy takie słowa padają z ust w dniach (miesiącach), kiedy nie tylko w Polsce ludzie Kościoła robią wszystko, aby przekonać o jednoznacznym i wyraźnym podejściu „zero tolerancji” wobec pedofilii, staraniach wypracowania metod zwalczania dewiacji. Wydaje się oczywiste, że Kościół powinien być pierwszy do obrony dzieci, że sprawy w zakresie regulacji i reagowania na nadużycia seksualne w polskim Kościele i jednoznacznego określenia odpowiedzialności w tym zakresie zmierzają w dobrym kierunku dzięki wysiłkom bp. Polaka czy o. Żaka właśnie – a tu nagle, jak przysłowiowy filip z konopii, przychodzi człowiek, który to wszystko autorytetem przewodniczącego powinien spinać i budować, a więc posiadać powinien umiejętność precyzyjnego formułowania i wypowiadania myśli… i opowiada bzdury.

Określenia można mnożyć – totalna kompromitacja, błazenada, straszne bzdury. Oderwanie od rzeczywistości? Chyba najwyraźniej. Próba sprowadzenia problemu przez rzecznika KEP do „zwykłego lapsusa językowego” to kolejny dowód katastrofalnego braku wyczucia – tak rzecznika, jak i jego szefa. Złe rozłożenie akcentów i przekonanie, że wypowiada się słowa w dobrej wierze – prowadzące do tragicznego skutku, chyba niestety bezmyślności i lekkomyślności, albo po prostu nie przygotowania i nie znajomości tematu, co bezpośrednio w moim odczuciu świadczy o braku szacunku wypowiadającego się w stosunku do rozmówcy (dziennikarza) i odbiorców wypowiedzi (wierni Kościoła), czyli prawie wszystkich. Nie da się ukryć, że nasuwa się jeszcze jedno pytanie – abp Michalik nie wiedział, co mówi, czy może nie chce wiedzieć, co mówi?

Tak – przeprosił za nieporozumienie na na prędce zwołanej konferencji prasowej po południu. „Przepraszam za to nieporozumienie… Cały kontekst mojej wypowiedzi i mojego nastawienia jest taki, że dziecko jest niewinne i nie może być krzywdzone”. „Znam styl księdza arcybiskupa. Jest czasem tak, że rozpoczyna zdanie, czasem nie kończy, czasem wtrąca inne, ale co do jego intencji nie mam absolutnie żadnych wątpliwości i sytuacja jest jasna: zero tolerancji dla pedofilii”. Świetnie – tylko że chyba nie bardzo mi się chce wierzyć, ponieważ dla mnie zostało powiedziane coś zupełnie innego, niż rzekomo miało być powiedziane – gdy chodzi o sens. Nawet karkołomna próba przełożenia „z polskiego na nasze” chyba się nie udała w taki sposób, jaki efekt miała osiągnąć – bo syf pozostał. Trudno jednak przyjąć, iż wytłumaczeniem zaistniałej sytuacji jest udzielanie odpowiedzi w biegu, z miejsca – skoro chodzi o sprawę, która w Kościele jest priorytetowa i akcentowana wyjątkowo mocno, zaś dzisiejsza sytuacja pokazuje, że nie potrafi się w sposób zrozumiały wypowiedzieć o tym szef Episkopatu.

Dobre w tej sytuacji widzę dwie rzeczy.

Po pierwsze, że wszyscy chyba ludzie, którym Kościół szczerze leży na sercu, wyrazili ubolewanie z powodu słów, które padły: Fronda („Wiadomo już, kto jest winny pedofilii. Rodzice tych perfidnych dzieci powinny płacić księżom odszkodowania.bok tych niewątpliwie słusznych słów padły także inne. I tych nie sposób już bronić”), Joanna Kociszewska, wiara.pl („trzeba powiedzieć, że jest to potężna pomyłka, kompletnie sprzeczna z tym co mówi psychologia. Jest prawdą, że poranione dziecko szuka miłości, ale miłości, nie molestowania czy gwałtu. To dorosły wykorzystał fakt, że było łatwym łupem, i skrzywdził jeszcze potworniej. Wina leży wyłącznie po stronie dorosłych i jest tym większa, jeśli chodzi o dziecko już wcześniej skrzywdzone”), Tomasz Terlikowski („takich słów nie da się obronić, nie da się ich zrozumieć, a już na pewno nie da się ich zaakceptować” – który po późniejszej konferencji prasowej dodał, że niesmak po wszystkim i tak pozostał)), Zbigniew Nosowski („Nic tych słów nie usprawiedliwia, nic ich nie tłumaczy. Spontaniczność wypowiedzi dowodzi, że abp Michalik nic nie wie o pedofilii. A skoro nie wie, nie będzie potrafił jej zapobiegać. I jeszcze bardziej mi wstyd.Takie jedno zdanie niweczy wysiłki wielu osób – także części hierarchów, na czele z sekretarzem generalnym, bp. Wojciechem Polakiem – zaangażowanych w przygotowywanie kościelnych wytycznych działania oraz programów prewencji”), Wojciech Teister, gosc.pl („Chciałbym mieć nadzieję, że wypowiedź abp Michalika była nieporozumieniem”), ks. Grzegorz Strzelczyk („”Najbardziej niepokojące w tej całej sprawie jest dla mnie ‚słyszy się często’, które zostaje wypowiedziane przed kawałkiem o ‚wciąganiu’. Kogo słucha Przewodniczący KEP w sprawie przyczyn pedofilii? Bo jeśli ta wypowiedź obrazuje jego faktyczną wiedzę na temat tych przyczyn (tuż przed obradami KEP dotyczącymi także przypadków pedofilii duchownych), to moje przerażenie sięga zenitu”).

Po drugie – w kontekście zbliżających się wyborów władz KEP – można mieć nadzieję, że sami biskupi wreszcie w swoich ekscelencjach zrozumieją, że czasy, kiedy wystarczał i był w sam raz taki właśnie abp Michalik już dawno minęły (o ile w ogóle kiedykolwiek istniały), i należy w sposób bardzo zdecydowany i szybki przewietrzyć kierownictwo tej szanownej instytucji, ponieważ jeszcze kilka sytuacji jak tych, których świadkami byliśmy w ostatnich tygodniach, i trudno będzie oczekiwać, aby nawet najbardziej wierzący katolik był w stanie słuchać tego rodzaju wypowiedzi. Bo – jak napisałem na początku – w takiej jak dzisiaj sytuacji Episkopat nie potrzebuje wroga z zewnątrz Kościoła: wydaje się bowiem, że sam przed sobą nie będzie w stanie obronić wypowiedzi, jaką dzisiaj zafundował wszystkim abp Michalik.