Kompromitacja – samobój abp. Michalika

Dzisiejszy występ abp Józefa Michalika – nie dość że metropolity (przemyskiego), to jeszcze przewodniczącego KEP – po prostu mnie załamał. Jak człowiek na to patrzy, to naprawdę spekulacje i teorie spiskowe o jednym wielkim ataku na Kościół przestają być potrzebne – skoro głowa polskiego Episkopatu na własne życzenie w sposób dramatyczny przysłowiowo strzela (sobie i Kościołowi) w stopę.
Otóż abp. Michalika na zebraniu plenarnym KEP zapytano dzisiaj o kwestię przypadków pedofilii wśród duchownych. Odpowiedź padła następująca (cytuję za deon.pl):

Boleję nad tym, oczywiście nikt nie może akceptować tego. Nie akceptuje ani Kościół, ani żaden człowiek Kościoła. Natomiast problem cały jest w tym, żeby tej troski o dziecko też nie ograniczyć tylko do ran, które zostały mu zadane. I to jeszcze w dodatku te rany, bywa, że one są przedstawiane w taki sposób troszkę redukcyjny. (…) Ile jest ran w dziecięcych sercach, w dziecięcych życiorysach, kiedy rozchodzą się rodzice. Dzisiaj nikt nie mówi o rozwodzie, że to jest krzywda dla dziecka. Oczywiście, że jest wielką krzywdą molestowanie, nie wolno zapomnieć o tym, ale nie tylko to, może jeszcze więcej i szersze pole, dlaczego na ten temat nie mówimy? Też musimy mówić. Chcąc pełnić urząd proroczy, nie pomijajmy jednego ani drugiego. Bo to jest jakieś nasze zadanie.

Wiele tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami były zdrowe. Słyszymy nie raz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga. (…) Dzisiaj otrzymujemy z instancji międzynarodowych światowych instrukcję, że mamy zaczynać informację, czy wprowadzenie w życie seksualne dziecka, w przedszkolach. To jest horrendalna rzecz, przecież trzeba pomóc i dziecku i rodzinie być mocniejszą, a nie iść po tej linii najłatwiejszej.

Człowiek czyta te słowa raz, drugi…i nie ma pojęcia, o co chodziło autorowi.

Wiadomo już, kto jest winny pedofilii. Rodzice tych perfidnych dzieci powinny płacić księżom odszkodowania – bo to dzieci są groźne dla zboczeńców, ponieważ ich uwodzą. O to chodzi? Bo dzieci – którym brakuje ciepła i miłości – lgną i szukają jej u obcych dorosłych, gubiąc się i wciągając np. księży w pedofilię? Jaki miałby być rzekomy związek przyczynowy i wpływ rozwodów na pedofilię? Dziwne i zupełnie absurdalne wnioski – jednak takie wypływają z tych słów. Niestety.

Powtarza się casus księdza ex-kanclerza warszawsko-praskiego Wojciecha Lipki sprzed kilku dni, który – siedząc przy jednym stole z sekretarzem KEP bp. Wojciechem Polakiem i pełnomocnikiem KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży o. Adamem Żakiem SI – mówił z głupawym uśmiechem na twarzy rzeczy świadczące o tym, że „u nas się nie przyjęło” to, o czym jednoznacznie wypowiada się KEP. Zaskakuje wręcz oszałamiający brak wyczucia sytuacji – kiedy takie słowa padają z ust w dniach (miesiącach), kiedy nie tylko w Polsce ludzie Kościoła robią wszystko, aby przekonać o jednoznacznym i wyraźnym podejściu „zero tolerancji” wobec pedofilii, staraniach wypracowania metod zwalczania dewiacji. Wydaje się oczywiste, że Kościół powinien być pierwszy do obrony dzieci, że sprawy w zakresie regulacji i reagowania na nadużycia seksualne w polskim Kościele i jednoznacznego określenia odpowiedzialności w tym zakresie zmierzają w dobrym kierunku dzięki wysiłkom bp. Polaka czy o. Żaka właśnie – a tu nagle, jak przysłowiowy filip z konopii, przychodzi człowiek, który to wszystko autorytetem przewodniczącego powinien spinać i budować, a więc posiadać powinien umiejętność precyzyjnego formułowania i wypowiadania myśli… i opowiada bzdury.

Określenia można mnożyć – totalna kompromitacja, błazenada, straszne bzdury. Oderwanie od rzeczywistości? Chyba najwyraźniej. Próba sprowadzenia problemu przez rzecznika KEP do „zwykłego lapsusa językowego” to kolejny dowód katastrofalnego braku wyczucia – tak rzecznika, jak i jego szefa. Złe rozłożenie akcentów i przekonanie, że wypowiada się słowa w dobrej wierze – prowadzące do tragicznego skutku, chyba niestety bezmyślności i lekkomyślności, albo po prostu nie przygotowania i nie znajomości tematu, co bezpośrednio w moim odczuciu świadczy o braku szacunku wypowiadającego się w stosunku do rozmówcy (dziennikarza) i odbiorców wypowiedzi (wierni Kościoła), czyli prawie wszystkich. Nie da się ukryć, że nasuwa się jeszcze jedno pytanie – abp Michalik nie wiedział, co mówi, czy może nie chce wiedzieć, co mówi?

Tak – przeprosił za nieporozumienie na na prędce zwołanej konferencji prasowej po południu. „Przepraszam za to nieporozumienie… Cały kontekst mojej wypowiedzi i mojego nastawienia jest taki, że dziecko jest niewinne i nie może być krzywdzone”. „Znam styl księdza arcybiskupa. Jest czasem tak, że rozpoczyna zdanie, czasem nie kończy, czasem wtrąca inne, ale co do jego intencji nie mam absolutnie żadnych wątpliwości i sytuacja jest jasna: zero tolerancji dla pedofilii”. Świetnie – tylko że chyba nie bardzo mi się chce wierzyć, ponieważ dla mnie zostało powiedziane coś zupełnie innego, niż rzekomo miało być powiedziane – gdy chodzi o sens. Nawet karkołomna próba przełożenia „z polskiego na nasze” chyba się nie udała w taki sposób, jaki efekt miała osiągnąć – bo syf pozostał. Trudno jednak przyjąć, iż wytłumaczeniem zaistniałej sytuacji jest udzielanie odpowiedzi w biegu, z miejsca – skoro chodzi o sprawę, która w Kościele jest priorytetowa i akcentowana wyjątkowo mocno, zaś dzisiejsza sytuacja pokazuje, że nie potrafi się w sposób zrozumiały wypowiedzieć o tym szef Episkopatu.

Dobre w tej sytuacji widzę dwie rzeczy.

Po pierwsze, że wszyscy chyba ludzie, którym Kościół szczerze leży na sercu, wyrazili ubolewanie z powodu słów, które padły: Fronda („Wiadomo już, kto jest winny pedofilii. Rodzice tych perfidnych dzieci powinny płacić księżom odszkodowania.bok tych niewątpliwie słusznych słów padły także inne. I tych nie sposób już bronić”), Joanna Kociszewska, wiara.pl („trzeba powiedzieć, że jest to potężna pomyłka, kompletnie sprzeczna z tym co mówi psychologia. Jest prawdą, że poranione dziecko szuka miłości, ale miłości, nie molestowania czy gwałtu. To dorosły wykorzystał fakt, że było łatwym łupem, i skrzywdził jeszcze potworniej. Wina leży wyłącznie po stronie dorosłych i jest tym większa, jeśli chodzi o dziecko już wcześniej skrzywdzone”), Tomasz Terlikowski („takich słów nie da się obronić, nie da się ich zrozumieć, a już na pewno nie da się ich zaakceptować” – który po późniejszej konferencji prasowej dodał, że niesmak po wszystkim i tak pozostał)), Zbigniew Nosowski („Nic tych słów nie usprawiedliwia, nic ich nie tłumaczy. Spontaniczność wypowiedzi dowodzi, że abp Michalik nic nie wie o pedofilii. A skoro nie wie, nie będzie potrafił jej zapobiegać. I jeszcze bardziej mi wstyd.Takie jedno zdanie niweczy wysiłki wielu osób – także części hierarchów, na czele z sekretarzem generalnym, bp. Wojciechem Polakiem – zaangażowanych w przygotowywanie kościelnych wytycznych działania oraz programów prewencji”), Wojciech Teister, gosc.pl („Chciałbym mieć nadzieję, że wypowiedź abp Michalika była nieporozumieniem”), ks. Grzegorz Strzelczyk („”Najbardziej niepokojące w tej całej sprawie jest dla mnie ‚słyszy się często’, które zostaje wypowiedziane przed kawałkiem o ‚wciąganiu’. Kogo słucha Przewodniczący KEP w sprawie przyczyn pedofilii? Bo jeśli ta wypowiedź obrazuje jego faktyczną wiedzę na temat tych przyczyn (tuż przed obradami KEP dotyczącymi także przypadków pedofilii duchownych), to moje przerażenie sięga zenitu”).

Po drugie – w kontekście zbliżających się wyborów władz KEP – można mieć nadzieję, że sami biskupi wreszcie w swoich ekscelencjach zrozumieją, że czasy, kiedy wystarczał i był w sam raz taki właśnie abp Michalik już dawno minęły (o ile w ogóle kiedykolwiek istniały), i należy w sposób bardzo zdecydowany i szybki przewietrzyć kierownictwo tej szanownej instytucji, ponieważ jeszcze kilka sytuacji jak tych, których świadkami byliśmy w ostatnich tygodniach, i trudno będzie oczekiwać, aby nawet najbardziej wierzący katolik był w stanie słuchać tego rodzaju wypowiedzi. Bo – jak napisałem na początku – w takiej jak dzisiaj sytuacji Episkopat nie potrzebuje wroga z zewnątrz Kościoła: wydaje się bowiem, że sam przed sobą nie będzie w stanie obronić wypowiedzi, jaką dzisiaj zafundował wszystkim abp Michalik. 

Słynne wspólne przesłanie

Dzisiaj, decyzją – bliżej nieokreśloną – Konferencji Episkopatu Polski, w kościołach pewnie większość was/nas usłyszy odmieniane przez wszystkie przypadki, powtarzane jak mantra ostatnimi czasy Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji, autorstwa abp. Józefa Michalika (Przewodniczący KEP) i Cyryla I (patriarchy Moskwy i Wszechrusi). Większość – bo ja, na szczęście, nie – z uwagi na młodego uczęszczamy na Mszę dziecięcą ostatnimi czasy, i tam homilia zdecydowanie bardziej oddaje i ma do czynienia z Ewangelią dnia, niż tenże tekst. Żeby nie było – przeczytany przeze mnie. 
Jak w samym wstępie wskazano, ma on „wnieść swój wkład w dzieło zbliżenia naszych Kościołów i pojednania naszych narodów”. I pewnie w tym sensie – jako tekst – zmierza w tym kierunku. Ja bym się jednak zastanowił nad czymś innym – mianowicie nad tym, czy stanowi on, daje i wykonuje, stanowi jakikolwiek realny krok w kierunku pojednania polsko-rosyjskiego (nad czym wszyscy się wszem i wobec tak zachwycają), bo w zakresie współpracy Kościoła katolickiego w Polsce i Cerkwi prawosławnej w Rosji na pewno, przy czym w tej chwili i tak stosunki te wydają się być całkiem dobre. W mojej ocenie – nie. 
Pierwsza część pt. Dialog i pojednanie jest dość wybiórcza już w pierwszym zdaniu: „Nasze bratnie narody łączy nie tylko wielowiekowe sąsiedztwo, ale także bogate chrześcijańskie dziedzictwo Wschodu i Zachodu”. Zgadza się, tylko autorzy zapomnieli o równie bogatej historii niesnasek i otwartych wojen, których efektem jest do dzisiaj nie wyjaśniona – najnowsza – historia tragedii smoleńskiej, ciągle pozostającej tajemnicą, przy jawnym i kpiarskim wręcz podejściu Rosjan w postaci niszczenia śladów i utrudniania wyjaśniania  okoliczności tragedii, albo – bardziej zamierzchła – ale ciągle kultywowana tradycja hucznego świętowania wypędzenia Polaków z Moskwy. Część nt. grzechu i dążenia do pojednania podzielonych Kościół – zgadza się, popieram. Jednak już kawałek dalej – gdy mowa o II wojnie światowej – jedynie tekst o tragedii ateizmu, bez zająknięcia o tym, kto tu komu i co narzucał – w sytuacji, kiedy jest to jednoznaczne. Słusznym jest także apelowanie o pojednanie – jednakże proszenie „o wybaczenie krzywd, niesprawiedliwości i wszelkiego zła wyrządzonego sobie nawzajem” wydaje się zbyt pospieszne, biorąc pod uwagę, że jedna ze stron (Rosja) póki co wypiera się wyjaśnienia najnowszych animozji w relacjach między państwami – z XX i początku XXI w., powiązanych ze sobą Katynia i Smoleńska. Daleko mi jest do teorii spiskowych, pomijając fakt że po takim czasie wątpię, aby kiedykolwiek wszyscy dowiedzieli się, co tak naprawdę się w Smoleńsku stało – jednakże zła wola strony rosyjskiej, śmieszny raport MAKu, zacieranie i niszczenie dowodów wyraźnie pokazują, jaki stosunek mają władze tego kraju do Polaków, i bynajmniej nie jest to stosunek wskazujący na wolę pojednania, a jeśli już – pokazanie, gdzie wasze, Polaczki, miejsce. Jedyne zdanie, które nawiązuje do niewyjaśnionych spraw między krajami, to „Przebaczenie nie oznacza oczywiście zapomnienia”. Dokładnie tak, nie oznacza. I tu powinno się, choćby skrótowo wskazać, jakie kwestie są do wyjaśnienia. Bo to nie jest tylko nawiązanie na marginesie – a odniesienie do problemu kluczowego w punktu widzenia możliwości dokonania się faktycznego pojednania polsko-rosyjskiego, w mojej ocenie na dzisiaj mało realnego. 
W drugiej części pt. Przeszłość w perspektywie przyszłości możemy przeczytać m.in. „Wydarzenia naszej wspólnej, często trudnej i tragicznej historii, rodzą niekiedy wzajemne pretensje i oskarżenia, które nie pozwalają zagoić się dawnym ranom”. Kółeczko się zamyka – wszystko można przebaczyć, jeśli druga strona o przebaczenie prosi. Czy władze rosyjskie stwarzają jakiekolwiek choćby pozory, żeby im na tym przebaczeniu zależało? Bynajmniej. Kolejne dwa zdania są jakby ze sobą sprzeczne. Najpierw czytamy „Obiektywne poznanie faktów oraz ukazanie rozmiarów tragedii i dramatów przeszłości staje się dzisiaj pilną sprawą historyków i specjalistów” – i tutaj pełna zgoda, przy czym przede wszystkim w zakresie specjalistów, których opinie poskutkują konkretnymi działaniami władz krajów. Jednak już dalej: „Z uznaniem przyjmujemy działania kompetentnych komisji i zespołów w naszych krajach”- to po prostu, przepraszam, pusty śmiech, choćby w kontekście raportu MAKu jako przecież kompetentnego organu federacji rosyjskiej. Ostatni akapit – z apelem do władz – brzmi sensownie, jednakże w realiach daleko jeszcze do tego, i wątpię, aby za prezydentury Putina cokolwiek się, z jego podejściem, zmieniło na lepsze. 
Ostatnią część pt. Wspólnie wobec nowych wyzwań pominę – zaakcentowanie znaczenia dziedzictwa chrześcijańskiego, potrzeby ewangelizowania, zadań strojących przed Kościołami w zakresie wspierania rodzin, kwestii społecznych, walki z dyskryminacją chrześcijaństwa, dbałości o godność ludzką, wezwania do zawierzenia Chrystusowi – bo to faktycznie istotne problemy i kwestie słusznie poruszone. 
Żeby nie było wątpliwości – daleki jestem od potępiania inicjatywy jako takiej, cieszę się że KEP rozmawia z Cerkwią, że był w Polsce z wizytą zwierzchnik Cerkwi rosyjskiej, że wspólnie zachęcają ludzi obydwu narodów do zawierzenia Chrystusowi, odkrywania Go i zapraszania w swoje, jakże bardzo zagrożone laicyzacją, konsumpcjonizmem i relatywizmem życie. To jest dobre i potrzebne. Tylko tak naprawdę, w zakresie relacji państwowych na linii Polska-Rosja nie zmienia to nic, a to właśnie na tej linii – władz – jest najwięcej do zrobienia i uporządkowania, nie ukrywajmy, głównie z rosyjskiej strony. Owszem, konflikty były obustronne, jednak bez wątpienia Polska o wiele częściej cierpiała z ręki Rosjan niż na odwrót, i brakuje ze strony Rosji po prostu uderzenia się w piersi, wykazania naprawdę dobrej woli (a nie kilka słów b. już prezydenta Miedwiediewa) np. w zakresie wyjaśniania Katynia i Smoleńska, i to nie jako jednorazowy gest, dla dobrego PRu, a po prostu trwała postawa wobec Polski jako poważnie traktowanego sąsiada, a nie przeszkody w zacieśnianiu stosunków gospodarczych z Niemcami, od których Rosjan rozdzielamy. 
Zgadza się, tekst ten pochodzi od duchownych, stąd taki a nie inny język, jednakże każdy z nich ma świadomość rzeczywistości stosunków między naszymi krajami, przeszkód na drodze do faktycznej jedności i współpracy (krajów, nie wspólnot-kościołów), i z uwagi na wskazane przeze mnie przemilczenia albo ogólniki, albo po prostu pobożne życzenia, w mojej ocenie ten tekst ma wartość po prostu niewielką. Ponieważ brak w nim odniesień do faktycznych wydarzeń, które zadecydowały, że relacje na linii Polska-Rosja są, jakie są; brakuje nazwania po imieniu tego, co i jakie było. Dopiero wtedy, stając w prawdzie, która ma nas wyzwalać, można budować pojednanie. Tutaj – wiele zabrakło. Wyszło po prostu bardzo ogólnikowo i nijak. Taki miły i optymistyczny tekst, jednak bardzo mocno oderwany od rzeczywistości i realnych podstawowych problemów w relacjach Polski i Rosji. Pomijając już fakt, zaakcentowany na wstępie, że nie rozumiem, co ten tekst miałby robić w miejscu homilii w czasie Mszy Świętej, co jest wręcz absurdalne. 

Jest mi wstyd i tego nie rozumiem

Nie jestem fanem Gazety Wyborczej. Niestety, z przykrością stwierdzam, iż udało się jej napisać nt. Kościoła dość spójny i przedstawiający przykrą rzeczywistość tekst. 
We wtorek 20.03.2012 w wersji papierowej pojawił się artykuł pt. Jak w praktyce wygląda zero tolerancji w Tylawie, w wersji on-line nazwany inaczej i znajdujący się tutaj. Dotyka on sprawy jednej z ofiar pedofila z Tylawy (archidiecezja przemyska), księdza, skazanego prawomocnym wyrokiem za swoje czyny. Pani ta wyczytała bowiem w gazecie stanowisko Przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika nt. postępowania wobec księży dopuszczających się przestępstw seksualnych. A wypowiedział się tak: „Stolica Apostolska mówi, że VI przykazanie obowiązuje od zawsze i każdego. Nie ma żadnych przywilejów”. Zresztą, wypowiedzi te medialnie były głośnie – choć raz słusznie – w ostatnich dniach, kiedy m.in. była mowa o możliwości karnego przeniesienia takich duchownych do stanu świeckiego.
Nie w tym jest problem. Problem jest w tym, jak się ma to, co abp. Michalik mówił – do tego, co ten sam abp. Michalik jako ordynariusz owego księdza z Tylawy robił w sytuacji stawianych mu zarzutów seksualnych, zresztą potwierdzonych prawomocnym wyrokiem przez sąd. 
A było tak – sprawa ujrzała światło dzienne w 2001 r. Pojawiło się sporo zarzutów, i to nie ze strony jednej, a kilku osób. Reakcja abp. Michalika? Napisał list, w którym wyraził współczucie duchownemu i nadzieję, „że konfratrzy i parafianie, którzy znają lepiej środowisko niż wrogie Kościołowi i depczące prawdę gazety lub osoby, nie stracą zaufania do swego proboszcza, ale okażą mu bliskość przez gorliwą modlitwę”. Powiedzmy, że jest to zrozumiałe, sytuacja miała swój początek, może nie chciał od razu dyskredytować i osądzać owego księdza. Miał prawo, ale… czy nie należało, przed wyrażeniem się tak zdecydowanie w jego obronie, zasięgnąć informacji innych księży z dekanatu, okolicy, i za ich pośrednictwem informacji od świeckich? Moim zdaniem – należało. Wątpliwości z pewnością by się nasunęły – o takich sprawach się mówi, i przy odrobinie woli można by było dojść do tego, że są wątpliwości co do zachowania tego człowieka. A jednak – nikt niego nie zrobił. Można się tłumaczyć „bo nikt tego wprost nie nakazywał wtedy”. Tylko czy jest to usprawiedliwienie?
Po 3 latach od ujawnienia sprawy, w czerwcu 2004 r. Sąd Rejonowy w Krośnie skazuje księdza na 2 lata więzienia z zawieszeniem na pięć za molestowanie sześciu dziewczynek. Nie opiszę, co robił, ale w kontekście dorosłego człowieka i księdza, takie zachowanie pod adresem dzieci to po prostu obrzydliwość. Do winy człowiek się nie przyznał, ale chociaż się nie odwoływał. Reakcja abp. Michalika? Żadna. To znaczy, na początku 2005 r. – sam? czy może raczej pod wpływem nacisków – przeniósł skazanego księdza. Po co było to pół roku zwłoki? Wyrok był prawomocny po niespełna miesiącu. Skazany prawomocnie za przestępstwa seksualne kapłan przez pół roku był nadal proboszczem. 
Parafianom wielu się to w głowie nie mieściło. Próbowali interwencji w kurii, czyli u abp. Michalika, jedna osoba napisała nawet do papieża Jana Pawła II. Z kurii – zero odpowiedzi. Z Watykanu – informacja, że sekretarz papieski abp. Stanisław Dziwisz przekazał pismo właściwej kurii… czyli do abp. Michalika właśnie. Po kilku wprost formułowanych prośbach o zmianę, w parafii pojawił się nowy ksiądz. Co wcale nie oznaczało, że skazany ksiądz z parafii zniknął – był tam dalej, dalej pełnił swoją posługę. 
Parafianie próbowali działać, pisząc do poszczególnych polskich biskupów w tej sprawie. Znowu – zero odzewu – co jest przykre, bo oznacza obojętność czy brak wyczucia nie tylko jednego, ale wielu biskupów. Co nie powinno mieć miejsca. Żaden z nich nie mógł zareagować? Mógł. To nie jego jurysdykcja, ale są odpowiednie dykasterie, jest nuncjusz, są sposoby do zareagowania na takie sygnały. O ile się chce. Efekt – dopiero po, zrozumiałym dla adresata, napisanym po włosku liście do kar. Josepha Ratzingera, ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, dzisiaj papieża Benedykta XVI. Wystarczył tydzień – skazany ksiądz zniknął z parafii w Tylawie. 
Niestety, co jest dla mnie niezrozumiałe, pozostał… w tym samym dekanacie Dukla, 15 km dalej. Czemu to miało, poza zgorszeniem, służyć? Nie mnie decydować, dokąd powinien wysłać taką osobę ordynariusz – czy na rekolekcje zamknięte do klasztoru gdzieś w głuszy, czy do domu rekolekcyjnego – właściwa osoba powinna to wiedzieć i zadziałać. A tymczasem odprawiał Msze, głosił homilie, a nawet – czego już w ogóle nie rozumiem – spowiadał małe dzieci przygotowujące się do I Komunii świętej. 
Pojawiał się tam do końca 2011 r., czyli przez 5 lat od daty wyroku. A przy okazji – mniej więcej do momentu, kiedy sprawa przestępstw seksualnych duchownych stała się głośna także w Polsce. Wątpię w zbieg okoliczności. Co więcej, ludzie – którzy sprawę znali – także dziwili się, że ksiądz z tak poważnymi i udowodnionymi zarzutami karnymi pojawia się, jakby nigdy nic, w kościele, głosi kazania, odprawia Msze Święte. W odpowiedzi od proboszcza usłyszeli, że dzieje się tak na prośbę biskupa – czyli abp. Michalika właśnie. Na pytanie dziennikarki o potwierdzenie takiej wypowiedzi ów proboszcz odpowiedzieć nie chciał. Wymyślił to, żeby uzasadnić obecność, bądź co bądź pewnie kolegi? Jeśli bowiem takie miało być faktycznie stanowisko biskupa – nie miał powodu, aby go nie ujawnić. 
Jak to wszystko wytłumaczyć? Mnie to wygląda na schizofrenię – jedno się mówi pod publiczkę, a co innego stosuje na własnym diecezjalnym podwórku. Albo na to, że abp. Michalik nie spodziewał się te kilka lat wstecz takiego narośnięcia problemów nadużyć seksualnych duchowieństwa, zakładał że sprawa po wyroku zostanie wyciszona, albo będzie można zwalić problem medialnego zaistnienia sprawy na komunistów, agnostyków, wrogów Kościoła czy kogo tam jeszcze. I teraz, gdy sprawa wraca, reaguje stanowczo Watykan, są kraje gdzie do dymisji podaje się pół episkopatu – trzeba się dopasować z tym, co się mówi.
Dla mnie to jest żenujące. Poza tym, że Watykan zajął w ostatnich latach zdecydowane stanowisko w tych sprawach, nic się nie zmieniło. Przykazanie jest, jakie było. Skazanie prawomocnym wyrokiem oznacza winę – ksiądz też obywatel i podlega prawu państwa, zatem co do winy wątpliwości mieć nie można. Dlaczego zabrakło odpowiednich reakcji? Dlaczego wszystko, co w tej sprawie było robione przez abp. Michalika jako biskupa diecezjalnego i przełożonego proboszcza z Tylawy, było albo wymuszane (przez ludzi lub jego watykańskich zwierzchników), albo było nie było robione nic?
Uważam, że ta sytuacja absolutnie dyskredytuje abp. Michalika – czy to jako ordynariusza, czy tym bardziej osoby stojącej na czele Konferencji Episkopatu Polski.